Polityka

Utrzymanie tej strony kosztuje mnie coraz to więcej czasu, i pieniędzy. Dotacji nie otrzymam, reklam nie mogę zamieszczać. Co niektórzy już się cieszą że wkrótce ta strona zniknie. Ust nie zamkną mi na kłódkę, jeśli wesprzesz moją zrzutkę, na utrzymanie tej strony, wpłacając dobrowolną kwotę na konto.
Bank PKO BP nr rachunku: 33 1020 3916 0000 0602 0098 3122
z dopiskiem „Dla Jana”. Za wszystkie wpłaty z góry dziękuję. 
Stan skarbonki na dziś 305 zł. Dziękuję.
28 09 2020 WEJDĄ, NIE WEJDĄ?
Tak witaliśmy się w słusznie minionych czasach, bojąc się interwencji naszego wielkiego brata. Dostałam nawet wówczas telegram następującej treści: a jednak stop nie weszli stop. Teraz różni politycy twierdzą, że nie było żadnego zagrożenia. Pewnie, że nie było, nie musieli wchodzić. Byli na miejscu w ilości wystarczającej. Wyprowadził ich Wałęsa, którego „historycy” rządowi usiłują wygumkować z Solidarności, jak nie przymierzając Stalin Trockiego z fotografii. Los Trockiego skończył się nie tylko na wymazaniu go ze zdjęcia. Wałęsa żyje i życzymy mu zdrowia. Zwłaszcza, że jest w grupie ryzyka, jak cały naród. Liczba zakażeń wzrasta, bez względu na to czy wierzysz w Covida czy nie. Premier dawno ogłosił, że zagrożenia nie ma i starzy ludzie mogą iść głosować. Jak ich ubędzie to mniej trzynastek będzie się wypłacało. Tyle wiedzą. Teraz też, przy spotkaniu on-line czy osobistym, w maskach oczywiście, pytaliśmy się: Wejdą nie wejdą? Czy Gowin wejdzie znów do tej samej brudnej rzeki, do koalicji, z której już, już wychodził, drzwi jednak zostawiał uchylone. Ziobro, odsądzany od czci i wiary przez PiS i jego najważniejszych „celebrytów”, wygiął się w wielki znak zapytania. Miał stracić stanowisko ministra sprawiedliwości, nomen omen. Warto przeczytać wywiad Roberta Mazurka z Michałem Dworczykiem, szefem kancelarii premiera. Mazurek nieźle dociska ministra, bo prawie wszystkie te młode wilczki są ministrami. Ten jednak jak rasowy cyrkowiec, spaceruje po linie, wygibasy robi, prawie spada, nawet wisi na rękach, znów wskakuje na linę, nie potwierdza i nie zaprzecza.
Nie odpowiada na pytanie czy Jarosław prezes Kaczyńskie wejdzie, czy nie wejdzie do rządu. Żeby zostać wicepremierem namaszczonego przez siebie premiera. To dopiero będzie figura nie do rozgryzienia! Jeśli wejdzie to będzie miał gabinet jak się patrzy, mówi Dworczyk, stąpając po linie. Jeśli nie wejdzie, to zostanie na Nowogrodzkiej. – Czy Ziobro wejdzie, czy nie wejdzie? – pytaliśmy z nadzieją, że może się jednak obsunie. Wejdzie, wejdzie, musi dokończyć demolkę sądów, jak jakiś Rambo. W sobotę znękany prezes w towarzystwie dwóch równie znękanych koalicjantów, z ponurą miną ogłosił, że „Z radością” informuje o utrzymaniu koalicji. Po czym siedli przy stoliku szefowie przystawek i coś podpisali. Dostali jakieś kartki i złożyli podpisy. Co to było? A kto to może wiedzieć. Dziennikarzy przepędza się jak wiejskie kundle. Nic to, że występują w naszym, obywatelskim imieniu. A co ich k… obchodzi! Nawet członkowie partii nie znają treści. Może to były czeki in blanco? Może częściowe przyzwolenie na wejście? A jak się nie podporządkują, to sio z koalicji! Ziobro był wściekły a Gowin luźny. Jest między nimi różnica. Gowin ma doktorat, pracuje na UJ, ma dokąd wrócić. Ziobro jest magistrem z ambicjami jak stąd do wieczności i musi mieć władzę. A czy Kaczyński wejdzie czy nie wejdzie?
Ludzie, mamy coraz więcej zakażeń, kryzys gospodarczy cichutko na paluszkach zbliża się do nas, wyciąga swoje drapieżne łapy, żeby wydrzeć nam i tak już ograniczone środki. Polki i Polacy, jak lubią mówić politycy, mają obniżone pensje, honoraria autorskie oraz innego typu wynagrodzenia. Zgadzamy się na to, żeby ratować firmy przed upadkiem. Kaczyński ma podobno dopilnować, żeby ludzie w spółkach Skarby Państwa nie szaleli z kasą. Te spółki są jak oszalała karuzela, ciągle zmieniają się krewni i znajomi królika, załapują się choćby na miesiąc, dwa, trzy, po to, żeby dostać odprawę. Prezes ma dostać posadę dozorcy pilnującego tego Domu, jak Anioł z serialu. Dom może się zawalić. Jeśli zda sobie sprawę z tego, co go czeka to czy wejdzie, czy nie wejdzie? My, obywatele dowiemy się o tym ostatni, bo wszystko jest tajemnicą państwową!
Krystyna Kofta
Źródło koduj24.pl 
25 09 2020 Ależ mi śmierdzi dyktaturą ten komitet do spraw bezpieczeństwa z Kaczyńskim na czele.
Spektakl, jaki zafundował nam PiS w minionych dniach, wreszcie dobiega końca. Czy cieszę się, że Zjednoczona Prawica nadal pozostaje zjednoczona? Nie! Czy wróciła we mnie wiara, że ta koalicja zajmie się wreszcie tym, czym powinna czyli państwem? Nie! Czy skaczę z radości, że Kaczyński wszedł do rządu? Nie! Czy w ogóle czuję cokolwiek? Nie! Jestem pusta jak wydmuszka, pozbawiona wszelkich odczuć i uczuć, bo tak naprawdę niewiele mnie obeszły te wewnętrzne tarcia. Od początku było wiadomo, że panowie się dogadają, bo przecież mają haki na siebie, bo jeden bez drugiego leży i kwiczy, więc czym tu się było ekscytować? No może tylko tym, że niezły czas znaleźli sobie na podgryzanie i kąsanie. Polakom żyje się coraz ciężej, dziura budżetowa coraz mocniej dziurawa i gdzie nie spojrzeć, wszystko się sypie, ale co tam…”ojcowie narodu” postawili na siebie, wyznając zasadę, że my to my, a Polska niech sobie poczeka aż załatwimy własne sprawy. Natomiast jest jedno, co powoduje, że włos mi się lekko jeży, a w głowie zapala czerwona lampka. To powołanie do życia kolejnego dziwnego tworu czyli komitetu do spraw bezpieczeństwa. O ranyyy! Ależ mam z tym fatalne skojarzenia. Coś takiego, tylko z dodatkiem „publiczny” działało w latach 1954-1956 i było kopią Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSRR, naszego ówczesnego „wielkiego brata”. Jak zapisano w rozkazie powołującym ów komitet do życia, jego działanie „wymaga od całego aparatu bezgranicznego oddania dla Partii, głębokiej partyjności w codziennej pracy zawodowej, wysokiej postawy moralno-politycznej oraz stałego zacieśnienia więzi z masami pracującymi”.
Do jego zadań należała walka z działalnością obcego wywiadu uprawianego przez państwa kapitalistyczne i związane z nimi wywiady reakcyjnych ugrupowań emigracyjnych; walka z wrogą działalnością resztek podziemia reakcyjnego i próbami tworzenia nielegalnych organizacji, ich działalnością polityczną i terrorystyczną; walka z wrogą działalnością niemieckich elementów rewizjonistycznych; walka z dywersją, sabotażem, szkodnictwem uprawianym przez wroga na odcinku gospodarki narodowej; prowadzenie wywiadu przeciw działalności wywiadu państw kapitalistycznych i związanych z nimi ośrodków reakcyjnej emigracji działających przeciw Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jak również prowadzenia działalności dla zdobycia niezbędnych informacji z dziedziny politycznej, ekonomicznej i naukowo-technicznej.
Wprawdzie wszyscy, z prawa do lewa trąbią, że ten komitet, na którego czele stanie pan Kaczyński, ma tylko jeden cel. Całkowita kontrola nad panem Ziobro, co by nie zapomniał on, kto tu rządzi i przestał podskakiwać. Temu ma ponoć właśnie służyć podporządkowanie prezesowi Ministerstwa Sprawiedliwości, MON. MSWiA. Ale czy faktycznie tylko o to chodzi? Nie ma co, gdy słyszę o stworzeniu dzisiaj komitetu do spraw bezpieczeństwa, trudno mi uwolnić się od wspominania tego, sprzed lat i jego roli w upodleniu Polski, odebraniu narodowi wolności i praw obywatelskich.
Podobnie jak wtedy PRL, tak i dzisiaj Zjednoczona Prawica karmi nas wrogami z zewnątrz, wrogami wewnątrz, opozycją destabilizującą państwo, donoszenie na Polskę co można uznać za dywersję i sabotaż oraz działanie na szkodę, co wyraźnie pokazuje, że te zadania sprzed lat znowu są aktualne. Jaką mamy gwarancję, że ten nowy komitet Kaczyńskiego nie posłuży do zwiększenia kontroli państwa nad obywatelem? Do budowy i utrwalania państwa policyjnego? Może mam manię prześladowczą, może to już jakaś obsesja, ale za grosz nie wierzę w uczciwe i prodemokratyczne intencje tego obozu władzy. No i jeszcze Kaczyński na czele tego tworu. Schorowany 70-latek, zafiksowany zupełnie na punkcie władzy autorytarnej, a może i nawet dyktatorskiej. Człowiek pełen nienawiści do każdego, kto myśli inaczej niż on, kto inaczej widzi przyszłość Polski, któremu po głowie chodzi zadośćuczynienie za lata ignorowania i pozostawania poza główną sceną polskiej polityki, zemsta na przeciwnikach, ukaranie za doznane niepowodzenia i wyimaginowane krzywdy. Mówcie sobie, co chcecie, ale dla mnie ten komitet do spraw bezpieczeństwa to bardzo śmierdząca sprawa, sięgająca znacznie głębiej niż tylko do pilnowanie Ziobry.
Źródło koduj24.pl
W 2014 roku tak myśl przyszła mi do głowy: Gdy PiS przejmie władzę to dzień będzie zaczynać się od modlitwy o pomyślność, potem praca za bóg zapłać, msza dziękczynna, umartwianie, wypominki, spanko i abarotno świątek, piątek i niedziela. Niestety wtedy będzie już za późno by myśleć o swojej godności, prawach.....A w tym wszystkim wspomagać będą prezesa Kaczyńskiego jedyne media jakie pozostaną Radio Maryja, Telewizja TRWAM i dzienniki katolicko- prawicowe....Gdy PiS do władzy dojdzie to Macierewicz w czarnym skórzanym płaszczu na Szucha będzie urzędował.....
No i patrzcie po latach okazuje się, że to nie Macierewicz, a Kaczyński na Szucha będzie urzędował!? Wow!? Jarku jedyne co mnie martwi, to to jak Ty w czarnym skórzanym płaszczu, do samej ziemi będziesz wyglądał!?
18 09 2020 Liderzy ZP - więcej rozwagi.
No więc posypało się. Koalicja Zjednoczonej Prawicy jest poważnie zachwiana, a jeden z liderów PiS, wicemarszałek Terlecki, wprost stwierdził, że nie istnieje. O co poszło? Jak można sądzić pokłócono się o obsadę ministerstw w „rekonstruowanym” rządzie i to chyba jest główny powód, a drugi – za­prezentowany ostatnio, to „sprawa futerkowa” czyli „Piątka Kaczyńskiego dla zwierząt”. Przyznaję, że od pierwszych wolnych wyborów 1991 roku (te z 1989 były „wolne częściowo”) głosowałem zawsze na PC, lub koalicję w której było PC, później na PiS. W 1991 roku głosowałem na Kaczyńskiego, w Ambasadzie RP za granicą – mój okręg wyborczy to Kraków. Mam więc prawo, jako „żelazny wyborca PiS,” ocenić to co się stało w ostatnich dniach. Na ogół zawsze jakoś sobie tłumaczyłem polityczne manewry Prezesa Kaczyńskiego, nawet jeśli miałem duże wątpliwości czy są akurat trafne i skuteczne. Ale dziś, przyznaję, jestem zdumiony, taktyką kierownictwa PiSu po zakończeniu „maratonu wyborczego” z lat 2019-2020, trwającego rok i kwartał. Trzeba powiedzieć, ze ten okres dowiódł dwóch rzeczy. Po pierwsze: że Zjednoczona Prawice na czele z PiS zwyciężyła w tych konfrontacjach politycznych, uzyskując mandat do rządzenia na drugą kadencję zarówno parlamentu jak i prezydenta. I po drugie, że „obóz III RP” nie znalazł instrumentów dzięki którym do władzy mógł powrócić. Jedyny ich sukces to „odbicie Senatu” (dzięki lenistwu kandydatów z PiS, np. na Śląsku). Te niewątpliwe poważne sukcesy wyborcze świadczą, że prowadzona przez ostatnie 4-5 lat polityka zyskała szerokie poparcie społeczne. I w chwili gdy ów „maraton wyborczy” mamy za sobą i ZP na 3 lata na spokojne dokończenie reform otwarto „front wewnętrzny” czyli rekonstrukcję rządu.
Jesienne „rekonstrukcje” rządów to już tradycja polityczna ZP. Najpierw była w 2016 (odejście Szałamachy z MFin), potem 2017 (odejście Szydło z premierostwa), no i teraz mamy trzecią rekonstrukcję. Ciągną się te rekonstrukcje tygod­nia­mi, media są przepełnione spekulacjami, opozycja zaciera ręce, a politycy ZP jakoś nie dostrzegają, że te ględzenia o rekonstrukcjach denerwują ich elektorat. Ostatnie dni, pełne sprzecznych wypowiedzi liderów ZP świadczą, że spory wewnętrzne w ZP są poważne i nie wiadomo, czy za parę tygodni nie będziemy musieli iść do urn, jeśli Panowie Kaczyński (K), Gowin (G) i Ziobro (Z) nie osiągną jakiegoś rozsądnego kompromisu. Cóż czasem tak bywa, ale doradzałbym Panom „K-G-Z” więcej rozsądku. Pamiętajcie, że wasz elektorat może się wkurzyć, bo nie rozumie o co chodzi. Proszę rozejrzeć się w swych  głowach za rozsądkiem! W tej skomplikowanej sytuacji politycznej na prawicy elektorat dostał ni stąd ni z owąd „Piątkę Kaczyńskie­go dla zwierząt”. Odgrzebano durne pomysły  Czabańskiego z 2017 roku i uraczono elektorat PiSu na wsi nowym absurdalnym pomysłem. Sporo na ten temat napisano (polecam tekst  Lewandowskiego w Warszawskiej Gazecie nr 38) więc trudno tu dodać coś nowego. Napiszę tylko, że o ile hodowla zwierząt na futra nie budzi mojego entuzjazmu, to wprowadzenie zakazu, ot tak, z dnia na dzień, to po prostu głupota, wyrządzająca szkodę materialną hodowcom, którzy poczynili inwestycje, wzięli kredyty, znaleźli odbiorców itd. Zamiast dążyć do ograniczania hodowli i rozłożyć sprawę w czasie, nagle wyciąga się projekt ustawy (to w ubiegłym tygodniu), przesyła do Sejmu i uchwala się wczoraj w nocy ten knot. Tak, ustawa jest knotem, już nawet nie z powodu futerek, ale dlatego, że daje prawa kontroli „dobrostanu zwierząt hodowlanych” organizacjom społecznym. Jednym słowem Kaczyński stanął obok pani Spurek i mówi jednym głosem. Jak pisze Lewandowski we wspomnianym artykule dla Spurek każda hodowla jest zła i żadne działania na rzecz poprawy warunków hodowli nie są wystarczające. No ale cóż, Pan Prezes chce chyba jakiegoś ORMO dla zwierząt – skrót OSOHZ dobrze pasuje (Organizacja Społeczna Obrony Hodowanych Zwierząt), może sobie przypomniał wyczyny IRCHy – Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej z lat 80-tych. Nie wiadomo. Osobiście sadzę, że ten właśnie przepis dyskwalifikuje sławetną Piątkę prezesa całkowicie. Poza tym mamy tam kilka „drobiazgów”. Z hodowli futerkowców, wyłączono hodowlę królików. To co, króliki futerka nie mają? Mają, ale hoduje się je na mięso a nie na futra. Ot różnica. Ale do czasu, przyjdzie kolej i na króliki. Durny zupełnie zakaz uboju rytualnego może nas kosztować ok. 7 miliardów złotych. Co tam, bagatela! Ale zdaje się ze jest orzeczenie TK w tej sprawie sprzed lat. No więc to chyba nie przejdzie. Popieram natomiast w całej rozciągłości zakaz trzymania zwierząt na łańcuchu w chłopskich obejściach, zwłaszcza jeśli dotyczy to psów. Podwórko gospodarskie, to terytorium psa. Pies broni swego terytorium przed intruzami, wiec będzie zabezpieczał wieś przed aktywnością „spurkowców” z OSOHZ, czy zwierzęcej IRCHy. Kiedy portki aktywistów będą potargane przez psie zęby na wieś powróci normalność. Na tle ustawy zwierzęcej doszło do sporów w ZP i nawet PiSie. 14 posłów PiS głosował przeciw, cała SolPol Ziobry też i większość Porozumienia. Na kłótnie o stanowiska nałożyła się „kłótnia o futerka”. Obie strony grają twardo. Terlecki stwierdził, że koalicji nie ma (Rysiu, daj spokój). No brawo, tylko teraz potrzeba nam kryzysu rządowego, no bo mamy pandemię, kłopoty gospodarcze związane z lockoutem, kocioł na Białorusi, rozgrywkę o NS-2, wzrost kolorowej aktywności - akurat przyszedł "dobry" czas na kryzys wewnętrzny, ewentualne wybory i powrót złodziei i nieudaczniaków do władzy. Gratuluje liderom, panom "K-G-Z" pomysłu. I pytanie do prezesa Kaczyńskiego. Po jednej stronie mamy futerka, a po drugiej 3 lata rządów bez wyborów, przekop Mierzei, CPK, ref. sądów, polityka społeczna ostatnich 5 lat, poprawa ściągalności podatków, polepszenie stanu armii itd. To wszystko jest zagrożone, gdyby ZP straciła władzę. Wydaje się, że dla Pana ważniejsze są futerka. Czy Pan sądzi, że wieś zagłosuje na PiS jak ostatnio, po uchwaleniu ustawy futerkowej? Jeśli tak, to myli się Pan bardzo. Na koniec pragnę pogratulować min. rolnictwa Ardanowskiemu z PiS, za to że zagłosował przeciw ustawie: Piątka Kaczyńskiego. Panie ministrze – moje uznanie! Chapeau bas!
Źródło: niepoprawni.pl
Z forum: Prezydent nie podpisze "Ustawy futerkowej z uwagi na błędy"..  Koalicjanci się "przeproszą" i wezmą się do roboty za ustawy "fundamentalne" dla normalnych Polaków....Najgłupszą decyzją ZP byłoby rozpisanie teraz nowych wyborów.. Już raz przerabiał to PiS..Ochrona zwierząt jest ważna, ale nie ważniejsza od ludzkiego życia...Wystarczy egzekwować istniejące już prawo..
14 09 Katecheci idą na wojnę.
Nadgorliwi katolicy, fanatycy, a także oszuści, dla których wiara jest trampolinę do stanowisk i zaszczytów, traktują wyznawaną religię bardzo wybiórczo. Jak myślicie, ilu Polaków uważa się za misjonarzy powołanych do krzewienia jedynie słusznej wiary wśród „niewiernych i bezbożnych”? Ilu czuje się uprawnionych do nawracania niewierzących i wątpiących, wbrew ich woli? A ilu jest zdania, że katolicyzm powinien być w Polsce obowiązkowy i że każdy, kto ma inne zdanie, sam stawia się poza społecznością?  Jak wielu spośród nas wierzy, że wirus w kościele staje się niegroźny, że nie sposób się zarazić śpiewając i modląc się w tłumie wiernych, albo że opłatek należy podawać do ust, bo przecież ksiądz ma „konsekrowane dłonie”? Jaki odsetek Polaków nie razi pazerność funkcjonariuszy Kościoła, ich protekcjonalna buta i powszechne już upolitycznienie tej profesji? Ilu spośród nas uznaje za wyrocznię w sprawach wiary toruńskiego redemptorystę (z zakonu powołanego w celu niesienia pomocy ubogim), księdza który wyprasza datki także od emerytów i ludzi biednych, by powiększać swój majątek warty dziś 350 milionów? Ilu Polakom nie przeszkadzają coraz liczniej ujawniane przypadki pedofilii wśród księży i ukrywania przestępców przez biskupów?
Takich ludzi jest w Polsce wielu, może więcej niż w innych krajach, ale z całą pewnością nie stanowią grupy dominującej. Samozwańczy delegaci Pana Boga na Polskę są w naszym społeczeństwie zdecydowaną mniejszością. Problem jednak w tym, że ta mniejszość przejmuje właśnie rządy w kraju. Powiem więcej: po wygranych przez PiS wyborach domorośli katecheci, wspomagani przez partię władzy, ruszyli do frontalnego ataku. Ateiści i agnostycy jeszcze nie są ścigani. Jeszcze nie ustalono kar za wystąpienie z Kościoła i nie wyklucza się za niedostatek wiary. Ale w parafiach wiejskich coraz częściej upowszechniane są informacje kto nie daje na tacę, kto nie przyjmuje księdza po kolędzie i kto napisał list do biskupa krytykujący proboszcza za to, że Ewangelię zastępuje pochwałą władzy. Za krytykę Kościoła lub jego dostojników odsądza się już ludzi od czci i wciela w szeregi mitycznych agresorów planujących zniszczenie polskiej tradycji i cywilizacji. Karykaturalne rozmiary przybrał rzekomy atak nieznanej nigdzie na świecie „ideologii gender”, która ma być największym zagrożeniem ludzkości, większym niż COVID, głód czy katastrofy.
Coraz częściej posługują się Bogiem kibole i faszyzujący narodowcy. Rosną szeregi Żołnierzy Chrystusa, wyposażonych w ciężkie „obronne” różańce i żelazne krzyże, których hasłem jest „walka na śmierć i życie w obronie wiary”. Zwolenników katolickiego szariatu przybywa w państwowych firmach i instytucjach, gdzie pracownicy zmuszani są do udziału w mszach. Na nowych karetkach pogotowia w Przemyślu widnieje hasło: „Ku chwale Bożej i na ratunek bliźnim” – które to hasło było podobno zawołaniem tamtejszych sanitariuszy sprzed 100 laty, tyle że wtedy nie obowiązywała jeszcze obecna Konstytucja. W statucie Rady Miasta Zakopane pkt 2 wprowadza obowiązek rozpoczynania każdej sesji Rady „Modlitwą za Ojczyznę”, w której jest prośba o zesłanie Ducha Świętego „na sługi swoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej, ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować”. Podległa premierowi renomowana placówka kształcąca pracowników administracji publicznej rozpoczęła współpracę z rydzykową Wyższą Szkołą Kultury Społecznej i Medialnej, informując przy tym, że „porozumienie obejmuje realizację celów naukowych, edukacyjnych i dydaktycznych”, a nawiązana współpraca dotyczyć będzie m.in. tworzenia wspólnej oferty edukacyjnej… OKO.press poinformowało, że świeżo mianowany minister nauki inż. Wojciech Murdzek (b. prezydent Świdnicy, bez tytułu naukowego) rozesłał do dyrektorów instytutów badawczych list powitalny, który zaczyna się cytatem z Jana Pawła II, kończy zachętą do „uhonorowania setnej rocznicy Jego urodzin”, a w środku też jest o papieżu i tylko trzy krótkie akapity dotyczą funkcjonowania podległych instytutów w czasach zarazy.
Katoliccy ultrasi szczególnie upodobali sobie szkoły. I nie ma się co dziwić, że tu właśnie przypuszczono frontalny atak, bo na religię nie chodzi obecnie 20% uczniów szkół podstawowych i 56% licealistów. Wicedyrektor podstawówki (im. Jana Pawła II), z wykształcenia psycholog, po spotkaniu z ministrem Piontkowskim objawił światu, że warunkiem powodzenia w każdej sprawie jest „więcej wiary”.  Wiara staje się w oświacie obowiązkowa. Inauguracje roku szkolnego rozpoczynają się od mszy w kościołach. Episkopat rekomenduje szkołom organizację październikowych „Dni Papieskich” ze scenariuszem przewidującym religijne śpiewy i modlitwy wszystkich uczniów. W stołówkach pojawiają się hasła w rodzaju „Pamiętaj o modlitwie przed jedzeniem”, a w świetlicach „Przypomnienie zasad zachowania w kościele”. W Borku Strzelińskim szkoła przy wsparciu kuratora zapowiedziała uroczystość poświęcenia plecaków, jednak wskutek masowego protestu rodziców ceremonię ostatecznie przeniesiono do kościoła. Do monstrualnych rozmiarów urosła stara kość niezgody między dyrekcjami a częścią rodziców – organizacja lekcji religii. Wiele placówek informuje rodziców uczniów nieuczestniczących w religii, że z powodu pandemii ich dzieci muszą teraz brać udział w tych zajęciach, ponieważ „szkoła nie może zapewnić im innej formy opieki”. Dzieci te stygmatyzowane są poprzez sadzanie ich w ostatniej ławce, którą od wieków nazywają „oślą”. W Zielonej Górze religia nazywa się dla niepoznaki „zajęciami opiekuńczymi” z obowiązkową obecnością, sprawdzaną przez katechetę. W wielu szkołach lekcje religii przeniesiono z początku lub końca planu dnia do środka, między inne lekcje. W Pomiechówku zamiast kwestionariusza zgody na udział ucznia w nieobowiązkowej przecież religii lub etyce, rodzice dzieci niechodzących na te zajęcia wypełnić muszą „Podanie o zwolnienie dziecka z zajęć religii”. W dziennikach elektronicznych uczniom niechodzącym na religię wpisuje się nieobecności, a do ich danych mają dostęp katecheci i księża, którym zdarza się wygłaszać publicznie „napomnienia” lub demonstracyjnie współczuć dzieciom, „że mają takich rodziców”. Przybywa szkół, gdzie np. fizyki uczy ksiądz, a geografii zakonnica. Katecheci coraz częściej przejmują funkcje opiekunów samorządów szkolnych.
Nadgorliwi katolicy, fanatycy, a także oszuści, dla których wiara jest trampolinę do stanowisk i zaszczytów, traktują wyznawaną religię bardzo wybiórczo. Nie tylko w grzesznym często życiu osobistym. W przestrzeni publicznej dobierają jedynie te fragmenty chrześcijańskich kanonów, którymi można wymachiwać i ruszać z nimi do boju. Taki przykład: na ulicach stolicy pojawiły się bilbordy z mocnymi cytatami z Biblii, które promują zwyczaje i społeczne reguły bliskowschodnich plemion sprzed kilku tysięcy lat. Ale nie wszystkie ujrzały światło dzienne. Nie promuje się np. obecnego w tym samym tekście nakazu zabijania kobiet, które utraciły dziewictwo przed ślubem, ani kamienowania syna „nie słuchającego upomnień ojca i matki”.
Andrzej Karmiński
PS. W elektrowni Ostrołęka, do której pielgrzymowali prezydent i premier wychwalając nową inwestycję, zatrzymano budowę, a dwie stumetrowe wieże, od początku niepotrzebne, trzeba teraz wyburzyć. Obecnie pięknie rozwija się tam śledztwo w sprawie wielkiej afery korupcyjnej. Wiecie kto rządzi w tej elektrowni? Wśród siedmiu tamtejszych dyrektorów trzech to z zawodu katecheci. Czwarty katecheta startuje właśnie w konkursie do zarządu i nie jest bez szans…
Źródło koduj24.pl
Do kościoła chodzę tylko na uroczystości rodzinne, śluby, pogrzeby, księdza po kolędzie przyjmuje, do spowiedzi nie chodzę, przed kapliczkami nie przystaje by się przeżegnać....czy jeszcze jestem wierzącym katolikiem, czy może już ateistom!?
Z forum: „Polska to Polacy, w większości katolicy”. I to jest mit, na którym opiera się propaganda KK w Polsce. Fakt, że większość Polaków została, bez pytania o zgodę, ochrzczona – jeszcze o niczym nie świadczy. Przecież trudno uznać za katolika kogoś, kto uporczywie lekceważy sobie 3. przykazanie Dekalogu (Pamiętaj, abyś dzień święty święcił) i 1. przykazanie kościelne (W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej […]) – tym bardziej, że nawet jednorazowe opuszczenie mszy skutkuje tzw. grzechem śmiertelnym, za który katolicka dusza niechybnie znajdzie się w piekle.
A oto ostatnie dane opublikowane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego: „W 2017 r. w niedzielnej eucharystii uczestniczyło 38,3 proc. zobowiązanych katolików, a do komunii świętej przystąpiło 17 proc.”. Więc jaki jest ten rzeczywisty procent katolików w Polsce – 95% czy 38,3%? 
11 09 2020 Czas na zastanawianie się, dlaczego, i na puste gadanie już minął.
Już pięć lat mija od czasu, gdy Zjednoczona Prawica zatrzęsła podstawami demokratycznej Polski, a wielu Polaków pozostaje wciąż w permanentnym szoku i pyta, dlaczego? Jak to się stało, że PiS wygrał jedne wybory, potem drugie, a pan Duda cieszy się reelekcją? Skąd to uwielbienie dla partii prezesa? Jak to możliwe, że naród sprzedał się za programy Plus? Co się stało z Polakami, że postawili na tak szpetną kobyłę?
Piąty już rok ludzie zadają wciąż te same pytania! O rany, ileż można? Napisano mnóstwo artykułów na ten temat. Przeanalizowano sprawę wszerz, wzdłuż i w poprzek, a my wciąż szukamy odpowiedzi i zamykamy się w tym poszukiwaniu jak w bańce. A może już najwyższy czas przestać wreszcie pytać i spojrzeć w przyszłość? Może warto dostrzec, że w tej chwili już nie te odpowiedzi są nam potrzebne, ale jakiś sensowny plan działania, który pomoże w odwróceniu sytuacji. Jego podstawą są ludzie. Ludzie z obu stron konfliktu. Zastanawiam się, jak chcemy przekonać zwolenników „dobrej zmiany” do innego spojrzenia, innego nastawienia? Przeglądając fora społecznościowe, nie widzę żadnych szans na dogadanie się. Inwektywy lecą równo, agresja aż kipi i gdyby tylko była taka możliwość, to mielibyśmy już uliczne rozgrywki siłowe na ulicach miast i miasteczek. Znaczna część opozycji uważa, że tak właśnie trzeba, bo nie ma mowy o nadstawianiu drugiego policzka, bo trzeba przeciwnika zgnoić jeszcze bardziej niż on nas, dowalić, prześmiać jego niedobory intelektualne i tak się to błędne koło kręci.
Mało tego, pomagamy elektoratowi Zjednoczonej Prawicy w utrwalaniu ich miłości politycznej, bo cóż im proponujemy na przyszłość? Co im obiecujemy w sytuacji, gdy uda się prezesa i jego partię odesłać w niepamięć? Kiedy PiS obejmowało władzę, jego elektorat wołał radośnie, że „teraz k…a my”, a kiedy PiS obalimy to również będziemy się podpierać tym samym okrzykiem. Już oni nam za wszystko zapłacą. Zemścimy się za te lata demolki. Kogo się da, postawimy przed Trybunałem Stanu, innych wykończymy procesami cywilnymi i zapełnimy polskie więzienia. Pierwsze, co zrobimy to wywalimy ze spółek państwowych wszystkich krewniaków dzisiejszej władzy i błyskawicznie zapełnimy wolne już miejsca, swoimi. Przywrócimy stan sprzed PiS, kiedy to Polska była jaka była. Odkręcimy reformę sądownictwa, również do stanu sprzed rządów prezesa, zatrzęsiemy edukacją, reformując ją podług naszego uznania, kościół sprowadzimy do pionu.
Gdybym była wielbicielką PiS to na takie obietnice włosy stanęłyby mi dęba, bo co by to dla mnie oznaczało? Powrót czasów, w których nie czułam się zbyt komfortowo, które miało mnóstwo cieni, a i ówczesna władza wykazywała się sporą arogancją, butą i oderwaniem od społeczeństwa. Wszystko co mówimy i robimy upewnia wyborców Zjednoczonej Prawicy, że wróci to stare, które dla nich jest nie do przyjęcia i teraz, gdy wreszcie posmakowali „bycia kimś”, zrobią wszystko, by nie dać się znowu zepchnąć poza margines, by te czasu już nigdy nie wróciły. Nie! Nie tędy droga! Musimy im przedstawić konkretne propozycje, konkretną wizję Polski po PiS-ie. Owszem, trzeba będzie ukarać tych, którzy złamali prawo i działali na szkodę demokratycznej Polski, ale… odbędzie się to w ramach sprawiedliwego osądzenia. W oparciu o fakty a nie zemstę jako taką. Owszem, rozliczymy, ale tylko tych, którzy ponoszą całkowitą odpowiedzialność za zaistniały stan rzeczy, a nie jak leci, wszystkich, tylko dlatego, że są członkami koalicji rządzącej. Owszem, zrobimy porządek w spółkach państwowych, usuwając z nich osoby, które nie mają ani kompetencji, ani potrzebnych umiejętności, by sprawdzić się na objętych stanowiskach. Tutaj wprowadzane zmiany będą w pełni podparte przyjętymi wcześniej procedurami i przeprowadzonym rzetelnie konkursem, w którym nie będzie miejsca na faworyzowanie swoich czy jakichś krewniaków. W wyborze nowych szefów i członków zarządów będzie liczyła się faktycznie tylko wiedza i praktyka na podobnych stanowiskach. Na pewno nie będziemy chcieli zdelegalizować PiS, dając tej partii szanse na pozostanie partią prawicową, ale opartą na demokratycznych podstawach i bez ciągot do autorytaryzmu. Owszem, będziemy działać w kierunku oddzielenia kościoła od państwa, ale na takich zasadach, które będą podstawą uszanowania prawa każdego obywatela do kultywowania własnej religii bądź życia bez niej. Nie będziemy burzyć kościołów, walczyć z biskupami, ale wreszcie unormalnimy wzajemne stosunki tak, by nikt nie czuł się prześladowanym, gorszym, by nikomu nie narzucać, czy w ogóle musi w kogoś wierzyć, w kogo ma wierzyć i jak. Przeprowadzimy rzetelną reformę wymiaru sprawiedliwości, ale nie w oparciu o własne widzimisię lecz konkretne propozycje znanych z imienia i nazwiska ekspertów, autorytetów w dziedzinie sądownictwa.
Dlaczego o tym piszę? Proste! Nie możemy budzić strachu czy niepokoju, ale musimy wskazać konkrety, które pokażą, iż nie zemsta ma być motorem działań przyszłej władzy, ale rozwaga, praworządność w tym prawdziwym, nie wydumanym, wydaniu, uczciwość, rzeczywista wiedza i kompetencje. Musimy podać na tacy takie rozwiązania, które nie odstraszą, pokażą, że i dla nas ta Polska przed PiS-em była pełna błędów, pewnej patologii władzy, nepotyzmu i daleka od potrzeb obywateli. Dlatego przestańmy wreszcie szukać przyczyn, dlaczego stało się tak, a nie inaczej, ale pokażmy swoją wizję przyszłości. Taką, która będzie też wiarygodna dla wyborców Zjednoczonej Prawicy. Przestańmy skupiać się głównie tylko na gadaniu, zmuśmy partie opozycyjne, by zamiast zajmować się sobą, wreszcie zajęły się Polską i przedstawiły jakieś konkrety, jakiś plan, pokazujący, że i one zaczęły myśleć inaczej, myśleć bardziej obywatelsko, że zrozumiały, iż to one są dla społeczenstwa, a nie odwrotnie. Przed nami ogrom pracy i to na wielu polach, ale już czas najwyższy działać, nie poprzez obrażanie, dowalanie, hejtowanie, piętnowanie, ale przez sensowne propozycje i taką wizję przyszłości, która nie odstraszy. Może jestem nadmierną optymistką. Może zbyt dużą fantastką, ale wciąż wierzę, że to możliwe.
Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl
Co niektórzy przecierają oczy i widzą niegodziwości, złodziejstwo PiS- u. Znam takich co oczy by wdrapali za złe słowo o Kaczyńskim!? Tak było od lat, a dziś kiedy przyszło czekać na zabieg ponad 2 lata, a prywatnie za tydzień, ale kosztuje około 6 000 zł, mówią: a to złodzieje, skur....
oszuści itd.!? 
Z forum: Receptę na rozliczenie pisowców dał sam h.kaczyński: „Przebaczenie jest potrzebne, ale po przyznaniu się do winy i wymierzeniu kary” 
09 09 2020 Uwaga Polacy, pracujący za granicą! Koniec z ulgą abolicyjną.
Obóz rządzący rozpaczliwie szuka pieniędzy. Postanawia więc sięgnąć głębiej do kieszeni Polaków, karząc ich w ten sposób za własne błędy i marnotrawienie publicznych pieniędzy. Ministerstwo Finansów przygotowało projekt ustawy, który uderzy w dziesiątki tysięcy Polaków, pracujących czasowo poza granicami Polski. Zamierza zrezygnować z ulgi abolicyjnej, wprowadzonej w 2008 roku (za „tak fatalnych” rządów PO/PSL), która zakładała, że „w sytuacji, gdy podatnik pracuje przez parę miesięcy za granicą (stosunek pracy, działalność wykonywana osobiście, działalność gospodarcza), a następnie wraca na krótki okres do kraju, istnieje ulga abolicyjna, która zwalnia z płacenia dodatkowego podatku w Polsce”. Teraz to się zmieni. Podatki zapłacą zarówno osoby pracujące w krajach, z którymi Polska ma podpisaną umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, jak i ci, pracujących w państwach, z którymi takiej umowy Polska nie podpisała.
Łukasz Boszko, Senior Konsultant w firmie doradczej Grant Thornton nie ukrywa, że „bez ulgi abolicyjnej obciążenie podatkowe takich osób niewątpliwie wzrośnie, natomiast ze względu na różne stawki podatkowe w różnych krajach ciężko określić procentowo ten wzrost” i podaje jako przykład osoby zatrudnione tymczasowo w Holandii „ które są polskimi rezydentami podatkowymi, na ten moment ze względu na wysoką kwotę wolną od podatku w Holandii płacą w Holandii bardzo niski bądź zerowy podatek dochodowy od dochodu tam uzyskanego (…) Normalnie takie dochody wskutek zastosowania ulgi abolicyjnej są również zwolnione z opodatkowania w Polsce. Natomiast po likwidacji ulgi abolicyjnej cały przychód (od którego nie zapłacono w Holandii podatku ze względu na kwotę wolną) podlegałby opodatkowaniu w Polsce, pomimo tego, że dochód nie został uzyskany w Polsce”. Rezygnacja z ulgi abolicyjnej oznacza równocześnie zmianę 78 umów o unikaniu podwójnego opodatkowanie, które podpisała Polska. Wszyscy wiemy, że Polak potrafi. Nie będzie więc dla niego problemem, by zlikwidować swój dom i interesy, zabrać rodzinę i wyemigrować z kraju, aby w ten sposób obronić się przed wyciąganiem kasy. Wydaje się, że resort finansów zupełnie nie bierze pod uwagę takiego scenariusza i faktycznie liczy, że pieniądze od podatników czasowo pracujących za granicą, będą płynęły wartkim strumieniem.
Źródło: wyborcza.pl
Z prywatnego archiwum sierpień 2013 pisałem: Państwo wygoniło go za chlebem. W Polsce nie było dla niego miejsca. Był niepotrzebnym śmieciem dla którego nawet śmietnika nie było. Przez pół roku był na zasiłku w Polsce, później cztery miesiące ciężko pracował w Holandii. Dziś to państwo żąda od niego haraczu w postaci należnego podatku za pracę w Holandii pomim, że nie mieszka w Polsce! Ba musiał ten haracz w Polsce zapłacić, a tam w Holandii dostał zwrot podatku w wysokości około jednej pensji. Tak funkcjonuje pseudo prawo pod okupacją Tuska! Tak dziś ma być za Kaczyńskiego!?
Rota - bis
Nie rzucim ziemi skąd nasz ród
Przodkowie tak śpiewali
Nas docisnęła bieda głód
Rządzący nas sprzedali

I szukać chleba przyszło nam
U obcych za granicą
I każdy radzi sobie sam
Tu z nami się nie liczą

Gdzie murzyn robić nie chce już
Polaka tam postawią
A my tyramy no bo któż
Gdy oni piją, bawią

Rzucilim ziemię, honor też
Da Bóg że nie na długo
Za chlebem los nas wygnał precz
By być u obcych sługą

Do kraju ciągle wracać strach
Gdy bandy ster trzymają
Zwalają wszystko na ten krach
A sami rozkradają

Głodowe pensje chcą dać nam
A sami brać miliony
A ty człowieku radź se sam
Utrzymaj dzieci, żonę

Kiedyś to Polak ruszał w świat
Gdy obcy nam rządzili
A dziś okrada brata brat
Takiej dożylim chwili

I czasem myślę że to sen
Jak wrócę to się zmieni
Do domu który w Polsce hen
Stawiany na swej ziemi

Wrócę do ziemi skąd nasz ród
Wrócę do Polskiej mowy
Wrócę gdzie mieszka Polski lud
Z dumą uniosę głowy

Lecz życie nauczyło już
Że w sny nie trzeba wierzyć
Nadal haruje no bo cóż
To jakoś trzeba przeżyć.

Od lat mówię tym co chcą wrócić do Polski, wrócisz zaraz po przekroczeniu granicy wszystko stracisz czego się dorobiłeś, ba będziesz miał jeszcze długi!? 
04 09 2020 Nie ma co, dziwny z nas naród…
Obóz Zjednoczonej Prawicy nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć czy zaszokować. Natomiast przeraża mnie coś zupełnie innego. Nie ten rząd, gadający głupoty, ale to, że ludzie to podchwytują i w to wierzą. W wyborach parlamentarnych na obóz Kaczyńskiego zagłosowało ponad 8 mln Polaków, a w ostatnich, prezydenckich, na pisowskiego Dudę, w II turze, ponad 10 mln. Można więc śmiało powiedzieć, że ta prawie 1/3 naszego narodu łyka bez zakąski wszystko, co politycy Zjednoczonej Prawicy bajają i zupełnie nie widzą, co im ta władza wciska. Ponad 10 milionów Polaków!!! Jak to się stało, że aż tylu dało się wziąć na lep archaicznego patriotyzmu, patetycznego w takim stopniu, że aż jest to nie do strawienia? Oni naprawdę święcie wierzą, że patriota to ten, kto pielęgnuje kulturowe dziedzictwo narodu, interesuje się nim, stara się poznać dzieje ojczyste w takiej wersji, jaką im serwują polscy nacjonaliści i zwolennicy prezesa. Kto w imię miłości do ojczyzny jest gotów oddać za nią życie i bronić jej wolności do ostatniej kropli krwi. Raczą się wskazaną przez jedynie słuszne, prawicowe autorytety, literaturą, otaczają czcią i pełną miłością zabytki, oczywiście te, co są na pisowskiej fali.
Wydaje się rzeczą niezrozumiałą, że te ponad 10 milionów Polaków, nie ma pojęcia na czym polega współczesny patriotyzm. W czasach, gdy nie prowadzimy wojny, nikt nas nie atakuje, nie musimy walczyć o niezależność i wolność, nie dzielą nas granice, a gospodarka funkcjonuje w mocnym sprzężeniu z gospodarkami świata. Nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć, że dzisiaj patriotą jest ten, kto rzetelnie pracuje, płaci podatki, pomaga innym w potrzebie, odnosi się do swoich rodaków z kulturą, ustępuje starszym osobom miejsce w środkach masowej komunikacji, sprząta po swoim psie. Dzisiejszy patriota szanuje historię i tradycję, ale szanuje też drugiego człowieka, dba o środowisko, bliskie są mu działania związane z ekologią. Bierze udział w wyborach, nie pozostaje obojętny na łamanie prawa i zasad ustroju, w jakim żyje.
Ponad 10 milionów Polaków nie umie, nie potrafi lub nie chce dostrzec, czym charakteryzuje się współczesny patriotyzm! Przyjmują tę wersję, jaką serwuje im na biało-czerwonej tacy obóz rządzący i oddaje się tej archaicznej formie bez opamiętania. Biega od pomnika do pomnika, czas mu płynie między jedną rocznicą ważnego dla naszej historii, wydarzenia, a kolejną. Mdli mnie, gdy widzę takich patriotów, co to ledwo trzymają się na nogach od nadmiaru spożytych procentów, ale pod nos podstawiają mi prężące się ramię z symbolem Polski Walczącej. Gdy obok pomnika, przed którym przed chwilą oddawali hołd bohaterom, taki patriota zabawia się w obszczymurka, bo mu zaworki puściły i oznacza terytorium własnym moczem.
Ponad 10 milionów Polaków uwierzyło w słowa doradcy Andrzeja Dudy, profesora Andrzeja Waśko, który przyznał kilka lat temu, że „Polacy o wykształceniu podstawowym i zawodowym okazali się silniejszym elementem społecznym niż cała wielka rzesza magistrów. Ci, którzy nie studiowali, nie mieli bowiem okazji zarazić się tak głęboko post-marksistowskim wartościowaniem i modnymi sloganami nowej lewicy” i te ponad 10 milionów obywateli mu uwierzyło. Uwierzyło, że to oni są solą polskiej ziemi, wszystko wiedzą najlepiej, mają patent na prawdę i co im tam jakieś autorytety, jacyś ludzie, którzy z racji ogromnej wiedzy są poważani na całym świecie. Przyznam, że dla mnie to jakiś koszmar. Absolutnie nie neguję nikogo z niższym niż wyższe, wykształceniem. Jednak sama po sobie wiem, że są dziedziny, w których nie zabieram głosu, bo mam świadomość, że po prostu się na nich nie znam. Milczę lub słucham mądrzejszych od siebie, gdy rozmowa dotyczy np. ekonomii, finansów, medycyny czy psychologii. Milczę, słucham i chłonę, by dowiedzieć się coś więcej od ludzi, którzy są dla mnie właśnie tym autorytetem w swojej dziedzinie.
Jednak szlag mnie trafia, gdy znajomy, nota bene świetny spec od remontów, zarzuca mi, że nie mam pojęcia o historii najnowszej. Nie znam się, nie rozumiem, tępa po prostu jestem. Czy jeśli machnę mu przed oczami dość obszerną teczką ze świadectwami ukończenia uczelni wyższej, kilku kierunków studiów podyplomowych, licznych kursów i szkoleń, udowadniających, że stawiałam na ustawiczne dokształcanie i tym samym pogłębiałam swoją wiedzę, to coś mi pomoże? W życiu! On nie zmieni zdania, bo mówię rzeczy, które nie zgadzają się z przekazem dzisiejszego obozu władzy, więc jestem do kitu jako historyk i tyle.Młody chłopak po studiach, bez odpowiedniej praktyki i dokonań zawodowych, poprawia profesorów prawa, ekspertów od gospodarki, którzy zęby zjedli na swej profesji. Świetna kucharka wie lepiej, jakie są mechanizmy wielkiej polityki finansowej, kierowca taksówki, na którego trafiam od czasu do czasu, uważa się za znawcę ekonomii, bo w szkole podstawowej, w ramach WOS-u, miał kilka godzin z tego tematu i to wystarczy, by dzisiaj ustawiać autentycznych fachowców po kątach.
Jak to w ogóle możliwe? Jakież błędy w edukacji i pracy nad kształtowaniem tożsamości obywatelskiej popełniło nasze państwo, że aż tylu spośród nas, uznało, że po diabła im nauka, po diabła autorytety, po diabła ci, którzy z racji wykształcenia i umiejętności są motorem napędowym każdego społeczeństwa. Traktują ich jak zgniłe relikty poprzedniej epoki, negują, jednocześnie żyjąc w przekonaniu, że Polska bez nich będzie rozwijać się jeszcze lepiej. Zupełnie nie rozumieją, że państwo bez dobrze wykształconej elity intelektualnej to prosta droga do chaosu i upadku. Dlaczego Niemcy i Rosjanie postawili w pierwszej kolejności na likwidację polskiej inteligencji? Bo wiedzieli, że bez niej Polacy nie przetrwają. Oni wiedzieli, ale ponad 10 milionów Polaków tego nie wie. Nie ma co, jako naród ponieśliśmy straszną klęskę…Tamara Olszewska.
Źródło koduj24.pl 
30 08 2020 Po co do szkoły.
Polskiej szkole (pominąwszy wyjątki) obca jest wiedza o pozytywnym stymulowaniu rozwoju uczniów. Według najnowszych badań połowa Polaków nie ma pojęcia, na jakich zasadach odbywać się będzie nauczanie. Szkoły zamknięto, gdy było kilka zachorowań dziennie, a otworzono je, kiedy ich liczba zbliżyła się do tysiąca. W powszechnym przekonaniu wytyczne i zalecenia ministra Piątkowskiego tak ustrzegą dzieci przed epidemią i tak pomogą nauczycielom i rodzicom, jak konającemu zmiana daty urodzenia. W gąszczu nierozwiązanych problemów organizacyjnych, w natłoku pytań bez odpowiedzi, wobec mglistej wizji systemu oświatowego w czasach pandemii, umyka naszej uwadze ważne pytanie: a właściwie to po co nasze dzieci idą do szkoły? Czego się tam nauczą, oprócz życia w chaosie, od pięciu lat właściwego dla polskiej edukacji i bez udziału epidemii?  Co czeka młodych po znaczących zmianach programu nauczania oraz nowinkach w zasadach i metodach wychowania, które jeden przez drugiego zapowiadają prominentni przedstawiciele władz? Na razie pewne jest tylko, że szykuje się zamieszanie, jakiego dotąd nie bywało.
Jeszcze podczas kampanii wyborczej prezes Kaczyński oświadczył, że po pięciu latach sprawowania władzy dobre zmiany w szkołach są za małe i za słabe. Po wyborach, gdy okazało się, że blisko 2/3 głosujących w wieku 18-28 lat poparło Rafała Trzaskowskiego, PiS uznał, że edukacja musi być następnym celem w drodze do totalnej transformacji państwa. Prezes, a po nim przewodniczący klubu PiS, ogłosili „bitwę o polskie dusze”. Ryszard Terlecki nie pozostawia złudzeń: po kolejnej reformie programowej młodzież powinna chętniej głosować na partię władzy. A Zbigniew Ziobro i jego hunwejbini nie kryją, że potrzebne jest przeniesienie do edukacji propagandowych standardów stosowanych w TVP. Przecież sam prezes w wywiadzie dla radiowej „Jedynki” wyjaśnił, że obecnie „młodzi chłoną propagandę, nieprawdę, która kształtuje społeczeństwo”. No pewnie, prawdziwa jest tylko propaganda firmowana przez PiS.
Planowanym zmianom edukacyjnych treści programowych i zajęć fakultatywnych z pewnością nie przeciwstawi się pan prezydent. Przeciwnie, pamiętamy, jak powoływał się na art. 48 Konstytucji RP („Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”), wprowadzając tam chyłkiem regułę „dyktatury większości”, która zmieniła sens konstytucyjnej zasady, która według PAD winna brzmieć: „Rodzice mają prawo do wychowania  CUDZYCH dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”. W ramach planowanej reformy programowej PiS pójdzie zapewne jeszcze dalej. W przepisach prawa oświatowego majstrować będą z zapałem dobrani przez ministra nowi pracownicy MEN, tacy jak choćby teolożka prof. Urszula Dudziak z KUL, główna ekspertka ministerstwa do spraw wychowania w rodzinie, która zasłynęła zdumiewającymi bon motami, np. takim, że antykoncepcja jest gorsza od handlu żywym towarem. Zmianie ulec mogą treści wielu przedmiotów i zapewne nastąpi zapowiadana przez Terleckiego intensyfikacja polityki historycznej w ramach lekcji języka polskiego, historii, filozofii, etyki i wiedzy o społeczeństwie. Usztywniony zostanie program nauczania i nauczyciele będą mieli znacznie mniejszy wybór lektur, podręczników i materiałów.
Sytuacja w oświacie jest chyba najjaskrawszym przykładem niekompetencji urzędników PiS oraz niepohamowanej erupcji chorobliwego patriotyzmu. Edukacja to wręcz poligon, na którym wzmożeni ideowcy lub zwyczajne lizusy, ministerialni mądrale, znajomi funkcjonariuszy PiS na stanowiskach kuratorów i rozmaici partyjni partacze od pięciu lat ćwiczą na naszych dzieciach swoje mniej lub bardziej odjechane koncepcje oświatowe i wychowawcze. Konserwatywni doktrynerzy decydują, kogo młodzi mają nienawidzić, a kogo czcić. Domorośli historycy, ignoranci i manipulanci, opowiadają dyrdymały, że żołnierze wyklęci zrobili dla Polski więcej, niż żołnierze obu armii WP, AK, AL i BCh razem wzięci, a bohaterami narodowymi mogą być także pospolici bandyci mordujący cywilów. Absolutni ignoranci wraz z Ordo Iuris ustalają, jaką wiedzę ukrywać przed uczniami, a jakie zabobony promować. Ogłoszony niemal oficjalnie projekt kształtowania takich obywateli, którzy zechcą głosować na PiS, jest i będzie coraz częściej realizowany metodą rozlicznych apeli, obchodów „ku czci”, rocznic Tego lub Owego, obowiązkowych dni papieskich i niemal obowiązkowych rekolekcji. Program PiS planujący „obywatelskie wychowanie patriotyczne” jakby żywcem przepisano z programów PZPR. Funkcjonariusze obecnej władzy, którzy tak chętnie przywołują przykłady cywilizowanych krajów zachodnich, w sprawie edukacji uciekają od sprawdzonych wzorców, a w szczególności niemieckich, bo one bodaj najjaskrawiej obnażają stan polskiego zapyziałego, zeszłowiecznego systemu nauczania i wychowania.
U naszych zachodnich sąsiadów w niektórych landach rok szkolny rozpoczął się znacznie wcześniej. W połowie sierpnia zdarzyło mi się uczestniczyć w inauguracji roku szkolnego standardowej niemieckiej placówki „ponadpodstawowej”, kształcącej młodych od 5 do 10 klasy. To był nokautujący szok poznawczy. Po pierwsze, uroczystość zgromadziła tylko te dzieci, które rozpoczynały naukę, starsi od razu rozeszli się do swoich klas na spotkania z wychowawcami. Po drugie, nie było strojów galowych, pocztu sztandarowego, ani nawet sztandaru. Nie odśpiewano hymnu. W przemówieniu dyrektora nie było najmniejszych nawet nawiązań historycznych, rocznicowych wspominek ani żadnych patriotycznych formułek. W dodatku adresatem wystąpienia były dzieci, a nie przedstawiciel władz, proboszcz czy pastor, bo na szkolną inaugurację ich się nie zaprasza. No, po prostu zgroza!
O czym zatem była mowa podczas inauguracji roku szkolnego w niemieckiej szkole? Otóż nie o nakazach, zakazach, dyscyplinie, porządku, ani nawet o organizacji nauki, bo to wszystko przekazano dzieciom i rodzicom wcześniej, w listach. Mowa była o… Pippi Langstrumpf. O dzielnej dziewczynie, która umiała sobie poradzić w każdej sytuacji, dziewczynie z wielką wyobraźnią i wielkim sercem, wrażliwej na ludzką krzywdę, wspomagającej słabszych i nigdy nie wyśmiewającej cudzych „inności”, słabości czy ułomności. A po prezentacji tego „wzorca”, przed dziećmi i rodzicami wystąpili kolejno pracownicy szkoły. Wszyscy – od dyrekcji po woźnego. Mówili o swojej funkcji, o swoich zadaniach i o sprawach z którymi można się do nich zwrócić szukając wsparcia lub pomocy. W tej szkole uczą się teraz dzieci z mojej rodziny. Jak na talerzu widać różnice, w tym podstawową: nauka, wychowanie, program i cała organizacja zajęć ukierunkowana jest na ucznia. To on, a nie kurator, prezydent, wójt, proboszcz, czy sam prezes jest adresatem wszelkich zabiegów edukacyjnych. Polskiej szkole (pominąwszy wyjątki) obca jest wiedza o pozytywnym stymulowaniu rozwoju uczniów. Jeśli dzieciak się pomylił, jeśli dał plamę w klasówce, jeśli oblał egzamin, to jego porażka wytykana jest publicznie, a nauczyciel przekazuje mu na ogół prostą informację: dałeś plamę, słaby jesteś, zabierz się w końcu do roboty, bo będzie źle. Natomiast nauczyciel szkoły, gdzie uczeń jest podmiotem, przekazuje swemu podopiecznemu: Trafiła ci się porażka, ale nie traktuj jej jak klęskę, przeciwnie: właśnie odkryłeś błędne rozwiązanie i masz teraz większą szansę na prawidłowy wynik…
Rozpoczynającym nowy rok szkolny, zestresowanym, zdezorientowanym, przestraszonym, przytłoczonym ciężarem słowa OBOWIĄZEK, dedykuję starą prawdę, którą w polskiej szkole rzadko można usłyszeć: Żyje się tylko raz, ale jeśli będziesz żył mądrze i przyzwoicie, to ten jeden raz powinien ci wystarczyć.
Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl
- Dziś szkoła uczy przede wszystkim szablonowości, wszelka samodzielność, własna inicjatywa zabijane są w samym zarodku. Do głosu dochodzi pokolenie, które życie dzieli już na dwa światy: rzeczywisty oraz wirtualny. Temu pokoleniu zostało wbudowane dążenie do konkurencji i eliminacji najbliższego kolegi w wyścigu do sukcesu. Potrafią już najbliższym podkładać świnie, a w firmach, bankach i korporacjach uczą ich jak oszukać klienta, by kupił produkt czy szeroko pojętą usługę. Prawie codziennie uczą ich jak mówić półprawdę, jak omamić współmieszkańca kraju czyli sąsiada. Szkolą ich spece od tzw. wizerunku medialnego, których to działaniom jesteśmy cały czas poddawani, a szczególnie wyraźnie przy każdych wyborach.
- Nie unikniemy ścisku w szkołach, braku umywalek, wpadających na siebie uczniów w czasie przerwy, zachowania bezpiecznych odstępów w klasach etc!? Zatem czy warto zaczynać!?
- Szkoły i nauczyciele są niepotrzebni, wystarczą lekcje w telewizji!? A tak po prawdzie demokracja i przymus nauczania to, aż kuje w oczy!? Jeszcze na dodatek wystawianie ocen. To już absolutny absurd. A precz z tym komunistycznym anachronizmem. 
28 08 2020 Kato-patrioci czyli polscy fanatycy rozlewają się po Polsce w zastraszającym tempie.
Już kiedyś pisałam o fanatyzmie, jednak warto do tego tematu wrócić. Tak więc, zapraszam. Jest taki kraj w Europie, mocno doświadczony przez własną historię, z której niczego się nie nauczył. Gdy po prawie 45 latach socjalistycznego zamordyzmu wreszcie odzyskał wolność i wszedł na drogę demokracji, wydawało się, że tożsamość obywatelska jego mieszkańców rozkwitła i całe zło ma już za sobą. To Polska. Nic bardziej mylnego. Po latach oddychania wolnością pojawił się człowiek, który uznał, że wszystko jest nie tak, że jego wizja państwa to zdecydowanie lepszy wariant, że on i tylko on zasługuje na poprowadzenie tegoż państwa w kierunku tylko przez niego znanym. Facet nie odpuścił. Zebrał wokół siebie grupę zakompleksiałych nieudaczników z ogromniastym ego oraz jeszcze większym poczuciem niedocenienia i zgodnie z zasadą, że „cel uświęca środki” ruszył ochoczo po władzę.
Trzeba przyznać, że facet dosłownie zrozumiał kolejną zasadę, iż „po trupach do celu” i wykorzystał katastrofę samolotu rządowego nad Smoleńskiem, by otworzyć swoją puszkę Pandory i wypuścić z niej demony, które błyskawicznie rozlały się po kraju, tworząc coraz bardziej rozrastającą się sektę smoleńską. To był początek…
Fanatyzm jest jedyną siłą woli, którą mogą osiągnąć także słabi i niepewni ( Friedrich Nietzsche). 
Potem poszło mu już z górki. Wskazał paluchem winnych temu, że tłum obywateli nie odnalazł swego miejsca w tej rodzącej się, demokracji. Przekonał ich, że to nie oni winni tylko ci, co swoimi rządami ich wykluczyli i wpędzili w stan niedostrzegalności. Pokokietował kiboli, poczarował narodowców, przytulił tych, na których całkiem niedawno wieszał wszystkie psy, typu Ziobro i, co najważniejsze, wszedł w sojusz z polskim kościołem, który dostrzegł swoją szansę na wprowadzenie elementu wyznaniowego do ustroju tego państwa. Podejrzewam jednak, że nawet on nie był w stanie przewidzieć konsekwencji swoich działań. Konsekwencji, które już doprowadziły ten kraj do raju dla fanatyków. Czy zrobił to celowo czy też nieświadomie, nie wiem, ale jedno jest pewne. Wyprodukował twora, którego śmiało możemy nazwać kato-patriotą. Fanatyka, nie różniącego się zbytnio od fundamentalisty islamu.
Fanatyk to ktoś, kto nie może zmienić tematu i nie może zmienić zdania (Winston Churchill)
Jak podają źródła, „ fanatyzm to postawa przejawiająca się w pozbawionym krytycznego dystansu i umiaru przywiązaniu do wyznawanych idei i zasad, bezgranicznej i bezwarunkowej identyfikacji, nietolerancji dla jakichkolwiek przekonań lub rozwiązań alternatywnych, braku gotowości do dyskusji i dialogu, odmowie przyznania nawet częściowej słuszności zwolennikom poglądów odmiennych i rzecznikom dążeń przeciwstawnych; przeciwieństwo”. I tacy właśnie fanatycy przejmują ten kraj kawałek po kawałku, coraz bardziej szarogęszą się i coraz mocniej wierzą, że to oni są solą tej ziemi, światłem prawdy, iskrą rozwojową, jedyną szansą i nadzieją na lepsze państwo, lepsze jutro, lepsze życie.
Fanatyzm to obłęd, który został zrodzony przez niemożność objęcia pełni prawdy (Nikołaj Bierdiajew)
Kim są ci fanatycy? To sąsiad, koleżanka ze szkoły, wujek. Ta mamuśka, która wysyłała księdzu fotki swojej nagiej córki, bo uznała, że zaspokajając żądzę sługi bożego, zasłuży na godziwe życie wieczne po śmierci. Polityczka PiS, która uderzyła w twarz kobietę tylko dlatego, że ta ma inne poglądy od jej ukochanej partii. To patriotycznie nastawiony narodowiec, z symbolem Polski Walczącej na jednej ręce i kolejną butelką piwa, w drugiej. Te starsze panie skupione w klubach rodzin Radia Maryja, plujące na każdego, kto nie z nimi i chętnie używające różańca jako broni. To żołnierze Chrystusa, szukający ludzi spod tęczowej flagi, by się z nimi rozprawić. Narodowcy maszerujący ulicami miast i miasteczek z poczuciem, że są „Mesjaszami” narodu. Ordo Iuris, który marzy o państwie ultrakatolickim.
Nienawiść, fanatyzm i terroryzm profanują imię Boga i zniekształcają prawdziwy wizerunek człowieka (Jan Paweł II)
Z kato-patriotą nie można się porozumieć. Nie ma szans, by przekonać go do swoich racji. On ma za nic naukę, żadne argumenty do niego nie trafią, bo on wie lepiej. Wie, bo tak mu powiedział ksiądz czy prezes. Racjonalne myślenie to dla niego zbędny chaos i wysiłek. Po co mu to, gdy wystarczy wszystko tłumaczyć działaniami Boga, Siły Wyższej lub słowami ukochanego polityka. Kato-patriota nie jest od myślenia, on jest od działania czyli walki ze wszystkim i z każdym, kto nie pasuje do przyjętej koncepcji, kto nie zaufał komu trzeba. Już dzisiaj kato-patriota szuka okazji, by pójść z tą swoją krucjatą między ludzi, by komuś dowalić, kogoś ukarać za jego odmienność. Za chwilę to już nie będą jednostkowe przypadki i kiedy puszczą mu wszelkie hamulce, ruszy jak rozjuszony byk, niszcząc po drodze wszystko i wszystkich. Oczywiście, o nienawiści nie ma tu może. To tylko miłość do Boga nim kieruje, uwielbienie prezesa i wiara, że ta Polska dzisiejsza to jego eden, którego musi bronić do ostatniej kropli krwi. Głupi i fanatycy są zawsze pewni siebie, a mądrzy pełni wątpliwości (Jordi Sierra i Fabra)
Źródło koduj24.pl
Z forum: Osobnicy z kręgu biblijnego od lat wyczekują nadejścia trzeciego antychrysta i zdaje się ten nadszedł niepostrzeżenie jako zbiorowy twór złożony ze spedofilałego kleru, zboczonych zakonnic, rycerzy Chrystusa w dresowych zbrojach, zdewociałych do cna dewotek mamroczących różańce niczym złowrogie zaklęcia i wszelkiej maści ludzkie badziewie powołujące się na swą zdegradowaną religię. Antychryst wbrew oczekiwaniom nie pojawił się z zewnątrz, lecz wyszedł z łona kościoła katolickiego, zgodnie z przekazem, iż „zły zalągł się w Watykanie”. 
24 08 2020 I znowu wina Tuska. 
Czyli – wysłać dzieci do szkoły 1 września, czy może nie ryzykować? MEN informuje, że w nowym roku szkolnym nauka odbywać się będzie na ogół w trybie stacjonarnym, bez większych restrykcji i ograniczeń. Tak więc za tydzień do przepełnionych placówek dwuzmianowych, do ośmioklasowych podstawówek, do liceów z podwójnym rocznikiem, do często 30-osobowych klas pójść mają uczniowie, którym nikt nie każe nosić maseczek, ani zachowywać dystans w klasie, czyli siedzieć w ławkach pojedynczo. Co tam opinie naukowców i ekspertów z rządowego zespołu ds. COVID, którzy wołają, że obowiązkowe powinny być maseczki, a także testy, nawet przy stabilnej sytuacji epidemicznej, a co dopiero w sytuacji rozwijającej się pandemii. – Jeśli ich nie będzie, to bardzo prawdopodobnym scenariuszem są tysiące zakażeń dziennie – mówi prof. Krzysztof Pyrć z UJ. Naukowcy z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania UW potwierdzają, że jeżeli otworzymy wszystkie placówki jednocześnie, to liczba dziennych zachorowań może wzrosnąć do kilku tysięcy przypadków na dobę, i proponują, by opóźnić początek zajęć, a pierwsze dwa tygodnie września potraktować jako kwarantannę. W epicentrum niebywałego rozgardiaszu oświatowego, minister Edukacji Narodowej poszedł na urlop, pozostawiając po sobie kilka wskazówek i opinii, słabo kompatybilnych z poglądami specjalistów.  Spore wrażenie wśród profesorów epidemiologii wywarła diagnoza magistra historii Piontkowskiego, że „szkoła nie jest takim miejscem, że wszystkie dzieci się od razu zakażą”. Niedługo potem minister uszczegółowił tę złotą myśl wyjaśniając, że „jeżeli możemy spokojnie wyjść do sklepu, na ulicę, brać udział w wydarzeniach kulturalnych, czy wypoczywać na plaży, to równie dobrze możemy iść do szkoły”. Nie zauważył przy tym, że w szkole, inaczej niż na spacerze, dzieci przebywają w pomieszczeniach zamkniętych i że mają ze sobą kontakt przez czas dłuższy, nie mówiąc o tym, że obecność na plaży czy imprezie kulturalnej nie jest obowiązkowa. Na pytanie, czy MEN wesprze finansowo samorządy, które na swój koszt muszą zapewnić w szkołach rozmaite epidemiczne warunki sanitarne, pan Piątkowski odpowiedział rezolutnie: „To nie rząd wywołał epidemię!”.  A pytany o „zagubione dzieci”, które z rozmaitych powodów nie uczestniczyły w zdalnym nauczaniu (2 tys. miejscowości jest poza zasięgiem internetu, a co trzeci uczeń nie ma stałego dostępu do komputera), obruszył się najpierw, bo  „przecież nie będę chodził po domach, żeby wyjaśniać, czemu dzieci nie uczestniczą w zajęciach online”,  a potem zagroził rodzicom odpowiedzialnością za brak realizacji obowiązku szkolnego. Ostatecznie jednak, wobec licznych protestów oburzonych rodziców, postanowił, że dzieci nieuczestniczące w zdalnych lekcjach ścigać ma dyrektor. Jest to czternaste nowe zadanie dyrektorów szkół, sprecyzowane w pięciu projektach rozporządzeń, które mają porządkować powrót dzieci do szkół.
Projekty te przeszły pomyślnie konsultacje społeczne, metodą znaną z prac sejmowych: do dyrektorów szkół i odpowiednich urzędów obszerne dokumenty wysłane zostały w nocy, a uwagi można było przesyłać tylko do południa następnego dnia, dzięki czemu utwory ministerialnych urzędników pozostały niemal w oryginalnej formie.  Wspólną ich cechą jest brak jasnych procedur i brak odpowiedzialności MEN za cokolwiek. Całą odpowiedzialnością za losy dzieci, zaganianych do szkół podczas wzmagającej się epidemii, obarczono dyrektorów szkół i samorządy. Na nich ma spaść gniew rodziców i mieszkańców, natomiast rząd zarezerwował dla siebie rolę arbitra, który publicznie oceniać będzie rozmiar społecznych strat i ludzkich krzywd, w zależności od tego czy gminą rządzi prawica czy opozycja.
W decyzjach i rozporządzeniach ministra znaleźć można zdumiewające zalecenia. Przykład pierwszy z brzegu: jeśli sytuacja epidemiczna się pogorszy, dyrektor może zawiesić zajęcia i przejść na nauczanie zdalne, a „w przypadku, gdy nauka zdalna nie jest możliwa”,  dyrektor decyduje o „innym sposobie prowadzenia zajęć”. Innym, czyli jakim? Tajne komplety? Chorągiewki sygnalizacyjne na maszcie? Tam-tamy? Znaki dymne? Przykład drugi z brzegu: MEN nałożył na samorządy obowiązek dostosowania szkół do wymogów sanitarnych czasu epidemii, ale nie dał na to złamanego grosza. A na dokładkę ogłosił 6-procentową podwyżkę płac nauczycieli już od 1 września, również płatną z budżetów gminnych. Tymczasem samorządy ledwo zipią. Wydatki gmin na oświatę dawno przekroczyły połowę ich budżetów, a w wielu gminach wiejskich dochodzą do 80%. Od roku masowo rezygnuje się z lokalnych inwestycji, a mimo to przybywa gmin, które muszą się zapożyczać, by wypłacić nauczycielom choćby tylko podstawową pensję.
Partia i rząd PiS osiągnęły mistrzostwo w praktycznej realizacji porzekadła „Co złego – to nie my!”. Za 70 milionów wyrzuconych na niewybory odpowiada opozycyjny Senat. Za pacyfikację protestów w obronie praw LGBT odpowiadają geje i lesbijki, którzy agresywnie narzucają społeczeństwu swój zdegenerowany styl życia i na siłę upowszechniają ideologię demoralizującą dzieci. Z winy farmaceutów drożeją leki. Za nagły wzrost zakażeń nie odpowiada premier, który wezwał ludzi z grupy ryzyka do tłumnego udziału w wyborach, ani minister, który niemal już odtrąbił zwycięstwo nad wirusem. Nie odpowiada rząd, który poluzował ograniczenia zezwalając na organizowanie masowych imprez, winni są tylko ich uczestnicy, którzy na weselu nie całują się w maseczkach, a podczas komunii nie utrzymują dwumetrowego dystansu od proboszcza rozdającego komunikanty.
Jak usłyszeliśmy z ust funkcjonariuszy obecnego reżimu „regulacja wynagrodzeń” władz państwowych, parlamentarzystów i samorządowców okazała się niemożliwa z winy… Tuska! Rzecz jasna ewentualne zakażenia dzieci i nauczycieli w szkołach, a za ich pośrednictwem rozprowadzenie wirusa wśród ich rodzin, znajomych i sąsiadów,  nie będą miały nic wspólnego z niekompetentnym przygotowaniem systemu oświaty do nauki w nowych warunkach. To nie będzie efekt żałosnej organizacji nauki w czasach pandemii, ani nieporadności administracji państwowej, ani głupich decyzji niedouczonych ignorantów, których partia władzy postawiła na newralgicznym odcinku kształcenia dzieci i młodzieży w duchu patriotyczno- narodowym. Zawsze się znajdzie jakiś Tusk do bicia.
Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl
- Nauczyciele muszą zarabiać mało, bo żaden rząd nie chce wykształciuchów wśród ludu swego!?
- Szkoły obostrzenia, specjalne procedury, a kto za to zapłaci, bo rząd to pozostawił samorządom!? Zdalne nauczanie, i matury wypadły bardzo słabo, a co tam, minister przygotował gotowy zestaw pytań, który będzie dostępny przed maturami, egzaminami!? Znaczy się głąb, głąba będzie uczył, a później rządził, o sorry już rządzi!?
Z forum: Cały czas wina Tuska. Taka durna wymówka. Przyczepili się do gościa jak do Jonasza na statku, a tak na prawdę to wszystko przez pewne piwo z lodówki, który dał się załatwić i to na nim wypłynęło całe to badziewie. 
21 08 2020 Bez wrogów PiS nie utrzyma Polaków w oddaniu i posłuszeństwie.
Idea szukania wrogów Polski ma się świetnie. W czasach PRL była to słynna stonka ziemniaczana, która miała nam zeżreć jedzenie i wpędzić w stan głodu. Dzisiaj to Zjednoczona Prawica idzie śladem stonki, bo przekonała się już w 2015 roku, że nic tak dobrego Polaka nie rajcuje jak tenże wróg, który tylko czyha, by dokonać napaści na narodowe wartości, narodowy kościół i w ogóle na naród jako taki. Początkowo idealnie w roli wroga sprawdzał się imigrant, który przywiezie nam jakieś paskudztwo, pozaraża robalami i tym sposobem nas, jako naród, unicestwi. Potem, gdy temat już nieco spowszedniał, przyszła kolej na Niemców, którzy wiszą nam mnóstwo kasy za okupację, Żydów, którzy z kolei tę kasę chcą z nas wyciągnąć, Ukraińców tak naznaczonych banderowskim przesłaniem, że nawet nie ma co z nimi gadać, Litwinów, gnębiących polską mniejszość narodową, no i oczywiście tę wredną UE, dojącą nas na okrągło, ale nie dająca nic w zamian.
Wróg zewnętrzny jednak nie do końca dał się sprzedać i wzbudzał tylko chwilowe ekscytacje, więc trzeba było poszukać tego wroga wśród swoich obywateli. Tego, co to całkowicie odbiega od prawicowej wizji prawdziwego Polaka. I tak przyszedł czas na gorszy sort czyli tych, co to na smyczy władzy nie dają się prowadzić, sędziów, bo wiadomo, że to komuchy, dziennikarzy nie tyle niezależnych, ile zależnych od forsy zza granicy, nauczycieli, którym zamarzyła się praca nie dla idei tylko, lekarzy rezydentów. To jednak okazało się na dłuższą metę zbyt mało skuteczne w budowaniu przekazu pełnego grozy. Ten wróg jakoś nie poruszył narodu w takim stopniu, by chciał się on zjednoczyć z obozem rządzącym na całego, więc …znaleziono nowego. Ludzi spod tęczowej flagi. Wiadomo, nic tak nie rusza jak wytknięcie palcem kogoś, kto nie mieści się w kryteriach obyczajowo – moralnych polskich katolików, tych skupionych wokół prezesa i Polskiej Instytucji Kościelnej. No i się zaczęło. Nagonka poszła ostro. Do pomocy zaangażowali się aktywnie polscy nacjonaliści, wrzeszcząc swoje homofobiczne hasełka, tupiąc nóżkami, machając pięścią. Wreszcie bezkarnie mogą lżyć, wyzywać, a nawet i przywalić, jak zajdzie taka potrzeba i ma się na to akurat ochotę.
Do nich dołączyli kolejni obrońcy chrześcijańskiej mentalności prawdziwego Polaka. Niejaka Kaja Godek wyskoczyła z projektem zakazania protestów i manifestacji osób LGBT, Ordo Iuris zasuwa jak mrówka, byle szybciej dowalić i wyeliminować ze zdrowej moralnie tkanki społecznej to zło, jakim są osoby homoseksualne, katolicy machają z oburzeniem różańcami, powstają kolejne strefy wolne od LGBT, jakiś walnięty nauczyciel piętnuje swoich uczniów za bycie tym, kim są, szkoły zamykają swoje drzwi przed nauczaniem o tolerancji i niezbywalnym prawem każdego do bycia sobą. Minister Sprawiedliwości, pan Ziobro, który twierdzi, że prywatnie to on nie ma nic przeciwko LGBT, przekazuje gminom „wolnym od LGBT” w nagrodę za niezłomną postawę kasę z Funduszu Sprawiedliwości i usiłuje wyrejestrować Reformowany Kościół Katolicki, który udziela śluby parom jednopłciowym, będącym jego członkami. Morawiecki też ma zupełnie gdzieś prawa obywatelskie i wybiera na ministra spraw zagranicznych homofoba Zbigniewa Rau. Podejrzewam, że obóz rządzący nawet nie przewidział, że lud tak pięknie łyknie tęczowego wroga i zjednoczy wszystkie swe siły, by go zwalczyć i zniszczyć, ale… na pewno ma świadomość tego, że i ten temat w którymś momencie się przeje. Trzeba więc znaleźć kolejnych wrogów.
Pierwszych kandydatów na wroga wskazał właśnie narodowiec Bosak. Ogłosił dumnie, że „zawieranie małżeństwa z intencją pozostania bezdzietnym jest sprzeczne z celem małżeństwa”, bo małżeństwo zawiera się tylko w celu prokreacji. Tak nakazuje kościół i tego trzeba się trzymać, więc on jako najwierniejszy orędownik chrześcijaństwa w wersji polskiej jest za zakazem zawierania związków małżeńskich przez tych, co nie chcą mieć dzieci. Trzeba przyznać, że fajny wróg nam się szykuje. Nie chcesz mieć dzieci, spadaj na drzewo, przestajesz być pełnoprawnym obywatelem polskim. Może wprowadzi się nową ustawę, na mocy której takie małżeństwa zostaną z marszu rozwiązane, sąsiedzi dostaną przyzwolenie na ich szykanowanie, narodowcy do swoich haseł dołączą takie jak np. „Nie chcesz dzieciaka, wyp….laj”…
W kolejce do uznania za wrogów czekają też ekolodzy, bo to przecież lewaki i z nimi też trzeba zrobić porządek. Czekają też zapewne rodzime grubaski, bo za dużo jedzą, a w czasach, gdy widmo suszy i kiepskich plonów krąży nam nad głowami to wszyscy powinni jeść równo, by zachowana była sprawiedliwość społeczna. Czekają też bruneci, bo prawdziwy Polak to tylko blondyn lub ewentualnie szatyn. Czekają zbyt niscy, zbyt wysocy, zbyt dobrze wykształceni i zbyt źle, ci, co dorobili się majątków nie dzięki „ojcom narodu”, zbyt uśmiechnięci i zbyt smutni….
Rządzący na brak fantazji narzekać nie mogą, więc jestem pewna, że zawsze, gdy jeden wróg już się znudzi, znajdą oni kolejnego, którym będą trzymać naród w posłuszeństwie i oddaniu. W przekonaniu, że nikt inny tylko oni są w stanie uratować polskość od degeneratów, wykrzywień ideologicznych, patologii.
Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl
A archiwum grudzień 2015: - Dziwna ta Polska premiera nie ma jest tylko wynajęty urzędnik przez Naczelnika zaś prezydent jest jego chłopcem na posyłki. I to ma być demokracja po kaczemu w Ciemnogrodzie. Katarzyna Łaniewska przemawiała do uczestników V Marszu Wolności i Solidarności: Pójdźcie za naszą gwiazdą, pójdźcie z jasności w jasność. Niech to światło stanie się naszym domem. Czy Kaczyński gorliwie walczy z demonami, których istnienia nie udowodniono, w każdym razie w sposób niebudzący wątpliwości?
Czy Kaczyński da radę zrobić czystkę na najwyższych stanowiskach państwowych? Wątpię bo to jest porywanie się z motyką na słońce. Przecież gdzie spojrzy to rodzina która od wieków stanowiska okupuje. Zatem hop siup! No i od nowa Polska...Ludowa. Ileż to już razy ta Pospolita Rzecz podejmowała walkę z tym samym od wielu, wielu dziesięcioleci wrogiem i zawsze z marnym skutkiem. Wpierw walczono z kolesiostwem by wnet likwidować kumplostwo jednak zaraz kumoterstwo się pojawiło które to bardzo szybko w kliki się przeobraziło. Długo jednak kliki nie wytrwały zaraz dać miejsce koneksją i koligacją musiały które to jednak przed nepotyzmem wnet skapitulowały.
- Chciałbym doczekać chwili, kiedy chociaż jednego decydenta, tak tylko jednego rozliczą i odbiorą mu to co zagrabił. Nie jest dla mnie ważne czy to będzie decydent z komunistycznego totalitaryzmu czy z tego nowego demokratycznego Magdalenkowego.
- Zauważyłem rzecz jedną dla sprawowania władzy i jej nieudolności nieobnażania jest konieczny wróg, wróg śmiertelny wyimaginowany. Wpierw walczono z reakcją później z ekstremą by Bolek niczym Don Kichot z komuną do dziś bój toczył. Dziś komuna dla władzy to sojusznik więc innego wroga dano by kilka osób władzę trzymało. 
16 08 2020 Nie idźcie tą drogą, przyjaciele!
Wzorem dla walczących o wolność nie powinien być kraj zmierzający w odwrotnym kierunku. Chcemy wierzyć, że im się uda. Może naprawdę stanęli dziś wobec wielkiej szansy odzyskania swojej ojczyzny, wyrwania jej z brudnych łap przedostatniego europejskiego dyktatora – wyjątkowo brutalnego satrapy. Na wiecach i w wywiadach dla wolnych mediów mówią o swoich marzeniach. I oby się spełniły. Wszystkie, oprócz jednego, które powtarza się w wielu wypowiedziach: żeby na Białorusi było dokładnie tak jak w Polsce. Bo wcale nie trzeba kurczowo trzymać się wszystkich polskich wzorców, by białoruska gospodarka i poziom życia zbliżyły się do naszych wskaźników. A niektóre polskie doświadczenia omijać powinni szerokim łukiem.
Krótko trwało polskie święto wolności i święto solidarności, przez małe i wielkie „S”. Ledwie kilka lat rządzili ludzie, którym zawdzięczaliśmy pokonanie komuny, ludzie przyzwoici, odważni i prawdziwie ideowi. Szybko rozmnożyli się rozmaici wzmożeni, nawiedzeni, zawodowi patrioci, cyniczni ogłupiacze, uwodziciele i samozwańczy delegaci Pana Boga na Polskę. Rośli i krzepli w czasach zaciskania pasa, negując konieczne reformy ratujące zdemolowaną w PRL gospodarkę i szczując spauperyzowanych Polaków na reformatorów. Owszem, udało nam się wejść do obronnego sojuszu cywilizowanych krajów, doszlusowaliśmy do rodziny zjednoczonych europejskich narodów, zdążyliśmy nawet zasłużyć sobie na szacunek świata i uznanie za nadspodziewany sukces ustrojowej transformacji oraz najlepsze efekty walki ze światowym kryzysem. I tyle. Potem do głosu doszli populiści, cynicy, narodowowzmożeni i katolickobezkompromisowi. Solidarność pisana dużą literą poszła na służbę do rządzącej prawicy, a ta z małej litery została rozdarta i podzielona przez samozwańczego wodza narodu na podporządkowany mu lepszy sort, na gorszy sort tych, którzy myślą samodzielnie, i na godną pogardy hałastrę – uchodźców roznoszących po świecie pasożyty, imigrantów odbierających Polakom pracę, pedofilów z LGBT+ , Żydów, Niemców, Rosjan czy Ukraińców – zależnie od potrzeby – oraz grup zawodowych wytypowanych do pełnienia obowiązków aktualnych wrogów Polski i Polaków.
Nie należy życzyć Białorusinom, by u nich „było tak jak w Polsce”. Wzorem dla walczących o wolność nie powinien być kraj zmierzający w odwrotnym kierunku, dążący prostą drogą do wprowadzenia systemu, z którego Białorusini właśnie chcą się uwolnić. Dla nikogo nie może być przykładem państwo, gdzie władza obezwładnia demokrację i odbiera obywatelom ich podstawowe wolności, gdzie partia rządząca gotowa jest doszczętnie zrujnować budżet, by kupić głosy wyborców, których okłamuje alternatywną wizją kraju, preparowaną przez zawłaszczone media publiczne. Wzorem nie może być państwo bezprawia, gdzie przepychane są ustawy zapewniające rządzącym bezkarność za machlojki i przestępstwa. Nie może być wzorem państwo, gdzie do aresztu trafiają ludzie biernie protestujący przeciw samowoli władzy lub nawet przypadkowi przechodnie, a malwersanci i beneficjenci milionowych przekrętów chodzą wolni i zajmują wysokie stanowiska.
Dla nikogo nie może być wzorem kraj podwójnych standardów, gdzie na pomniku Chrystusa w Warszawie nie wolno bezkarnie umieścić flagi z symbolem biblijnego pojednania Boga z ludzkością, ale Chrystusowi ze Świebodzina można umieścić na głowie anteny telefonii komórkowej, dzięki którym Kościół, i bez tego obficie dotowany przez władzę, ma dodatkowy zysk. W Polsce prokurator powołuje się na język sanskrytu i swastykę promowaną przez faszyzujących nacjonalistów nazywa symbolem szczęścia, natomiast wydrukowane na tiszercie słowo „Konstytucja” traktowane jest jako obraza władzy. Samochód wymalowany hasłami i obrazkami, które sąd uznał za obraźliwe, obrzydliwe i nielegalne, objeżdża miasto pod ochroną policji, a obywatele, którzy przeciwstawiają się temu bezprawiu, są przeganiani albo karani mandatami.
Jakim przykładem dla raczkującej demokracji może być państwo, gdzie władza podczas pandemii ryzykuje zdrowie i życie obywateli fałszując statystyki i okłamuje swój elektorat wzywając ludzi z grupy podwyższonego ryzyka do „tłumnego” uczestnictwa w wyborach?  Wzorem dla nikogo nie może być kraj, gdzie nachalna i kłamliwa indoktrynacja spowodowała zobojętnienie sporej części narodu na oczywiste bezprawie, gdzie tolerowane są oczywiste kłamstwa prominentów, gdzie nawet parlamentarna opozycja traci poczucie przyzwoitości i w czasie kryzysu, epidemii, rosnącego bezrobocia i ponad 8% spadku PKB uchwala rządzącym wielkie podwyżki płac i sama sobie podnosi uposażenie o połowę.
Gdy polskie władze z wielkim zadęciem trąbią o swoim pełnym poparciu dla słusznej walki Białorusinów, przyzwoitych ludzi ogarnia zażenowanie. Bo wiadomo, że ani prezydent, ani premier, ani Kaczyński wcale nie życzą sobie w sąsiedztwie kraju w pełni demokratycznego i praworządnego. Bo taki kraj dołączyłby do państw krytykujących polskie bezprawie i fałszywą demokrację.  Dla PiS i jego przystawek byłoby znacznie lepiej, gdyby białoruski twardy reżim zmienił się w miękki autorytaryzm, gdyby schedę po Łukaszence przejął jakiś populista, ktoś operujący językiem zbliżonym do języka naszej propagandy, z kim Kaczyński mógłby się dogadywać jak autokrata z autokratą. A i to przecież nie gwarantuje, że rządzący Polską nie znajdą historycznych czy aktualnych powodów, by pokłócić się z nowym sojusznikiem, albo go zlekceważyć tak jak Ukrainę, gdzie brat rządzącego obecnie w Polsce deklarował kiedyś historyczny reset, przymierze i wieczną przyjaźń.
Powodzenia, przyjaciele Białorusini! Z całego serca życzę Wam szerokiej i PROSTEJ drogi do demokracji i praworządności.
Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl
Z forum: A na jesień zamiast Budapesztu w Warszawie będzie Mińsk!!! To nie Oni z nas mają brać przykład, ale My z Nich! Pognali Łukaszenkę, pogońmy i my Kaczenkę! 
09 08 2020 List do zboczeńca.
Zboczeńcami są ci, którzy domagają się wyeliminowania ze społeczności człowieka za to, że jest tym, kim jest i kim być musi. Zagotowało się w Polsce. Wiele wskazuje, że na wyraźne życzenie władzy. Czy rządzący uznali, że skoro nie potrafią załatać rosnącej dziury budżetowej i niedługo może zabraknąć przysłowiowego chleba, to trzeba Polakom zafundować igrzyska?  A może Kaczyński doszedł do wniosku, że dla realizacji nowych projektów PiS, dla przykrycia kolejnego bezprawia, potrzebna jest permanentna zadyma? Może uznał, że nie da się dokończyć demolki sądownictwa, zawłaszczyć wolnych mediów ani podporządkować rządowi pozarządowych organizacji bez dociśnięcia butem opozycji i wzięcia na krótką smycz Polaków myślących samodzielnie? Może trzeba najpierw naród zastraszyć? Albo sprowokować falę protestów, a potem skorzystać z epidemii i wprowadzić stan wyjątkowy? Tak czy owak policja brutalnie spacyfikowała pokojową demonstrację zatrzymując 48 osób. Część z nich wyłapano spośród kibiców przyglądających się demonstracji na jej obrzeżach, niektórych wyciągano z tłumu na chybił trafił, a na licznych filmach z zajścia widzieliśmy obalane na ziemię dzieciaki, spokojnych ludzi przyduszanych i skuwanych za plecami, kobiety przyciskane do ziemi policyjnymi butami. Skąd ta nienawistna zaciekłość wobec ludzi, którzy spontanicznie zgromadzili się, by pokojowo zaprotestować przeciw nagonce na LGBT? Skąd ta brutalność, czasem na pograniczu sadyzmu? Skąd poczucie bezkarności? Czemu stróże prawa tak licznie i tak ostentacyjnie, nie bacząc na dziesiątki filmujących ich obywateli, łamali przepisy o sposobie interwencji i zatrzymań? Wyjaśnienie jest proste jak konstrukcja policyjnej pały.
Obwoływany naczelnikiem państwa Jarosław Kaczyński ogłosił na konferencji, że „ruch LGBT i gender zagrażają naszej tożsamości, zagrażają naszemu narodowi, zagrażają polskiemu państwu”, a w radiowej Jedynce utożsamił ludzi LGBT z pedofilami informując, że dla nich dzieci mają być przedmiotami, „które są potrzebne nie wiem do czego, można chyba powiedzieć, że do zabawy”. Prezydent RP odmówił człowieczeństwa osobom nieheteroseksualnym, nazwał ich ideologią i porównał LGBT do sowieckiej indoktrynacji: „To jest taki neobolszewizm!”. Swoją cegiełkę dołożył do nagonki premier rządu polskiego, wyrażając pogląd, że epatowanie kwestiami obyczajowymi w sposób napastliwy czy wręcz wulgarny , jak to ma miejsce w wykonaniu aktywistów LGBT,  jest łamaniem zasad życia społecznego i podniesieniem ręki na dzieci w polskich rodzinach. Swoim zwyczajem pan premier łgał przy tym na potęgę, opowiadając dyrdymały o „narzucaniu edukacji przedszkolnej i szkolnej, polegającej na wmawianiu dzieciom, że same mogą sobie wybrać, czy chcą być chłopcem, czy dziewczynką”. Wcześniej nominowany na następcę prezesa Joachim Brudziński odkrył, że „Polska jest piękniejsza bez LGBT”. Jeszcze wcześniej żaden europarlamentarzysta PiS nie poparł rezolucji Parlamentu Europejskiego potępiającej pomysł władz Ugandy, żeby karać śmiercią za „gorszące akty homoseksualizmu”. Swoje trzy grosze dorzucił też szef „Solidarności” Piotr Duda, który pokrzykiwał w radiu, że, „Rafał Trzaskowski promując ideologię LGBT nie ma prawa powoływać się na ideały Solidarności”. Minister Sprawiedliwości natomiast sfinansował wieloletni program obrony przed… śmiertelnym zagrożeniem ze strony LGBT! A dzień po skandalicznej pacyfikacji pokojowego zgromadzenia pan Ziobro po raz kolejny zachował się jak złodziej wrzeszczący „łapać złodzieja!”: odpowiedzialnością za bezprawie policji obciążył opozycję, która ośmieliła się szukać po komisariatach aresztowanych obywateli i organizować im pomoc prawną.
Agresji fizycznej na tle homo- i transfobicznym doświadczyła co trzecia osoba nieheteroseksualna. Co czwarty młody gej, lesbijka lub osoba transpłciowa była ofiarą ataków w rozmaitych formach. W badaniach ankietowych 70 proc. z nich przyznało się do myśli samobójczych. W tegorocznym raporcie ILGA Europe najbardziej homofobicznym krajem w Unii Europejskiej została Polska, zajmując też ostatnie miejsce w Unii pod względem praw osób LGBT. I właśnie dlatego tak ważna była ta spacyfikowana demonstracja i tak potrzebny jest każdy inny protest przeciw homofobii. Polacy, którzy nie chcą żyć w zapyziałym kołtuńskim zaścianku, którzy chcą Polski nowoczesnej i cywilizowanej, nie mogą być tylko biernymi kibicami manifestacji. Im one będą liczniejsze, tym trudniej będzie przekonać wyborców PiS, że to awantura garstki zboczeńców, finansowanych przez zachodnich dewiantów – i tym trudniej będzie rozgonić te protesty. Jest taka reguła, że kiedy na ulice wychodzi 10 tysięcy, policja ich pałuje i wywozi, kiedy wychodzi 50 tysięcy policja polewa ich i gazuje, ale kiedy idą setki tysięcy – policja przyłącza się do tłumu.
Najwyższy czas postawić się zbiorowemu homofobowi, usadowionemu w świadomości obecnych decydentów i w umysłach ludzi podatnych na obrzydliwą indoktrynację. Trzeba wreszcie wygarnąć mu prawdę w oczy. Na przykład tak:
Proszę pana!
(jakoś nie potrafię zwrócić się do pana formułką „Szanowny Panie”).
Ze sporym wysiłkiem zakładam, że z przekonania, a nie z wyrachowania szczuje pan na ludzi LGBT, tak jak wcześniej w prostocie serca i umysłu szczuł pan Polaków na uchodźców, na opozycyjne media, na walczących z przemocą w rodzinie, a ostatnio też na aktywistów organizacji pozarządowych, których – wzorem Putina i Łukaszenki – zamierza pan piętnować i nazywać agentami zagranicznych wpływów. Przyjmuję też, że nie jest pan zakładnikiem prezesa tkwiącego w dziewiętnastowiecznym zaścianku, że nie chodzi panu tylko o zwieranie szeregów „w obronie polskich wartości” i że pana walcząca homofobia nie jest przykrywką dla coraz liczniejszych potknięć i przekrętów rządzących. Zakładam, że jest pan po prostu ofiarą powszechnych ludzkich obaw i fobii, że wierzy pan, lub przynajmniej chce wierzyć, w bzdury, które głosi. Jeśli tak, to proszę uruchomić proces myślenia i zarejestrować następujące fakty:
Wykluczając ludzi LGBT twierdzi pan, że chroni polskie rodziny. Jakby geje i lesbijki nie byli czyimiś dziećmi, braćmi, siostrami, jakby nie kochali swoich krewnych, nie byli przez nich kochani, nie urodzili się i nigdy nie żyli w tradycyjnych rodzinach. To po pierwsze. Po drugie, dobrze pan wie, że tradycyjna rodzina nie potrzebuje w Polsce żadnej ochrony. Owszem, był kiedyś „wynaturzony” ruch społeczny promujący wolność od rodziny i tradycyjnych norm życia społecznego, o którym szczegółowo mógłby panu opowiedzieć marszałek Terlecki. Jednak dzisiaj nikt o zdrowych zmysłach rodziny nie atakuje. Trzeba wyjątkowego durnia lub podłego cynika, by pod fałszywym pretekstem obrony „podstawowej komórki” napadać, niszczyć, segregować i wykluczać, żeby odmawiać człowieczeństwa ludziom LGBT, by ich piętnować ośmieszać i obrażać.
Powiada pan, że „ideologia LGBT” deprawuje dzieci. Wiem, nikt i nic nie przekona pana, że LGBT to nie ideologia, tylko ludzie, a dokładnie akronim odnoszący się do spektrum ludzi o orientacji nieheteroseksualnej. Nie wiem, czy teza o „sączeniu groźnej ideologii” jest Panu potrzebna, bo bez niej rozleci się cała konstrukcja utrzymująca sprawowany przez pańską formację rząd dusz. Może tylko czuje się pan mądrzejszy od tych, którzy pisali encyklopedie i słowniki. OK, wie pan swoje i już. Ma pan prawo do najgłupszych nawet poglądów. Ale nie ma pan prawa straszyć dzieci tajemniczą zarazą. Ludzie, a szczególnie dzieci, boją się najbardziej tego, czego nie znają. A pan odmawia małym obywatelom prawdy o świecie i wiedzy o ludziach, którzy zawsze byli wśród nas i wśród których przyjdzie im żyć. Jak panu wytłumaczyć, że LGBT to nie są kosmici, którzy zaatakowali Ziemian z zamiarem podboju pańskiego uładzonego świata? Ma Pan chociaż pojęcie, ilu ich jest?
Instytut badań rynkowych Dalia, nagrodzony Lex Innovation Competition Awards, przeprowadził szerokie badania sprawdzając, ile osób w Europie zalicza samych siebie do grupy LGBT. Polacy znaleźli się w środku stawki, do orientacji nieheteroseksualnej przyznało się 4,9 proc. naszego społeczeństwa. To prawie 2 miliony ludzi. DWA MILIONY LUDZI, POLAKÓW. I może zaciekawi Pana, że aż 10,5 procenta młodych ludzi z grupy wiekowej 14-29 lat określiło się w ankiecie jako „niewyłącznie heteroseksualni”. Wynikałoby stąd, że obywateli LGBT jest jeszcze więcej, że wielu Polaków starszego pokolenia nie chce ujawniać swojej orientacji w obawie przed skutkami zaściankowej nagonki, przed ostracyzmem i agresją.
Dzięki pana okrzykom „w obronie tradycji, kultury i rodziny” mnożą się przypadki agresji psychicznej i fizycznej. Wskutek promowanych przez pana podziałów na pełnoprawnych i marginalnych postępuje relatywizacja prawa, a policja coraz częściej nie przyjmuje zgłoszeń od ludzi LGBT, odmawia ścigania coraz liczniejszych pobić i wreszcie sama pacyfikuje demonstracje, w poczuciu bezkarności, bo co to za przestępstwo przyłożyć pedałowi…
Wiem, że nie chce pan (bo i nie może) wyeliminować ludzi LGBT ze społeczeństwa. Wierzy pan rozmaitym szarlatanom w lekarskich kitlach i w sutannach, którzy zapewniają, że gejów i lesbijki da się „wyleczyć”. Nie ma na to cienia dowodu. Natomiast liczne badania naukowe potwierdzają bez wątpliwości, że bycia osobą LGBT nie można się nauczyć ani też nikogo nie można zmusić, by zaczął lub przestał być homo- czy heteroseksualny. Ci ludzie po prostu są i już. I nie ma pan prawa żądać ich izolacji. Ukrywanie przed dziećmi faktu, że istnieją, jest żałosne i zwyczajnie głupie. A straszenie nimi, robienie z nich jakichś monstrum, nazywanie ich zboczeńcami, jest po prostu podłe.
Zboczeniec to ktoś rażąco uchylający się od normalności. Jeśli w świecie, w którym żyjemy, normą jest szacunek dla innego człowieka i tolerancja dla jego zachowań zgodnych z naturą, to zboczeńcami są ci, którzy domagają się wyeliminowania ze społeczności człowieka za to, że jest tym, kim jest i kim być musi. Zboczony jest ten, kto odmawia człowiekowi szacunku i nawołuje do ostracyzmu tylko dlatego, że natura ukształtowała go trochę inaczej. Dla mnie to pan jest dewiantem.
Łączę wyrazy….
Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl 
08 08 2020 Andrzej Duda nie jest moim prezydentem i to jego decyzja, nie moja…
To on sam podjął decyzję i pokazał, że jest prezydentem tylko tych, którzy na niego głosowali. Kiedy 5 lat temu Andrzej Duda wygłaszał swoje orędzie, już jako prezydent RP, wysłuchałam go bardzo uważnie. Mało tego, dałam człowiekowi szansę i uszanowałam demokratyczny wybór większości. Z nutką optymizmu mówiłam sobie, że może będzie on taki jak np. Aleksander Kwaśniewski, który potrafił oderwać się na tyle od swoich lewicowych korzeni, by zdobyć miano najlepszego, polskiego prezydenta. Prezydenta rzeczywiście wszystkich Polaków. Może i Duda będzie chciał zakopać te podziały, nad którymi tak usilnie pracowało PiS od 2010 roku. Może to będzie faktycznie taka prezydentura, jaką nam obiecał w swojej kampanii. Miniony czas pokazał, jak bardzo się myliłam, stąd też dzisiaj moje podejście do pana Dudy jest zupełnie inne. Nie mam żadnych oczekiwań co do niego. Nie mam wiary, że ten człowiek jest dobrym wyborem. Nie wierzę w niego, nie szanuję go, nie obdarzam zaufaniem. Stąd też, wysłuchałam z uwagą jego wczorajszego orędzia, jednocześnie nie panując nad nieco ironicznym uśmieszkiem i przekonaniem, że serwuje on nam kolejne bajeczki rodem z gatunku fantasy. Andrzej Duda raczył wspomnieć, że te ponad 10 mln głosów, które zdobył w II turze to wielkie zwycięstwo, bo Polacy „pozytywnie ocenili pięć lat mojej prezydentury. I udzielili mi silnego, demokratycznego mandatu na kolejną kadencję!”. Zupełnie pominął fakt, że tak naprawdę ludzie zagłosowali na niego jako człowieka PiS, a nie ze względu na osobiste cechy, które absolutnie nie miały żadnego wpływu na postawienie krzyżyka przy jego nazwisku. Ujął on swoich wyborców oddaniem partii, całkowitą zależnością od prezesa, bezkrytycznym podpisywaniem każdej podsuniętej ustawy, niesamodzielnością, uznaniem za prawdziwych Polaków tylko tych, którzy głosowali na niego i wielbią prezesa i jego partię, postawą, która wspiera każdą fobię środowiska, z jakiego się wywodzi.
W orędziu chwali się, że „udało się je przeprowadzić w sposób w pełni demokratyczny, sprawiedliwy i bardzo sprawny. Że Polacy mogli skorzystać ze swojego prawa do głosowania!”. Naprawdę? Facet chyba żyje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Organizacja wyborów woła o pomstę do nieba. Odebrano tysiącom Polaków prawo do zagłosowania, zakonnice stawiały na Dudę w imieniu swoich podopiecznych z Domów Opieki, kościół szalał propagandowo, sugerując, że kto nie zagłosuje na Dudę ten popełnia grzech. Telewizja publiczna stała się tubą, reklamującą tylko tego kandydata, rząd zaprzestał pracy na jakiś czas, jeżdżąc po wsiach i miasteczkach i walcząc o głosy, a sam Duda swoją kampanię prowadził już od grudnia 2019 czyli wystartował znacznie przed wyznaczonym prawem wyborczym, terminem.  Faktycznie te wybory były w pełni demokratyczne, sprawiedliwie i przeprowadzone bardzo sprawnie? Powiem szczerze, że zupełnie nie ruszyły mnie też słowa Dudy, który zapewniał, że „chcę być prezydentem polskich spraw. Spraw ważnych dla wszystkich Polaków. Tak dla moich wyborców, jak i dla tych, którzy poparli innych kandydatów – moich konkurentów”. Już od 5 lat pokazuje on, że to tylko nic nie znaczące slogany. Dla niego polskie sprawy to tylko te, mieszczące się w wizji i autorytarnych zapędach jego partii. Podobnie jak i sprawy ważne dla wszystkich Polaków to jedna wielka ściema.
Duda twierdzi, że drzwi Pałacu Prezydenckiego będą otwarte nawet dla opozycji partyjnej i „ Dziś potrzeba nam wszystkim więcej życzliwości, więcej uśmiechu, a przede wszystkim wzajemnego szacunku. No niesamowite! Aż się chce przywołać jego słowa z orędzia z 2015 roku. Wtedy też mówił, że „stoję tutaj dzisiaj przed państwem jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej – wiele jest możliwe, jeżeli działamy razem i działamy zgodnie! Wiele jest możliwe, jeżeli wykazujemy się zrozumieniem, jeżeli jesteśmy dla siebie życzliwi! I co z tego mu wyszło? Sieczka i nic poza tym…Nie ukrywam, że włos mi się zjeżył, gdy Duda w pewnym momencie rzucił, że „ Polacy mnie znają i wiedzą jakie wyznaję wartości. Nie udawałem w kampanii wyborczej kogoś innego niż jestem. I zapewniam, że tak zostanie”. No to czeka nas niezły kanał. Chyba się nie mylę, że tym słowami, Duda gwarantuje nam, iż będzie strażnikiem tego, co w obecnej Polsce najgorsze. Wszelkich fobii, budowania nienawiści do ludzi spod tęczowej flagi, szukania wrogów poza granicami Polski i w kraju, traktowania Konstytucji jak skrawka niepotrzebnego papierka, monopartyjności, ośmieszania nas na arenie międzynarodowej, dalszego dzielenia Polaków, niszczenia autorytetów, budowanie nowej elity, opartej na nacjonalizmie, zafałszowanej historii, małej wiedzy i skrajnej zaściankowości. Będzie pilnował, by nowa Polska rosła w siłę niesioną przez Ordo Iuris i inne, tak skrajnie katolickie, ugrupowania.
No i jeszcze to – „Każdemu należy się szacunek. Polakiem jest każda osoba lojalna wobec Rzeczypospolitej i wobec swoich współobywateli. Każdy, kto ma Polskę w sercu! A niech ten facet spojrzy w twarz chłopakowi, którego wykańczają sąsiedzi tylko dlatego, że jest gejem. Niech to powie tym, mieszkającym w strefach wolnych od LGBT. Tym z inną karnacją, innej narodowości czy pochodzeniu. Niech powie to sędziom, których nazywa zdrajcami i komuchami, dziewczynie z opozycji ulicznej, czołganą przez policję. Dziennikarzom nazywanym zakałą polskości, temu starszemu człowiekowi, który nie zgadza się na łamanie praw obywatelskich, Młodym, szykanowanym i prześmiewanym przez zwolenników Dudy tylko dlatego, że chcą żyć na planecie, która nie truje.…i na koniec „Boże błogosław Polsce”, w domyśle zapewne chodzi o tę jego Polskę. Jego i PiS-u. 5 lat temu dałam Dudzie pewien kredyt zaufania, dzisiaj nie potrafię nazwać go moim prezydentem. Nawet nie dlatego, że jestem taka zawzięta. Nie! To on sam podjął decyzję i pokazał, że jest prezydentem tylko tych, którzy na niego głosowali. To on sam wyparł się mnie, odrzucił, odbierając mi prawo do bycia Polką, nazywając złem, jakimś odpadem, niegodnym miana obywatelki tego kraju. To on mnie przekreślił tylko dlatego, że nie mieszczę się w jego rozumieniu pisowskiej demokracji. Pan Duda nie jest moim prezydentem i to on tak zadecydował, nie ja…
Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl
Na co przysięgał Duda skoro Konstytucja nie została na tak ważną uroczystość zaproszona!? Mnie się wydaje że na Kaczyńskiego przysięgał!? 
03 08 2020 Tym razem uczciłam rocznicę Powstania Warszawskiego milczeniem.
Każdego roku, również na łamach koduj24.pl oddawałam hołd tragedii Powstania Warszawskiego. Teraz jednak po prostu zamilkłam. Dlaczego?
Poczułam, że nie jestem w stanie przebić się ze swoją Pamięcią przez całą tę otoczkę, która towarzyszy obchodom rocznicowym. Nie jestem w stanie wpisać się w ogólnopolską dyskusję nad sensem Powstania, która przybiera coraz bardziej ostry ton.
Nad debatą, kto i dlaczego odpowiada za śmierć tylu mieszkańców Warszawy. Nad próbą rozliczenia powstańców. Nad zdominowaniem obchodów przez polskich narodowców, którzy właśnie 1 sierpnia wykorzystują rocznicę tragedii do pokazania pod płaszczykiem patriotyzmu, oblicza, które mi się nie podoba i według mnie bezcześci tę Pamięć, obnaża brak szacunku do powstańców i tych wartości, które kazały im chwycić za broń i ruszyć do nierównej walki. Nad pokazaniem podziału społeczeństwa, które właśnie tego dnia jest najbardziej odczuwalne w swoim absurdzie.
Zamilkłam więc, mając również w pamięci wcześniejsze wystąpienia Andrzeja Dudy, który wykazał się wielką ignorancją, przekonując Polaków, że Powstanie Warszawskie było odpowiedzią na postanowienia konferencji w Jałcie. Coś się panu prezydentowi pokręciło, bo powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 roku, a konferencja miała miejsce w lutym 1945 roku, a więc w kilka miesięcy po upadku powstania. Byłam przekonana, że zarówno on, jak i premier Morawiecki oraz pozostali politycy PiS wykorzystają i w tym roku rocznicę Powstania Warszawskiego, sięgając w swoich przemówieniach po słowa, mające w domyśle pokazać, że to oni są spadkobiercami heroicznego wysiłku. To dzięki powstańcom dzisiejsza Polska (pod ich rządami oczywiście) jest w pełni wolna, niezależna i będą nas przekonywać, że gdyby nie Powstanie Warszawskie, dzisiaj nie bylibyśmy Polakami, a powstańcy obronili Europę Zachodnią przed komunizmem. I to tylko po to, by nową narracją historyczną podbudować swoją wizję nowego Polaka, nowej Polski. Moje milczenie wydaje się całkowicie usprawiedliwione, gdy teraz, dwa dni po obchodach rocznicy wybuchu Marsz narodowców w rocznicę Powstania Warszawskiego wyraźnie widać, czym te obchody zapisały się najmocniej. To oczywiście IX Marsz Powstania Warszawskiego, zorganizowany przez Stowarzyszenie pana Bąkiewicza oraz środowiska narodowe. Oczywiście były race, bo bez tego elementu nie byłoby odpowiedniego widowiska dla tłumu. W oczy rzucał się transparent „Stop totalitaryzmom”, na którym obok przekreślonego symbolu stalinowskiego ZSRR i nazistowskich Niemiec znalazło się też miejsce dla tęczowego LGBT. Dorzucenie do totalitaryzmu środowiska LGBT to albo głupota albo brak podstawowej wiedzy, albo celowe działanie, by wzmocnić nienawiść do ludzi o innej orientacji seksualnej. To po prostu chore. Nastrój anty LGBT umiejętnie podkręcał też poseł Konfederacji, Robert Winnicki krzycząc, „Przeminęła brunatna zaraza, czerwona zaraza, i przeminie też tęczowa zaraza, która profanuje nasze najświętsze wartości” czy palenie tęczowej flagi. Padły też słowa „Umundurować duszę, ciała i umysły. To powinno być nasze hasło”, co mnie się kojarzy bardzo negatywnie.
https://twitter.com/jestemLGBT/status/1289616444246724614
Gdyby ktoś mnie zapytał, co jest dla mnie symbolem tegorocznych obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego to wskazałabym właśnie na tę płonącą tęczową flagę, race, spacyfikowanie przez policję Obywateli RP, którzy z białą różą zasiedli na trasie przemarszu narodowców, „zakłócając w ten obrzydliwy sposób” dobry nastrój prawdziwych patriotów. To też reakcja policji na grupę osób z partii Razem oraz Antify, które ośmieliły się zawiesić na balkonie banery z hasłami „Powstań przeciwko faszyzmowi” oraz „Feminizm nie faszyzm”, co uraziło maszerujących narodowców, którzy dopatrzyli się jakiś butelek, lecących w ich stronę, czego na zdjęciach nie widać. To też twarz organizatora marszu, Bąkiewicza. Twarz, której wyraz nie mający nic wspólnego z Pamięcią o Powstaniu Warszawskim, bardziej kojarzył się z nienawiścią, która tego właśnie dnia nie powinna mieć miejsca.
Takim negatywnym symbolem jest atak na fotoreportera Oko.Press, przepychanki i ten człowiek, który zrobił ludziom spod znaku LGBT straszną krzywdę, manifestując w obrzydliwy sposób swój protest przeciwko atakom na to środowisko. Trudno mi uwierzyć, że to ktoś z tego właśnie kręgu.
Według mnie, znowu Pamięć o Powstaniu została stłamszona przez interes partyjny, zdominowana przez ludzi, dla których patriotyzm ma oblicze pełne nienawiści, nacjonalizmu i jest całkowitym zaprzeczeniem tych wartości, o które walczyli powstańcy. Zbyt dużo było krzyku, zbyt dużo zwykłej polityki, zbyt wiele zła. Kolejny już raz zapomniano, co, a właściwie kto, tego dnia jest najważniejszy. Zapomniano o Bohaterach, o cenie, jaką Warszawa zapłaciła za marzenia o Polsce. Czyż można więc dziwić się, że tym razem postanowiłam zamilknąć, nie dać się wciągnąć w taką farsę?
Tym razem dałam sobie szansę, by pozostać sam na sam ze swoją Pamięcią o tej tragedii, zapalić znicz na parapecie okna, poddać się refleksji i zadumie, znowu dojść do wniosku, że my, Polacy, mamy ogromny problem z wyciągnięciem wniosków z naszej historii. Niczego się nie nauczyliśmy, nie potrafimy czerpać wzorców z tak strasznej lekcji…
Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl
- Takich marszy z racami i złowrogimi okrzykami nie powinno być!? Dziś ONR może rozwijać w pełni swe sztandary wszak to Pierwsza Brygada Kadrowa Kaczyńskiego, jego ulubione diabełki maszerujące z hasłem na ustach my chcemy Boga. Właściwie czego ja od nich chcę przecież tylko maszerują z wyciągniętymi prawymi rękami, z opaskami na ramionach krzyżami przyozdobionymi, górnolotne hasła wykrzykują, racami trasę znaczą, spokój jak cholera. Przecież jeszcze Reichstagu na Wiejskiej nie podpalili, szyb nie wybijają, nie pałują, nie strzelają ba porządku pilnują. A jednak dla mnie dziś chuligaństwo wstało z kolan i ma narodowe barwy. To "nowy patriotyzm". Po mieście chodzą duże grupy osobników z testosteronem zamiast mózgu, na coś się szykują, kogoś dopadną ("lewaków" zapewne), coś podpalą, będą wywrzaskiwać nacjonalistyczne hasła. PiSowi się to podoba, PiS to karmi i się tym żywi. Kościół z jakiś powodów (bo nie religijnych) też znajduje w tym upodobanie.
- Stalin, Roosevelt, Churchill stali i patrzyli jak miasto płonie, bo polityka była ważniejsza!?
- Powstanie Warszawskie czy było potrzebne!? Tak bo zatrzymało Sowietów na linii Wisły do Stycznia 1945 roku!? Strach pomyśleć gdzie by doszli!? Gdyby nie Powstanie Warszawskie Polska byłaby republiką sowiecką, a nie Rzeczpospolitą!? 
01 08 2020 Amerykanie nie czekali długo po wyborach z zaatakowaniem Polski. Raport „Just Act – Polska” to groźba.
Teza: Polska ma zapłacić za II wojnę światową, musi być grzeczna i słuchać swoich panów z USA. 447 to taki miecz Demoklesa. Moment opublikowania raportu Departamentu Stanu wskazuje, że choć ma dotyczyć 47 krajów, jest wymierzony w Polskę. Raport Departamentu Stanu jest straszakiem na Polskę: „Polska nie uchwaliła kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia krajowego lub odszkodowań za konfiskaty związane z Holokaustem”. To, co zwraca uwagę w raporcie Departamentu Stanu, to zaniżanie liczby Polskich ofiar II wojny światowej: „Encyklopedia Holokaustu opracowana przez USHMM szacuje, że w czasie okupacji zamordowano co najmniej trzy miliony Polaków narodowości żydowskiej oraz od 1,8 do 1,9 miliona obywateli polskich nieżydowskiego pochodzenia”. - Dlaczego nie są cytowane źródła polskie, ale żydowskie? Tak, jak przypuszczało wielu publicystów, z roszczeniami czekano na czas po II turze wyborów prezydenckich. Oburza kwestionowanie liczby ofiar. Pomiędzy delikatnym „słodzeniem” - mydleniem oczu o polskich stratach i ofiarach II wojny mamy bardzo poważne sygnały świadczące o nieprzychylności naszego "najwierniejszego sojusznika"„Podczas gdy władze polskie utrzymują, że wdrożyły szeroko zakrojone ustawodawstwo, Polska jest jedynym krajem członkowskim Unii Europejskiej, w którym pozostały poważne kwestie związane z mieniem z czasów Holokaustu i który nie uchwalił kompleksowej krajowej ustawy reprywatyzacyjnej. Ocaleni z Holokaustu i ich potomkowie będący obywatelami amerykańskimi twierdzą, że procedury wymagane do odzyskania ich prywatnych nieruchomości za pośrednictwem polskiego systemu sądowniczego lub w drodze ugody z władzami centralnymi lub samorządem lokalnym są długotrwałe, uciążliwe, kosztowne i w dużej mierze nieskuteczne. Niektórzy z nich wyrażają niezadowolenie, że nawet po odzyskaniu nieruchomości, działania ze strony najemców lub innych podmiotów uniemożliwiają im swobodne korzystanie z własnego majątku”. Roszczenia wciąż istnieją, i na nic wspomniane amerykańskie bagatelizowanie sprawy przez polskie MSZ czy zwodzenie nowojorskiego Klubu Gazety Polskiej, że sprawa została załatwiona - uważajcie, bo jesteście o krok od zdrady.
„Władze szacują, że rozstrzygnęły około 45 procent z około 5500 wniosków o zwrot nieruchomości należących do gmin wyznaniowych żydowskich; w około połowie rozstrzygniętych spraw roszczenia odrzucono. Polska nie uchwaliła ustawy, która dotyczyłaby majątku bezspadkowego z czasów Holokaustu”. Na nic mydlenie oczu oświadczenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych powołującego się w mediach na ten cytat, że niby są głaskani po głowie:
„Polska poważnie angażuje się na rzecz upamiętnienia Holocaustu. Władze polskie finansują muzea i pomniki historyczne oraz osiem państwowych muzeów mieszczących się na terenie byłych nazistowskich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady”. Najważniejszy fragment raportu dotyczy kwestionowania wartości umowy z 1960 r. zawartej przez rząd Władysława Gomułki i wypłaconego wówczas odszkodowania w wysokości 40 mln dolarów.
„W latach 60. XX wieku rząd podpisał umowy dwustronne na mocy których Polska przekazała pieniądze rządom niektórych innych państw na pokrycie roszczeń cudzoziemców z tytułu strat w mieniu prywatnym poniesionych po 1939 roku. Wśród tych umów znalazła się umowa odszkodowawcza pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską z 1960 r., na mocy której Polska przekazała rządowi amerykańskiemu 40 mln USD na pokrycie roszczeń osób, które były obywatelami amerykańskimi w momencie bezprawnego przejęcia ich mienia. Umowa ta nie obejmowała osób, które były obywatelami polskimi w momencie przejmowania ich majątku, a dopiero później zostały naturalizowanymi obywatelami amerykańskimi; umowa ta wykluczała więc większość polskich ocalałych z Holokaustu i ich rodziny”.
CZY TO POLACY MAJĄ ZAPŁACIĆ ZA II WOJNĘ ŚWIATOWĄ?
…......
Jesteśmy chłopcem do bicia i popychadłem świata. Dlaczego? Bo sami na to pozwalamy. Czy naprawdę jesteśmy tacy głupi? Czy naprawdę jesteśmy frajerami, samcami beta, gamma albo nawet omega, dumnymi z wychowywania cudzych dzieci? Okradanymi incelami, dumnymi z pracy za granicą za niskie stawki i czekającymi, że niczym psa pogłaszcze nas swoją opinią „zachodni pan”? Czy naprawdę musimy dostarczać światu dowodów, że angielskie „slave” – niewolnik – pochodzi od Słowianina? Czy naprawdę Polacy są takimi pierdołami, którym wszyscy mogą srać na głowę?
Srają na nas Niemcy, którzy poniżają nas w swojej kulturze i dzielą się swoimi zbrodniami. Srają na nas „sojusznicy” – USA, Izrael, Brytyjczycy, i rzekomi sojusznicy jak banderowcy z Ukrainy, Srają na nas również wrogowie – Rosja, Niemcy. Czy ten tekst czytają jacyś mężczyźni? Czy będziecie tak patrzeć, jak nas poniżają? Czy nadal nie chcecie się zjednoczyć? 
A przy okazji. Ile milionów rząd przeznaczył dotąd na ratowanie grobów naszych kresowych przodków na Ukrainie? „W grudniu 2017 r. parlament RP przeznaczył 100 mln zł (28,7 mln USD) na renowację, konserwację i utrzymanie cmentarza żydowskiego w Warszawie”. Nie mam więcej pytań.
Romuald Kałwa. Tekst do dowolnego wykorzystywania w Internecie pod warunkiem wskazania Autora.
Źródło: niepoprawni.pl,- wybrane fragmenty
- Powinniśmy wreszcie stanowczo powiedzieć, że żadne zadośćuczynienia za przejęty majątek Dekretem Bieruta, i na mocy prawa w wypadku braku spadkobierców nie należy się. No chyba, że dawni właściciele zapłacą za jego utrzymanie przez tyle lat. Poza tym własność przez długoletnie zasiedzenie przechodzi automatycznie na nowych właściciele. To nasi rodzice, dziadkowie i my też odbudowaliśmy ten kraj, ze zniszczeń, pracując za marne grosze, nie po to by teraz tym co przez cały czas balowali w najdroższych restauracjach go oddać. Najlepsi są zaś ci co tak płaczą nad krzywdą dawnych właścicieli, zapominając o nowych właścicielach. Opiekujesz się majątkiem przez 70 lat,inwestujesz w niego i teraz masz go oddać. No nie Ty tylko Państwo zapłaci. A Ty to kto jesteś jak nie państwo!
- Marzenia narodu wybranego przez Boga o „złotym cielcu”. Temu celowi służy dziś świadoma gra polityczna organizacji żydowskich na wielu fortepianach na międzynarodową skalę, której stawką jest cyniczna nadzieja potężnych organizacji "przemysłu holokaustu" na wyrwanie zwłaszcza od dzisiejszej Polski setek miliardów zł. za tzw. niespadkowe mienie po wymordowanych w Polsce Żydach przez niemieckiego okupanta. 
27 07 2020 Zbiór bzdur.
Polska coraz bardziej przypomina kraj podbity przez współczesnych Hotentotów. Po wyborach władza odetchnęła z ulgą. Już nie musi gimnastykować się, by ukryć kompromitujące fakty i niewygodne liczby obrazujące rzeczywisty stan państwa. Na przykład te o budżecie. Do wyborów był on niemal zrównoważony, a po wyborach okazało się, że mamy sto miliardów deficytu i w dodatku nasze zadłużenie, które jeszcze niedawno rząd PiS „trzymał w ryzach”, urosło nagle do 200 miliardów. I co? I nic. Dopóki starcza pieniędzy na rozmaite „plusy” i dodatkowe emerytury elektorat PiS zadowala się wiadomością, że gospodarka polska ma się „dużo lepiej, niż w innych krajach Unii”. A jeśli chodzi o opozycję, która „nie może się pogodzić z klęską i rzuca kłamliwe oskarżenia”, to znów można się z nią kompletnie nie liczyć.
Teatralne gesty prezydenta Dudy wyciągającego rękę do zgody, obłudne deklaracje premiera o chęci pojednania z opozycją i fałszywe obietnice zasypywania podziałów mamy już za sobą. Wzorem kierownika szatni w „Misiu”, dziś znowu używa się argumentu: „Bo tak!”, dodając w domyśle: „I co nam zrobicie?”. Władza wie, że elektoratowi PiS to się podoba, i nie musi już szukać wiarygodnych usprawiedliwień dla bezmyślności i partactwa rządzących kolesi. Nie musi też wymyślać argumentów usprawiedliwiających przekręty coraz pazerniejszych beneficjentów „dobrej zmiany”. Epidemia, na którą zwalić można każdą prawie lewiznę, okazuje się szczęśliwym dla PiS zrządzeniem losu. Można nawet odnieść wrażenie, że coraz bardziej szczęśliwym. Jeszcze niedawno funkcjonariusze partyjno-rządowi mówili o sukcesie na skalę europejską w dziedzinie „wypłaszczania”, „wygaszania” i „okiełznania” pandemii. Premier głosił, że wirus stał się niegroźny nawet dla grup największego ryzyka, dla starszych ludzi w większości popierających PiS, którzy powinni „tłumnie” stawić się w lokalach wyborczych. Dziś sytuacja wróciła do dramatycznej normy. Mamy kolejny szczyt zachorowań. Koronawirus szaleje w najlepsze, a władza ułatwia mu ekspansję luzując ograniczenia hamujące epidemię. Minister już nie poprawia statystyki zachorowań, nie sugeruje lekarzom, by jako przyczynę zgonu podawali choroby towarzyszące COVID-19. Władza już nie steruje liczbą zachorowań regulując zasięg i powszechność testów. Po co? Im dłużej trwać będzie pandemia, tym więcej bezprawnych a intratnych przepisów będzie można przepchnąć w kolejnych „tarczach” i ustawach nadzwyczajnych. Być może jest nawet tak, że im większy zakres pandemii, tym bliżej nam do stanu wyjątkowego, do budowania i umacniania dyktatury, do wzięcia opozycji za pysk i do wygodnego sterowania krajem za pomocą dekretów.
Na razie trwają jeszcze rozliczenia z tymi, którzy wspomagali kandydata PiS w wyborach. Na wyraźne żądanie części Episkopatu oraz współpracującej z rządzącymi sekciarskiej Ordo Iuris władza spłaca dług ogłaszając wypowiedzenie konwencji stambulskiej. Argumenty dowodzące słuszności tego pomysłu, podobnie jak wiele innych, usprawiedliwiających bezprawne ustawy, obrażają intelekt nawet średnio rozgarniętego Polaka. Zbigniew Ziobro, który firmuje projekt ustawy, wyjaśnia, że konwencję należy wyrzucić na śmietnik, ponieważ część postanowień już występuje w polskim prawie, a innych niezbędnych rozstrzygnięć tam brakuje – ale przede wszystkim dlatego, że niektóre sformułowania konwencji są nieprecyzyjne i kojarzą się z nieakceptowalnymi „ideologiami” gender oraz LGBT. Minister Ziobro jakby nie wiedział, że rozstrzygnięcia konwencji potwierdzające istniejące już polskie zapisy stanowią o sile prawa, a nie jego słabości, a jeśli w prawie międzynarodowym czegoś brakuje, to przecież można te braki uzupełnić polskimi przepisami. A co do sformułowań konwencji, kojarzących się ministrowi z nienawistną dla prawicy ideologią, to nie jestem w stanie zrozumieć, co konkretnie dyskwalifikuje międzynarodową umowę państw cywilizowanych chroniącą prześladowanych. Wygląda na to, że polskiemu rządowi, niektórym biskupom i Ordo Iuris paskudnie kojarzy się wszystko, co oczywiste, naturalne i ludzkie. Bo tylko w sekciarskim rozumowaniu gender nie jest kierunkiem badań naukowych , a LGBT to nie są ludzie.
Powiada Ziobro, że konwencja jest niepotrzebna, bo dzięki niemu i jego formacji mamy obecnie tak świetne przepisy chroniące przed przemocą, jakich na świecie nie bywało. Nie wspomina jednak o drobiazgu: zgodnie z polskim prawem przemoc MOŻNA ścigać, a w myśl konwencji państwo MUSI przeciwdziałać dyskryminacji i przemocy. Konwencja zmusza sygnatariuszy do pełnej i konsekwentnej ochrony osób prześladowanych. Konwencja nie godzi się na uznaniowość, sprzeciwia licznym w Polsce odmowom zakładania damskim bokserom niebieskiej karty, czy niewszczynania przez policję postępowań mimo ewidentnych przejawów przemocy. Chodzi o to, by organy ścigania i administracja państwa NIE MOGŁY stawać po stronie prześladowców. Przeciwników konwencji oburza też konstatacja, że niektóre formy przemocy wynikają z historycznej tradycji, kultury i religii. Tak jakby w naszej „tradycji” nie było zwyczaju palenia na stosach ludzi odmiennych zachowań i poglądów. Jakby do dziś nie kontynuowano obyczaju obcinania kobietom łechtaczek i nie było obyczaju honorowych zabójstw. I jakby poza religią katolicką nie było na świecie innych wierzeń, legitymujących przemoc, prześladowania i zabójstwa w imię wiary. Argumentacja zwolenników wypowiedzenia konwencji stambulskiej to delikatnie mówiąc zbiór bzdur. Poczesne miejsce zajmuje w nim powtarzany w dyskusjach argument, że w krajach gdzie podpisano konwencję, stwierdzono wyraźny wzrost przypadków przemocy. Myśl godna prezydenta Trumpa, który głosi, że w USA przybywa zachorowań, ponieważ robi się za dużo testów. A przecież w sprawie przemocy jest dokładnie odwrotnie: rzetelne stosowanie przepisów konwencji ujawnia przypadki przemocy, które wcześniej nie przedostałyby się poza rodzinę, zostałyby zamiecione pod dywan w stołowym pokoju, a maltretowane kobiety nadal słyszałyby od swoich proboszczów i biskupów, że więzy rodzinne są nierozerwalne, że kobiecie nie wolno opuścić sadystycznego męża, choćby był skończonym łajdakiem, że muszą nieść swój krzyż do końca, aby dostąpić zbawienia … Oczywiście sakrament trwałości więzów małżeńskich dotyczy tylko maluczkich i nie ma zastosowania do ludzi majętnych, zblatowanych z Kościołem hierarchicznym oraz Jacka Kurskiego.
Wszystkim wiadomo, jak bardzo p.o. prezes telewizji ongiś publicznej przywiązany jest do wiary katolickiej, a w szczególności do ewangelicznej miłości bliźniego i przykazania zabraniającego głosić fałszywe świadectwo, czyli po prostu kłamać. Na tę kwestię zbliżony pogląd ma także minister Ziobro. Ich nieformalna współpraca przynosi rozmaite owoce, w większości trujące.  Rządowe media z nieskrywaną satysfakcją zawiadomiły na przykład swoich odbiorców, że europoseł lewicy (LEWICY!) Włodzimierz Cimoszewicz rozjechał swoim autem starą kobietę na przejściu dla pieszych i uciekł z miejsca wypadku. W rzeczywistości ponad rok temu mieszkanka Hajnówki wjechała rowerem na przejście i były premier nie zdążył wyhamować.  Cimoszewicz odwiózł poszkodowaną najpierw do domu, potem do lekarza i żywo interesował się jej zdrowiem. W pamięci wielu Polaków pozostanie jednak obraz bezwzględnego przedstawiciela znienawidzonej lewackiej elity, zimnego drania obojętnego na los starej kobiety, którą skrzywdził – oraz obraz praworządnej prokuratury, która nie bacząc na koneksje i byłe stanowiska wystąpiła do Europarlamentu o pozbawienie Cimoszewicza immunitetu. Prokuratura nie wspomniała, że oskarżyła go o ucieczkę z miejsca wypadku dlatego, że udzielił poszkodowanej pomocy nie zawiadamiając jednak policji… Brzmi jak żart, ale dowcipem nie jest.
Z chwilą, gdy PiS przestał się liczyć z samodzielnie myślącymi Polakami, gdy nadprezes Kaczyński odmówił im polskości, gdy władzy przestało zależeć na opinii wyborców, rozpoczęła się wielka, niczym nieskrępowana ofensywa partaczy obsadzających wysokie stołki. Trwa szarża lizusów licytujących się, kto najlepiej zrobi prezesowi dobrze. Kontynuowane jest natarcie nierozgarniętych polityków i ważnych urzędników z ambicjami, zasypujących nas stertą bzdurnych decyzji i niedorzecznych argumentów. Mimo protestów wielu mazowieckich gmin do Sejmu trafić ma projekt ustawy o podziale województwa na Warszawę i obwarzanek, co według fachowców nie przyniesie nikomu korzyści, a przeciwnie, pauperyzacja gmin peryferyjnych będzie postępować. Antoni Macierewicz objawił się z kolejnymi sensacjami: w samolocie Tu-154 doszło do wybuchu nie tylko trotylu, ale również RDX, „materiału, który był i jest używany przez różnych lewackich i postkomunistycznych terrorystów, m.in. w zamachu na metro londyńskie”, co potwierdziły jakoby nie tylko polskie laboratoria, ale także jedno natowskie, którego nazwy na razie nie może ujawnić. Sejmowa komisja zdrowia przegłosowała właśnie poprawkę PiS do ustawy, której nie ma, bo jeszcze nie wyszła z Senatu – i to mimo ostrzeżeń, że jest to prawnicze horrendum i że poprawka będzie nieważna. Kasa państwa świeci pustkami, a Jacek Sasin przeznacza 130 mln na kolejny magazyn węgla, choć zapotrzebowanie na węgiel spada. I tak dalej, i dalej…Polska coraz bardziej przypomina kraj podbity przez współczesnych Hotentotów. Źle wróży fakt, że słabo protestujemy i jakby przyzwyczajamy się do idiotycznych decyzji, do bezprawnego prawa, do argumentów obrażających inteligencję. Źle nam wróży krótka pamięć Polaków. Co prawda dowody bezprawia pozostaną w pamięci i w dokumentach, ale umykają nam przejawy złej woli i głupoty rządzących. Przydałby się bardzo jakiś trwały, uzupełniany na bieżąco ZBIÓR BZDUR. Jeśli nawet nie nam, to chociaż naszym dzieciom.
Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl 
24 07 2020 Jeden dzień z życia wykluczonej.
Dwa lata temu, dokładnie 15 sierpnia 2018 roku napisałam ten tekst. Dzisiaj wpadł mi w ręce, przeczytałam go ponownie i zadumałam się. Wtedy wydawało mi się, że to coś z gatunku fantasy, ale teraz wcale nie jestem tego pewna. Za chwilę władza zlikwiduje niezależne media i wolność w internecie. Za chwilę Ordo Iuris będzie nam dyktować, jak żyć, księża będą zaglądać nam do łózek i pod nie, partia rządząca położy łapę na wszystkich obszarach życia publicznego i tego naszego, nawet bardzo osobistego. Będą wychowywać nasze dzieci na godnego wyborcę PiS-u, mówić nam, co wolno kupować w sklepie, jakie filmy oglądać, z kim rozmawiać, komu ufać, w co się ubierać, jak budować relacje damsko-męskie, jaka jest rola kobiety w polskim państwie wyznaniowym. Każdy nasz dzień, minuta po minucie, godzina po godzinie, będzie skrupulatnie zaplanowany przez tych ,którzy czuwają nad naszą moralnością i praworządnością podług opracowanego wcześniej wzorca. Tonąc w szarości pewnie nawet nie zauważymy, że nie ma już problemu z „ideologią LGBT”, bo kto mógł, już uciekła, a komu się nie udało, zszedł głęboko, do podziemia. Kolejne wybory staną się fikcją, obudowaną pozorami demokracji…
Przerażająca wizja, ale czyż nierealna?
Jeden dzień z życia „wykluczonej” (niedaleka przyszłość)
Godzina 8.30
Wstałam bo musiałam. Kolejny dzień do przeżycia – pomyślałam i aż mną zatrzęsło. Od dawna już otaczająca mnie rzeczywistość aż mdli. Pogoda piękna, wypiłam kawę, zebrałam stare kości do kupy i ruszyłam do pobliskiego sklepu. No proszę, jaka zmiana. Przez noc ktoś postawił obok mojego bloku kapliczkę Jarosława Kaczyńskiego. Stoi taka rosła i piękna, a przed nią kilkanaście rozmodlonych osób. Klęcząc, kiwają się na prawo i lewo, a słowa modlitwy „Jaruś nasz, któryś jest z nami…” unoszą się wysoko, wysoko. Przyspieszam nieco, bo czterech policjantów, przytwierdzonych do kapliczki grubym łańcuchem, obserwuje mnie podejrzliwie. Jeszcze chwila i dojrzą tę blizną na czole, oznakę wykluczenia polskości, a wtedy to mi się dostanie. Mandat, sąd i kilka miesięcy w więzieniu dla takich jak ja, murowane. Mijam śmietnik. Od dawna nikt nie wywoził śmieci, więc cuchnie niemiłosiernie. Niesamowite, przy bocznej ścianie urzęduje dwóch napakowanych łysolków. Zaopatrzeni w farby i pędzel, pieczołowicie malują wielkiego orła w koronie. Wow, jeden z nich wyciąga kolejne piwo z torby, a drugi…właśnie siusia. Nie przeszkadza mu że krople jego patriotycznego moczu padają na koronę orła. Już chciałam im zwrócić uwagę, ale natychmiast zaczęli na mnie krzyczeć i pojawiło się dwóch policjantów. Spisali mnie za napaść czynną na patriotów (dowodem w sprawie ta nieszczęsna blizna) i mam czekać na wezwanie do sądu. Ech…
W sklepie standard. Tylko Gazeta Polska i DoRzeczy. Sprzedawczyni, rozglądając się ostrożnie, wyciąga spod lady Wyborczą i wrzuca mi do torby. Huraaaa! Wreszcie, po tylu miesiącach, uda mi się poczytać moją gazetę. Ależ radość. Z zakupami przemykam szybko do domu. Tłumek pod kapliczką znacznie większy, a obok pojawiła się ławeczka z Ziobrą z gliny. Chciałam przysiąść, bo się zmęczyłam, ale usłyszałam – ta z blizną, sio…to miejsce tylko dla prawdziwych Polaków.
Godzina 12.45
Jestem w urzędzie dla takich jak ja. Muszę się meldować co tydzień, by władza miała pełną wiedzę o mnie i mogła wreszcie podjąć decyzję,, co ze mną zrobić. Najpierw obszerna ankieta, a w niej pytania typu – czy już kocham Jarosława Kaczyńskiego; kiedy zamierzam oddać hołd PiS-owi. Moje odpowiedzi nie satysfakcjonują, więc trafiam na dwie godziny na dołek. Idę w zaparte, więc wypuszczają mnie. Mam czekać na decyzję, bo już czas najwyższy, by zrobić z takimi jak ja porządek.
Godzina 16.00
Udało mi się dotrzeć na spotkanie „bliznowatych”, ale to czas zmarnowany. Jest jak zwykle czyli, kłócą się, obrzucają kalumniami, każdy chce ustawić innych podług własnej wizji. Kurczę, do nich też nie pasuję. Tutaj też czuję się wykluczona Wiadomo, jak nie płyniesz z falą to jesteś wrogiem…nawet dla swoich.
Wracam do domu. Oczywiście piechotą, bo od dawna nie wolno nam wsiadać do autobusów. Mijam park, w którym kiedyś tak chętnie przesiadywałam, ale teraz straszy mnie napis przy wejściu – Tym z blizną wstęp wzbroniony. Idę poboczem, bo nie wolno nam chodzić po chodniku. Ktoś na mnie napluł, ktoś walnął różańcem w plecy, a jakiś osiłek ukradł mi portfel. Zgłosić na policję? Bez sensu. Policja nie chroni takich jak ja.
Godzina 21.00
Dzwonek do drzwi. Listonosz i list z mojego urzędu. Siadam przy stole, zapalam świeczkę, bo odłączono mi prąd (jako ta z blizną nie zasługuję, by z niego korzystać), no i proszę…jest decyzja. Mam się spakować i za 24 godziny stawić się na dworcu. W ramach współpracy z ONZ załapałam się na przesiedlenie do Syrii. To dla mojego dobra, bo państwo nie jest w stanie zapewnić mi bezpieczeństwa.
Godzina 24.00
Rozglądam się po mieszkaniu, które za chwilę, będzie włączone w program Mieszkanie Plus i przekazane w lepsze, pisowskie, ręce. Czy coś czuję? Nic… Już nic…
Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl
W listopadzie 2017 roku pisałem: Jak Misiewicz wybił mi z głowy, głową PiS. Cosik mnie takiego naszło jak Kaczyńskiego zdjęto z krzyża i w Łagiewnikach Jezusa Panem i Królem Polski ogłoszono. Podsumowałem dotychczasową moją skromną działalność i doznałem olśnienia, postanowiłem wstąpić do PiSu jedynej i słusznej partii. W Biurze Zarządu Okręgu złożyłem podanie, życiorys dołączyłem zdjęcia. No i ruszyła karuzela. Testy zliczałem bezbłędnie, kastingi w cuglach wygrywałem, No i nadejszła wiekopomna chwila wyspowiadawszy się, po przyjęciu komunii świętej i błogosławieństwu wielebnego wraz z rodzicami chrzestnymi stawiłem się przed szacowną komisją weryfikacyjną. Na każde pytanie odpowiadałem tak że komisja w samozachwyt wpadała, zaś postawione zadania tak szybko i sprawnie wykonywałem ze szacowna komisja wstawała biła mi brawa i o bis prosiła. Już, już byłem jedną nogą w PiSie. Cieszyłem się w duchu niezmiernie bo od tego moja i mojej rodziny przyszłość zależała. Wiadoma rzecz koryto do PiSowca samo się przysuwa. A tu znalazł się młodzik taki Misiewicz nań wołali. I zadaje mnie pytanie takie podchwytliwe: Czy pocałowalibyście woca wocuf nadprezesa Jarosława w stopy. Spojrzałem na krzyż wiszący nad głowami szacownej komisji. Całe życie w jednej chwili przed oczami mi przemokło. No i odpowiedziałem to co serce mi mówiło a rozum podpowiadał. Jak będzie wisiał to zawsze! I stało się Sodomia i Gomoria to małe piwo. W szacowną komisję to jakby pierun strzelił a przewodniczącego to musieli reanimować. Mnie zaś grzecznie wyprowadzili i pięknie podziękowali tacy mili młodzieńcy na łyso ostrzyżeni. Żona i dzieci nie mogą mi tego darować. No bo gdyby nie ten Misiewicz mielibyśmy wszystko...
24 06 2018 Tak chamskiej i butnej władzy, takich obłudnych łgarzy na stanowiskach ministerialnych Polska nie miała nawet za komuny. Robią wszystko co im czerwony Khmer z Żoliborza każe. A oto efekty pracy Dojnej Zmiany które mieni się polskim rządem, gdzie się nie obejrzysz zobaczysz przekręty, oszustwa, złodziejstwo, kolesiostwo, po prostu jedno wielkie szambo. Taką Nową Polskę według ewangelii Jarosława będziemy wkrótce mieli: msza, pomnik, praca, spowiedź, różaniec, spanko i od nowa, msza... Wkrótce w każdym mieście, na każdym osiedlu, w każdej wsi staną pomniki Śp Lecha i dopiero się narobi. Wyobraźcie sobie te tłumy z krzyżami, różańcami i pieśniami na ustach, na kolanach wędrujące przez całe miasto od świątyni do pomnika od pomnika do świątyni w wielkich procesjach. 
24 07 2020 Wypowiedź U.von der Leyen o sankcjach. Koniec legend Morawieckiego.
No cóż, dziwna sprawa. Wygląda na to, że Mateusz się zakałapućkał i to nieźle. Dlaczego? Czy to wishful thinking, czy bajerowanie z zimną krwią będące li tylko grą na czas? Czy został oszukany, mimo swej angielszczyzny, czy raczej wie, że przegrał a z premedytacją bajeruje, byle dotrwać do "rekonstrukcji", przetrwać szturm Ziobry i udowodnić - nieznającemu języków swojemu Szeregowemu Szefowi - swoją konieczność bytu na stanowisku PM? Znając drogę naszego PM stawiam na bajer i grę na czas. A cóż się takiego stało? Ano to co zwykle, czyli bajer full..., gdyż nie byle kto, ale Przewodniczący Komisji Europejskiej, pani Ursula von der Leyen 21 lipca po godz. 22-ej w niemieckiej telewizji ZDF rozbiła w pył legendy i bajki Mateusza oraz grającego dla niego medialnie Victora Orbana. Ale o tym za chwilę. Przyznanie się do porażki w jednej z ważniejszych kwestii (uzależnienie unijnych dotacji i pożyczek od niezależności sądownictwa i mediów: "die Justizunabhängigkeit gefährdet ist oder die Medienfreiheit gefährdet ist") praktycznie uczyniłoby niewielką resztę drugiej kadencji partii rządzącej bezczynną i bezpłodną i w tzw. reformie sądownictwa i w tzw. repolonizacji mediów. Gdyby powiedział prawdę o tym, co podpisał i na co się zgodził - zdmuchnięty by został w try miga przez dzielnego Zbigniewa Zorro Ziobrę, który właśnie przed takim wpadnięciem jak śliwka w kompot ostrzegał dzień przed podpisaniem cyrografu przez Mateusza Twardowskiego z Mefistofelem Brukselskim. Jeśli rekonstrukcja przyjdzie wcześniej niż Mefistofel po to, co obiecał podpisem Mateusz - to ocali swoją skórę, lecz niezależne wróżby i intuicje Zorra mówią, że to tylko odwleczenie porwania duszy Mateusza na księżyc politycznej banicji... Póki co Mateusz odgrywa umówiony z Orbanem teatrzyk na użytek prezesa, któremu bariery językowe uniemożliwiają zorientowanie się, co właściwie za dokumenty cyrografopodobne w tym piekle preparują sprytne diabły postlizbońskie ;).  Co powiedziała więc von der Leyen? Sporo rzeczy o Węgrzech i Polsce. Wszystkie totalnie sprzeczne z opowieściami Mate-Szecherezada Morawieckiego. Jak wszyscy usłyszeliśmy w niejasnych i zamotanych relacjach "mediów" polskich sam szef Rady Europejskiej Charles Michel po podpisaniu oglosił, że "Po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej poszanowanie dla praworządności jest decyzyjnym kryterium dla wydatków budżetowych".  “For the first time in the EU's history, respect for the rule of law will be a decisive criterion for budget spending”. Cytowałem tę wypowiedź w poprzedniej notce. Niektórzy zrozumieli, inni lubią słuchać Szecherezady - ich prawo. 
Szef Rady Europejskiej raczej nie wypowiada się na rauszu... "Po raz pierwszy w historii UE" znaczy: "Po raz pierwszy w historii UE" - i kropka. Kryterium decyzyjne znaczy kryterium decyzyjne - i wsio. A Przemysławy Czarnki biegające z wydrukami z zaprzyjaźnionych gazet (Washington Times etc.) mogą sobie biegać dalej, jak przedwojenni gazeciarze po warszawskich ulicach. Kręcące media sojusznicze zza oceanu mogą  wszak lekką ręką brać udział w podtrzymaniu premierowania Mateusza spolegliwego wobec wielkich świata tego, czyli w robieniu zamętu medialnego  w tej dymokracji stosowanej. Nie media więc są tu "Roma locuta", lecz CHARLES MICHEL I URSULA VON DER LEYEN... 
Niestety. Von der Leyen rozwinęła szczegółowo - dla niektórych być może szokująco - to, co oznajmił Michel. W UE nastała nowa era. Wreszcie UE bierze się za tych, którzy łamią praworządność i to bierze się tak, że odczują to wyraźnie w kieszeni. A kiedy ci, którzy podpisali (prowadzący wywiad pytał się o Węgry i Polskę) nie będą chcieli się zastosować do poleceń, to - powiedziała von der Leyen - "mamy instrument, który potrafi ugryźć" (beißen kann). No i żeby jeszcze w imię Ziobry (nieświadomie) pogrążyć Mateusza powiedziała, że odbędzie się to odgryzanie li tylko wirtualnego miliardowego tortu za pomocą  "większości kwalifikowanej" (qualifizierte Mehrheit). Zobaczmy teraz cały zestaw głównych podsumowań szczytu przez  Przewodniczącą Komisji Europejskiej druzgocących bajki Mateusza Sprytnego (bo przecież nie Niedouczonego):
"Mamy teraz jasny dokument. Po pierwsze uznanie znaczenia praworządności, a po drugie jasne zobowiązanie, że budżet,  czyli interesy finansowe Unii, mają być chronione – powiedziała w telewizyjnym wywiadzie we wtorek wieczorem przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, pytana o wyniki debat w Brukseli. – I na tym tle jest tam jasne wezwanie wobec Komisji do przyjęcia przepisów stanowiących, że jeśli te zasady zostaną złamane, to zostaną podjęte odpowiednie kroki. Tego chciałam i to jest w dokumencie ze szczytu. " Przez co więc budżet unijny ma być strzeżony? Ano przez zasadę warunkowości, której - jak EXPRESSIS VERBIS mówi von der Leyen - WCZEŚNIEJ BYŁO BRAK. Prace nad potrzebnym kształtem prawnym owego POWIĄZANIA (Verknüpfung) wypłat z praworządnością JUŻ SĄ W TOKU!  Czyli - przekładając na zrozumiały język - prace nad nie zabawowym straszeniem li tylko, lecz wreszcie skuteczną egzekucją sankcji już są zaawansowane. Jak mówią przywódcy UE - najpierw "wspólny duch" a dopiero potem otwiera się skarbonka.
"Premier Mateusz Morawiecki, przemawiając w Sejmie na temat budżetowego maratonu przywódców UE, stwierdził, że wspólnota nie będzie już uzależniać wypłat swoich funduszy od przestrzegania zasad, które po raz kolejny nazwał "tzw. praworządnością". Tymczasem kilkanaście godzin wcześniej takiej interpretacji porozumienia z Brukseli stanowczo sprzeciwiła się przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, mówiąc, że
Rada UE prowadzi już prace na przepisami, które to uzależnienie [wypłat od przestrzegania praworządności] kodyfikują i że nie będzie to "bezzębny instrument" (auch Zähne hat) "Zapytana w wywiadzie dla niemieckiej telewizji ZDF, dlaczego w Budapeszcie i w Warszawie mówią "wygraliśmy", von der Leyen odpowiedziała: – Węgry i wszyscy inni zgodzili się, bo jasno wyłożyliśmy karty na stół. Chcemy przyjęcia tych przepisów i tak też się stanie. Jeśli ktoś będzie chciał później to zwalczać to mamy niezależny wymiar sprawiedliwości na poziomie unijnym. Mamy instrument, który potrafi ugryźć (beißen kann)". ("Ungarn und alle anderen haben zugestimmt, weil wir sehr klar die Karten auf den Tisch gelegt haben. Wir wollen dieses Gesetztesvorhaben und es wird jetzt auch kommen. Und wenn man dagegen angehen will, dann haben wir die unabhängige Justiz auf europäischer Ebene. Wir haben das Instrument, dass beißen kann"). "Pani przewodnicząca nie odniosła się w swoim wywiadzie bezpośrednio do twierdzeń o konieczności jednomyślnego głosowania, ale stwierdziła, że wiążącą decyzję o wprowadzeniu mechanizmu praworządności podejmie Rada UE większością kwalifikowaną, która uniemożliwia Polsce i Węgrom zablokowanie jej. Projekt tych przepisów jest już w procedowaniu w Radzie Unii Europejskiej, a więc każdy może sprawdzić, że ta propozycja Komisji istnieje i będziemy dalej nad nią pracować. I gdy zostanie to przyjęte, a potrzeba do tego tylko większości kwalifikowanej, więc będzie mógł być przyjęty, to zobaczycie, że ten instrument nie jest bezzębny – powiedziała von der Leyen."
A na koniec, by ostatecznie pogrążyć Mateusza Sprytnego, przed Zbigniewem Z. Herkulesa odgrywającego, na dopytywanie się dziennikarza, dlaczego Polska i Węgry ogłaszają zwycięstwo twierdząc, że nie ma żadnego powiązania między wypłatami z unijnego budżetu a praworządnością powiedziała "prosto z mostu": "Gdy tylko zauważymy, że niezawisłość sądownictwa i wolność mediów są zagrożone, lub, że istnieją inne usterki [w realizacji the rule of law], to mamy narzędzia, których potrzebujemy. To, czego do tej pory odczuwaliśmy brak, to powiązanie [praworządności] z funduszami europejskimi. I właśnie to [ustanowienie tego powiązania] było celem [długich] dyskusji [na szczycie]". ("Wenn wir sehen, dass die Justizunabhängigkeit gefährdet ist oder die Medienfreiheit gefährdet ist oder andere Schwächen da sind, dann sind die Instrumente da, die wir brauchen. Was wir bisher nicht hatten, ist die Verknüpfung mit den europäischen Geldern. Und das war das Ziel der Diskussion.") No cóż, KOŃ JAKI JEST, KAŻDY WIDZI. Teraz trzeba chyba oczekiwać, że Zbigniew Z. tego konia wyprowadzi i... uwolni. 
Post Scriptum 
The Irish Times  opublikowało artykuł pod znaczącym tytułem: "Denerwuje, gdy Polska i Węgry ogłaszają zwycięstwo", zgodnie z myślą autorki można dodać: "zwycięstwo wyssane z palca". W artykule jest mowa, że to ogłoszone zwycięstwo, to jest zwycięstwo wzięte w cudzysłów, taka wygrana z puszczeniem oka do swoich społeczeństw, czyli... przegrana. 
Sztubacki żart przegranych. Autorka pisze, że jasne uwarunkowanie wypłaty dotacji od przestrzegania praworządności (conditions have been attached to the deal) nie powstrzymało mimo to premierów Polski i Węgier od niemającego żadnego związku z rzeczywistością ogłaszania zwycięstwa niebezpiecznie igrając z oczekiwaniami swoich społeczeństw. Artykuł kończy się zdaniem, które można przetłumaczyć tak: panowie Orban i Morawiecki, czas puszczania oka do swoich społeczeństw minął, czas sztubackich żartów o nieistniejącym zwycięstwie skończył się. Nie oszukujcie swoich narodów, weźcie się w garść, bo idą dla was ciężkie czasy... Koniec udawania głupiego. Są granice żartów.
Źródło: niepoprawni.pl
19 07 2020 Czy Trzaskowskiemu się uda?
Nie będzie łatwo utrzymać jedność między tymi, którzy na Rafała głosowali z przekonania, a tymi, dla których był on jedynie wyborem mniejszego zła. Rafał Trzaskowski postanowił podtrzymać zapał swoich wyborców i przekształcić go w samorządowy, międzypartyjny i bezpartyjny ruch społeczny. Nie bacząc na dotychczasowe, niezbyt zachęcające doświadczenia obywatelskich ruchów – Palikota, Nowoczesnej czy Wiosny, postanowił stworzyć nowy polityczny byt, w którym 10 milionów głosujących za powrotem do państwa prawa mogłoby uczestniczyć w demokratycznych przemianach Polski. Chwała mu za to i kibicować będę nowej Solidarności ze wszystkich sił, chociaż nie bez obaw. Poważnych obaw. Nie będzie łatwo utrzymać jedność między tymi, którzy na Rafała głosowali z przekonania, a tymi, dla których był on jedynie wyborem mniejszego zła. Trudno też wyobrazić sobie, że kierownictwa opozycyjnych partii z entuzjazmem potraktują nowy ruch, który może rozluźniać ich partyjną dyscyplinę, i że czynnie wesprą formację, która może osłabiać zwartość dotychczasowych wspólnot ideowych. A najtrudniej wyobrazić sobie, że przestępcza grupa trzymająca władzę zrealizuje ostatnie obietnice i nie rozpocznie nowej wojny z nowym przeciwnikiem. Nie postawię złamanego grosza na realizację powyborczych zapewnień Zjednoczonej Prawicy, że odtąd przestaną dzielić ludzi, że będą budować wspólnotę, że z szacunkiem potraktują miliony Polaków, których wcześniej wykreślili ze spisu pełnoprawnych obywateli i patriotów.
Nie mam cienia wątpliwości, że rządzący nie zatrzymają się, ani nawet nie zwolnią złowrogiego marszu po władzę absolutną. Jestem pewny, że palcem nie kiwną, by zasypać głębokie rowy między Polakami, wykopane pracowicie przez lata ich rządów. Choćby nie wiem jak się zarzekali, choćby nawet chcieli, po prostu nie jest to możliwe. Bo nie da się zbudować jakiejkolwiek wspólnoty bez zaufania, czyli bez szczerości i prawdy we wzajemnych relacjach, a na prawdę i uczciwość partii Kaczyńskiego zwyczajnie nie stać. Prawda o ich rządach położyłaby PiS na obie łopatki. Przemiana partyjnej szczujni w telewizję prawdziwie publiczną zmiotłaby Zjednoczoną Prawicę ze sceny politycznej, być może na zawsze. A deklarowane dopuszczenie opozycji do udziału w podejmowaniu ważnych decyzji, a nawet w rządach, skończyłoby się tak jak plan PZPR, który zakładał kontrolowany przez komunę współudział „Solidarności” w zarządzaniu krajem, a potem obarczenie jej odpowiedzialnością za gwarantowane niepowodzenia gospodarcze, co pozwoliłoby odbudować wiarygodność partii sprawującej kierownicza rolę.
Przejście na jasną stronę mocy, zaniechanie gry na prymitywnych instynktach i niskich pobudkach, rezygnacja z kreowania kolejnych wrogów, to najlepszy, ale dla PiS najgorszy sposób na przebudzenie Polaków. A powrót do praworządności jest niemal gwarancją długoletniej odsiadki wielu politycznych i gospodarczych przestępców, zrodzonych w trakcie budowy autorytarnego ustroju. O tym wszystkim Kaczyński dobrze wie i wszelkie umizgi do opozycji, deklaracje zgody i pojednania oraz wyciągnięte do zgody ręce prezydenta i premiera to oczywista ściema. Ale… coś się jednak zmieni. Mikroskopijne zwycięstwo kandydata partii rządzącej zmusi rządzących do korekt.  Będą nadal manipulować umysłami Polaków, ale już nie tak prymitywnie. Trzaskowski nie odbierze Polakom 500 plus po to, żeby oddać je Żydom, tylko dlatego, że on już taki jest. Starym ludziom nie będzie już groziła przymusowa eutanazja, tylko umrą w biedzie, bo wyborcy Trzaskowskiego twierdzą, że czternasta, piętnasta i dwudziesta czwarta emerytura obiecana przez PiS to nieuzasadniona rozrzutność, na którą budżetu nie stać. Krytyka prezydenta za ułaskawienie pedofila w gazecie z zachodnim kapitałem nie będzie niedopuszczalną ingerencją Niemiec w polskie wybory, tylko zwykłym łgarstwem i kalumnią właściwą obozowi Trzaskowskiego, znanego z rozsiewania pogardy i nienawiści. Wrogami Polski nie będą już Żydzi, Ukraińcy, Niemcy, a pod naciskiem USA i UE także mafia LGBT, tylko opozycyjni dziennikarze i samorządowcy, którym obca jest narodowa zgoda i porozumienie, polegające na harmonijnej współpracy społeczności lokalnych i dziennikarzy z władza państwową, w myśl dyspozycji rządzących. Bo tylko skupienie się wokół partii kierowniczej i wodza narodu może uchronić Polskę przed wrogimi siłami. Tylko w szeregach PiS Polacy mogą być w pełni bezpieczni, tylko PiS gwarantuje stabilną pracę, dobre zarobki i bonusy należne lojalnym obywatelom.
Władza nie używa już hasła „Polska dla Polaków”, chociaż szczerze szczerzy się do narodowców. Obecnie PiS jest po prostu uosobieniem wszelakiej polskości – i już. Wszystko, co obce, cudze, nie nasze, jest ze swej natury podejrzane i na ogół wrogie. Weźmy przykładowo takie media. Oto mamy w kraju publikatory publiczne, w pełni obiektywne, z wielkim wysiłkiem broniące Prawdy przed nawałą licznych kłamliwych mediów, których zachodni właściciele zainteresowani są osłabieniem Polski i podporządkowanie jej swoim wrażym interesom. Taka była dotychczasowa narracja. Teraz Ziobro mówi o konieczności zachowania proporcji medialnej, bo „demokracja wymaga równowagi”, a Kaczyński tak wyjaśnia konieczność repolonizacji mediów: „W Polsce nikt nikomu nie ogranicza żadnych praw, począwszy od wolności słowa, [ która] jest w Polsce prawdopodobnie mocniejsza niż w jakikolwiek innym kraju w Europie (…). Ale są w Polsce grupy ludzi, które w to wierzą, bo tak wmawia im wielka część mediów”.  Czyli jeśli są to media „niepolskie”, to będą promować niepolski typ ustroju inny niż ten, który Kaczyński nazywa demokracją, polegającą na nieograniczonej władzą tych, którym dowolną metodą udało się wygrać wybory, więc teraz mogą wszystko, nie licząc się z prawem i z przegranymi.
Prezes nie byłby sobą, gdyby w każdym ogłaszanym projekcie nie zaliczył jakiejś wtopy. Tym razem wypsnęło mu się, że repolonizacja mediów jest i dlatego niezbędna, że rozmaite „opiniotwórcze ośrodki” odciągają młodych od PiS-u… Czyli media są wtedy demokratyczne, uczciwe i prawdziwie polskie, gdy przyciągają odbiorców do partii władzy. Warto w tym miejscu przypomnieć, że zanim nasze media zaczęły „przyciągać Polaków do rządzących” w Światowym Rankingu Wolności Prasy Polska plasowała się na 15. miejscu. Dziś zajmuje 62. pozycję i – jak wynika z powyższych zapowiedzi– nie powiedzieliśmy w tej sprawie ostatniego słowa. Słusznie nawołuje Trzaskowski, by wolnych mediów i demokratycznie wybranych samorządów bronić jak niepodległości. Te zagrożenia są pewne i oczywiste, bo samo dowództwo armii najeźdźców wskazało cele ataku jeszcze przed rozpoczęciem potyczki. Jest jednak inne jeszcze niebezpieczeństwo. Groźne, bo tkwiące w nas samych. To naturalna łatwość zapominania o złu, zdolność adaptacji do rozmaitych uciążliwości, rodzaj syndromu sztokholmskiego, który dla zachowania wewnętrznej równowagi każe nam akceptować przemoc lub przechodzić nad nią do porządku dziennego. Coraz rzadziej mówimy o przekrętach PiS, choć nigdy dotąd nie bywało ich tak wiele i w takich rozmiarach. Nie zważamy na charakterystycznej dla tej władzy „drobiazgi” – jak choćby sprawę działacza PiS Andrzeja Zbyszyńskiego, skazanego za podrabianie rachunków i fałszowanie podpisów, usuniętego z partii (w ramach głoszonej reguły „zero tolerancji dla przekrętów”), a niedługo potem przywróconego cichcem do łask i uhonorowanego przez prezydenta Złotym Krzyżem Zasługi.
Już mało kto potrafi wyliczyć, ile razy władza podtarła się konstytucją. Z wolna zapominamy o bezprawnych wyborach 10 maja i o niekonstytucyjnej proweniencji wyborów ostatnich, obfitujących w liczne przypadki łamania prawa. Nie wolno zmieniać Kodeksu Wyborczego pół roku przed wyborami? Trudno, stało się.  Nie wolno organizować wyborów podczas klęski żywiołowej? No niby tak, ale czy to dotyczy również klęski, której oficjalnie nie ogłoszono?Że cały rząd przestał rządzić i za publiczne pieniądze głosił chwałę Dudy? No, po prawdzie, to i w czasie poprzednich rządów ministrowie reklamowali Komorowskiego… Cóż, każdy ma coś na sumieniu, wszyscy jesteśmy podejrzani, a kto bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem – jak głoszą braciszkowie z rosnącego w siłę zakonu o.o. symetrystów. Bywa, że samokrytyka przeradza się w samobiczowanie, a chorobliwe poczucie winy okazuje się silniejsze od rozumu. Boję się wroga, który siedzi we mnie i w wielu z nas. Czasem wydaje się groźniejszy od tego na zewnątrz. Z wolna przyzwyczajamy się do hucpy, kłamstwa i do idiotycznych argumentów. Nie reagujemy albo reagujemy słabo na coraz liczniejsze przejawy bezprawia. Poddajemy się, gdy władza odpowiednio długo i nachalnie zmusza nas, by czarne nazywać białym. Wkurzamy się, ale ostatecznie przyjmujemy do wiadomości skrajną nieuczciwość wyborów. Bardzo się niepokoję pełzającym przyzwoleniem na chamstwo i kłamstwo. Groźna jest postępująca bierność wobec przemocy. Groźna, bo oznacza, że Polacy zaczynają być gotowi na autorytaryzm. Bardzo chciałbym, żeby Trzaskowskiemu się udało, ponieważ wewnętrznego wroga pokonać możemy tylko silną więzią i pamięcią zbiorową.Tą więzią, która wzmacnia wytrwałość i cementuje odporność na indoktrynację i kłamstwo. I tą pamięcią, która utrwala świadomość, że prawość i przyzwoitość jeszcze nie zginęły, póki my żyjemy.
Andrzej Karminski Źródło koduj24.pl
- Nowa Solidarność z Balcerowiczem, Rostowskim, Sikorskim, Tuskiem.....być może z Frasyniukiem!? Dziękuję. Postoję!
- Masoneria Grupy Bilderberg rozwinie skrzydła w Polsce pod duchowym przywództwem Tuska, Sikorskiego, i hrabiego von Rostowskiego!? 
16 07 2020 Nieważne, kto wygrał, a kto przegrał wojnę.
Wojna jest zła i destrukcyjna zawsze dla obu stron sporu. Kampania prezydencka i to, co się dzieje po niej pokazała jedno: W Polsce toczy się wojna. Są generałowie tej wojny(politycy) i jej żołnierze (my wszyscy). Tyle, że na wojnie zawsze się przegrywa, niezależnie od wyniku. Nieważne, kto wygrał, a kto przegrał wojnę. Wojna jest zła i destrukcyjna zawsze dla obu stron sporu. Ludzie na wojnie niczego nie budują, tylko wszystko niszczą i wciąż, każdego dnia, walczą o przetrwanie. A tak się składa, że my tu w Polsce, od kilku lat jesteśmy na wojnie. I nie pójdziemy do przodu, dopóki jej nie zakończymy. Bo to wojna jest najgorsza w odchodzeniu od demokracji, nie brak trójpodziału władzy, pełnej wolności słowa, czy ograniczanie praw obywatelskich i praw kobiet. Owszem, to są rzeczy straszne i niewyobrażalne, ale moim zdaniem gorsze jest wytworzenie przez władze atmosfery ciągłej walki wszystkich ze wszystkimi i przekształcenie Polski w kraj, który jest na wojnie. Niestety nie racjonalnej i koniecznej, z wrogiem zewnętrznym, ale na tej najgorszej z możliwych wojen – wykańczającej, wykrwawiającej bratobójczej walce. Ta wojna to życie latami w stanie ciągłego stresu, hormonów walki i ucieczki buzujących niemal 24 godziny na dobę, życie na huśtawce skrajnych emocji: nadziei i rozpaczy i wszechobecnej nienawiści do ludzi o innych poglądach, którzy dzielą z nami nasz kraj. Na wojnie człowiek nie myśli o rozwoju, o zdobywaniu nowych umiejętności, o polepszaniu swojego życia. Myśli tylko o tym, żeby przetrwać i zapewnić podstawowe biologiczne bezpieczeństwo (mieszkanie, jedzenie) swojej rodzinie, dzieciom. Nad potrzebami wyższymi zastanawia się dopiero wtedy, gdy to wszystko ma. I nie jest to żadne odkrycie, przeciwnie, to normalne i opisane przez socjologów i psychologów społecznych. Pozwólcie Państwo, że przypomnę choćby teorię hierarchii potrzeb, popularnie nazywaną piramidą Maslowa. Zgodnie z nią człowiek najpierw dąży do zaspokojenia swoich najbardziej podstawowych i niezbędnych potrzeb, takich jak potrzeby fizjologiczne (jedzenie, sen, seks) i potrzeba bezpieczeństwa, a dopiero później, gdy już to zrobi myśli o zaspokojeniu pragnień „wyższych”, takich jak potrzeba szacunku, miłości i uznania oraz, stojącej najwyżej w hierarchii i uważanej za najbardziej wysublimowaną i szlachetną, potrzeba rozwoju i samorealizacji. Z tego punktu widzenia jest dość oczywiste, że dopóki polska polityka wygląda jak wygląda, czyli skłóca wszystkich ze wszystkimi i napuszcza jedne grupy społeczne na inne, nie mamy jako społeczeństwo szans na rozwój i progres w jakiejkolwiek dziedzinie: czy to edukacji, czy poziomu życia, praw obywatelskich czy rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. W stanie wojny i ciągłych bombardowań nie myśli się o takich sprawach, tylko o tym, żeby przetrwać.
Dlatego nieważne, kto kogo z kim skłóca, nieważne, pod jakim szyldem i z jakim uzasadnieniem prowadzone są wojny, zapamiętajcie Państwo: każda partia, która sieje zamęt i szczuje ludzi na ludzi, działa wbrew waszym interesom. Mniejsza o to, o co toczy się wojna, zawsze was zniszczy. Tylko w spokoju, we wzajemnym szacunku i otwartej życzliwej atmosferze mamy szansę na rozwój i godne, zamożne życie. W przeciwnym wypadku, niezależnie od ideologii która stoi za wojną (może to być religia, prawa człowieka lub wolność czy moralność, wszystko jedno) i tak przegracie. Dlatego, jeśli szukacie dobrej polityki głosujcie na ludzi i wspierajcie ludzi, którzy łącza, a nie dzielą. Eliza Michalik. Źródło koduj24.pl
Z forum: Stefan Kisielewski napisał ongiś – cytuję: „To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problemem jest to, że zaczynamy się w niej urządzać.” Ogromna energia społeczna, jaka się ujawniła za sprawą kampanii prezydenckiej, to znak, że jednak nie wszyscy chcą się w tej pisowskiej dupie urządzać. Mądrość i spryt komunistów powodowały, że aktywność ludzi bardzo długo kierowano na inne tory – umożliwiano zdobywanie edukacji, dawano pracę, tanie wczasy (bez „bonu turystycznego”), rozbudowany socjal, deputaty węglowe (o dziwo, przetrwały prawie do samego końca komunizmu, mimo, że pod koniec z węglem nie miały już nic wspólnego). No i te wieczne braki na rynku wszystkiego, co zmuszało społeczeństwo do „zdobywania” towarów deficytowych. Kwitło jednak życie kulturalne – sowicie dotowane przez państwo, aczkolwiek w myśl zasady, że owieczki należy strzyc, ale nie zarzynać. To niewątpliwie stanowiło wartość dodaną. Kraj – mimo wszystko – jakoś tam się rozwijał i trochę unowocześniał. Ale kiedy już zabrakło socjalu i państwo udowodniło swoją niemoc, wtedy wszystko się zawaliło. Starano się w każdym razie nie antagonizować poszczególnych grup społecznych, ani nie szczuć jednych przeciwko drugim. Skala oporu też nie była zbyt wielka – pamiętajmy, że do pierwszej „Solidarności” wstąpiło ok. 10 mln Polaków, to mniej więcej tyle, ile głosowało na Trzaskowskiego w ostatnią niedzielę. System okazał się jednak na tyle niewydolny, że władza chcąc uniknąć prawdziwej wojny domowej, wolała ułożyć się przy Okrągłym Stole. Obecna władza nie daje nam ŻADNEJ wartości dodanej, ani w sferze gospodarki, ani polityki, ani kultury, że nie wspomnę o obronności czy innowacyjności w jakiejkolwiek dziedzinie. Pisowcy zachowują się jak drapieżni komuniści z początków PRL-u, tylko nie mają rozbudowanego aparatu represji, jaki mieli tamci. Proponuje się nam w zamian socjalizm dla idiotów w ultrakatolickim sosie. I jest to oferta bardzo atrakcyjna dla polskiego chama., który ośmielony tępą propagandą podnosi swój ohydny łeb, pluje, wyzywa, obraża, czasem pobije, a raz nawet zabił. Inni, otumanieni propagandą, w którą wierzą zupełnie bezkrytycznie (bo przecież w telewizji nie kłamią) widząc 500+, 300+, nie potrafią już myśleć krytycznie, w konsekwencji odrzucając wszystko, co nie zgadza się z ich widzeniem świata, nie widząc nawet, że nie jest to ICH punkt widzenia, ale Jacka Kurskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Ów brak wartości dodanej wkrótce na pisowcach zemści się najbardziej. Brak inwestycji, ponad miarę rozbuchane rozdawnictwo, prywata i nepotyzm powodują, że jedynym spoiwem łączącym tą bandę, jest KASA. Trochę współczuję biednym, otumanionym ludziom, bo to właśnie w nich najbardziej uderzy krach pisowskiej władzy. I ci, którzy obecnie tak wychwalają Kaczyńskiego i Dudę, ci właśnie będą ich niebawem najbardziej nienawidzić, Może więc lepiej się stało, że wygrał Duda, bo całe odium nieszczęścia, przed jakim stoimy, spadnie na nich. Już nie będą się mogli zasłaniać „przez 8 lat PO-PSL…….”. Dzisiaj takie słowa brzmią już groteskowo. Ja – słysząc dzisiaj tego bandytę Ziobro – po prostu wyłączyłem telewizor.PS. Ciekawe na marginesie, jak się czują wyborcy Dudy, który został ośmieszony przez rosyjskich pranksterów zaledwie w kilka dni po ponownym wyborze.
13 07 2020 Kampania jakich dotąd nie bywało i może już nie będzie.
Jeśli jakaś władza ma wszystkie stanowiska w państwie, jeśli do tego ma prezydenta, jeśli do tego ma jeszcze poparcie potężnych mediów, to wtedy z naszą demokracją może być naprawdę bardzo niedobrze. Pamiętam wszystkie polskie wybory po rozsypaniu się PRL, i nie mam wątpliwości, że takiej kampanii jak ta właśnie zakończona, dotychczas nie bywało. Nie dlatego, że odbyła się w środku epidemii, i nie dlatego, że panujący wykorzystali to zagrożenie do przemycenia przepisów umacniających ich władzę oraz zapewniających bezkarność za przekręty, które zaczęły się mnożyć na niebywałą skalę. Ta kampania zapisze się w historii głównie dlatego, że po raz pierwszy niemiłosiernie nam panujący tak beztrosko i tak demonstracyjnie zlekceważyli obywateli, w tym swoich własnych wyborców. Nieprzygotowani na epidemię i bezradni wobec wirusa weszli w buty epidemiologów, zarządzając pandemią jak swoim folwarkiem. Manipulowali statystyką zachorowań i ograniczali liczbę testów, by jak najszybciej wybrać swojego kandydata, który z każdym dniem tracił poparcie. I zdarzyła się rzecz bez precedensu: premier polskiego rządu świadomie naraził zdrowie i życie własnych wyborców ogłaszając ostatnie podrygi pandemii i wzywając ludzi z grupy podwyższonego ryzyka do tłumnego udziału w rzekomo bezpiecznym głosowaniu. Rychły koniec pandemii obwieścił na przekór faktom, wbrew logice i dokładnie według scenariusza serbskiego, gdzie przed wyborami 21 czerwca, mimo sprzeciwu epidemiologów, ogłoszono wygaszanie pandemii i zdecydowano o odmrożeniu restrykcji i gospodarki. Zaraz po wyborach liczba zachorowań wzrosła tam tak gwałtownie, że trzeba było wrócić do obostrzeń, a premier Ana Brnabić tłumaczy teraz wściekłym obywatelom, że okazało się to konieczne, bo „system opieki zdrowotnej w Belgradzie prawie się załamał”.
Po raz pierwszy w historii wolnej Polski rząd opuścił swoją siedzibę i przestał rządzić. Premier, wicepremierzy i ministrowie rozjechali się po kraju, by za publiczne pieniądze namawiać Polaków do takiego głosowania, które umożliwi im dalsze trwanie i umacnianie władzy. Cała siła państwa i wszystkie jego struktury zawłaszczone przez PiS zaangażowano w promocję reprezentanta władzy i w pompowanie ścieków na głowy jego konkurentów. Nawet podczas pierwszych po czasach komuny częściowo wolnych wyborów, podporządkowane władzy publiczne media nie były tak ostentacyjnie niegodziwe i tak jednostronne. Nigdy dotąd nie stały się tak dosłownie partyjnym wydziałem propagandy i agitacji. Nigdy nie wlano w przestrzeń publiczną tyle fekalii, nigdy nie widziano tylu objawów nienawiści i pogardy. Nigdy dotąd nie słyszeliśmy tak horrendalnych kłamstw i bredni wyssanych z brudnego palucha. W nikczemnej kampanii łgarstw wziął udział sam Prezydent, bez żenady stosując metody Jacka Kurskiego. Podczas ustawionej niby- debaty w Końskich kandydat Duda, trzęsąc się z oburzenia, opowiadał o tym, jak Donald Tusk w 2011 roku „kłamał ludziom prosto w oczy”, że nigdy nie podniesie wieku emerytalnego. Tusk nigdy tego nie powiedział, a nawet przeciwnie, postulat rozważenia tego pomysłu uczciwie zawarł w ogólnodostępnym programie PO „Polska 2030”. Andrzej Duda pokrzykiwał też na wiecu, że Platforma okradła ludzi z OFE, chociaż kapitał tam zgromadzony co do grosza przepisano na konta indywidualne w ZUS. Nie PO, ale właśnie PiS chciało wtedy całkowitej likwidacji systemu OFE, nazywając go „oszukańczym” – i nie rząd PO-PSL, ale Morawieckiego ostatecznie utopił emerytalne fundusze. Podczas kampanii Duda nie zaryzykował oskarżania poprzedników o defraudacje, pazerność i rozrzutność, bo miał świadomość skali obecnych przekrętów PiS i konfrontacja ośmiorniczek za kilkadziesiąt złotych z setkami milionów zmarnowanych na zakup niesprawnych maseczek i nieistniejących respiratorów wypadłaby dla tej władzy miażdżąco. Andrzej Duda nie odmówił sobie natomiast powielenia pomysłu Beaty Szydło, która głosząc hasło „wystarczy nie kraść”, oskarżyła poprzedników o kradzież 340 mld zł. Dla Prezydenta nie miało znaczenia, że po pięciu latach jakoś nie znaleziono sprawców rzekomego skoku na VAT, a podporządkowana tej władzy prokuratura nikomu nie potrafiła postawić zarzutów.
Miniona kampania pełna była poczynań i zabiegów wyjątkowo idiotycznych nawet jak na standardy i możliwości pisowskich kadr. Kiedy „Fakt” zajął się sprawą ułaskawienia pedofila, prezydent krzyczał, że Niemcy nie będą nam wybierać prezydenta – nie zważając, że ten tygodnik ma także udziałowców szwajcarskich i amerykańskich. MSZ wezwał na dywanik przedstawicieli niemieckiej ambasady, bo mało znany niemiecki dziennikarz w mało znanym medium napisał coś, co PiS-owi się nie spodobało. Beata Mazurek, od lat rozpaczliwie podlizująca się prezesowi, tym razem porównała TVN do WSI, na co pani ambasador USA odpowiedziała na Twitterze, że europosłanka zwyczajnie kłamie. Głupstwem wyjątkowej urody był pomysł propagandowego sztabu PiS, który reprezentuje rzeczywistą elitę władzy, by przeciwnika Dudy i jego formację obrzydzić wyborcom nazywając ich właśnie elitą (w języku szefa kampanii Joachima Brudzińskiego – „elytą”) To była kampania, która dzisiaj jak w balladzie wieszcza śmieszy, tumani, przestrasza. Tej ostatniej funkcji podjął się prezes Kaczyński, który w TV Trwam zapowiedział bez ogródek, że po wyborach władza dążyć będzie do zmiany polskiego rynku mediów w taki sposób, by „obce” media zostały wykupione przez rodzimy kapitał. Dokładnie tak jak na Węgrzech. Ale nie każdy majętny Polak będzie mógł zostać udziałowcem TVN czy „Wyborczej”. W ciągu ostatnich pięciu lat pojawili się liczni nowobogaccy, którzy swój majątek zawdzięczają obecnej władzy. Z jakichś powodów rządzących, ich służb specjalnych oraz prokuratury słabo interesuje, jak powstały te nowe majątki oraz co się stało z setkami milionów, wypłaconych podejrzanym kontrahentom za bezużyteczne testy, wadliwe maseczki i nieistniejące respiratory. To była kampania wielkiej ściemy Jarosława Kaczyńskiego, rzeczywistego konkurenta Rafała Trzaskowskiego. Będąc w opozycji prezes wielokrotnie ostrzegał przed strasznymi skutkami monopolu władzy. O monowładzy napisał nawet książkę. A przed poprzednimi wyborami zagrzmiał: – Demokracja monopolu nie znosi. Jeśli jakaś władza ma wszystkie stanowiska w państwie, jeśli do tego ma prezydenta, jeśli do tego ma jeszcze poparcie potężnych mediów, to wtedy z naszą demokracją może być naprawdę bardzo niedobrze. Nie doprowadzajmy do takiej sytuacji! Dzisiaj prezes i jego dworacy głoszą na wyprzódki, że tylko pełnia władzy gwarantuje stabilność rządów, pomyślność państwa i trwałość demokracji. Dziś Kaczyński ogłasza, że dla dopełnienia demokratycznych przemian w Polsce konieczne jest dokończenie reformy sądownictwa. – Chodzi o to, by w Polsce obowiązywało prawo, elementarna uczciwość, sprawiedliwość i przyzwoitość; one bardzo często są dzisiaj łamane, niestety, przez sądy…
***
Kampania dobiegła końca, Polacy wybrali. Przyszedł czas na protesty wyborcze i na werdykt nowej izby Sądu Najwyższego, izby ulepionej przez upolitycznioną KSR z nominatów partii władzy, bezrefleksyjnie zatwierdzonych podpisem Prezydenta. Zdaniem rządzących oraz zaprzyjaźnionego z rządzącymi Trybunału Konstytucyjnego, kierowanego przez odkrycie towarzyskie w randze magistra, podpis Prezydenta pod nominacją sędziego jest decydujący. Nikt i nic – nawet oczywista wada prawna – nie może podważyć prezydenckich powołań. Czyli prezydent może powołać do nowej Izby SN dowolnego analfabetę i jego rozstrzygnięcie pozostanie niewzruszone – tak jak decyzja cezara Kaliguli, który mianował senatorem swojego ulubionego konia, imieniem Incitatus, czyli galopujący. Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl 
10 07 2020 Ostatnie słowo na niedzielę.
Dzisiaj mój tekst kieruję do tych wszystkich, którzy wciąż wahają się, czy wziąć udział w wyborach prezydenckich, czy w ogóle warto się ruszyć, gdy tyle ciekawszych jest rzeczy wokół i do tzw. niezdecydowanych, co to wciąż nie wiedzą, na kogo postawić. To już ostatni moment, by zatrzymać się na chwilę, spokojnie, z lekkim dystansem spojrzeć na otaczającą nas, polską rzeczywistość i zastanowić się, w jakiej Polsce chcesz żyć. W jakiej Polsce będą żyły Twoje dzieci i wnuki. Powiem od razu. Nie zagłosuję na Andrzeja Dudę. Nie dlatego, że wizualnie mi się nie podoba, że brakuje mu charyzmy, osobowością mnie nie zachwyca, a do tego funduje mi Pierwszą Damę, taką bardzo bezpłciową, bez tego pazura, którym uwiodła mnie chociażby Maria Kaczyńska. Nie zagłosuję na Andrzeja Dudę, bo bacznie obserwowałam go przez minione już prawie 5 lat i nie znalazłam niczego, czym by mnie uwiódł. Zupełnie nie zmieścił się w mojej wizji prezydenta, nawet się do niej nie zbliżył, pozostając przez te lata tylko biernym wykonawcą dyrektyw płynących z Żoliborza i Nowogrodzkiej. Wielokrotnie lekceważony, ignorowany przez ludzi ze swojego środowiska partyjnego, ośmieszany przez prezesa, a jednak twardo stojący na straży interesów partyjnych, które okazały się ważniejsze od Polski. Nie chciał i nie potrafił zająć stanowiska w sprawach, które okazały się największą bolączką ostatnich lat. Milczał, gdy jego koledzy obrażali dzieci z in vitro, nazywając je upośledzonymi, naznaczonymi jakąś blizną. Nie było go, gdy w Sejmie strajkowały rodziny osób niepełnosprawnych, gdy Służba Zdrowia piętnowała fatalną politykę państwa na tym obszarze, nauczyciele rozpoczęli swoją walkę o godne pensje, godne warunki pracy i autentyczną reformę edukacji. Dołożył swoją rękę do stygmatyzowania dzieci wychowywanych w związkach jednopłciowych. Zlekceważył młodzież, która usiłowała zwrócić jego uwagę na problemy z klimatem i umierającą planetę. Mało tego, nie potrafił nawet zareagować, gdy na jego oczach, starsi ludzie z agresją rzucali się na Młodych, obrzucając niewybrednymi, często wręcz chamskimi epitetami. Udawał ślepego i głuchego, gdy radni z jego partii tworzyli strefy „wolne od LGBT”, łamiąc tym samym prawa i wolności części swoich obywateli. Unikał jak ognia wszelkiej konfrontacji z objawami społecznego niezadowolenia. Czy to dlatego, że się bał czy też miał to po prostu w nosie, bo jak powiedział, on jest prezydentem tylko tych, którzy go wybrali w 2015 roku, więc reszta niech spada na drzewo? Zamiast tak, jak obiecywał, łączyć Polaków, stawał schowany za murem ochroniarzy i rzucał wyzwiskami, dając jednocześnie swoje przyzwolenie, by
nazywano nas „gorszym sortem”, wykształciuchami”, „zdrajcami”, „komuchami” czy godną pożałowania, „elitą”. Nigdy nie znalazł nawet chwili, by wziąć na siebie rolę negocjatora, wysłuchać, porozmawiać. Tak zachowuje się prezydent?
Taka jest rola głowy państwa? Pan Duda to też człowiek, który jak żaden przed nim prezydent, skupił się na nienawiści, którą rozbujał do granic możliwości. To jego zasługą jest dzisiaj ta narastająca agresja, aprobowanie takich postaw społecznych, które symbolizowane są przez zaciśnięte pięści i słowa, które ranią. Wraz ze swoimi kolegami partyjnymi, wyszukał narodowi wrogów, wskazał ich i nastawia przeciwko nim swoich wyborców, tylko dlatego, że tak mu pasuje, że to gwarantuje mu wieczne poparcie i podziw, że dzięki temu łatwo, tak osłabiony wewnętrznymi waśniami naród, trzymać w szachu. Jest współautorem ostrej nagonki na imigrantów, ludzi o innym kolorze skóry, innego wyznania, innej orientacji seksualnej. Złamał podstawowe zasady demokracji, takie jak zasada pluralizmu, państwa prawa, zasada konstytucjonalizmu i praworządności, ograniczanie rządów większości z poszanowaniem mniejszości oraz poszanowania praw mniejszości. Wielokrotnie złamał Konstytucję bądź zaaprobował jej złamanie przez swoich. On, doktor prawa!!! Przez 5 lat swojej prezydentury karmił nas kłamstwami, mamił obietnicami, przeinaczał fakty. Przykład? Ot, chociażby rozgłaszanie wszem i wobec, że dzięki niemu i jego partii nie dowalono nam podatkami. Naprawdę? Koń by się uśmiał. Ośmieszył nas na arenie międzynarodowej, osłabił naszą pozycję, ignoruje UE, jest pełen pretensji do naszych sąsiadów, z którymi przez lata udało nam się wypracować dobre relacje, a dzisiaj obrażamy ich, stawiamy na własną postawę roszczeniową i traktujemy jak zło konieczne. Nie chcę takiego prezydenta! Nie chcę na tak ważnym stanowisku człowieka, który nie jest wiarygodny, który dla swojej partii potrafił zapomnieć o tym, co w demokracji najważniejsze, wspierającego wszelkiego rodzaju fobie, dzielącego nas. Człowieka, który kłamstwem i
krzykiem buduje nową Polskę. Polskę, za którą można się tylko wstydzić. Naprawdę, nie pójdziecie na wybory? Naprawdę kogoś takiego wybierzecie na „ojca narodu”? Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl
- Duda bezwolnym wykonawcą koncepcji Kaczyńskiego, a Trzaskowski koncepcji Merkel i Tuska!? Nie dla mnie ta zabawa, zostaje w domu!?
- Przegra, wygra, dla mnie nie ma to żadnego znaczenia, bo gra nie o moje dobro się toczy!? 
09 07 2020 Biją nas Niemcy!
By nikt nam w obcych językach, a już zwłaszcza po niemiecku, nie mówił, jak życie rodzinne prowadzić mamy. Ostatni tydzień kampanii prezydenckiej przyniósł nam wyjaśnienie zagadki, skąd nadciąga ostry cień mgły, z którym dzielnie walczy na wiecach wyborczych Andrzej Duda. Znad Niemiec nadciąga, mianowicie.Temu, że urzędujący prezydent chroni polską rodzinę ułaskawiając pedofila, a pandemię zwalcza zniechęcając zwolenników do szczepień obowiązkowych winne są wnuki dziadków z Wehrmachtu. To oni, zamieniwszy uprzednio pikelhauby na dobrze skrojone garnitury, za pośrednictwem polskojęzycznej prasy usiłują zmącić umysły zwykłych Polaków. Knują i manipulują w ramach walki ze wstającą z kolan polskością, której uosobieniem jest aktualny pan prezydent. Ale spokojnie. Minister Ziobro już zapowiedział, że zaraz po wyborach zrobi z mediami porządek. Żeby już nikt nigdy nie publikował żadnych „fake newsów” na temat partii aktualnie rządzącej, jej przyjaciół, znajomych tudzież zwolenników. Żeby więc, na przykład, żaden tabloid nie zadawał publicznie pytań o taki, na przykład, Fundusz Sprawiedliwości. Bo owszem, te pieniądze miały iść na pomoc ofiarom przestępstw. Takim, jak rodzina ułaskawionego przez pana prezydenta, kochającego tatusia. Żeby musiały „wybaczać” przestępcom tylko dlatego, że brakło im środków do życia. No ale nie poszły, i nikomu nic do tego, bo ten fundusz jest w gestii pana ministra Ziobry. W końcu jest najważniejszym w kraju prokuratorem i sędzią w jednym, to chyba najlepiej wie, komu należy się status ofiary.
Z raportu NIK wynika, że kasę rozdysponowano – między innymi – na promowanie w terenie kumpli pana ministra z jego politycznej formacji. I słusznie. Bo czyż to nie oni zostali najbardziej poszkodowani w wyniku przestępczego ignorowania ich talentów i zasług przez długie osiem lat rządów Platformy? Całej polskiej gospodarki, wszystkich spółek, instytucji i fundacji i tak jest zresztą za mało, żeby wynagrodzić politykom z frakcji pana prezesa, a też ich rodzinom, przyjaciołom i stronnikom trwające niemal dekadę uszczuplenia na majątku i godności ze strony byłych elit „warszawki” oraz „krakówka”.  Więc „te pieniądze im się po prostu należały!” Zrozumie to każdy, kogo „platfusy” chociaż raz obrzuciły niechętnym spojrzeniem za wiarę, patriotyzm lub białe skarpety. Natomiast manipulacjom polegającym na bezczelnym pisaniu o otwartym tekstem partia aktualnie rządząca powie już wkrótce swoje stanowcze „nie”! Bo jakże tak można sobie bezkarnie pisać: „pan prezydent ułaskawił pedofila?” Owszem, ułaskawił, ale miał powody! A że potem mówił publicznie, że „nie było gwałtu”, to też miał, bo po prostu zapomniał zajrzeć w akta. Każdemu się może zdarzyć. No a poza tym, zrobił to przecież dla dobra rodziny, takiej naszej, polskiej, której prawo do jej specyficznych relacji i obyczajów bierze teraz w obronę na wszystkich wiecach wyborczych. By nikt nam w obcych językach, a już zwłaszcza po niemiecku, nie mówił, jak życie rodzinne prowadzić mamy.
Grunt, żeby nam Niemiec dzieci nie seksualizował. Bo ile rodzin się od tego może rozpaść z paragrafu o przekraczanie granic rodzicielskiej miłości? I ile będzie trzeba się napodpisywać ułaskawień? Nawet długopis prezydenta może tego nie wytrzymać. A że z mediami trzeba będzie zrobić porządek po wyborach, to pewne. Bo w trakcie debaty Andrzeja Dudy z samym sobą w Końskich, do grona zagranicznych manipulatorów dołączyła nawet TVP. Ta sama, którą dopiero co pan prezydent osobiście dofinansował z budżetu niebagatelną kwota dwóch miliardów złotych (plus kolejne osiem przez następne lata) kosztem chorych na raka. I chyba nie po to, żeby puścili na wizji, jak mówi: „jestem przeciwko wszelkim szczepieniom obowiązkowym!” Teraz wszyscy te słowa cytują dosłownie, a pan prezydent znowu musi oskarżać media o „manipulację”, i na dodatek nie może powiedzieć, że
niemieckie. I jeszcze ci działacze partyjni obsadzenie w rolach „zwykłych mieszkańców” tak nieudolnie, że Internet dawno ich wszystkich zidentyfikował. Regularny sabotaż. Niektórzy mówią już nawet, że to zemsta Jacka Kurskiego za nieskuteczną, inspirowaną przez prezydenta próbę jego odwołania. Na szczęście mamy za miedzą dobrego sąsiada, więc w ostateczności zawsze można zastosować słynną kwestię Jana Rokity: „biją mnie Niemcy”! A prezes TVP miał dziadka z Wehrmachtu! Nawet premier Morawiecki, który dorobił się majątku pracując w zagranicznych bankach i jeszcze niedawno cieszył się jak dziecko wprowadzając do Polski niemiecki kapitał, teraz sięga po „opcję niemiecką” i pomstuje na wiecach na „obcych” w polskiej gospodarce. Ale z tym zrzucaniem win wszelkich na sąsiadów jest jednak pewien kłopot. Bo nikt nie sprawdził, że dziennik „Fakt” ma tylko minimalny udział kapitału niemieckiego i jest faktycznie firmą amerykańską. Podobnie, jak znienawidzona przez partię rządzącą i jej zwolenników telewizja TVN. Bożena Chlabicz-Polak. Źródło koduj24.pl
Z forum: „I jeszcze ci działacze partyjni obsadzenie w rolach „zwykłych mieszkańców” tak nieudolnie, że Internet dawno ich wszystkich zidentyfikował.” – przeczuwam pacyfikację mediów społecznościowych. Prezydent Turcji w ostatnich dniach zapowiedział specjalną ustawę, która pozwoli służbom na kontrolowanie wszystkich mediów społecznościowych (Facebook, Twitter, Instagram, etc.) z prywatnymi wiadomościami i chatami włącznie. Jeśli tylko przepisy zdadzą egzamin w Turcji, Kaczyński będzie chciał je żywcem skopiować do nas, żeby mieć nas w garści. System Pegasus mu nie wystarcza, bo jednak sporo przegapił, jak choćby skrzykiwanie się kobiet na protest przeciwko ustawie zakazującej aborcji. A że prezesowi marzy się cenzurowanie internetu to już było wiadomo przy pierwszej ustawie ACTA, kiedy były masowe protesty internautów. Od tamtej pory zdania raczej nie zmienił – wręcz przeciwnie, internauci regularnie bardzo mu się narażają, bo nie przepuszczą żadnej wpadki i o niczym nie zapominają w stosownym momencie wyciągając na światło dziennie zapomniane sprawki. 
03 07 2020 Postawię na swoim, pozostając w słusznym żalu.
Ważniejsza nawalanka zwolenników różnych kandydatów z I tury wyborów prezydenckich niż Polska. Jeszcze dziewięć dni. Dziewięć dni i wreszcie będzie wiadomo, z jakim prezydentem startujemy w kolejne pięć lat, w jakiej Polsce przyjdzie nam żyć. Teoretycznie sprawa wydaje się prosta. Na boisku pozostało dwóch kandydatów, więc cała opozycja powinna teraz zagrać do jednej bramki. Hm, powinna, ale czy tak zrobi? Słuchając celebrytów z mojej strony, tej obywatelskiej, czytając wypowiedzi internautów na forach społecznościowych, mam spore wątpliwości. Zacznijmy od tego, że wyborcy poszczególnych kandydatów z I tury, nie kryją swojego niezadowolenia, chwilami wręcz wzburzenia, takim, a nie innym wynikiem. Na ten stan ich ducha nakłada się złość i rozżalenie, bo przez wielu swoich internetowych znajomych zostali niezbyt dobrze potraktowani. Są prześmiewani, wręcz obrażani i za co właściwie? Za to, że w swoim wyborze kierowali się sercem oraz tymi poglądami, które są im najbliższe. Głosowałeś na Szymona Hołownię to puknij się w głowę, bo Hołownia to taki PiS bis. Swój głos oddałeś Robertowi Biedroniowi to ależ bez sensu, bo ten to się w ogóle na prezydenta nie nadaje. Władysław Kosiniak –Kamysz? Toż to totalna pomyłka! Trzeba przyznać, że co jak co, ale w krytykowaniu i dowalaniu jesteśmy mistrzami. Efekt? Ano część wyborców się obraziła i stwierdziła, że teraz to już pozostanie w domu i w II turze udziału nie wezmą. A co…jak się ich tak traktuje, to mają prawo mieć w nosie, co dalej, prawda? Mało tego, tak skrzywdzeni przez grono koleżanek i kolegów, nie chcą pozostać dłużnymi i odbijają piłeczkę, tym razem dowalając Rafałowi Trzaskowskiemu, szukając jego niezbyt zręcznych wypowiedzi, krytykując za to, co zrobił, a czego nie zrobił, wyszydzając jego umizgi do elektoratów tych kandydatów, którzy przegrali, w tym Bosaka, co już w ogóle woła o pomstę do nieba. No i na chwilę obecną mamy ciekawą sytuację. Z jednej strony ostre słowa o Dudzie, biadolenie nad losem nieszczęśliwej Polski, jeśli sprawdzi się najgorszy scenariusz i ten pan będzie nam prezydentował przez kolejne lata. Z drugiej zaś, ostra krytyka Trzaskowskiego, który w ich mniemaniu jest nie do przyjęcia, nie nadaje się na głowę państwa, reprezentuje skompromitowaną PO i wybór między nim a Dudą to jak wybór między dżumą a cholerą. Ech, a to się porobiło. Towarzystwo nam się skłóciło, traci czas na zbędne waśnie oraz złośliwości, a jakoś zapomina o tym, co najważniejsze. Właśnie o Polsce. I z takim nastawieniem zwiększa szanse Andrzeja Dudy. O to chodzi? Czy rzeczywiście emocje i serce są ważniejsze od dokonania takiego wyboru, który może powstrzymać niszczycielską działalność partii rządzącej? Przed pierwszą turą wyborów obiecałam sobie jedno. W pierwszej głosuję sercem, w drugiej rozumem i niezależnie od tego, który z kandydatów stanie w szranki z obecnie panującym nam Dudą, to on zdobędzie mój głos. Miałabym wielki problem tylko w jednym przypadku. Gdyby rywalem „syna ojca narodu” został Krzysztof Bosak, ale w każdym innym przypadku, czy byłby to pan Hołownia, Biedroń, Kosiniak-Kamysz, zagłosowałabym na niego.
Dlatego nie dam się wciągnąć w te absurdalne dyskusje, agresywne wypowiedzi, udowadnianie swoich prawd. W to wszystko, co powoduje naszą słabość obywatelską i wciąż zwycięstwo prywaty. Trzymam się z dala, jestem ponad, bo mam pełną świadomość tego, w jakiej Polsce przyjdzie mi żyć od 12 lipca, jeśli obrażona na cały świat, odpuszczę sobie wybory. Andrzej Duda już zupełnie nie ukrywa, kim jest, jaki z niego polityk, komu służy na dwóch łapkach. Pięć lat temu jeszcze się krygował, mamił naród maseczką łagodności, wciskał bajki o tym, jak to będzie prezydentem wszystkich Polaków, czarował obietnicami. Dzisiaj już nie musi. PiS wygrało drugą kadencję w Sejmie, wcześniej w wyborach samorządowych zdobyło większość, podobnie i w Europarlamencie. Wywiązało się z najbardziej populistycznych obietnic i naród to kupił. Po co więc teraz Dudzie się wysilać. On już wie, że wystarczy podać Polakom na tacy wroga, utrwalić w nim te demony, które wspomagają partię rządzącą i tyle. On już wie, że gdy zostanie prezydentem na kolejne lata, to wraz ze swoją partyjką wybiją nam z głowy wszelką demokrację, marzenia o wolności i swobodach obywatelskich. Na uszach stanie, by nas zamknąć w bańce swego wstecznictwa, zabobonów i wszelkich fobii. Pójdzie śladem Stalina, który tak umiejętnie potrafił skłócić swój naród, by dzięki temu trzymać go w żelaznej pięści. Będą pokazowe procesy „zdrajców narodu”, akceptacja dla prześladowania ludzi za własne zdanie, inne poglądy, kolor skóry, pochodzenie czy religię. Od czasu do czasu rzuci swoim wielbicielom jakiś ochłap w postaci kasy, pozwoli im, by z krzyżem w sercu i różańcem w ręce prześladowali „niepokornych”, a gdy już nie będzie miał czego dawać, gdy uwolni Polskę od nas i naszej wolnej myśli, będzie już za późno. Kiedy naród się ocknie, będziemy na zgliszczach udawać, że to wciąż nasza Polska. Pozbawieni sił, chęci i przyszłości. Jaki więc sens w obecnej sytuacji mają te niekończące się dyskusje między zwolennikami poszczególnych, byłych już kandydatów na prezydenta? Te kłótnie, złość i agresja? To zapewnianie, że nie pójdę na wybory, bo ktoś mnie wkurzył, bo ktoś mi dowali? „Na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Postawię na swoim, pozostając w słusznym żalu, a że Polsce przez to dowalę, a co mi tam, ważne, że moje będzie na wierzchu. Tak to ma wyglądać? Tyle jest warta odpowiedzialność obywatelska tych, co to marnują swój czas na bzdury? Jeszcze jest wybór. Wybór między urażoną dumą a Polską. Może więc warto już odpuścić? Tamara Olszewska.
Źródło koduj24.pl
Ponoć KO ma Hołownię poprzeć w walce o fotel prezydenta Warszawy, przecież musi z czegoś żyć !? 
29 06 2020 Nikt nie głosował na Dudę.
Ci, którzy głosowali na kandydata PiS, wcale nie głosowali na Andrzeja Dudę. W rzeczywistości głosowali na Jarosława Kaczyńskiego i na jego groźną wizję Polski. Jest sto powodów, dla których Andrzej Duda nie powinien być dłużej prezydentem. Sto pierwszego dostarczył nam ten kandydat podczas spotkania w Grajewie, gdzie odpowiednio przeszkoleni zwolennicy witali go zgrabnym okrzykiem: „Witaj w domu”. Tam właśnie padły wiekopomne słowa głowy polskiego państwa słowa, które zgubiły się w odmętach prezydenckiego słowotoku, choć powinny zostać wyryte w kamieniu: – Nie muszą nas chwalić. Mogą nas atakować i krytykować. Ważne, żeby czuli respekt, to wystarczy, że będą czuli do nas respekt. Więcej nie potrzebujemy …
Tym samym butny Prezydent dumnej Rzeczpospolitej powiedział wszystko, co należy wiedzieć o planach PiS na obecną kadencję. Uprzedzając tradycyjny zarzut funkcjonariuszy partii władzy, że ich wypowiedzi nie są głupie ani kłamliwe, tylko zmanipulowane, dopowiadam od razu, że kontekstowego wyznania był taki: – Jeżeli ktoś pyta, w jaki sposób prowadzić polskie sprawy, to ja mówię: z dumą i godnością. Zawsze powtarzam – nie muszą nas za granicą po plecach klepać.Lepiej nawet niech tego nie robią – poprzedził prezydent swoją główną wiadomość dla rodaków i narodów świata – wiadomość, że jego formacja, a co za tym idzie cała Polska, nie potrzebują niczego oprócz respektu. Pomińmy litościwie fakt, że Duda zaraz potem poleciał do USA właśnie po to, by populistyczny i nieobliczalny kolega Trump protekcjonalnie poklepał go po plecach. Zastanówmy się raczej, jak potraktować owo wyznanie ogłoszone w końcówce kampanii. Moim zdaniem nie da się go potraktować inaczej jak groźbę. Prezydent powiedział przecież niemal wprost, że Polski rządzonej przez obecną formację nie trzeba lubić, cenić, ani tym bardziej traktować życzliwie. Polski rządzonej przez PiS trzeba się bać. Człowiek, którego psim obowiązkiem jest troska o wizerunek reprezentowanego przez siebie kraju i narodu, po raz kolejny zaprezentował swój lekceważący stosunek do cywilizowanego świata, ze szczególnym uwzględnieniem „jakiejś tam wyimaginowanej Unii”, dzięki której przecież polska gospodarka i infrastruktura urosły do imponujących rozmiarów. Żądając respektu, sam nie okazuje cienia szacunku sąsiadom i sojusznikom. Już wcześniej lekceważył rozsądne opinie, ponieważ wyrażane były w nieznanych mu obcych językach, w których „nikt nas nie będzie pouczać”. W wyborczym spocie, przygotowanym zapewne we współpracy z telewizją północnokoreańską, Duda oświadczył: – Nasze wartości są dobre, najlepsze i sprawdzone. Jednak w Grajewie prezydent RP po raz pierwszy ogłosił w naszym imieniu, że nie potrzebujemy życzliwości narodów świata. Dał więc do zrozumienia, że Polacy gwiżdżą na empatię krajów, od których zależy, czy i w jakim stopniu dotacje unijne zasilą polski budżet, już niemal do dna wyssany przez pazernych i rozrzutnych rządców. Dla pana Dudy nie ma znaczenia czy świat ma o Polsce opinię kraju przewidywalnego i mądrze rządzonego, gdzie inwestorom zachodnim opłaca się lokować kapitał. Prezydentowi jest obojętne, czy jego kraj oceniany jest jako kraj praworządny, gdzie interesy można robić bezpiecznie i bez obawy, że któregoś dnia jakiś niestabilny szeregowy poseł wymyśli „repolonizację zagranicznego majątku”.
Andrzej Duda de facto ogłosił w naszym imieniu, że nie potrzebujemy renomy kraju gościnnego, gdzie warto przyjechać na urlop i zostawić pieniądze i niepotrzebna jest nam reputacja kraju, gdzie każdy czuje się bezpiecznie, niezależnie od koloru skóry, wyznania czy preferencji. Nie potrzebujemy nawet wsparcia w utarczkach ze wschodnim sąsiadem, którego zdaniem „relacje z Polską jeszcze nigdy nie były tak złe”. W ogóle niczego od nikogo nie potrzebujemy. Niech się wypchają! Nie będą obcy pluć nam w kaszę. Sami sobie naplujemy. Polsce należy się respekt – i już. Respektowanie Polski jest zdaniem Dudy obowiązkowe, a kto nie respektuje, ten jest zwykłym… wrogiem. Ci, co ośmielają się nam wskazywać czym jest demokracja i praworządność, mają się zamknąć. Mają nas szanować i mają się nas bać. W wypowiedziach pana Dudy Polska jawi się światu jako napakowany bandzior z prowincjonalnego miasteczka, który stanął pośrodku rynku, toczy dokoła złym wzrokiem i warczy: – No, który? Który mi chce fiknąć…
O Andrzeju Dudzie i jego dotychczasowej prezydencji można opowiadać na dwa sposoby. Niezłomny i samodzielny, ale bez reszty podporządkowany temu, który go wymyślił. Krasomówca i sprytny orator mówiący każdemu to, co chce usłyszeć, jednak z rażącymi brakami wykształcenia, nieświadomy definicji praworządności i nieodróżniający ludzi od ideologii. Poważny mąż stanu, który błaznuje na salonach Europy. Inteligentny, ale głównie we własnych oczach, a ze swoich żartów śmieje się tylko osobiście. Doktor prawa z praktyką konstytucyjną, który ku rozpaczy swoich nauczycieli z UJ od początku kadencji systematycznie i złośliwie fauluje Konstytucję. W opinii swojej formacji rzetelny i prawdomówny zasłynął z odjechanych fantasmagorii i z rzucania obietnic na wiatr historii. Bezbłędny, bo nigdy nie przyznał się do błędu i nie przeprosił nikogo, kogo obraził i na kogo poszczuł. Prezydent wszystkich Polaków, ale zapatrzony tylko w jednego, którego otacza taką czcią, jakby był pewny, że któregoś dnia Kaczyński zacznie chodzić po wodzie.
Występy Prezydenta na finiszu kampanii, a także liczne głupstwa wygadywane wcześniej, są – jak mniemam – wytworem rozchybotanej jaźni człowieka, który
do dziś nie bardzo wie, co robi na najwyższym polskim stołku. Lekceważony przez zachodnie głowy państw, wykpiwany w światowych mediach za liczne gafy, atakowany w internecie za legalizację bezprawia, powtarza rozmaite idiotyzmy na ogół po to, by „błysnąć” i zasłużyć się w oczach prezesa – słońca narodu. Tyle tylko, że wszystko to nie ma to żadnego znaczenia. I w ogóle – jeśli się chwilę zastanowić – rozważania o zaletach i słabościach Andrzeja Dudy nie mają najmniejszego sensu. Nie jest istotne, czy PAD dysponuje jakimiś przymiotami niezbędnymi Prezydentowi Rzeczpospolitej, czy nie ma żadnej predyspozycji do reelekcji, która w jego przypadku powinna się nazywać recydywą. Naprawdę obojętne jest, czy Duda to mąż stanu, czy nadęty pajac bez twarzy i honoru. To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia, bo przecież – nie ulega wątpliwości, że ci, którzy głosowali na kandydata PiS, wcale nie głosowali na Andrzeja Dudę. W rzeczywistości głosowali na Jarosława Kaczyńskiego i na jego groźną wizję Polski. Prezes Wszechczasów, który dotąd oszczędnie gospodarował swoją osobą, uświetnił jednak finał kampanii wyborczej Andrzeja Dudy zapewniając zgromadzonych, że wolności nie zapewni Polakom żadna organizacja, czyli żadna Unia ani NATO. Prawdziwą wolność – zdaniem Kaczyńskiego – zapewnić może Polakom tylko państwo. Z tym, że państwo, to on. Andrzej Karmiński.
Źródło koduj24.pl
22 06 2020 Złodzieje czy gamonie?
Dać tym gamoniom dwie kule bilardowe, to jedną zepsują, a drugą zgubią. Winston Churchill mawiał, że dobremu kryzysowi nie można pozwolić, żeby się zmarnował. Nasi rządzący, biegli w polityce historycznej, w lot podchwycili tę myśl. Różnica jest jednak taka, że brytyjski wielki mąż stanu postulował, by ze społecznych załamań i perturbacji wyciągać właściwe wnioski i elastycznie zmieniać modus operandi, natomiast polskiemu kieszonkowemu mężowi stanu podgorączkowego chodzi zapewne o to, by dramatyczny stan epidemii pomnożył zasoby partii sprawującej władzę, konta jej kierownictwa i portfele wiernych towarzyszy.
Bezużyteczne maseczki kosztowały nas 60 mln i wiadomo, kto zarobił na wielokrotnej przebitce. Wiadomo, kto skorzystał na przepłaconej transakcji zakupu respiratorów za 200 mln, w większości nieistniejących, a jeśli jakieś się znalazły, to bez gwarancji producenta. Wybory, które nie miały prawa się odbyć 10 maja, kosztowały 70 mln, rozdzielonych między rozmaite firmy i osoby, które postanowiły wziąć udział w niekonstytucyjnej hucpie. Dodatkowo parę osób zarobi na przechowaniu bezużytecznej makulatury, na jej transporcie (70 tirami!) i na przemiale.  Zarobią też ludzie z firmy Maskpol, która sprzedała Poczcie Polskiej 44 tys. worków do przewozu kart wyborczych po 117 zł sztuka, podczas gdy najbardziej wypasione worki, przeznaczone w policji do przewożenia poczty specjalnej, kosztują 60 zł.
Zdaniem rządzących wszystkie te transakcje były korzystne, legalne i zgodne z regułami wolnego rynku. Ale szczegółowe wyjaśnienia dosłownie zbijają z nóg. Oto całkiem niespodziewanie, ni stąd ni z owąd, wybuchła w Polsce epidemia. Przypadkowo ciut wcześniej, gdy koronawirus stał jeszcze pod naszymi granicami, wyczyszczono magazyny ze sprzętu ochronnego, w tym profesjonalnych masek, bo przecież „już za rok kończyła się ich gwarancja” (za grosze poszły świetne maski, które handlarze sprzedawali potem szpitalom z wielokrotnym zyskiem). Nic więc dziwnego, że podczas pandemii w Ministerstwie Zdrowia z otwartymi ramionami witano każdego, kto zaoferował jakiś potrzebny produkt. Nie było potrzeby pytać, czy oferent jest dystrybutorem sprzętu, czy może producentem papryki. Nie było sensu sprawdzać, czy oferent jest uczciwy i czy nie orżnął kogoś w przeszłości, zresztą ktoś ze służb pewnie już go zlustrował. Nie było czasu, by podzwonić po producentach z pytaniem, czy mogliby dostarczyć respiratory równie szybko jak pośrednik i w cenie dwukrotnie niższej (żaden szanowany producent nie podniósł ceny podczas epidemii!). Uff…
Szukając wyjaśnienia polskich aberracji, dostrzegam jedynie dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że Polska to kraj rządzony przez złodziejską mafię, kraj przekrętów na przemysłową skalę i machlojek sankcjonowanych przez władzę, jeśli przynoszą korzyść rządzącym, ich poplecznikom i rodzinom. Druga możliwość: Polska PiS to zdemolowany, tekturowy kraj rządzony przez nieudaczników, którzy uroczyście i z fanfarami burzą wszystko, co zbudowali poprzednicy, którzy z łatwością spieprzą swój własny projekt, nawet jeśli jest niegłupi, którzy spaprają każdą sensowną inicjatywę społeczną – słowem: dać tym gamoniom dwie kule bilardowe, to jedną zepsują, a drugą zgubią.
Uporczywie i bezskutecznie szukam trzeciego wyjaśnienia.  Jednak niemal w każdym działaniu władzy przejawia się jedna, wciąż ta sama alternatywa. Niejednoznaczne są nawet motywy przeforsowanego przez posłów PiS przepisu o bezkarności za przepłacone, nietrafione lub całkiem lewe transakcje związane z epidemią. Bo i tu widać dwie możliwości: albo szykowali się do skoku na kasę, albo byli świadomi, że są nieudacznikami, że z góry wiedzieli, że prowadzone przez nich interesy nie mają prawa się udać i że nie potrafią upilnować państwowej kasy przed hienami, żerującymi na pandemii.
Czy rządzący to złodzieje, czy gamonie? A może jedni i drudzy? Grubo ponad miliard złotych utopiono w Ostrołęce, gdzie sam prezes i premier po kolei otwierali budowę nieopłacalnej i szybko porzuconej elektrowni węglowej. Dwa miliardy wpuszczono w kanał przecinający Mierzeję Wiślaną – inwestycję bezsensowną z ekonomicznego punktu widzenia, potrzebną głównie po to, żeby zagrać Putinowi na nosie. Jeszcze dwa lata temu Centralny Port Komunikacyjny miał kosztować 34,8 mld zł, a dzisiaj zweryfikowany kosztorys opiewa już na 100 miliardów. Teren ścierniska, gdzie powstać ma takie megalotnisko jak w San Francisco, zarastają chaszcze, ale spółka celowa powołana do realizacji tej inwestycji dostała już 300 milionów, wyjęte cichcem z funduszu… reprywatyzacji.
Nie wiadomo, ile kosztowały prace projektowe i przygotowania do produkcji miliona superaut elektrycznych i polskich dronów, obiecanych przez premiera i wychwalanych przez prezydenta, ale wiadomo, że ostatecznie projekty trzeba kupić w krajach, gdzie oprócz ambicji mają też kwalifikacje i wprawę w budowie skomplikowanych maszyn, i wiadomo też, że masowa produkcja w Polsce rozpocznie w terminie niewiadomym.  Trzy lata temu wicepremier Mateusz Morawiecki kładł stępkę pod polskie promy, a potem rozpoczęto prace projektowe, które zapewne pochłonęły niemałe pieniądze. Dosłownie pochłonęły, bo przed rokiem minister Marek Gróbarczyk ogłosił, że wobec opóźnienia prac zmuszony jest kupić gotowy projekt. Od tej chwili wokół rdzewiejącej stępki polskiego flagowego promu zapadła cisza. Ale niedługo znów będzie o niej głośno, bo zbliża się termin realizacji umowy, w ramach której Polska zobowiązała się zbudować i wprowadzić do eksploatacji na trasie Świnoujście Ystad nowe promy, większe od dotychczasowych.
Za pilnowanie łąki w Baranowie, gdzie na budowie nawet nie wbito jeszcze łopaty, zarząd spółki CPK uchwalił sobie pensje w wysokości średnio po 30 tys. zł na rękę. Za przekształcenie publicznej telewizji w fabrykę hejtu pensje zarządu TVP wzrosły w ubiegłym roku trzykrotnie, do 2,2 mln zł. Za wzorową realizację poleceń z Nowogrodzkiej budżet Kancelarii Prezydenta urósł podczas kadencji ze 160 do 200 mln zł rocznie, a całkowity koszt utrzymania Andrzeja Dudy i jego świty zbliżył się do miliarda…
W światowych rankingach demokracji, a także nepotyzmu i korupcji Polska z roku na rok plasuje się na coraz gorszych miejscach. Przyczyn tego stanu władza upatruje w uprzedzeniach i złośliwości autorów klasyfikacji, a na użytek wewnętrzny mnoży żałosne wyjaśnienia i kompromitujące tłumaczenia. Sankcjonowane są zarówno przekręty, jak i przejawy bizantyjskiego przepychu. To się dzieje w kraju, gdzie brakuje pieniędzy na rozpoczęte projekty medyczne i gdzie przybywa bezrobotnych, gdzie coraz więcej obywateli żyje poniżej progu biedy. Brak potępienia rządzących dla choćby tylko najbardziej oczywistych malwersacji i najboleśniejszych biznesowych wpadek. Bezradną propagandę PiS stać jedynie na powtarzanie refrenu „a Platforma…”. No pewnie. Tu miliony płynące do firm ministra Szumowskiego, a tam zatajony w oświadczeniu majątkowym zegarek Sławomira Nowaka za 11 tys. zł. Tu peany na cześć zbawcy narodu, który uchronił tysiące Polaków przed niechybną śmiercią, tam sprawa sądowa, wyrok, usunięcie ze stanowiska, z partii i z polityki.
Wobec niknącej przewagi kandydata PiS funkcjonariusze rodzimej partii prezydenta starają się narzucić kampanii coraz to nowe tematy w nadziei, że narobią hałasu, który zagłuszy medialne bombardowanie kompromitującymi faktami. Problem w tym, że kolejne śmierdzące balony propagandowe, wypuszczane w lud przez agitatorów króla cyników Adama Bielana, skutkują rosnącym oburzeniem myślących Polaków i ostracyzmem świata. Ale PiS idzie w zaparte. Za każdym razem, gdy przyzwoite media i samodzielnie myślący rodacy zaorają kolejny głupi lub podły bonmot, okazuje się, że a/ autor wypowiedzi został źle zrozumiany i co innego miał na myśli, b/ jego wypowiedź zmanipulowano, c/ cytat wyjęto z kontekstu, d/ niesprawiedliwa krytyka wypowiedzi jest przejawem nagonki, e/ wszystko na raz. Oczywiście powyższe wyjaśnienia kompromitują PiS jeszcze bardziej, bo świadczą o tym, że funkcjonariusze PiS nie radzą sobie z komunikacją między swoim mózgiem a aparatem mowy, że ich wypowiedzi są niezrozumiałe i bełkotliwe, słowem – kwiat partii rządzącej to ludzie prymitywni, którzy nie potrafią wyrazić jasno swoich myśli, nierzadko w jedynym znanym sobie języku. Propagandyści PiS nie mają świadomości, że z ich propagandy wyłania się obraz kraju rządzonego właśnie przez gamoni, którzy „ani be ani me ani kukuryku” – jak obrazowo określał takich ludzi Wałęsa. A czy rządzonego przez złodziei? – Tego prokuratura Ziobry na pewno nie potwierdzi. Może po następnych wyborach…Andrzej Karmiński
PS. Z zaskoczeniem przyjąłem życzliwe słowa i wręcz pochwały dla Andrzeja Dudy, za to, że zaniechał atakowania ludzi LGBT. To tak, jakby działacza PiS Rafała Piaseckiego okrzyknąć dżentelmenem roku, ponieważ właśnie przestał katować swoją żonę.
Źródło koduj24.pl 
18 06 2020 Kto największym wygranym, a kto przegranym debaty prezydenckiej?
Kilka mln osób oglądało wczoraj w TVP 1 debatę prezydencką w której uczestniczyło 11 kandydatów na to stanowisko. Przez 80 minut prezentowali swoje stanowiska na zadawane pytania na 5 zadanych przez Redaktora tematów. Debatę oglądałem z uwagą i skupieniem. Pytania przygotowane dla kandydatów były bardzo dobre, interesujące i ważne. Odpowiedzi wymagały znajomości wielu dziedzin, szczególnie nowoczesnego i kreatywnego zarządzania, innowacyjności, perspektywicznego myślenia, stosunków gospodarczych, geopolityki etc i pozwoliły nam lepiej poznać i ocenić kandydatów ubiegających się o ten ważny urząd. Debata była bez pułapek i bez faworyzowania kogokolwiek. Moje spostrzeżenia na szybko: świetnie wypadł urzędujący prezydent Andrzej Duda, bardzo dobrze wypadł Marek Jakubiak i zadziwiająco słabo Krzysztof Bosak.
Nie wystraszyliście się jak bardzo agresywnie prezentował się wczoraj kandydat Platformy Obywatelskiej Rafał Trzaskowski na stanowisko Prezydenta RP w czasie wczorajszej debaty Prezydenckiej w TVP1. Chcecie tak agresywnego prezydenta? Trzaskowski zaliczył wielką wpadkę! ostra krytyka i zarzut postawiony przez niego do rządu i Prezydenta Andrzeja Dudy o to, że nie wiedzą kiedy epidemia się skończy wprawił w zdumienie nawet ociężałych w myśleniu ! Trzaskowski, który nie poradził sobie z awarią czajki i nie potrafił odpowiedzieć kiedy zostanie usunięta, nie radzi sobie z wypłatami pieniędzy z tarczy dla przedsiębiorców itd.wymyśla takie absurdalne zarzuty, po prostu pustak. W czasie debaty zachowywał się jak trybun ludowy, nie odpowiadał na pytania,.... "Polsce potrzebny jest silny prezydent" ,ale nie Trzaskowski, który by był jedynie wykonawcą poleceń Merkel, Putina, Sorosa, i in. lewaków, dla których im gorzej dla Polski tym lepiej. Niekwestionowanym zwycięzcą debaty jest Andrzej Duda, mądry, konsekwentny, uczciwy, oddany polskim sprawom. Ciężko pracujący dla dobra Polaków, polskich rodzin, na chwałę Polski. Jest gwarantem harmonijnej współpracy z rządem, a ta zapewnia rozwój, stabilność, bezpieczeństwo kraju i ludzi.
Dlaczego Robert Biedroń i Rafał Trzaskowski nie udzielili odpowiedzi na żadne z zadanych pytań przez redaktora Adamczyka. Praktycznie Ich wszystkie wypowiedzi miały charakter narzekań i ataku na TVP lub urzędującego Prezydenta. "Czy jest Pan za umożliwieniem przygotowania do pierwszej komunii św. na lekcjach religii w szkole?" - padło pytanie w drugiej turze debaty prezydenckiej. W odpowiedzi Szymon Hołownia zaatakował Kościół katolicki, a Rafał Trzaskowski mówił o... szczuciu ludzi na siebie. Przeżyłem szok - oni mówią prawdę, oni tak myślą ? Polska w 90 procentach ( według opinii) jest krajem katolickim nie muzułmańskim czy podlegającym ideologii LGBT.
Najśmieszniej było, jak Trzaskowski domagał się od prezydenta Dudy podania daty skończenia epidemii !  Miałam ochotę poradzić mu, żeby spytał Pana Boga , w którego nie wierzy. Zaszokowały mnie równiej wypowiedzi kandydatów takich jak Pan Żółtek, czy Piotrowski nie wiadomo skąd, Pan Witkowski komunistyczny prezes spółdzielni mieszkaniowej z Poznania. Hołownia wystawiony przez bezpiekę wojskową WSI. Reszta lewicowo-liberalnych zwolenników LGBT i sprowadzania uchodźców oraz powszechnego rozkradania kraju. Jedynie A. Duda mówi merytorycznie i z sensem. Najgorzej, według mojej skromnej opinii, wypadł Kosiniak-Kamysz, Biedroń i Trzaskowski którym nie pasowało żadne pytanie,każdą minutą wykorzystali na swoje osobiste refleksje z miną przypominająca Biedronia na zajęciach wychowania seksualnego w przedszkolu.
Biedroń nie ukrywa,że nie ma nic do powiedzenia Polakom poza agitką ideologów LGBT i Gender o której olbrzymia większość osób o innej orientacji nie chcą nawet słyszeć. Bosak jak ognia unika od dłuższego czasu tematu sojuszy jakie ma zawierać Polska...Przypomnę więc,że on i jego Konfederacja wzywają do *wypędzenia amerykańskich okupantów* i szukania zbliżenia z kremlowskim psychopatą i ludobójcą co oznacza zgodę na utratę suwerenności i uznanie hegemonii sowieckiej w Polsce na dłużej niż 123 lata.
Trzaskowski najwyraźniej poirytowany ział żółcią nienawiści do wszystkich,którzy zmuszają go odpowiadania na pytania,które mu nie pasują i do TVP... to nie było słabe, to była kompromitacja produktu Sorosa i SokuZBuraka i atrapy Polaka. Trzaskowski nie ukrywa,że Polska i Polacy nie mają prawa do suwerenności i stanowienia o sobie,mamy być podległą enklawą Moskwy,Berlina i Paryża - nie wolno o tym zapominać.
Prezydent Duda nie musiał lawirować...mówił otwarcie o swoich poglądach i o tym jak widzi Polskę silną, opartą na sojuszu z USA inwestującą w swoją przyszłość...to nie gigantomania to pilnowanie Polski i polskich interesów strategicznych.
Inni kandydaci zabierali jedynie czas poza Jakubiakiem, który przedstawił się po raz kolejny jako rozsądny przedsiębiorca.
Tak ja oceniam tę debatę - a Państwo ?
Źródło: niepoprawni.pl
Jako satyra da się czytać!?
J. Krasicki: SZCZUR I KOT
"Mnie to kadzą" - rzekł hardzie do swego rodzeństwa
Siedząc szczur na ołtarzu podczas nabożeństwa.
Wtem, gdy się dymem kadzidł zbytecznych zakrztusił,
Wpadł kot z boku na niego, porwał i udusił.
Duda sprzyja Stanom Zjednoczonym, i zostaniemy skoszarowani w rezerwatach, jedzie do Białego Domu podpisać odpowiednie akty prawne!? 
14 06 2020 Zaczyna się przewrót w Polsce!?
Dramat wyborców PIS-u wpisany jest w dramat Polski. Każdy czuje się w kleszczach wyboru między sKORpionem odgrywającym patriotyzm a internacjonalnym jaszczurem berlińskim pod hasłem nowoczesność. I takim to sprytnym trikiem Polska zostaje UWIĘZIONA. Polska zostaje zagospodarowana. A ludzie ODDAJĄ SIĘ MIERZENIU, KTÓRE ZŁO JEST MNIEJSZE, ZAMIAST BUDOWAĆ DOBRO I DĄŻYĆ DO NIEGO. Ludzie wrażliwi, uczciwi, gorący patrioci nie mają sił, by wyobrazić sobie wyzwolenie ze skonstruowanej nam przez obcych alternatywy. Mają za mało wyobraźni, by dostrzec rodzące się NOWE SIŁY I SZANSE. WOLĄ TRWAĆ. Wolą mniejsze zło, bo walczące o władzę od 30 lat środowiska wykastrowały im wyobraźnię. Wyobraźnia jest kluczem. Przewidywanie, wizja, ZDOLNOŚĆ KREOWANIA NOWYCH BYTÓW, NOWYCH SIŁ, NOWYCH IDEI.
Wybudzanie się z oparów narkozy chloroformem Okrągłego Stołu właśnie się zaczyna. Oś czasu różnorakich mumii konsensusu zaczyna się kręcić w przeciwną stronę. Oczywiście, droga jest długa, ale nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku. Ludzie odmawiający za 2 dni postawienia tego pierwszego kroku, będą tego żałowali przez długie lata.
Nadrzędnym, niepisanym celem dealu okrągłostołowego było spacyfikowanie w polskim społeczeństwie instynktu obronnego oraz wszelkiego typu ruchów i partii narodowych. Mówił o tym expressis verbis A. Gwiazda w latach 1988/89. W tym czasie Jarosław Kaczyński udał się do ambasady rosyjskiej na uroczyste obchody rocznicy rewolucji październikowej. Jego brat zaś w tym czasie był “sprawdzany” przez demiurgów przemian w Polsce, czy nadaje się do kręgu magdalenkowego. Bogiem a prawdą sprawdzać nie było czego. Obaj bracia nadawali się idealnie na zaporę przeciwko ruchom narodowym. Atmosfera domu rodzinnego, tzw. Przyjaciele domu, kontakty ich matki oraz kolana Jana Józefa Lipskiego, na które brał ich często, gdy perorując swoim wolnomularskim bełkotem wzbudzał ekstazę obecnych gości. Żydowskie pochodzenie Lipskiego dokładało kosmopolityczny, dziś powiedzielibyśmy – sorosowy – odcień atmosfery dzieciństwa i młodości braci Kaczyńskich. Obu braciom niezwykle schlebiało wciągnięcie ich w proces “transformacji” (faktycznej depolonizacji i likwidacji siły państwa polskiego pod pretekstem reform, co szczegółowo pezwidywał i wykładał A. Gwiazda w czasie, gdy bracia bratali się z Bolkiem spod ciemnej gwiazdy i snuli plany wspólnej z Bolesławem siły politycznej). Na zachowanych migawkach z Magdalenki widać Lecha, przebąkującego coś zastraszonego neofitę muszącego się wkupiać w łaski i środowisko ludzi typu socjalistycznego masona i profesora, Geremka. ‘Żydowsko- wolnomularski KOR był powietrzem, którym obaj bracia oddychali sądząc, iż są w awangardzie. Ludzie KOR-u, a później duch, ideologia tej ekstraterytorialnej organizacji była to swoista rada nadzorcza, Rada Programowa czuwająca nad karierą Kaczyńskich i – co gorsza – nad ich formowaniem mentalnym. Jarosław do dzisiaj nie potrafi mówić innym językiem, niż korowski bełkot Lipskiego. Inkorporowane idee wolnomyślicielskie i groźne mrzonki o odtwarzaniu “wielokulturowej” RP (które dzisiaj reanimują Duda i Gowin) doprowadziły Lecha do pełnego pasji angażowania się w idiotyczne przedsięwzięcia takie jak sprowadzenie do Polski Bnai Brith oraz budowa Muzeum Polin, “zapoczątkowanie tradycji świętowania w sejmie chanuki”, czyli legalizacja wpływów antychrześcijańskiej, rasistowskiej sekty Chabad Lubawicz.
PIS to partia polsko- żydowska mająca zagospodarować elektorat patriotyczny i narodowy. Tej prawdy nie da się dłużej ukrywać. Ostatnie 2 lata wydobyły ten fakt na jaw. Przekleństwem J. Kaczyńskiego stało się zdobycie większościowej władzy. Gdy mógł już czynić co chce, nie mógł tłumaczyć się, że chciał inaczej i tym samym obnażył swoje filosemickie fundamenty ideowe (mówiąc delikatnie, gdyż wiele jego wypowiedzi, to już nie tylko filosemityzm, ale po prostu syjonizm i religia holokaustu) oraz obnażył pozorowanie reform systemowych.
Źródło niepoprawni.pl
Z prywatnego archiwum: - Szok i niedowierzanie! W 37 numerach tygodnika „Solidarność” które zostały wydane między 3 kwietnia a 11 grudnia 1981 roku, nie ma ani jednej wzmianki o Jarosławie Kaczyńskim. Dopiero w czasie trwania Okrągłego Stołu nazwisko Kaczyńskich sporadycznie zaczyna pojawić się, i o dziwo zamiast bronić robotników bronią Jaruzelskiego i jego ekipę. 
12 06 2020 Od Karty Rodziny Bronisława Komorowskiego po ideową Kartę Dudy.
Czekam na kolejne Karty, które pod pozorem miłości do polskiej rodziny, wyznaczą nam jak żyć, by zasłużyć na miano prawdziwego Polaka. Andrzej Duda, w otoczeniu szczęśliwych dzieci i ich rodziców, podpisał Kartę Rodziny, która jest kolejnym dowodem na to, jak to państwo o dzieci dba, jak je kocha, jak chroni przed złem wszelakim. On zachwycony, ludzie zachwyceni, bo jak się nie cieszyć, gdy wreszcie partia rządząca z tak wybitnym prezydentem na czele, dokłada kolejną cegiełkę do wychowania dzieci w dobrobycie i jedynej słusznej ideologii.
To może słów kilka o historii Kart Rodziny w Rzeczpospolitej Polskiej. Zaczęło się od tej, opracowanej przez Bronisława Komorowskiego w 2013 roku. Była ona bardzo konkretna i zakładała m. in. preferencji przy przyjęciach dla kolejnych dzieci z rodziny, zniżki w opłatach za korzystanie z gminnych żłobków i przedszkoli oraz świetlic, ulgowe bilety, dopłaty do biletów na dojazdy do szkoły poza terenem gminy, ulgowe bilety do kin, muzeów, galerii, lokalnych centrów kultury, na baseny, stadiony; bezpłatne wypożyczenia sprzętu, ulgowa odpłatność za zajęcia w klubach sportowych, samorządowe becikowe, dofinansowanie wyposażenia szkolnego czy wypoczynku organizowanego np. przez ośrodki pomocy społecznej oraz zniżki w usługach komercyjnych jak na usługi fryzjerskie, na artykuły żywnościowe, materiały budowlane, sprzęt gospodarstwa domowego, ale też na poradnictwo psychologiczne, zajęcia terapeutyczne, naukę języków obcych. Jednak pamięć Polaków wydaje się bardzo krótka. Szybko zapomnieli o tej Karcie, zgodnie z propagandą dzisiejszej władzy, która wmówiła ludziom, że koalicja PO/PSL i poprzedni prezydent niczego dobrego dla narodu nie dokonali.
Wiele elementów z Karty Komorowskiego zostało przerzuconych do Karty Dużej Rodziny, opracowanej przez PiS, ale o tym cicho, sza… bo nie wypada politykom PiS przyznać się głośno, że znaczną część pomysłów ściągnęli, i to od kogo? Jakiegoś tam „prezydenta spod żyrandola”. Rząd miłościwie nam panujący od października 2015 roku nie wspomniał ani słowem, że dorzucając kolejne pomysły do swojej Karty typu 500 Plus, Maluch Plus, 300 Plus na wyprawkę szkolną, mogli śmiało to zrobić, bo odziedziczony po PO/PSL budżet w ogromnym stopniu pomógł im te pomysły zrealizować tak szybko. Ale o tym nikt z panujących nawet nie wspomni, bo przecież Zjednoczona Prawica odziedziczyła Polskę i jej finanse w totalnej ruinie.
No i teraz Duda wyskoczył nam ze swoją Kartą Rodziny, której nie znajdziecie na oficjalnej stronie Kancelarii Prezydenta i konia z rzędem temu, kto poznałby jej dokładny zapis. Wychodzi na to, że ta Karta nie ma nic wspólnego z poprzednimi, bo nie będzie się skupiać  w żadnym stopniu na konkretnych propozycjach czy rozwiązaniach, które miałyby ułatwić życie polskiej rodziny. To nic innego jak ideologiczny bełkot, zapis idei bliskich sercu pana Dudy, które mają wyraźnie określić, jak rodzina ma funkcjonować, na jakim systemie wartości bazować, kto zasługuje na bycie polską rodziną, a kto nie. To tylko zobowiązanie Dudy, zapis zasad, którymi będzie się kierował przy podpisywaniu ustaw parlamentarnych. Oczywiście w sytuacji, gdy naród doceni jego wspaniałość i pozwoli mu jeszcze posiedzieć w Pałacu Prezydenckim.
Myślę, że podstawą „dudowej” Karty Rodziny jest Samorządowa Karta Praw Rodziny, autorstwa sekty o nazwie Ordo Iuris. Co w niej możemy znaleźć? Obrona instytucji małżeństwa, które obejmuje tylko parę mieszaną czyli kobietę i mężczyznę, ochronę dzieci przed ideologią LGBT (czy ktoś mi wreszcie wyjaśni, o jakiej ideologii tu mowa?), brak zgody na adopcję przez pary homoseksualne, odpowiedzialność rodziców za edukację seksualną ich dzieci (hahahah, już to widzę). Oczywiście całość okraszona zapewnieniami o chrześcijańskiej podstawie polskiej rodziny, wychowaniu w duchu chrześcijańskim, zgodnie z wartościami chrześcijańskimi itp., itd.
No cóż, pan Duda mocno zaszalał. Rozumiem, że jeśli ta prawdziwa polska rodzina to rodzina oparta na chrześcijaństwie, to oznacza, że automatycznie wyklucza on  spod swej pieczy wszystkie te dzieciaki, które dorastają w rodzinach niewierzących bądź wierzących w innego Boga i inaczej. Wyklucza też te wychowywanych przez dwie matki czy dwóch ojców, a przecież i takie mamy rodziny w Polsce, choć nie formalnie. Podzielił dzieci na lepsze i gorsze, a co za tym idzie, dał swoje przyzwolenie na gnębienie, zastraszanie i wręcz ostracyzm wobec tych dzieci, które nie mieszczą się w jego ideowej wizji. Koszmar po prostu. Mało tego, Duda pokazuje, że traktuje nas, naród, jak idiotów, którzy nie potrafią wychować własnych dzieci, nie wiedzą, co dla nich dobre, jak przygotować ich do tego, by w dorosłym życiu kierowali się prawem każdego do własnych poglądów, poszanowaniem prawa do odmienności, która powinna być traktowana jak normalność, zrozumieniem i empatią społeczną, systemem wartości, który faktycznie buduje mądre społeczeństwo. Duda właśnie wyznaczył nam granice, za którymi nie mamy prawa czuć się pełnowartościowymi obywatelami. Chce nas wszystkich zmusić do przyjęcia tylko jego własnej wizji, jego własnych zasad. To nic innego jak rodzaj zniewolenia, zamknięcie nas w klatce własnych zabobonów, przesądów, stereotypów.
Tak! Naród ma prawo do życia zgodnie z własną, wolną wolą, ale tylko pod warunkiem, że ta wola jest zgodna z zaściankowym myśleniem, naznaczona oddaniem kościołowi i archaicznymi poglądami pana Dudy. Nie ukrywam, że czekam na kolejne Karty, które pod pozorem miłości do polskiej rodziny, wyznaczą nam skrupulatnie dzień po dniu, godzina po godzinie, miesiąc po miesiącu, jak żyć, by zasłużyć na miano prawdziwego Polaka w wersji PiS, kościoła i pana Dudy.
Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl 
07 06 2020 PiS ma sposób na pandemię.
Elity władzy nie szanują już nawet swoich wyborców, traktując ich jak ciemny prymitywny lud, któremu wcisnąć można każde kłamstwo. Nazwanie posłów opozycji „chamską hołotą” wywołało mnóstwo komentarzy i stało się znaczącym wydarzeniem politycznym – tak, jakby wcześniej nie było „zdradzieckich mord”, „kanalii”, „morderców brata”, „komunistów i złodziei” i wielu jeszcze inwektyw, którymi inteligentny prostak z Żoliborza zwykł obrzucać wszystkich, którzy nie akceptują jego żądzy władzy. Komentatorzy różnią się w ocenach tego incydentu. Jedni twierdzą, że była to celowa zagrywka obliczona na odwrócenie uwagi od coraz liczniejszych afer i przekrętów ludzi PiS, inni uważają, że był to element przeciwnatarcia w słabnącej kampanii Dudy – rodzaj wezwania do kontrataku, a jeszcze inni uznali, że bluzgi Kaczyńskiego są objawem paniki i że mamy do czynienia z „pożarem w burdelu”. Tyle że tym razem prezes nie wykrzyczał obelgi w wielkich emocjach. Przeciwnie, w kącikach ust błąkał mu się złośliwy uśmieszek, a kiedy później przemierzał sejmowe korytarze, miał na twarzy wyraz ledwo skrywanej dumy i satysfakcji.
Moja teoria jest taka, że Kaczyński osiągnął właśnie taki poziom samozachwytu, że uznał się równym Piłsudskiemu, który obsobaczył polityków z tymczasowego rządu Daszyńskiego, mówiąc: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić!”.  Żałować należy, że fałszywy duplikat Naczelnika odgapił ten akurat cytat, a nie np. taką myśl z przemówienia, wygłoszonego przez Marszałka 11 stycznia 1920 r. w Lublinie: „Jednym z przekleństw naszego życia, jednym z przekleństw naszego budownictwa państwowego jest to, żeśmy się podzielili na kilka rodzajów Polaków, że mówimy jednym polskim językiem, a inaczej nawet słowa polskie rozumiemy, żeśmy wychowali wśród siebie Polaków różnych gatunków, Polaków z trudnością się porozumiewających”.
Kaczyński, a za nim jego funkcjonariusze nie od dziś pracowicie kopią rowy odgradzające ich od rodaków. Nie kryją pogardy do ludzi myślących samodzielnie, a często również do własnych popleczników. Elity władzy nie szanują już nawet swoich wyborców, traktując ich jak ciemny prymitywny lud, któremu wcisnąć można każde kłamstwo. – Białe nie jest białe, a czarne jest różowe – przekonują, przypisując własne błędy przeciwnikom i anektując ich zasługi. Znowu na pełnych obrotach pracuje przepompownia ścieków, kierowana przez Jacka Kurskiego.  Z rządowymi szczujniami medialnymi rywalizują agitatorzy pod wodzą spin-felczera Adama Bielana. Współcześni naśladowcy Jerzego Urbana pełnymi garściami czerpią z doświadczeń dwukierunkowej propagandy PRL, która z jednej strony kreowała korzystną dla władzy rzeczywistość, a z drugiej ukrywała fakty, które mogłyby zaszkodzić rządzącym. Widzimy te zabiegi dzisiaj, podczas epidemii. Oburzamy się, ale przyjmujemy je do wiadomości, często nie zdając sobie sprawy, że mogą być śmiertelnie niebezpieczne. Dosłownie.
Nominaci prezesa na wyścigi zapewniają, że świetnie przygotowali Polskę do nadciągającej pandemii. Liczą na krótka pamięć Polaków, którzy mogli już zapomnieć, jak wyglądało kalendarium wizyty koronawirusa w Polsce. A było tak: W styczniu ABW przekazała rządowi ostrzeżenie przed klęską epidemii masowych rozmiarów. 30 stycznia Główny Inspektor Sanitarny Sławomir Pinkas powiedział w RMF FM, że ryzyko zarażeniem koronawirusem jest w naszym kraju bliskie zeru, bo mamy daleko do Chin, a senatorów, którzy przestrzegali przez epidemią, zachęcił do gry w chińczyka.  W lutym premier Morawiecki stwierdził stanowczo, że żadne specjalne przepisy w związku z epidemią koronawirusa nie są Polsce potrzebne. 3 kwietnia br., gdy epidemia już szalała, Sławomir Pinkas wciąż twierdził uparcie, że żadne specjalne procedury kryzysowe nie są potrzebne. W połowie marca zakażeni ludzie zaczęli umierać, ale rozporządzenie określające zasady postępowania ze zwłokami osób zmarłych na COVID-19 Ministerstwo Zdrowia wydało dopiero 4 kwietnia… A ludzie umierali nie tylko z powodu pandemii, ale i z braku dostępu do świadczeń medycznych, niezbędnych w walce z innymi chorobami. Odwołano dziesiątki tysięcy operacji, przełożono miliony profilaktycznych badań.  Z braku zabezpieczeń chorowali pracownicy służby zdrowia, ale także liczni policjanci. Zamykano szpitale i komisariaty, internauci kpili, że trzeba będzie łapać bandytów przez telefon.
Władza idzie w zaparte. Byliśmy świetnie przygotowani – i już. Rządzący nie odpowiadają na żadne pytania. A jest ich całkiem sporo.  Jeśli byliśmy świetnie przygotowani, to dlaczego już w lutym nasze władze ostrzeżone przed katastrofą nie zadbały o wyposażenie ochronne, które wtedy jeszcze było dostępne i wielokrotnie tańsze? Czemu jednego dnia premier i jego minister twierdzą, że byliśmy gotowi na pandemię, a innego dnia, że wszystkiego brakowało, więc respiratory i maseczki trzeba było brać „jakie były, choćby od diabła” oraz od brata i znajomych ministra Szumowskiego? Czemu w przeddzień epidemii Agencja Rezerw Materiałowych sprzedała za bezcen znakomite maski z ważnym certyfikatem, w sam raz dla lekarzy, które potem rozmaici handlarze sprzedawali szpitalom z dziesięciokrotną przebitką? Czy ta agencja pozbywała się masek z głupoty, czy może po to, by stworzyć warunki dla biznesowych hien zarabiających potem na ludzkiej tragedii?
Dopóki ta władza będzie przy władzy, na pewno nie odpowie również na pytania, ilu pracowników służby zdrowia ubyło z braku właściwej ochrony antywirusowej? Ile ludzkich istnień kosztowała bezmyślność i beztroska rządzących, którzy dostrzegli tragedię DPS-ów dopiero, gdy nie dało się ukryć licznych zgonów pensjonariuszy? Czemu utrzymywano wydobycie węgla w warunkach gwarantujących masowe zakażenia wśród górników? A przede wszystkim, ile jeszcze ludzkich istnień kosztować będzie tryumfalizm władzy, która uparła się, by zakończyć w Polsce pandemię przed wyborami?
W miniony czwartek, gdy zachorowało 361 Polaków, premier tryumfalnie ogłosił, że „odnieśliśmy sukces w walce z koronawirusem”. W piątek liczba nowych zakażeń wzrosła, a w sobotę padł rekord: ministerstwo zdrowia poinformowało łącznie o 576 nowych przypadkach. Tego dnia zmarło 16 osób, powiększając liczbę ofiar COVID-19 do 1153. Władza opanowała epidemię, a tymczasem statystyczne wykresy zachorowań i zgonów wciąż pną się w górę. Nikt o zdrowych zmysłach nie wątpi, że obie te krzywe wystrzelą jeszcze wyżej wskutek niezrozumiałej dla fachowców decyzji przywracającej możliwość organizowania tłumnych wesel i otwierającej na oścież drzwi kościołów. – Otworzyli wszystko oprócz granic, choć za granicą jest znacznie mniej zarażonych – irytują się internauci. Ale rządzący uspokajają, że niedługo będą kolejne „luzowania”. Na jakiej podstawie? Decyzji w tych, ani innych sprawach związanych z pandemią nie podejmują epidemiolodzy, tylko politycy, którzy dowolną metodą i dowolnym kosztem będą teraz przekonywać Polaków, że władza jest nieomylna. Mimo że COVID atakuje nas coraz dotkliwiej, Szumowski jest mężem opatrznościowym, który uratował Polskę przed pandemią. Minister twierdzi, że ma grupę doradców, wybitnych fachowców, ale okazuje się, że ich skład jest tak strzeżoną tajemnicą jak listy sędziów popierających kandydatów do KRS.
Minister zdrowia, któremu poseł PiS dziękował w Sejmie „za podkrążone oczy”, oraz wspierający go politycy połykają własne języki. Maseczki do niczego nie służą i przed niczym nie chronią, ale koniecznie trzeba je nosić, bo zabezpieczają przed zarażeniem. Wybory inne niż korespondencyjne miały prawo odbyć się „najwcześniej za dwa lata”, ale można je bezpiecznie przeprowadzić już teraz. Dzięki koneksjom prezydenta z chińskim odpowiednikiem załatwiono dostawę świetnych maseczek ochronnych, które są jednak do niczego… Chorych przybywa, ale „krzywa się wypłaszcza”. Funkcjonariusze PiS wymachują wykresami dowodzącymi, że w Polsce jest znacznie mniej zakażeń niż w innych krajach europejskich. W rzeczywistości jest ich znacznie więcej. Nasze statystyki nie są co prawda tak fałszowane jak w Dagestanie, gdzie jednego dnia ogłoszono, że na COVID-19 zmarło 40 lekarzy, a następnego dnia poinformowano, że w tym kraju wszystkich zgonów na koronawirusa było dotąd 38. Polskie manipulacje są nieco subtelniejsze. Wielu uznanych fachowców, w tym immunolog dr Paweł Grzesiowski, twierdzą, że zakażonych wirusem Polaków jest kilkakrotnie więcej, niż wynika z danych. Gdyby wyciągnąć wnioski z relacji między liczbą mieszkańców, liczbą testów, a liczbą wykrytych zachorowań, wcale nie byłoby się czym chwalić. Przez wiele tygodni wykorzystywano u nas jedynie połowę mocy przerobowych laboratoriów i dopiero ostatnio, pod naporem krytyki, zwiększono liczbę testów. Ponadto w rozporządzeniach zalecano lekarzom, by w przypadku chorób towarzyszących wirusowi wskazywać jako przyczynę zgonu choroby płuc i krążenia.  Tak powstawał mit „zielonej wyspy”, który zmusza dzisiaj rządzących do luzowania obostrzeń. Bo przecież nie możemy zostać w tyle za Niemcami i innymi krajami, które były w gorszej sytuacji, a dziś uruchamiają już gospodarkę i otwierają przestrzeń społeczną… Różnica jest jednak taka, że w Niemczech władza zaczęła luzować obostrzenia dopiero wtedy, gdy od dwóch miesięcy spadała liczba zachorowań.
Gdybyśmy utrzymali wszystkie ograniczenia, które obowiązywały jeszcze na początku maja i ludzie by ich przestrzegali, to epidemia wygasłaby całkowicie we wrześniu – mówią naukowcy z łódzkiego Uniwersytetu Medycznego.  Prof. Andrzej Bednarek razem z doktorantką Magdaleną Orzechowską wyliczył, jak będzie wyglądał rozwój epidemii COVID-19 w Polsce. Gdyby się stosować do restrykcji obowiązujących do niedawna, to epidemia mogłaby wygasnąć przed końcem roku, ale jeśli znikną ograniczenia i Polacy przestaną się do nich stosować, to liczba zainfekowanych zacznie przyrastać pod koniec sierpnia, a szczyt epidemii naukowcy przewidują na październik. – W połowie października zakażeń może być ok. 3 mln., a wszystkich zakażeń może być nawet do 6 mln – mówi prof. Bednarek.
Na świecie nie wygasła jeszcze pierwsza fala pandemii, a epidemiolodzy już alarmują, że wzbiera druga fala. W ostatnich tygodniach liczba nowych przypadków wzrosła na świecie z około 100 tys. dziennie do blisko 130 tys. Niestety, nie mamy pojęcia, na jakim etapie jest „nasza” epidemia. Nie robimy wystarczającej liczby testów, by to oszacować. Na pewno realnych zakażeń jest znacznie więcej niż podają oficjalne dane, i można oczekiwać kolejnych. Nie tylko w Krakowie, gdzie abp. Marek Jędraszewski serdecznie zaprasza do tłumnego udziału w procesji Bożego Ciała.
***
Prezydent Białorusi zalecał niedawno swoim rodakom rozprawienie się z wirusem za pomocą “gry w hokeja i wódki”. PiS wymyślił inną receptę: proponuje Polakom pokonanie epidemii za pomocą wyborów. Plan jest taki, że do 28 czerwca epidemia będzie przygasać i obostrzeń będzie ubywać. A potem się zobaczy. Jeśli wybiorą Dudę, to pewnie wprowadzi się stan klęski żywiołowej z obostrzeniami, które pozwolą naprawdę pokonać koronawirusa. A jeśli nikłą różnicą głosów wygra konkurent, to nowa izba SN może ten wybór unieważnić, z powodu oczywistej niekonstytucyjności. I wtedy epidemia wybuchnie w Polsce z taką siłą, że konieczny będzie stan wyjątkowy z zakazem zgromadzeń, cenzurą Internetu, mobilizacją wojska i sił porządkowych oraz pełną izolacją obywateli. Winna temu będzie rzecz jasna opozycja, która nie zgodziła się na wybory 10 maja.
Miejmy nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie sprawdzi. Ale warto wziąć go pod uwagę tworząc własne, bardziej optymistyczne prognozy.
Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl 
06 06 2020 Sz. Hołownia - kolejna polityczna wydmuszka.
Tak jak przypuszczałem Sz. Hołownia zapowiedział powstanie jakiegoś ruchu społecznego. Kandydat znikąd i bez żadnego doświadczenia politycznego nagle staje się kandydatem na prezydenta. Ojcowie założyciele jego kandydatury są przewidywalni do bólu. W ostatnich latach najpierw przed wyborami parlamentarnymi wykreowano R. Petru i jego Nowoczesną a fundamentem jego zaistnienia w świecie polityki było szeroko rozumiane środowisko dawnej UD/UW/demokraci.pl, onegdaj niemal głównych beneficjentów zdradzieckiego Okrągłego Stołu. Jej ideowymi i decyzyjnymi ojcami założycielami byli: "sorosowo-bankstersko-prywatyzacyjny" L. Balcerowicz, "bilderbergowy" A. Olechowski i... W. Frasyniuk z zapewne duchowymi idolami w stylu A. Smolara, A. Michnika czy W. Kuczyńskiego oraz zapewne jacyś spec-chłopcy z dawnych służb specjalnych. Nowoczesna miała być czymś na kształt alternatywy dla PO, gdyby ta ostatnia miała problemy z wygraniem wyborów a nawet odebrać glosy lewicy, ale tak naprawdę miała wzmocnić o nowych wyborców obóz antypisu. Jej "zbrojnym" ramieniem był w dużej części KOD.
Całe projekty "Ryszard Petru", .Nowoczesna i KOD legły w gruzach.W dużej mierze ze względu na pustotę umysłową liderów i lekceważeniu zwykłych ludzi.
Niemal w tym samym czasie (2015 rok) pojawił się P. Kukiz i jego niby bezpartyjny ruch, który po części miał odebrać głosy PiS a sam odebrać głosy A. Dudzie w wyborach prezydenckich i to wówczas niestety się udało. Dlatego też obecny prezydent nie wygrał już tamtych wyborów w pierwszej turze, co byłoby wydarzeniem nad wyraz istotnym. Na pewno przecież istniał wtedy taki w sumie dość kuriozalny plan, skoro B. Komorowski będąc zupełnie przekonanym, iż głosy oddane na P. Kukiza w pierwszej turze wyborów prezydenckich zostaną zagospodarowane właśnie przez niego ogłosił słynne referendum na temat m.in. sztandarowego projektu muzyka, tj. JOW-ów.
Następnie P. Kukiz w wyborach parlamentarnych miał odebrać głosy PiS-owi i tak się niestety stało. Dlatego też ZP (PiS i koalicjanci) nie uzyskali wyniku dającego im kwalifikowaną większość niezbędną do długoterminowej stabilności dla "dobrej zmiany" a także zmiany fatalnej i feralnej Konstytucji RP a taka możliwość istniała przy obecnej ordynacji wyborczej. Najprawdopodobniej też pomylono się w ustalaniu ostatecznego procentu głosów uzyskanego przez PiS, bowiem w najgorszym razie zakładano zwycięstwo ZP, ale takie aby do stworzenia rządu potrzebna była koalicja z Ruchem P. Kukiza (casus LPR i w mniejszym stopniu Samoobrony w rządzie PiS z lat 2005-2007). Jakiż strach musiał przed tamtymi wyborami panować wśród zdrajców Polski i Polaków zwanych elitami III RP to można zrozumieć poprzez fakt, że przecież był potrzebny nie tylko P. Kukiz, ale jakaś efemeryda polityczna pod nazwą Nowoczesna przejmująca głosy niezadowolonego elektoratu PO.
Jednak była zasadnicza różnica pomiędzy sponsorami Nowoczesnej a Ruchu P. Kukiza. O ile ci pierwsi są znani i są "marionetkami" międzynarodowych etniczno- społeczno -polityczno- korporacyjno -banksterskich elit światowych to jednak pierwszymi sponsorami P. Kukiza byli rodzimi tzw. bezpartyjni samorządowcy. Sądzę też, że sponsorami P. Kukiza były te same osoby co Nowoczesnej. Projekt pod nazwą Paweł Kukiz i 'Kukiz15" legł w gruzach.
A teraz znów przed wyborami prezydenckimi "wyciągnięto z kapelusza" Sz. Hołownię. Wykreowano go niemal identycznie jak R. Petru czy P. Kukiza, przy czym teraz trudno jest tak naprawdę wskazać kto go decyzyjnie "sponsoruje" i kto go finansuje a takie informacje byłyby nad wyraz potrzebne. Na razie możemy to ocenić jedynie po jego sztabie wyborczym, do którego należą m.in. związany ściśle z PO Jacek Cichocki , Michał Kobosko (dziennikarz związany m.in. z Newsweekiem), Olga Adamkiewicz (businesswomen-marketingowiec), Agnieszka Buczyńska i Stanisław Zakroczymski (również związany z dziennikarstwem). Prawdopodobnie Sz. Hołownia powstał aby odebrać część zawiedzionych wyborców PO i wyborców PSL oraz niezdecydowanych, w tym młodych ludzi. Pozostaje jednak w dalszym ciągu pytanie kto tak naprawdę go wykreował i czy znów nie "maczali w tym palców" postkomunistyczni spec-chłopcy z otoczenia TVN.
Ludzie tworzący takie organizacje i kreujący takich liderów mają tylko kilka celów i to nie związanych z dobrem narodu, któremu mają służyć, czyli chodzi im jedynie o władzę, pieniądze oraz realizację politycznych i biznesowych celów nadrzędnych "sponsorów". To jest chyba jasne, że nikt nie tworzy takiej organizacji i nie kreuje takich ludzi bez pieniędzy a już w przypadku ruchów, które nie miały wcześniej dotacji państwowych w szczególności Te pieniądze wówczas dają sponsorzy a kto płaci ten potem wymaga... nieprawdaż? Pomijając jednak "decyzyjnych nadzorców" obecnej opozycji to przerażający jest poziom intelektualno-moralny elit, które ukształtowane zostały przez cały okres III RP. Śmiem nawet twierdzić, że jest katastrofalnie niższy niż kiedyś poziom elit komunistycznych. Rynsztokowy słownik, brak podstaw wiedzy, cynizm, pogarda dla Polaków, przeświadczenie o danej raz na zawsze władzy, nepotyzm, korupcja, własny interes przedkładany nad ogólnonarodowy, prymitywizm, mentalność niewolonika i zdrajcy... to m.in. tylko niektóre elementy cechujące te cuchnące Targowicą kreatury.
Reasumując. Sz. Hołownia jest kolejną wydmuszką polityczną, która skończy jak R. Petru czy P. Kukiz. Polacy są coraz bardziej świadomi i już nie dają się tak łatwo omamić i manipulować. Przecież nawet jakakolwiek kariera zawodowa musi przebiegać etapami i wraz ze wzrostem doświadczenia i poprzez podnoszenie kwalifikacji można kolejno awansować aż do najwyższych funkcji w określonej firmie. To wymaga lat pracy. W polityce jest podobnie... Krzysztof Jaworucki. Źródło: niepoprawni.pl
- Hołownia i pierwsze skojarzenie to sutanna. To ze starości pewnie to u mnie się wzięło!?
- Hołownia chce by polityka była dla obywateli tak jak w starożytnym Rzymie!? Do dziś nie ujawnił kto sponsoruje jego kampanię wyborczą!? Czyżby za nim stali obywatele w sutannach!?
Z forum:   - Witam! Trzaska dzisiaj odwiedził nasz region Zakopane, chcąc zbierać podpisy. Ludzie śmiali się, że chodzą nowi "świadkowie jehowy". W górach, to największa obelga dla przybysza. Jakaś idiotka "posełka" z PO porównywała wydarzenie z pamiętną wizytą Naszego Papieża. Szkoda, że nie wiedziałem, bo zorganizowalibyśmy mu medialne merytoryczne powitanie.
- Naprawdę zastanawiam się skąd Sz. Hołownia ma pieniądze na kampanię wyborczą, bo np. Duda, Trzaskowski, Kosiniak-Kamysz, R. Biedroń czy nawet K. Bosak mają pieniądze partyjne m.in. z dotacji państwowej a Hołownia? Warto byłoby dokładnie prześwietlić jego finanse. Wtedy byśmy się na pewno dużo dowiedzieli. Problem jest w tym, że niby "ogłosił" zbiórkę na kampanię i może się tłumaczyć, że kasę dostał od anonimowych darczyńców. Tym niemniej PKW winna szczegółowo rozliczyć Hołownię. Podobno Hołownia stwierdził, że jakby wygrał wybory to desygnowałby na premiera Trzaskowskiego (sic!). Widać więc, że wszyscy totalni to jedna stajnia, której program można zawrzeć jednym słowem: "antypis". 
04 06 2020 Płynie woda płynie po polskiej krainie.
W staraniach, by Polska rosła w siłę, a ludzie przy władzy żyli dostatniej, „dobra zmiana” wyprzedza komunistycznych sekretarzy o dobrych kilka długości. Co, jak co, ale susza nam w tym roku raczej nie grozi. Nie, żeby IMiGW zapowiadał falę opadów. Wręcz przeciwnie, już za chwilę rozpoczną się nad Wisłą i Odrą afrykańskie upały. No, ale od czego mamy polityków i to jeszcze polityków w szczycie formy i kampanii wyborczej. Toteż płynie woda, płynie po polskiej krainie, a na głównego hydrologa kraju ostatnio wysforował się urzędujący prezydent. Bo nagle się okazało, że projekt przekopu Mierzei Wiślanej to inicjatywa… „głowy państwa”. Owszem, pierwszą łopatę wbijał w piasek pan prezes, ale tak naprawdę wszystko – okazuje się – wymyślone zostało w Belwederze. I teraz prezydent z premierem, upozowani malowniczo na tle wielkiej wydmy, zachwalali nową inwestycję z powodu wody, która ma tędy popłynąć wprost do Elbląga, żeby przeładowywać tam wszystko to, co już teraz bez rozkopywania Helu spokojnie przeładować można w Gdańsku.
Może dlatego właśnie inwestycja nabrała ostatnio nowego znaczenia jako obiekt „strategiczny”. Ale wiele wskazuje, że zanim kanał stanie się przedmiotem jakiejkolwiek strategii, jeszcze  dużo wody upłynie do Bałtyku. Na razie jedna ze sztandarowych Wielkich Budów Pisizmu przypomina dużą  piaskownicę dla chłopców z jeszcze większym ego i wygląda, że ten kanał, to wpuszczenie nas wszystkich w niezły kanał. Inne projekty też wyglądają na takie bardziej  księżycowe. Dość przypomnieć CPK  Baranów. Jak wynikło z wizji lokalnej posłów KO, tam, gdzie miało być lotnisko, to na razie jest ściernisko. Albo raczej łąka. Taka w sam raz do utuczenia sporego stada baranów. I można iść o zakład, że niejeden baran będzie tu miał niezły wypas przynajmniej do czasu, aż nowy port lotniczy w Berlinie nie uświadomi niedowiarkom, po co jest to lotnisko. A po co jest? Jak to, po co? „Patrzcie, mówimy, to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt się nie ma prawa przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji, które sobie postoi puste przez lat parę na świeżym powietrzu i zmurszeje. I co się wtedy zrobi? Protokół zniszczenia”.
Tak naprawdę to Wielkie Budowy Pisizmu zaspokajają chyba głównie megalomańską potrzebę władzy, by zostawić po sobie nie tylko słownik „pisizmów” , ale też coś bardziej konkretnego. Tak jak po sekretarzu Edwardzie Gierku została „gierkówka”. Mocno już zdezelowana, ale jednak. Po drugie – i o tym wprost wspominali prezydent z premierem na tle kupy piachu, takie wielkie inwestycje to tysiące miejsc pracy i jest to patent wykorzystywany od stuleci. Na kłopoty ekonomiczne nie ma jak kopanie rowów lub budowanie piramid. Poza tym – spójrzmy realnie. Spółek skarbu nie starczy dla wszystkich przychylnych aktualnej władzy, a na wielkich budowach socjalizmu też urodziła się przecież niejedna fortuna. No, przynajmniej taka na miarę tamtych czasów. Ale że potrzeby nam urosły, to i poparcie „dobrej zmiany” musi kosztować odpowiednio więcej.
Toteż aktualny zarządca łąki pod Baranowem, a  zapewne  i  dyrektor  wydmy  na Mierzei, zarabiają miesięcznie jakieś 30 000 złotówek. I tak skromnie. Więcej dostają nawet asystentki prezesa Glapińskiego w NBP za noszenie za nim teczki  oraz choćby Magdalena Ogórek z TVPiS za to, że się ładnie uśmiecha na wizji. No, ale CPK nie zszedł jeszcze na dobre ze stołów kreślarskich. A na koniec i tak się zrobi „protokół zniszczenia”. W staraniach, by Polska rosła w siłę, a ludzie przy władzy żyli dostatniej, „dobra zmiana” już na etapie planowania wyprzedza komunistycznych sekretarzy o dobrych kilka długości.
Wracając zaś do lania wody, to – jak się okazało – pan prezydent stoi również za projektem „małej retencji”, który ma wspomóc finansowo program budowy przydomowych zbiorników – oczek wodnych. Ale chyba się „oczko urwało temu misiu”, bo jest to pomysł znany od co najmniej pół roku i to bynajmniej nie jako inicjatywa prezydenta. Promują go od dość dawna „Wody Polskie”, a ma on obejmować dopłaty do budowy studni głębinowych oraz stawów o powierzchni do – bodaj – pół hektara, ale na razie nie ma żadnych przepisów wykonawczych. Dofinansowanie też zawrotne nie jest, bo państwo ma dokładać do podobnych projektów po – góra – 5 tysięcy zł. W teorii miałoby to być wsparcie do wysokości 85 procent kosztów kwalifikowanych, ale każdy, kto ma pojęcie o cenach takich inwestycji wie, że to nic innego, jak zwykłe lanie wody. Tak więc wody nam w tym roku zdecydowanie nie zabraknie. No, chyba że tej w Wiśle. Bożena Chlabicz-Polak.  Źródło koduj24.pl
CPK budują już od 2017 roku, i jak na razie zbudowali tylko makietę, a prezesi(4) biorą po 30 tys zł za jej pilnowanie. Przypominam, że Gdynię tak często cytowaną przez Dudę wybudowano w 2 lata!?
Oczko wodne, a w nim kaczorek nadmuchany, nie zaś złoty!? Suski do Sasina: A gdyby tak zbudować Centralne Narodowe Oczko Wodne z Ostrym Cieniem Mgły w Radomiu, tuż obok latarni morskiej, i stoczni!? 
04 06 2020. "Demontaż państwa już się skończył. Teraz będą znikać ludzie. - Janusz Kurtyka, 6.04.2010r., 4 dni przed "katastrofą smoleńską" w której zginął.
Znalezione w sieci :""W 2005 roku szefowie Skull And Bones zdecydowali się rozdzielić swoich agentów z PO i PIS i zastosować metodę przelewania cieczy w naczyniach połączonych. Docelowo obie partie mają doprowadzić Polskę do upadku, a zanim to nastąpi wytransferować miliardy dolarów do Izraela i USA.
Najpierw w latach 2005-2007 rządził PIS. W tym czasie przygotowano prawne ramy do dochodzenia przez Izraela gigantycznych odszkodowań od Polski. Zadaniem PIS było usunięcie z politycznej stawki polskich partii Samoobrony i LPR, by nikt nie patrzył PO, PSL i PIS na ręce. Kaczyński wyczyścił przedpole i otworzył Platformie i PSL drogę do samodzielnych rządów bez zbędnej asysty.
Od 2007 roku PO i PSL lawinowo zadłużały Polskę , a świadoma zbliżającego się upadku kraju partyjna sitwa rozkradała kraj. W 2009 roku mąż brytyjskiej syjonistki Radosław Sikorski i syjonista Bartoszewski, w zwyczajowo przyjęty w stosunkach międzynarodowych sposób, uznali , w imieniu Polski treść Deklaracji Terezińskiej otwierającej drogę do realizacji roszczeń Holocaust Industry wobec Polski. Ciecz przelano po raz pierwszy. Podziały społeczne pogłębiono wydarzeniami 10.04.2010 roku, jakie miały utwierdzić Polaków w przekonaniu , że PO i PIS to zaciekli wrogowie. Przez lata 2007-2015 PO i PSL, przez bezmiar patologii, utorowały drogę do władzy PIS-owi , który obietnicami naprawy państwa ostudził nastroje społeczeństwa żądnego rozprawy ze złodziejami, oszustami, z patologicznym wymiarem sprawiedliwości. Tak ciecz została przelana po raz drugi.
Aktorzy z PIS, przez następne pięć lat robili co mogli by nie odpuścić do jakichkolwiek rozliczeń i reform. Pisali głupie ustawy na kolanie dając PO i PSL szanse na prowadzenie jałowych sporów ciągnących się miesiącami. Przez pięć lat to Franz Timmermans nie dopuścił do refom i rozliczeń w kraju. Dobra zmiana bezradnie rozkładała ręce, a uśpiony łatwymi pieniędzmi elektorat miast i wsi wygrażał Brukseli.Tak Kaczyński zyskiwał dzień za dniem, miesiąc za miesiące, a pieniądze płynęły rzeką do Tel Awiwu i Waszyngtonu. Kadra PIS utuczyła się na posadach w Spółkach Skarbu Państwa, część zapewniła sobie dostanie życie w Europarlamencie. Dobra zmiana zarobiła wielkie pieniądze na zakupie broni od USA , biorąc solidną prowizję za trudne i wyczerpujące negocjacje. Niezły procencik spływał na jej konta za każdą transzę jaka wędrowała do dyspozycji Holocaust Industry.
Kiedy nagrodzono ogiery Jarosława bajońskimi dietami z Brukseli dla mnie już było jasne że PIS szykuje się powoli do przekazania pałeczki braciom z PO i PSL.
Przez pięć lat PIS wykonał zadanie, wytransferował ponad 200 mld USD z Polski, nie przeprowadził ani jednej reformy, zniszczył prawo, uwikłał w politykę Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy. To oczywiste że przyszedł czas zmiany, bo społeczeństwa długo oszukać się nie da. Skull And Bones zaplanowali upadek rządu PIS w związku z pandemia wirusa. Kaczyński chętnie z resztą odda władzę, bo nadchodzi czas twardych działań. Co innego okradać, a co innego zabijać. To już nie jest koszerny interes. Kaczyński sam zaczął topić swoją partię.
Pierwszym sygnałem, że Kaczyński odcina powoli PIS od władzy była sprawa Banasia. Ta jednak nie nadwyrężyła notowań PIS. Nowogrodzka rzuciła PO i PSL kolejne koła ratunkowe. Celowo desygnowano na stanowisko Ministra Szumowskiego, uwikłanego w podejrzane związki, kumoterstwo i korupcję. Naczelnik Kaczyński sam zarządził zdjęcie piosenki Kazika z listy przebojów. W ramach tej operacji autodestrukcji desygnowano obciążonego skandalem Zaradkiewicza do Sądu Najwyższego. Kiedy okazało się że Kidawa - Błońska totalnie poległa w przedwyborczym wyścigu PIS symulował zamiar przeprowadzenia wyborów , by w końcu umożliwić PO zmianę kandydata.
Z Nowogrodzkiej celowo polecono policji brutalność w blasku fleszy by osłabić PIS. Tanajno to wspólny produkt POPIS, który w nadchodzących wyborach ma odciągnąć przedsiębiorców od Dudy. Kaczyński jest jednym z ojców Tanajno. To oczywiście powtórka z rozrywki, powielenie schematu z Palikotem. Przed nami ciężki kryzys w Polsce. Notowania PIS już spadają na łeb na szyję. Z kolei Trzaskowski po dziewięciu dniach od ogłoszenia kandydatury ma już 25%. PIS zostanie obciążony odpowiedzialnością za ten kryzys i przebieg pandemii starci władzę a ciecz przelana zostanie po raz trzeci. Przed nami najpierw wygrana Trzaskowskiego, po niej dojdzie do przedterminowych wyborów i uformowania się koalicji PO z PSL z możliwą przystawką starych towarzyszy z SLD. PSL już podał rękę Trzaskowskiemu oferując mu pomoc w zbiórce podpisów. Dalej ruszy do akcji seryjny samobójca, a nowy rząd ostro pociągnie za cugle, przymusowo zaszczepi Polaków, wdroży 5G i wycofa pieniądze z obrotu. Równolegle będą dalej transferowane aktywa do Waszyngtonu i Tel Awiwu aż do ogłoszenia przez Polskę niewypłacalności i przejęcia władzy w Polsce przez Komisarzy z zagranicy. Źródło Facebook 
02 06 2020 Czy Schetyna i Grodzki, chcieli wykończyć Budkę i Trzaskowskiego? I co na to Tusk?
Tak po „dziennikarsku” zacząłem, sensacja goni sensację, ale jest wiele faktów, które po prostu na taki scenariusz wskazują. W PO ścierają się frakcje polityczne i te są powszechnie znane, zresztą sami politycy o nich otwartym tekstem mówią. Ostatnio Budka miał pretensje do Schetyny, że „skrzywdził Małgosię”, czyli Kidawę-Błońską. Zgrzytów i wojen w PO jest znacznie więcej, mówi się na przykład, że w roli szefów sztabu nowego kandydata Szłapkę i Arłukowicza ma zastąpić Nitras i ktoś tam jeszcze. Mnie ta „jakościowa” zamiana śmieszy, ale w szeregach największej partii opozycyjnej  panują raczej ponure nastroje, które się przekładają na kompletnie niezrozumiałe decyzje.
Z chwilą, gdy PiS pozwolił PO wymienić kandydata, o co toczył się śmiertelny bój, logika i rozum podpowiadały, że Trzaskowskiemu trzeba dać jak najwięcej czasu na kampanię i zebranie podpisów. Oczywiście istnieje taka teoria, że im później odbędą się wybory, tym szanse Andrzeja Dudy są mniejsze, a kandydatów opozycyjnych większe. Problem z teoriami polega jednak na tym, że niekoniecznie pokrywają się z praktyką. Póki co opóźnienie wyborów skompromitowało Kidawę-Błońską i obniżyło notowania Biedronia prawie do zera, z kolei Kosiniak-Kamysz i Hołownia solidarnie zaliczają spadki. Dopiero po wejściu Trzaskowskiego do gry miało nastąpić „pikowanie notowań” Andrzeja Dudy, ale tu znów mamy totalne nieporozumienie. Trzaskowski nie wystrzelił w górę, ani Andrzej Duda lawinowo nie traci poparcia. Obecne sondaże odzwierciedlają naturalny podział sił, jaki mieliśmy przed „pandemią”. Wtedy kandydatka PO zbierała około 25%, a kandydat PiS balansował na 40%. Nic, kompletnie nic się nie zawaliło i nie wystrzeliło, wróciła „stara normalność”.
Wracając po tej dłuższej dygresji do terminu wyborów, widzimy wyraźnie, że powtarzanie schematycznych zaklęć ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Dodatkowo PO doskonale wiedziała, że Kaczyński dogadał się z Gowinem i w tych warunkach blokowanie ustawy w senacie, co ściśle wiąże się ze skróceniem czasu oficjalnej kampanii, jest ostatnią rzeczą, jaka służy Trzaskowskiemu. Fakty te w końcu dotarły do większości polityków PO i to jest dobry moment, żeby wrócić do tytułowych postaci. Nie widziałem jednej entuzjastycznej wypowiedzi Grodzkiego i Schetyny o kandydacie Trzaskowskim. Po drugiej stronie Budka niespecjalnie się angażował w propagandową zadymę, która miała przekonać, że wybory mogą się odbyć wyłącznie po opróżnieniu stanowiska przez Prezydenta RP. Sam Trzaskowski też nie wykazywał najmniejszej aktywności, dopiero w ostatnich dniach zaczął mówić, że ludzie są zmęczeni i czas wybrać prezydenta. Grodzki zajmował dokładnie odwrotne stanowisko.
O co w takim razie w tym wszystkim chodzi? PO sama sobie torpeduje wybory, które mogą zdecydować o przetrwaniu całej partii? Budka wprost oświadczył, że jeśli Trzaskowski nie przejdzie do drugiej tury, to może być początek końca PO. Takich rzeczy w polityce nie mówi się nigdy, jedynym wyjątkiem jest głęboki kryzys wewnętrzny. Wcześniej Hanna Gronkiewicz-Waltz alarmowała, że nominacja Trzaskowskiego zagraża komisarycznym zarządem PiS w Warszawie i wskazała Sikorskiego jako właściwego kandydata. Sam Trzaskowski też bronił się przed kandydowaniem, a tak zwane zaplecze PO zachowuje się równie dziwnie. Jeśli mecenas Giertych pisze na Twitterze, że zagłosuje na Hołownię, to wiadomo, że on samobójcą nie jest i realizuje interesy tych, dzięki którym żyje jak pączek w maśle.
Tylko jedna diagnoza wchodzi w grę, gdy się patrzy na irracjonalne zachowania PO. Nikt tam nie wierzy w zwycięstwo Trzaskowskiego, podobnie zresztą jak nie wierzono w zwycięstwo Kidawy-Błońskiej. Gra toczy się w dwóch kierunkach, jednym jest przejęcie lub utrzymanie władzy w PO i wiadomo, że im gorzej wypadną wybory, tym lepiej dla Schetyny i jego stronników, a i parę innych frakcji się ucieszy. Drugi kierunek to rozsadzenie PO, aby w to miejsce powstało coś „nowego”, no i w ten scenariusz idealnie wpisuje się Giertych, związany z Tuskiem i jego ludźmi. Krąży plotka po warszawskich „salonach”, że Tuskowi marzy się takie rozstrzygnięcie i jest to do Tuska podobne, patrz Unia Wolności, którą też dobił. Jakaś nowa siła nie z jednym Tuskiem na czele, ale „trzema tenorami”, pasuje mi do politycznych „talentów” Tuska i Giertycha jak ulał, wystarczy poszukać trzeciego. 
Źródło: niepoprawni.pl
31 05 2020 Trzeba znacjonalizować pasztetową.
PiS i skrajna lewica mają podobne pomysły na zbawienie Polski. W licytacji pomiędzy obozami Adriana Zandberga i Jarosława Kaczyńskiego na najbardziej szkodliwe pomysły nacjonalizacyjne górą chwilowo jest ten ostatni. „Będzie sieć państwowych sklepów spożywczych” – zapowiedział wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń, dodając, że państwo, które już buduje holding w produkcji i przetwórstwie rolnym, chce wejść także na rynek sprzedaży, aby być obecnym w całym cyklu produkcyjnym i zaopatrzeniowym „od pola do stołu”.
Lewica na zmianę z prawicą od dawna kwestionują rynek i własność prywatną, czyli konstytucyjne podstawy gospodarczego ustroju Polski. Zdaniem piewców nacjonalizacji własność stała się „fetyszem”, któremu należy się przeciwstawić. Domagają się więc, by to władza budowała i wynajmowała ludziom mieszkania, by leczyła ich w państwowej służbie zdrowia (rząd PiS zdelegalizował nawet niepaństwowe karetki pogotowia), niektórzy przebąkują o „szkodliwości” prywatnej oświaty – na razie jeszcze półgębkiem, ale jeśli uda się oswoić opinię publiczną z tym pomysłem, hasło niewątpliwie zostanie oficjalnie wpisane na sztandary.
Prawo i Sprawiedliwość sprawuje władzę, więc nie ogranicza się do gadania, lecz działa – nacjonalizuje banki, firmy energetyczne, zapowiada budowę holdingu hotelarskiego, chce „repolonizować” media… Jednak pomysł, by rząd produkował i sprzedawał narodowi pasztetówkę jest rekordem absurdu, który trudno będzie pobić. PiS chce, by kierowane przezeń państwo było obecne w życiu obywateli od pola do stołu, od łóżka do izby porodowej (ma się rozumieć w państwowym szpitalu, z krucyfiksem na ścianie), od przedszkola do pierwszej komunii i od Marszu Niepodległości do wiecu pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego. Państwo ma obywatela, czy raczej poddanego, wychowywać, kształcić, zatrudniać, zaopatrywać w artykuły pierwszej i drugiej potrzeby, regulować jego tryb życia, decydować, w które dni ma robić zakupy itd.
Ten model ustrojowy Polacy przerabiali w drugiej połowie XX wieku i odrzucili go w 1989 r. – wydawało się, że na zawsze. Przypomnijmy, że nosi on miano „totalitaryzmu”, bowiem zakłada totalne podporządkowanie jednostek państwu. Dziś ten termin kojarzy się głównie z gułagiem, masowymi mordami i ubeckimi katowniami. Niesłusznie. Istotą totalitaryzmu nie jest krwawy terror, lecz totalne ubezwłasnowolnienie ludzi, pozbawienie ich jakiejkolwiek autonomii i poddanie ich nadzorowi państwa we wszystkich sferach ich życia. Krwawa przemoc może temu towarzyszyć (zwłaszcza gdy poddani się buntują), ale wcale nie musi. Państwo totalitarne może przybierać pozę dobrotliwego „opiekuna”.
Oddajmy sprawiedliwość radykalnej lewicy spod znaku Partii Razem i innych podobnych ugrupowań: jej ideolodzy i aktywiści nie mają zamiaru ubezwłasnowolniać ludzi ani nie chcą pozbawiać ich wolności. Pod tym względem różnią się od polityków pisowskiej prawicy. Naprawdę, z dziecięcą naiwnością wierzą, że szkodliwe recepty nacjonalizacyjne tym razem okażą się godne i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Są przekonani, że postulując w istocie to samo, co w sferze gospodarczej robi PiS, a niegdyś PZPR, osiągną całkiem inne rezultaty.
To wynik ignorowania ważnego wcześniejszego doświadczenia, a mianowicie – że całe pokolenia ludzi światłych i szlachetnych poszukiwały kamienia filozoficznego o nazwie „socjalizm z ludzką twarzą” – i nie zdołały go znaleźć. Zamiast tego odkryły prawdę, która – wydawało się – na trwałe wejdzie do kanonu wiedzy powszechnej: że „opieka” wszechwładnego i wszechwiedzącego państwa jest śmiertelnym zagrożeniem dla obywateli i że najlepszym zabezpieczeniem wolności jest ograniczenie wpływów tego państwa oraz kontrolowanie władzy za pomocą prawa i niezależnych od niej instytucji oraz wyposażenie jednostek w autonomię opartą m.in. na własności.
Doktrynerska, radykalna część lewicy najwyraźniej nie przyswoiła sobie tej wiedzy. Nie zraża jej nawet fakt, że praktyka rządów PiS dostarcza niezbitych dowodów na szkodliwość jej pomysłów. Przez kilka ostatnich lat jednym z jej sztandarowych haseł było przeciwdziałanie tzw. wykluczeniu transportowemu poprzez uruchamianie i utrzymywanie przez państwo linii kolejowych oraz autobusowych. Postulat ten – podobnie jak wiele innych haseł – pozornie brzmi dobrze. Jednak właśnie wyszło na jaw, czym może grozić: konduktorzy PKP Intercity w całej Polsce dostali od szefostwa polecenie, że mają donosić o pasażerach jadących na protest przedsiębiorców w Warszawie. I co, nadal marzycie o państwowych pociągach? Gdy wyobrażam sobie Polskę, w której wcielono takie idee w życie, widzę swoje dzieci żyjące w mieszkaniach wynajętych od władz i jadące państwowym autobusem do państwowego sklepu po wyprodukowaną przez państwo pasztetową. Po moim trupie. Wojciech Maziarski
Źródło: koduj24.pl
Państwowe znaczy się niczyje, znowu można będzie bezkarnie kraść, no ale to już przerabialiśmy!?
Cały majątek gromadzony przez pokolenia jest w posiadaniu tych co sprawują władzę po 1989 roku!? Czy naród jest w stanie to odebrać!? Chłopi w ramach reformy otrzymali ziemię, którą dziś potomkowie sprzedają, a robotnicy w ramach nacjonalizacji przejęli kontrolę na fabrykami. No i jak to się stało, że jedni mają majątki, a ci drudzy tylko ruiny po fabrykach !?
Złodzieje, krętacze budują pałace
Uczciwość w kompleksy wpędzona
I toczy się świat, przybywa nam lat
A mądrość pacierzem uśpiona
U steru drużyna - wnuczęta Lenina
Do żłobu z wyboru wpuszczona
Lokajom komuny, dziś pieści kałduny
Rodakom kaszanka sądzona
Mamona
Tylko mamona

Gigantyczna afera rodziny ministra ukazuje prawdziwą twarz rządów PiS. Za ochłapami transferów socjalnych kryją się mafijne interesy, niewyobrażalne dla przeciętnego Polaka!? Jatki będą otwierać, tanio kupić, drogo sprzedać!?Tak dobrze szedł interes na koronie, że pisowcy postanowili otworzyć sieć sklepów kontrolowanych przez państwo Szu...Mor...!? Że będzie drogo to nic to, da się kartki zamiast programów „+” , i po sprawie!? 
30 05 2020 Taka jest Polska właśnie.
Krajem, w którym każde kłamstwo uznawane jest za prawdę, amatorszczyzna za profesjonalizm, miałkość intelektualna za wyżyny inteligencji. W czasach PRL pod jednym względem było łatwiej – całe zło, które rządziło Polską, a nas trzymało krótko za twarz, pochodziło od „obcego”. Wszelkie dyrektywy, nakazy, ograniczenia praw i swobód obywatelskich przychodziły z Moskwy i jakże łatwo było odróżnić wroga od prawdziwego Polaka. Oczywiście, byli konfidenci, aktywiści partyjni, którzy dla kariery zaprzedali duszę sowietom, to jednak nie zmieniało przekonania, że jesteśmy my, naród i są oni, narzuceni nam przez Wielkiego Brata. Granica była czytelna, zupełnie klarowna.
A jak jest teraz? Jeszcze wczoraj mój uśmiechnięty sąsiad, z którym zamieniałam kilka słów o pogodzie i małych problemach egzystencjalnych, dzisiaj zagląda mi przez okna, by wytykać mi, że żyję nie w zgodzie z obowiązującymi, katolickimi normami. Koleżanka z pracy, dotąd taka szara myszka pod pantoflem męża psychopaty, robi karierę w polityce i przebiega obok mnie, patrząc na mnie z pogardą, bo demokracja w wersji PiS zupełnie mi nie leży. Brat, który skończył 30-tkę, edukację zakończył na gimnazjum i wciąż nie potrafi znaleźć pracy zgodnej z jego wykształceniem, pakuje się na siłowni i lata po mieście z kolesiami, którzy podobnie jak on uważają się za ekspertów od polskiego patriotyzmu. Matka pełna oburzenia, broni księdza pedofila, bo to święty człowiek, a święty znaczy nietykalny, a ojciec znad kolejnej butelki z piwem, wznosi peany nad dobrodziejstwem partii rządzącej, dzięki pomocy finansowej której odzyskał swoją godność i poczucie, że teraz to tacy jak on dyktują, jak należy żyć.
Świat zwariował! Polska zwariowała! Rzeczywistość kwitnie w krzywym zwierciadle antywartości. Dzisiaj ci młodzi, którzy dopiero ukończyli studia prawnicze i nie mają żadnego dorobku zawodowego stawiają się nad wielkie autorytety z dziedziny prawa i konstytucjonalistów, uważając, że to oni wiedzą lepiej, rozumieją lepiej, lepiej się znają.  Niezła piosenkarka, ale o bardzo małym rozumku „ustawia” lekarzy i uczy ich o szkodliwości szczepień. Jedna z twarzy dzisiejszej Polski Kaja Godek stawia coraz to nowe antytezy, zaprzeczające nauce i przekonuje, że „geje chcą adoptować dzieci, żeby je gwałcić i molestować”.
Do głosu dorwała się Ordo Iuris, organizacja o wyraźnych cechach fanatyzmu i sekciarstwa, karmiąca nas papką ultrakatolicką, chcąca zrobić z Polski państwo teokratyczne, w którym duchowni decydują o sprawach cywilnych i religijnych,  a celem władzy ziemskiej jest realizacja nadrzędnej woli, władzy boskiej i urzeczywistnienie uniwersalnych zasad ustanowionych przez tegoż Boga. To właśnie członkowie tej instytucji przesłuchują dzisiaj studentów, którzy ośmielili się skrytykować jedną z wykładowczyń za jej krwiożercze poglądy homofobiczne. To oni chcą zindoktrynować szkoły, zlikwidować prawo do edukacji seksualnej i narzucić całemu narodowi życie podług doktryny Kościoła rzymsko-katolickiego.
Historycy zostali wymienieni na pseudonaukowców, którzy dzieje Polski poszatkowali na kawałeczki i nie mając pojęcia o tym, czym jest warsztat pracy historyka, umiejętność krytycznej analizy źródeł, logika myślenia historycznego, etyka zawodowa, rzetelność, wybrali sobie tylko to, co przydaje się, by fałszować polskie dzieje, wyrywać z kontekstu te zjawiska i wydarzenia, które da się wykorzystać politycznie. Dzisiaj taki historyczny oszołom bierze się za nauczanie tych, którzy na historii zęby zjedli i poświęcili lata na jej rzetelne, uczciwe przebadanie.
Twórców kultury posłano na drzewo, bo dzisiaj liczą się tylko twórcy bohomazów i kiczu, no i oczywiście ci, co to na chwałę bożą tworzą. Liczą się tzw. pięciominutowi celebryci, których jedynym osiągnięciem są oczy zielone, błyśnięcie dokonaniami grafomańskimi na blogu czy też dobre ustawienie się w blasku fleszy w obecności polityków partii rządzącej. Janda jest be, ojciec i syn Stuhrowie be, Tokarczuk podobnie, bo intelektem oraz dokonaniami nie wpisują się w obecny trend. Są po prostu za mądrzy, więc trzeba ich zniszczyć, wywalić poza margines polskości w wersji PiS.
Wybitni ekonomiści, finansiści, socjologowie, naukowcy, nauczyciele, lekarze, literaci, twórcy kultury i sztuki, świetni dziennikarze, politycy innych opcji, jeśli tylko nie idą w jednym szeregu z wodzem narodu, jeśli tylko wytykają błędy, krytykują za afery i totalną niemoc, skazani są na hejt i najchętniej władza wysłałaby ich na jakiś Madagaskar, bo psują dobre samopoczucie rządzących i przeszkadzają w budowie Polski miernoty i przeciętniaków.
Nie zapominajmy o politykach Zjednoczonej Prawicy, którzy z kłamstwa i odwracania kota ogonem uczynili swoje podstawowe narzędzie do manipulowania narodem. Oni nawet nie ukrywają, w jakiej części ciała mają obowiązujące prawo, tworzą jakieś nowe zasady funkcjonowania państwa, popełniając błąd za błędem i wciąż poprawiając kolejnego gniota. Mistrzowie teorii spiskowych, wietrzący na każdym kroku zdradę narodową i z jakimś psychopatycznym wręcz rozumieniem polskości. Demokracją nazywają swoją walkę ze społeczeństwem, ograniczanie swobód obywatelskich, robienie z ludzi idiotów, którzy są za tępi, by zrozumieć ideę misji i posłannictwa ojców narodu, niszczenie gospodarki, osłabienie Polski na arenie międzynarodowej. To oni wprowadzili w życie retorykę pełną prymitywizmu, chamstwa i agresji, jednocześnie żaląc się, gdy tylko ktoś odpowie im na tym samym poziomie. To oni są przykładem na to, co dzieje się z państwem, gdy do głosu dochodzą niedoróbki intelektualne z ogromnymi brakami w podstawowej wiedzy i brakiem umiejętności, ale za to z ogromnym przekonaniem, że lepszych na przywódców państwa od nich nie ma. I taka właśnie jest dzisiejsza Polska. Polska antywartości. Kraj, w którym każde kłamstwo uznawane jest za prawdę, amatorszczyzna za profesjonalizm, miałkość intelektualna za wyżyny inteligencji.
Polska, w której wrogiem nie jest ten „obcy”, ale właśnie ten sąsiad, koleżanka z pracy, brat czy tatuś. Nie da się zwalić winy na kogoś spoza nas. Nie da się szukać tego wroga poza granicami. On jest wśród nas, żyje z nami, mówi tym samym językiem. Z lubością niszczy wszystko, nawet to, o co latami walczyliśmy, czego pragnęliśmy, o czym marzyliśmy. Jakże łatwo było jednym PiS-em przekreślić minione 30 lat. Nie idealne, pełne błędów rządzących, ale jednak pachnące wolnością. Jaką Polskę oddajemy w ręce naszych dzieci i wnuków?
Tamara Olszewska. Źródło: koduj24.pl 
25 05 2020 Dwa tygodnie, które wstrząsnęły Polską.
Zimny prysznic społecznego protestu zmył lakier, którym przed wyborami partia władzy pomalowała sparciałą i rdzewiejącą konstrukcję państwa.
Niby nic wielkiego się nie zdarzyło. Ani nie zaczęła się rewolucja, ani nie skończyła się epidemia, ani nie wyrzucili nas z Unii, ani Kaczyński nie odszedł na emeryturę …  A jednak minęły ledwie dwa tygodnie, a świat wokół nas zmienił się nie do poznania.
10 maja Polska radziła sobie z pandemią najlepiej w całej Europie. Władza zarządzała kryzysem wręcz wzorowo. Sukcesów w walce z koronawirusem zazdrościli nam sąsiedzi, przywódcy krajów europejskich podobno nawet gratulowali naszemu premierowi dopytując się, jak rząd to robi, że prawie nie chorujemy. Dzisiaj Polska jest już bodaj ostatnim krajem Unii, gdzie epidemia ani myśli gasnąć, gdzie liczba nowych zachorowań jest wyższa niż wyzdrowień. Chorych przybywa, a krzywa zapadalności pracowicie pnie się w górę za każdym razem, gdy tylko ministerstwo nieopatrznie dopuści do zwiększenia liczby przeprowadzanych testów. Przybywa też rodaków zdumionych dziwnymi decyzjami rządu, który zamroził kraj, kiedy dziennie notowano ledwie kilkanaście zachorowań, a odmraża, gdy przypadków jest kilkaset, licząc tylko tych chorych, którzy zaznali dobrodziejstwa testów.
Zadziwiająco podobne i równie gwałtowne zmiany dotknęły naszą gospodarkę. Tuż przed 10 maja premier rozpływał się nad wspaniałą kondycją polskiego przemysłu. Nasi przedsiębiorcy byli najbardziej przedsiębiorczy w całej Europie, a rządzący wzorowo ćwiczyli konstruowanie tarcz chroniących firmy przed skutkami pandemii. Kasa państwowa nie była jeszcze pusta, bo premier wszystkie wydatki na walkę z COVID-19 cichaczem wypchnął poza budżet. Statystyki, podrasowane podobnie jak dane o liczbie ofiar koronawirusa, zmyliły nawet światowych ekspertów, którzy kilkanaście dni temu prognozowali osłabienie polskiej gospodarki ledwie o trzy procent z groszami. Po dwóch tygodniach okazało się, że przerabiamy tąpnięcie gospodarki niespotykane w żadnym innym kraju, że przemysł już w poprzednim miesiącu skurczył się o rekordowe 24,6%, czyli bardziej nawet niż w 1990 roku, gdy na gruzach PRL Polska rozpoczęła ryzykowną transformację.  A to jeszcze nie koniec, bo remedium na ewidentny kryzys mają być dalsze niekontrolowane wydatki. Rząd właśnie wyłączył stabilizującą regułę wydatkową, która dotąd nie pozwalała wydawać więcej pieniędzy,  niż ich przybywało dzięki rosnącemu PKB. Jeśli połączyć tę decyzję z udokumentowanym partactwem rządzących, licznymi przekrętami w wykonaniu funkcjonariuszy PiS oraz z bezkarnością gwarantowaną ustawowo – to hulaj dusza, piekła nie ma…
Zmienił się kraj, zmienili się ludzie. W przeddzień głosowania pocztowego Andrzej Duda był „kandydatem marzeń” Jarosława Kaczyńskiego z poparciem wyborców między 45 a 56 procent, w zależności od przyjętej metody badawczej, od tego kto za badania płacił i od politycznych preferencji sondażowni. Minęło ledwie kilkanaście dni i reelekcji obecnego prezydenta chce teraz ledwie 35-39% wyborców. Mimo, że Duda jako jedyny mógł prowadzić swoją kampanię w czasie epidemii i mimo przypisywania mu rozmaitych sukcesów i inicjatyw, z którymi nie miał nic wspólnego. Andrzej Duda najwyraźniej zgasł. Jeszcze niedawno, gdy w zamian za podpis umożliwiający przekazanie partyjnym mediom dwa miliardy złotych wymuszał usunięcie Kurskiego z fotela prezesa TVPiS, zdawało mu się, że siedzi przy głównym stoliku, a może nawet, że rozdaje karty. Kurski powrócił właśnie w chwale, a okpiony przez Kaczyńskiego Andrzej znów stał się Adrianem i antyszambruje w przedpokoju prezesa. Nawet własna formacja nie traktuje go serio. I chyba sam się też nie traktuje serio, bo przeciw powrotowi Kurskiego nawet nie zaprotestował.
W pierwszej dekadzie maja Łukasz Szumowski był liderem rankingu zaufania do polityków, ufała mu prawie połowa ankietowanych. Wtedy jeszcze przyzwoite media nie odkryły w pełni jego rodzinnych machlojek i mocno niepełnych oświadczeń majątkowych. Nie dostrzeżono wszystkich przekrętów w ministerstwie, które np. wydało 125 milionów na testy wykrywające wirusa zaledwie u jednego na pięciu zakażonych. Ale w trzeciej dekadzie maja minister zdrowia przestał być śmiertelnie strudzonym mężem opatrznościowym, bohatersko i zwycięsko walczącym z pandemią. Szumowski stał się wielkim problemem PiS, wręcz drugim Banasiem, ojcem chrzestnym lewych interesów z wykorzystaniem pandemii i nowych przepisów gwarantujących bezkarność kombinatorom z partii władzy.
Dwa tygodnie temu tysiące przedsiębiorców ufnie czekało na dotacje i wsparcie zapowiedziane w „tarczach” Morawieckiego. Dziś większość z nich nadal czeka. A na dokładkę okazało się właśnie, że wielu spośród tych, którzy już dostali i wydali pieniądze, opłacając koszty jałowego biegu swoich firm, będzie musiało zwrócić otrzymaną subwencję wraz z odsetkami, bo w trakcie gry władza zmieniła regulamin przyznawania wsparcia.
10 maja ból Kaczyńskiego był większy niż nasz, ale wtedy nikt nie robił z tego halo, bo ludzie przywykli do wielkopańskich manier rządzących – aż znalazł się ktoś, kto walnął Kaczyńskiemu w oczy prawdę o jego bezczelnej pysze i pozbawił go nimbu nietykalności. Kilkanaście dni temu radiowa „Trójka” wciąż jeszcze trochę przypominała tę stację, z którą identyfikowali się fani dobrej muzyki i mądrego słowa. Wtedy jeszcze nie wyszło na jaw, że była kandydatka lewicy na prezydenta Magdalena Ogórek zarabia w telewizji Zjednoczonej Prawicy 600 tys. rocznie. Jeszcze nie odkryto, że znana w świecie stadnina koni w Janowie przypomina dziś zapuszczone gospodarstwo na głuchej peerelowskiej wsi, gdzie bydło traktowane było jak bydło, zwierzęta stały w gnoju po kolana, jadły byle co, a gdy zachorowały, szły z miejsca na rzeź. Jeszcze nie upubliczniono maila rozesłanego w imieniu siłownika Mariusza Kamińskiego do towarzyszy partyjnych, by w trybie pilnym zbierali haki na prezydenta Warszawy i przesyłali je „mailem, na kartkach formatu A4”. Prezydent Duda jeszcze nie rapował, a biskupi, nieobciążeni kolejną porcją winy za ukrywanie kolejnych skandali pedofilskich, dyskretnie wspierali jego ponowny wybór.
Co właściwie rypnęło się przed dwoma tygodniami? Na oko nic wielkiego. Po prostu Kaczyński cofnął się pod społeczną presją, bo większość Polaków optowała za przełożeniem wyborów (nawet dzisiaj 69% wyborców nadal chce wyborów jesienią lub wiosną przyszłego roku). Kaczyński zrejterował również pod naporem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i wszystkich, którzy przed kopertowym głosowaniem wyznaczonym na 10 maja ogłosili, że w szambie maczać rąk nie zamierzają. Pewnie prezes pluje sobie teraz w brodę, bo usłużny Andrzej Duda mógłby wygrać te wybory już w pierwszej turze, może nawet bez dorzucania kart wydrukowanych z naddatkiem i bez przekrętów podczas obliczania głosów. Dla Kaczyńskiego byłoby bez znaczenia, że ówczesna reelekcja Dudy była nielegalna i że odtąd już żaden cywilizowany kraj nie zapraszałby go do złożenia wizyty, a wielu przywódców nie podałoby mu ręki podczas przypadkowych spotkań. Od dawna jest też przygotowany, że Unia przestanie się wahać i każdą dotację dla Polski obwaruje gwarancją przestrzegania reguł praworządności.
Od tamtych nibywyborów minęło ponad 14 dni. Opadł propagandowy blichtr skrywający prawdziwą Polskę – odartą z Konstytucji, bezczelnie okradzioną z budżetu i z godności. Zimny prysznic społecznego protestu zmył lakier, którym przed wyborami partia władzy pomalowała sparciałą i rdzewiejącą konstrukcję państwa. Zza zasłony pozornych działań, iluzorycznych planów i fikcyjnych projektów ratunkowych wyłoniła się biała flaga. Przyzwoite media i ludzie opozycji zaczęli odkrywać kolejne działania władzy, służące tylko temu, by wyborcy nie zauważyli, że rządowi partacze, których Kaczyński powołał do realizacji swoich chorych projektów, właśnie się poddają. Przed nami jeszcze kilka tygodni. Co najmniej dwa razy więcej niż opisywany okres, który wstrząsnął Polską. Czy wystarczy czasu, by przekonać większość Polaków, że w najbliższych wyborach nie chodzi tylko o zwycięstwo nad PiS i skopanie tyłka Kaczyńskiemu? Stawką jest – bez cienia przesady -bezpieczeństwo i przyszłość Polski.
Andrzej Karmiński. Źródło: koduj24.pl
Z forum: Opozycja tak usilnie prze do wygranej, jakby miała przejąć władzę nad „krainą mlekiem i miodem płynącą”. Ale jakby Kaczyński znowu wykręcił numer jak onegdaj z ogłoszeniem przyśpieszonych wyborów i oddaniem władzy, to tylko siąść i płakać. Wydoili tę biedną „Ojczyznę dojną” i już mogą ją porzucić jak starą bezzębną, schorowaną, brzydką, jałową babę. I nikt nie rozliczy pisowców. Nie będzie żadnych Trybunałów Stanu, żadnych prokuratorów, sądów, żadnych „będziesz siedzieć”. Puste odgrażania, a ten, kto w nie wierzy jest bardzo naiwny. Nikomu nie spadnie włos z głowy. Od lat oglądamy te gry polityczne i tych samych graczy, co parę lat wymieniają się tylko rolami i trwają naprzemiennie przy sterach. Tylko teraz, temu, komu przyjdzie sprzątać tę stajnię będzie trudniej, bo do „gry” włączył się niewidzialny wróg – wirus, który nie rozróżnia barw politycznych i wycina na swej drodze wszystko, co napotka. Starych i młodych, mądrych i głupich, kościelnych i ateistów, nie ma „zmiłuj”. I nawet teraz, w tej „biedzie”, która spadła na Naród są takie hieny, które robią szemrane interesy na strachu ludzkim w pandemii. To jest obrzydliwe. 
23 05 2020 Stadnina w Janowie. „Konie stały we własnych odchodach”. Teraz chodzi już tylko o to, aby zwierzęta przeżyły.
We wtorek na interwencję poselską do Janowa Podlaskiego pojechały parlamentarzystki Joanna Kluzik-Rostkowska oraz Dorota Niedziela (KO). – Cztery lata temu zastanawialiśmy się, jaki czempionat wygrają konie z Janowa. Po czterech latach rządów kolejnych prezesów – nominatów Prawa i Sprawiedliwości zastanawiamy się, kto ma wynieść obornik i wyczyścić boksy. Nie mówimy o czempionatach, o sukcesach, o marce. Myślimy, jak pomóc zwierzętom, jak mają przetrwać – powiedziała posłanka i lekarz weterynarii, Dorota Niedziela. – Barbarzyństwo. Te konie nadzorował ktoś, kto nie tylko nie ma zielonego pojęcia o tym, jak należy dbać o konie, ale ktoś, komu te zwierzęta są absolutnie obojętne – twierdzi Joanna Kluzik-Rostkowska. Stadnina, która niegdyś sprzedawała konie za miliony euro, obecnie nie jest prawdopodobnie w stanie zapewnić odpowiedniej opieki zwierzętom. W złych warunkach trzyma się również setki krów, hodowanych w Janowie. To pokłosie dwuletnich decyzji kierującego do niedawna stadniną prezesa Grzegorza Czochańskiego, a także jego licznych za rządów PiS poprzedników i fatalnych wyników finansowych stadniny.
Przez ostatnie miesiące, jak twierdzą posłanki, konie stały na mokrym podłożu w niesprzątanych boksach, we własnych odchodach. Nie sprzątano ich prawdopodobnie od miesięcy, choć powinno się to robić raz na tydzień, maksymalnie dwa. Konie otrzymywały bardzo niskiej jakości owies i siano, i były pozbawione właściwej opieki weterynaryjnej. Od dawna nie strugano im też kopyt, co jest konieczne warunkach hodowlanych. Nie wiadomo także, czy były szczepione i odrobaczane. Dlaczego? Aż 150 spośród wszystkich 476 koni nie miało paszportów, czyli najważniejszych dokumentów, poświadczających przebieg i zakres opieki nad nimi.
– Tu jest informacja, kiedy koń się urodził, o jego rodzicach, zapisuje się szczepienia, a u klaczy źrebienia. Jeśli paszportu nie ma, to nie wiadomo, co się z koniem działo, czy o niego dbano. Nie da się go sprzedać, bo nie przyjmie go żadna stadnina – wyjaśnia Kluzik-Rostkowska. To zapewne jeden z powodów niskich wyników finansowych stadniny. Posłanki zadbały o wykonanie zdjęć, dokumentujących stan stadniny. – Są to zdjęcia szokujące, świadczące o bardzo słabej kondycji tych koni, niedożywieniu, matowej sierści. Po prostu widać, że życie ich niespecjalnie cieszy – skomentował je w TVN24 Jerzy Białobok, były prezes stadniny koni w Michałowie, również odwołany decyzją PiS cztery lata temu.
Przypomnijmy: po przejęciu władzy przez PiS zwolniono długoletniego prezesa stadniny w Janowie Podlaskim, Marka Trelę. Stadnina cieszyła się wówczas międzynarodową renomą, a na aukcje Pride of Poland przyjeżdżali hodowcy arabów z całego świata. Wśród nich była choćby Shirley Watts, żona perkusisty The Rolling Stones. Prezes Marek Skomorowski – nominat polityczny z Solidarnej Polski – rządził stadniną zaledwie kilka miesięcy i nie ukrywał, że na koniach się nie zna. Na jego miejsce przyszedł prof. Sławomir Pietrzak, zootechnik, wykładowca akademicki i międzynarodowy sędzia w ujeżdżeniu. Okazał się zbyt samodzielny. Sprzeciwiał się m.in. przeniesieniu Narodowego Czempionatu na warszawski Służewiec. Rozstał się z Janowem w marcu 2018 roku. Wtedy to kierownictwo placówki na kolejne dwa lata objął Grzegorz Czochański, do którego zastrzeżenia mają posłanki KO. Zdaniem posłanek od sierpnia ubiegłego roku, kiedy otrzymał absolutorium za 2018 rok, przestał się interesować zwierzętami. Niedawno otrzymał posadę wicedyrektora Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa w Białymstoku.
Mimo starań „Gazety Wyborczej”, nie udało się poznać stanowiska Czochańskiego wobec zarzutów posłanek KO. W programie TVN zapewniał, że dbał o zwierzęta. – Sytuacja w stadninie w ubiegłym roku zaczęła się znacząco poprawiać. Dopóki pracowałem w stadninie, boksy były sprzątane regularnie, kopyta koni były poddawane zabiegom pielęgnacyjnym – przekonuje były od niedawna prezes. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przesłało oświadczenie „Faktom” TVN. Twierdzi w nim, że „doniesienia o skandalicznych warunkach trzymania koni w Stadninie Koni Arabskich w Janowie Podlaskim nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości”. – „Zwierzęta są utrzymywane w odpowiednich dla nich warunkach i są w dobrej kondycji. Zapewniona jest pasza wysokiej jakości, jak również na bieżąco przeprowadzane są odpowiednie zabiegi pielęgnacyjne i weterynaryjne” – podkreślił resort. Problemy występują natomiast „w oborze wydojowej i związane są ze zdrowotnością krów mlecznych”. Jednak „program naprawczy powinien doprowadzić w krótkim czasie do poprawy sytuacji zdrowotnej stada i uzyskania zadowalających wyników ekonomicznych” – przekonuje w odpowiedzi ministerstwo.
Nowy prezes stadniny,  Marek Gawlik, od sześciu tygodni pracuje nad uporządkowaniem spraw w Janowie. – Mam zwyczaj niekomentowania tego, co robili moi poprzednicy. Obecnie trwa przygotowywanie raportu otwarcia. Zaprosiłem też przedstawicieli Państwowego Instytutu Weterynarii z Puław, żeby ocenili stan zwierząt. Gdy poznam raport, odniosę się do niego. Dodatkowo podjąłem kroki, które powinna podjąć każda osoba, aby dobrostan zwierząt był na jak najwyższym poziomie – tłumaczy „Gazecie Wyborczej” Gawlik. Źródło: tvn24.pl, wyborcza.pl
Stadnina splajtowała, no bo koń, to nie kot Jarosława!? Dziś w stadninie jak sama nazwa wskazuje krowy hodują, a powinni koty dachowce trzymać, wtedy klękajcie narody!?
Z forum: - Zamiast tych koni należałoby w tych boksach postawić dyrektorów,kierowników i ministra na parę miesięcy to może zrozumieją o co chodzi w tym biznesie..innego języka nie pojmą do końca dni swoich.
- 150 lat tradycji i dumy narodowej nie zniszczyli ani Moskale, ani faszyści, ani komuniści. Przyszli barbarzyńscy staliniści z PiS i rozjebali w 4 lata. Taką samą winę ponoszą również Ci, którzy głosowali na PiS.
- A może w ramach kampanii prezydenckiej nasz kochany Pajac pojechałby z „gospodarską” wizytą do Janowa i przy okazji wysprzątał trochę boksy dla koni? ostrugał kopyta? wyniósł gówna z obór dla krów? naniósł siana? i troszkę przetarł sierść zwierzętom? Choć raz byłby jakiś pożytek z tego trutnia. Ostry cień mgły, taka jego mać. 
22 05 2020 Głupia sprawa – PiS ma rację!
Mole nadgryzły kreację szczerego patrioty, który nie je, nie śpi, a tylko furt myśli, jak tu ojczyźnie dobrze zrobić. Przed każdymi wyborami funkcjonariusze PiS nakładają maski. W tym sezonie modne są chirurgiczne, ale ludzie władzy nie podążają ślepo za modą, co często widać podczas transmisji z obrad parlamentu i na konferencjach prasowych, gdzie funkcjonariusze partii kierowniczej występują z nieosłoniętą twarzą. Jest w tym głęboki sens, bo demonstracyjna rezygnacja ze środków ochrony osobistej utrwala w narodzie przekonanie, że ludzie władzy są ulepieni z takiej gliny, której nie ima się żaden wirus. Poza tym przedwyborcza maska nie powinna niepokoić ani przywodzić przykrych skojarzeń – przeciwnie, ma być ludzka, życzliwa, sympatyczna i jak najdokładniej skrywać bezmyślne zaślepienie władzą, pogardę dla myślących inaczej oraz wrodzoną butę i nabyte zadufanie.
W przymierzalni na Nowogrodzkiej okazało się, że tym razem nie będzie łatwo. Przechowywane tam maski nie są bowiem w najlepszym stanie. Całkiem zwietrzało pisowskie oblicze życzliwego, przyjaciela ludzi prostych i obrońcy skrzywdzonych. Sprała się i wypłowiała maska prawego i sprawiedliwego, którego bezprawnie i niesprawiedliwie atakuje cały świat. Mole nadgryzły kreację szczerego patrioty, który nie je, nie śpi, a tylko furt myśli, jak tu ojczyźnie dobrze zrobić. Ostatecznie na samym dnie kufra znalazła się jedna twarz w dobrym stanie i prezes zdecydował, że w tym sezonie noszony będzie ten właśnie kamuflaż – wiarygodnego, rzeczowego i praktycznego realisty, który wie, czego Polsce potrzeba, stawia prawidłowe diagnozy i ma pełną szafę rozmaitych antidotów na wszelkie bolączki, a jeśli nawet czegoś zabraknie, to zawsze potrafi wskazać odpowiedzialnego i dowieść jego winy.
Wybór maski okazał się trafiony, bo narracja PiS od razu stała się jeszcze bardziej wiarygodna i przekonująca niż dotychczas. Weźmy taki przykład: kiedy na Śląsku rozgorzały ogromne ogniska epidemii, minister zdrowia zebrał resztkę sił i ogłosił, że zagrożenie jest ledwie regionalne. Wsparła go od razu minister Emilewicz – niby nie z PiS, ale jednak wicepremier – uspokajając niedowiarków, że wzrost zachorowań ogranicza się tylko do konkretnych miejsc i zakładów. I co, może nieprawda? Przecież to oczywiste, że sprawa jest lokalna, bo wzrost zachorowań nastąpił tylko tam, gdzie przeprowadzono masowe testowanie obywateli. Tam, gdzie nie przeprowadzono akcji testowania (wymuszonej przez górników których PiS wyraźnie się boi), wzrostu zachorowań nie odnotowano. Wystarczy więc zaprzestać kontroli zachorowań, by sytuacja wróciła do normy. Czyli do stanu, kiedy w obawie przed zamieszkami zubożałych gwałtownie przedsiębiorców można jeszcze szybciej niż dotąd rezygnować z kolejnych obostrzeń sanitarnych. Przemęczony już od pierwszego dnia pandemii minister Szumowski bohatersko broni nas przed wiedzą o rzeczywistych rozmiarach zagrożenia. Jego maska pełna jest siniaków i szram. To ślady walki między powinnością lekarza a obowiązkiem polityka z nadania PiS. Walki nierozstrzygniętej, bo konfliktu między świadomością skutków kontaktów międzyludzkich podczas epidemii a potrzebą powtórnego osadzenia Andrzeja Dudy w fotelu prezydenta, nie da się zażegnać jakimś kompromisem. Dlatego, kiedy linia wykresu obrazująca liczbę zachorowań zatrważająco pnie się w górę, minister Szumowski uspokaja, że mamy do czynienia ze „stabilną krzywą”, a gdy już nikt nie ma wątpliwości, że szczyt pandemii dopiero przed nami, diagnozuje, że „jesteśmy na etapie między wygaszaniem epidemii a wchodzeniem w trend wzrostowy”.  Opinie tego wybitnego profesjonalisty dopasować więc można do każdej decyzji władzy – luzującej lub zacieśniającej rygory, organizującej wybory tradycyjne, lub zarządzającej głosowanie pocztowe. Obywatele słyszą: – Rodacy, jest dobrze, ale nie beznadziejnie! – i obawiają się, że jak tak dalej pójdzie, to o tym, kto jest zdrowy, a kto zachorował, decydować będzie losowanie. Ludzie już wiedzą, że władza manipuluje statystyką zachorowań i zgonów, ale nie wiedzą, że niedługo będzie to robić jeszcze bardziej skutecznie, bo ministerstwo przygotowuje właśnie drastyczne ograniczenia dla najbardziej wiarygodnych testów genetycznych, a równocześnie uparcie prze do podpisania kontraktu na zakup testów antygenowych, które wykrywają wirusa tylko u jednego spośród pięciu zarażonych.
Przykładem nowej, koncyliacyjnej postawy funkcjonariuszy PiS jest procedowanie ustawy, której nieukrywanym już celem jest zwiększenie szansy reelekcji Andrzeja Dudy. Kaczyński zadeklarował przestrzeganie wymogów demokratycznych i wielkie przywiązanie do konstytucji. W ślad za prezesem premier ogłosił silną wolę współpracy. Wyborcza ściema? Ależ skąd. Po prostu źle zrozumieliśmy ofertę PiS. Bo szybko okazało się, że obu dygnitarzom chodziło o „współpracę na szczytach władzy, która stanowi o zdolności rządzenia” , czyli o jednomyślność kierownictwa Zjednoczonej (?) Prawicy oraz poprawę zgrzytających relacji między prezydentem, premierem i większością parlamentarną. Prominenci władzy uczciwie informowali, że PiS jest otwarty JAK ZAWSZE na wszelkie rozsądne opinie – i mówili prawdę. Było jak zawsze. Bez żadnej konsultacji i wbrew opiniom prawnym poszatkowano prawo wyborcze i w jedną dobę przepchnięto zmianę ustawy zmieniającej ustawę wcześniej już zmienioną. Jak zawsze posłowie mieli ledwie godziny, a czasem tylko minuty, na zapoznanie się z licznymi autopoprawkami PiS i tradycyjnie żadna poprawka opozycji nie została uwzględniona.  A przez cały ten czas w przekazie rządowej telewizji nad głowami parlamentarzystów opozycji wisiała wyciągnięta do zgody ręka prezesa. Według TVP opozycja nie reagowała na apele i wezwania do współpracy, sabotowała i przeciągała procedowanie, by nie dopuścić do normalizacji państwa. Co prawda Tomasz Grodzki zaprosił Jarosława Kaczyńskiego na spotkanie, by jak to ujął: „wypracować z partią rządzącą kompromis, który ułatwi Senatowi pracę nad ustawą o wyborach”, ale okazało się, że Kaczyński, którego tego dnia widziano w trzech różnych miejscach, był akurat niedysponowany i zalecił marszałkowi, by spotkał się z zastępującym go Antonim Macierewiczem, człowiekiem znanym z kurczowego trzymania się faktów, którego słowność i wiarygodność jest wręcz przysłowiowa. I co? Marszałek brutalnie odrzucił tę ofertę. Czyli PiS znów miał rację.
Wiarygodność partii władzy wręcz rośnie w oczach. Kaczyński oświadczył w Polskim Radiu, że jeśli koalicja wygra, to w państwie  „dojdzie do zakłóceń”. I co, może nieprawda? Czy z jakimś nowym przyzwoitym i samodzielnym prezydentem możliwa będzie dalsza niezakłócona demolka państwa prawa? Kaczyński ma rację również w przypadku najnowszej swojej opinii, że „opozycja walczy o poparcie tej części społeczeństwa, która we wszystko uwierzy, która ma bardzo krótką pamięć”. W rzeczy samej KO nie walczy o swoich wiernych wyborców, bo nie musi, natomiast robi, co może, by zdobyć poparcie tych łatwowiernych i niepomnych licznych przekrętów władzy, którzy dotąd wciąż popierają PiS… Analogicznie świętą rację ma były minister Waszczykowski, który odkrył, że „opozycja chce nie dopuścić do reelekcji prezydenta Andrzeja Dudy”. Zaiste, KO to wyjątkowo podłe ugrupowanie, które robi co może, żeby wybory wygrał ich kandydat, a nie reprezentant partii konkurencyjnej…
Słuszność ma prezes i jego liczni naśladowcy, którzy twierdzą stanowczo, że w obecnej kampanii najbardziej poszkodowany jest obecny prezydent. Przyznam, że takie wrażenie zrobił na mnie Andrzej Duda już dawno, jeszcze przed dotarciem do fotela głowy państwa. Ostatnio, pokaleczony ostrym cieniem mgły, wzbudza we mnie nawet coś na kształt współczucia. Bo myślę sobie, że w pamięci potomnych dostojna głowa państwa zapisze się jedynie bogatą korespondencją archiwalną z obywatelkami o urokliwych nickach „sebasradochleba”, „dzikafoczka” czy „ruchadłoleśne” oraz licznymi obrazami, gdy pajacuje podczas spotkań międzynarodowych, gdy rechocze z własnych opowieści mylnie zakwalifikowanych jako żart, albo gdy walczy z językiem angielskim bez szans na zwycięstwo.   W mojej pamięci natomiast pozostanie obraz Andrzeja Dudy, który w czasach szalejącej zarazy, stoi samotnie na trasie jednotorowej obwodnicy kolejowej, przeznaczonej wyłącznie do ruchu towarowego, i promując swoją koncepcję walki z wykluczeniem komunikacyjnym zapowiada, że właśnie tutaj zbudowane zostaną liczne stacje z peronami.
Zapamiętana zostanie prezydencka wiarygodność, którą Duda tak kiedyś zrecenzował: „jestem człowiekiem, który ma swoje słowo za świętość”. Dzięki nowej kreacji PiS wiarygodność Dudy zyskała nową jakość. Bo czy nie ma racji, gdy mówi, że jeśli zostanie ponownie wybrany, to TAK JAK DOTYCHCZAS, będzie walczył z bezrobociem i dbał o pracujących Polaków, o ich „godne uposażenie i odpowiednie warunki pracy”? Nasz drogi prezydent mówi szczerą prawdę. Będzie niestety dbał o ludzi nie bardziej niż dotąd, ale na pewno nie mniej, bo to niemożliwe, skoro do tej pory nic konkretnego w tych sprawach nie zdziałał. Może tylko kiedyś coś o tym wspomniał, ale Andrzej Duda mówi przecież nieustannie i o wszystkim.
Użyta wyżej formułka „drogi prezydent”  nie jest grzecznościowa. To komentarz do rosnących wydatków na funkcjonowanie głowy państwa. Jego kancelaria dysponuje dwustumilionowym budżetem, niemal dwa razy większym niż za czasów prezydenta Komorowskiego. Ma też rekordową obsadę aż 440 pracowników ze średnią pensją miesięczną 10 tys. zł., którzy szykują się na kolejną pracowitą i niepotrzebną Polsce kadencję. Podobnie jak tysiące innych żołnierzy PiS, wyposażonych w nowe wiarygodne maski obrońców prawa, wiary i narodowej godności Polaka. Andrzej Karmiński. Źródło: koduj24.pl 
15 05 2020 Polska bałaganem stoi.
Wszystkie obszary życia zostały ostro skażone nie tylko koronawirusem, ale przede wszystkim narastającym otumanieniem społecznym. Newsem numer jeden dzisiejszego dnia to rezygnacja z kandydowania na prezydenta RP Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i zgłoszenie do wyścigu o najwyższy urząd w państwie Rafała Trzaskowskiego. Nie ma co ukrywać, Kidawa-Błońska nie poradziła sobie z kampanią wyborczą w tak trudnych realiach. Zresztą trudno się dziwić, bo miała niewielkie wsparcie ze strony swoich koleżanek i kolegów partyjnych, a praca jej sztabu wyborczego wołała o pomstę do nieba. Tym sposobem PO pięknie wpisało się w ogólnonarodowy chaos i tak sobie właśnie tkwimy. W Polsce, która bałaganem stoi, w której nie widać światełka, dającego nadzieję, że nadal żyjemy w normalnym państwie. Państwie cieplutkim, przytulnym, bezpiecznym. Gdzie nie spojrzę, to coś się sypie, bajzel totalny, naród, który już nawet nie umie ze sobą rozmawiać. Tak jakby wszystkie obszary życia zostały ostro skażone nie tylko koronawirusem, ale przede wszystkim narastającym otumanieniem społecznym …
Epidemia, zgodnie z tym, co mówi minister Szumowski, się „wypłaszcza”, choć dzienna liczba zachorowań rośnie. Jacyś dziwni kolesie, zarabiają kasę na sprzedaży maseczek nic nie wartych, bo są blisko układu. Zarażonych przybywa, ale rząd widzi podstawy ku poluzowaniu reżimu sanitarnego. MEN tkwi po uszy w samozachwycie, nie dostrzegając, że nauka online wykańcza rodziców, jest jakaś totalnie oderwana od rzeczywistości, nie obejmuje wszystkich uczniów, bo w samej Warszawie część ich przepadła i ani ich widać, ani słychać, a ilu takich musi być w całej Polsce? Proponuje się Polakom wyjazdy wakacyjne na zaprzyjaźnione Węgry Orbana, ale gdzie indziej to już nie, bo przecież wirus. Morawiecki dumny z siebie, wmawia nam, że z paskudą w koronie radzimy sobie znacznie lepiej niż inni, a Duda nam rapuje i udaje, że nie robi kampanii prezydenckiej, choć w kwietniu telewizja reżimowa reklamowała go przez 80 godzin.
Opozycja uliczna wciąż jest na etapie dyskusji o tym, co by tu zrobić, by demokracja nam wróciła w pełnej krasie. Jedni jej liderzy znaleźli się już poza głównym nurtem opozycyjnym, skupieni na pisaniu książek o swoim buncie i walce. Inni ruszyli w politykę i brylują sobie po parlamencie, nie wyróżniając się niczym szczególnym, poza koszulką z napisem Konstytucja i udziałem w głosowaniach. Fakt, to naprawdę wielki wyczyn. Dotychczasowe, kilkuletnie już próby zjednoczenia opozycji ulicznej skończyły się fiaskiem. Nikt już nie pamięta o inicjatywie, skupiającej ludzi i organizacje wokół Wałęsy, która miała być jak ta Solidarność z 1980 roku. Miała być, ale ostatecznie… cisza. Podobnie jak przepadł gdzieś Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych (KORD). KOD pod przywództwem nowego przewodniczącego Kuby Karysia walczy o odzyskanie wiarygodności i dzisiaj trudno cokolwiek powiedzieć, bo nowy Zarząd Główny działa zbyt krótko, by mieć już jakieś namacalne efekty swej pracy. Tysiące niezagospodarowanych obywateli próbuje coś robić, działać, ale brak masowości i współpracy znacznie niweczy ich skuteczność.
Na fali totalnego bałaganu wybija się Konfederacja, która skrupulatnie ukrywa swoje nacjonalistyczne korzenie, bo wie, że w walce o poparcie społeczne ich hasełka są mało popularne i raczej nie pomogą im zdobyć takiego mandatu zaufania, który dałby im więcej miejsc w samorządach, więcej mandatów poselskich czy też prezydenturę dla ich kandydata pana Bosaka. To jednak nie przeszkadza machać nam przed nosem broszurką „Nowy Porządek”, czyli politycznym elementarzem prawdziwych patriotów, a w nim ciekawostki typu naród ukształtowany w toku tysiącletniej historii i oparty oczywiście na chrześcijaństwie, silna władza premiera, który mógłby wetować ustawy parlamentu i jednocześnie zwiększenie kontroli nad władzą (coś tu chyba się kłóci, prawda?). Dalej mamy wybór części posłów przez Polonię, by ta poczuła się lepiej i bardziej odpowiedzialna za to, jak funkcjonuje Polska, etyka chrześcijańska podstawą ładu prawnego, won z konkubinatami, związkami partnerskimi, o homoseksualnych nawet nie wspominając, ochrona płci żeńskiej i męskiej, zapominając o czymś tak wstrętnym jak gender. Odejście od polityki śmierci, czyli całkowity zakaz aborcji, przyznanie prezydentowi wyłącznej kompetencji do powoływania członków KRS, TK i SN. Na koniec perełka, czyli wpisanie do Konstytucji zasady, iż polskich sądów nie obowiązuje wykładnia prawa tworzona przez międzynarodowe instytucje sądownicze (patrz – Unię Europejską). Walka o dusze trwa, więc utajnieni dzisiaj narodowcy wspierają protesty tych grup zawodowych, które odczuwają najostrzej skutki pandemii i mają przed oczami coraz bardziej realną wizję bankructwa. Chętnie podłączają się więc do manifestacji przedsiębiorców, licząc, że coś na tym ugrają. Wraz z nimi Korwin-Mikke i kandydat na prezydenta Tanajno.
Na lep rodzimym nacjonalistom nie dali się wziąć organizatorzy Ogólnopolskiego Strajku Generalnego z Poznania, którzy już 16 maja będą protestować w Warszawie oraz stowarzyszenie Powszechny Samorząd Gospodarczy, ale jakoś części Polakom zaangażowanie nacjonalistów nie przeszkadza i nie widzą nic złego w tym, by wraz z nimi nawoływać do upadku PiS-u. Stoją więc sobie ramię w ramię, jedni z symbolem Polski Walczącej i wytatuowanym krzyżem celtyckim, drudzy z Konstytucją na przypince. Wspólnie, razem, ku chwale… no właśnie, jakiej Polski?
Do tego ten nieszczęsny rząd, który raczy nas co chwilę nowymi pomysłami czy ustawami, poprawiając je ileś tam razy aż człowiek w końcu już nie wie, co właściwie obowiązuje, a co nie. Policja, która ściga nas za brak maseczek czy zgromadzenie bez zachowania odpowiedniej odległości od siebie, a jednocześnie udaje, że nie widzi, jak te zasady łamią prezes, PiS i jego koalicjanci. Nepotyzm wzniesiony na wyżyny, parcie na szkło pisowskiej inteligencji, która w normalnych warunkach nie miałaby racji bytu, bo jakaś taka niedouczona, z małymi możliwościami rozwojowymi. Wciskanie kitu, jak jest wspaniale, gdy faktycznie jest fatalnie, a prawa i wolności obywatelskie leżą i kwiczą z niemocy.
Ech… dzisiejsze życia Polaka w takich właśnie realiach to jak jazda bez trzymanki. Odnoszę wrażenie, że nikt już nie panuje nad sytuacją. Nikt nie ma pomysłu, co dalej i jak dalej. Ogarnęła nas jakaś pomroczność i tak sobie w niej tkwimy… tacy zagubieni, nieszczęśliwi, biedni, ale i wciąż bardzo bierni.
Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl 
13 05 2020 Z powodu „deficytów” pierwszego przywódcy „Solidarności” tak naprawdę związkiem kierował Lech Kaczyński.
W żadnym razie nie można oderwać wielkiej próby zmiany polskiej historii od nazwiska Lecha Kaczyńskiego. Nie zaczął on odgrywać roli dopiero po powstaniu Prawa i Sprawiedliwości. Tak działo się od początku. Jego rola była trochę inna. Działał troszkę z boku, ale ta rola była ciągle rolą decydując – stwierdził prezes PiS na antenie TVP. Powodem, dla którego publiczny nadawca zaprosił wczoraj „szeregowego posła” na ponad dwudziestominutową rozmowę była trzydziesta rocznica powstania partii Porozumienie Centrum.  U źródeł jej powstania, zdaniem JK, leżały: walka ze zorganizowaną przestępczością i korupcją. Spadkobiercą tych idei w sposób bezpośredni jest Prawo i Sprawiedliwość. W trakcie omawianej rozmowy nie mogło zabraknąć wątku związanego z Lechem Wałęsą. Dowiedzieliśmy się, że z powodu „deficytów” pierwszego przywódcy „Solidarności” tak naprawdę związkiem kierował Lech Kaczyński. Bezpośrednią przyczyną rozejścia się dróg politycznych Wałęsy i bliźniaków była kwestia terminu wyborów. Ponadto wczorajszy gość TVP zarzucił ówczesnemu prezydentowi blokowanie zmian związanych z dekomunizacją i lustracją. Nawiązując do współczesności prezes PiS zaznaczył: Wiele środków wypływa za granicę. Mamy tu do czynienia z okradaniem Polaków i naszego kraju. Musimy z tym walczyć i tu trzeba będzie jeszcze zrobić bardzo dużo.  źródło: natemat.pl, TVP INFO
Z prywatnego archiwum: - Szok i niedowierzanie! W 37 numerach tygodnika „Solidarność” które zostały wydane między 3 kwietnia a 11 grudnia 1981 roku, nie ma ani jednej wzmianki o Jarosławie Kaczyńskim. Dopiero w czasie trwania Okrągłego Stołu nazwisko Kaczyńskich sporadycznie zaczyna pojawić się, i o dziwo zamiast bronić robotników bronią Jaruzelskiego i jego ekipę.
- Gdyby Kaczyńscy w 1989 roku przejęli władzę a nie Wałęsa to oprawcy stanu wojennego dzisiaj byliby gloryfikowanymi członkami PiS-u i zajmowali najwyższe stanowiska państwowe.
- Ech ,Wałęsa, gdybyś siedział cicho, żylibyśmy sobie spokojnie w PRLu. I czekali aż Kaczyński nas wyzwoli. Stanisław Tym. Ludzie Kaczyńskiego zabijają Wałęsę na raty, bo gdy on był bohaterem dwa malusieńkie Bolusie, Jacek i Placek siedziały pod mamusiną kiecką. Jeden już dzięki drugiemu spadł! Kiedy zleci ten co się ostał? Wałęsę atakują ci, którzy spóźnili się na rewolucję lat 70 i 80 i niewiele zrobili dla uzyskania niepodległości.
- Paranoiczna żądza władzy nasuwa tylko jedno porównanie, Kaczyński to współczesny Makbet. Nie tknie Jarosława żaden cios morderczy, póki puszcza Białowieska ku żoliborskiej twierdzy nie pójdzie walczyć przeciw niemu. Dlatego Kaczyński polecił Szyszce wykarczować całą Polskę.
- Do dziś nie rozliczono spółki Telegraf, powiązanej z Porozumieniem Centrum, ówczesną partią braci Kaczyńskich. Spółka startowała z kapitałem 250 mln złotych, by w ciągu kilkunastu miesięcy kapitał ten wzrósł do ok. 30 mld zł, dzięki wpłatom państwowych firm, choć spółka nie prowadziła żadnej działalności.
- Lech Kaczyński, jako przewodniczący Komisji Krajowej SOLIDARNOSCI, przystał w Magdalence na ubecki plan zagłady świata pracy w Polsce.
Jako Przewodniczący Najwyższej Izby Kontroli zdeprecjonował do ZERA znaczenie najwyższej instytucji kontrolnej państwa.
Jako Prokurator Generalny RP umocnił bandycki układ z Magdalenki, który Polskę utrzymuje w rękach ubeckiej sitwy.

Z forum: Coś takiego... A w 1990 roku kłamca i hipokryta Kaczyński popierał Wałęsę na prezydenta mimo, że (jak sam twierdzi) wiedział o jego rzekomej współpracy z SB już w latach 80.
- Jeżeli u źródeł powstania pc leżała walka ze zorganizowaną przestępczością i korupcją, co oczywiście jest zwykłą ściemą, to pis jest w sposób oczywisty spadkobiercą tych idei z którymi to pc niby walczyło, a czego dowodem jest niekończąca się lista afer pisowatych, z których ostatnią dotyczy zakupu przez MZ karnawałowych (bo nie medycznych) maseczek za 5 mln od ministerialnego instruktora narciarskiego. 
10 05 2020 Kaczyński zdjął maskę. Widok nie jest piękny!
Dotychczas nikt i nic nie było w stanie powstrzymać prezesa PiS przed wymyślaniem kraju od nowa. Szło mu nieźle, według jego własnego mniemania oczywiście, aż przyszedł koronawirus. Teraz Jarosław Kaczyński musi udowodnić, że to jego państwo nie jest z dykty i paździerzu. Czasu na utrzymanie pełnej władzy nad PiS-Polską ma coraz mniej. Dlaczego nie piszę "Polska", a "PiS-Polska"? W pierwszej, tej wolnej, z tak wielkim trudem wywalczonej, szanowano Konstytucję. Obowiązywał w niej trójpodział władzy. Nie szukano w niej wewnętrznych wrogów i zdrajców. Nie dzielono Polaków na sort lepszy i gorszy. Prawo znaczyło prawo, a sprawiedliwość sprawiedliwość. W parlamencie o jej kształcie decydowali w dużej mierze ludzie o wielkim dorobku osobistym i na ogół z kartą opozycyjną z czasów PRL. Dla nich Polska była wartością nadrzędną.Tamta Polska była krajem wielkich szans, z których korzystali ci, którzy rozumieli, że wreszcie sami mogą decydować o swojej przyszłości.
Polska po 1989 roku nie była bynajmniej idealna. Zbyt często zapominała, o tych, którzy w nowej rzeczywistości nie potrafili sobie poradzić. Jeden wódz, jedna partia, dwa narody. W "PiS-Polsce" wszystko jest na odwrót. W drodze po władzę Jarosław Kaczyński nie zawahał się wykorzystać do walki politycznej katastrofy smoleńskiej, z której ofiar uczynił wręcz męczenników. Szczególe miejsce zajął w tej mitologii śp. prezydent Lech Kaczyński.
Polakom prezes PiS wpajał przekonanie o naszej wyjątkowości. A wiedząc, jak istotną rolę – szczególnie wśród starszego pokolenia – pełni Kościół, zrobił wiele, aby równanie PiS to tradycja chrześcijańska, a rywale polityczni to demoralizacja i bezideowość, zapadło w pamięć wyborców. Przekonał tych, którzy poczuli się przez Polskę odrzuceni, że tylko on jest im w stanie przywrócić godność (cokolwiek miałoby to oznaczać). Oczywiście w dużym uproszczeniu, ale właśnie to, przyniosło mu bezwzględne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w 2015, a następnie 2019 roku. Szybko okazało się, że hasło o Polsce w ruinie, było ukute wyłącznie na potrzeby polityczne. W innym przypadku mielibyśmy bowiem do czynienia z cudem – wszak już w kilka miesięcy po pierwszym zwycięstwie wyborczym, rząd PiS uruchomił trwające do dziś wielkie programy rozdawnictwa. Suweren – jak najczęściej o wyborcach mówią politycy partii Kaczyńskiego – nie wnikał czy nas na to stać, czy nie. Dają, to biorę. Mnożyły się więc kolejne programy "plus", a partia prezesa rosła w siłę.
Gdzieś tam przeciwko upolitycznieniu Trybunał Konstytucyjnego protestowała jakaś grupka "oszołomów". Ale przecież to zdrajcy. Gdzieś tam w Unii Europejskiej ktoś alarmował, że niszczony jest Sąd Najwyższych. A co tam, przecież to jakaś Targowica. Beata Szydło nie opublikowano orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego? Przecież to nie było orzeczenie! Prezydent Andrzej Duda ułaskawił skazanych nieprawomocnie działaczy partyjnych PiS? On tylko w "specyficzny sposób uwolnił wymiar sprawiedliwości od tej sprawy". Duda nie zaprzysiągł legalnie wybranych sędziów? "Byli wybrani z wadą". Niekompetentni aparatczycy są nagradzani intratnymi posadami? Oni odzyskują państwowe firmy dla narodu! Krok po kroku, kawałek po kawałku rozmontowywane były wszystkie mechanizmy sprawiające, że o danym kraju można mówić: demokratyczny.
Zanim się obejrzeliśmy, partia, która wygrała w legalnych wyborach, trójpodział władzy zastąpiła jedno władztwem Jarosława Kaczyńskiego, a z procesu legislacyjnego uczyniła parodię. Z sejmu wychodził bubel za bublem, byle szybciej, byle zrealizować to, co akurat zamarzyło się prezesowi.
Nie pomylił się więc Kaczyński w swoich rachubach. Rozdał ludziom pieniądze z ich podatków, a w rządowej telewizji dał im codzienne igrzyska: "Opozycja niszczy kraj" lub zamiennie "Polska wstała z kolan". To wystarczyło. Najprawdopodobniej świadomie nie dbał o to, że z dużej grupy współobywateli, tych, którzy nie podzielają zachwytów nad jego geniuszem, zrobił sort najgorszy. Utworzył armię nie-Polaków. Zabił wspólnotę narodową w imię swoich politycznych interesów. Polityk nie może chyba zrobić bardziej przerażającej rzeczy. Nie spędza mu to snu z powiek, gdy dysponuje popierającą go większością. Ja tu bez żadnego trybu. Na ogół wszystko – z wyjątkiem utraty przez PiS większości w senacie – szło Kaczyńskiemu jak po maśle. Tak było do początku marca 2020. Wtedy dotarł do nas koronawirus. Kraj stanął. Ludzie zaczęli tracić pracę. Nawet to nie spowodowało, że Kaczyński, choć na chwilę zrezygnował ze swojej gierki politycznej. Dla niego celem nadrzędnym stało się utrzymanie Andrzeja Dudy na stanowisku prezydenta. Ludzie chorują, umierają, ale najważniejsze jest przeprowadzenie wyborów. Przecież prezes nie może stracić w Pałacu Prezydenckim człowieka, który bezkrytycznie podchodzi do jego decyzji.
Wie, że jeśli teraz Duda nie zostanie ponownie wybrany, za kilka miesięcy jego szanse na reelekcję mogą drastycznie zmaleć. Urzędujący wciąż prezydent byłby utożsamiany z zapowiadanym gwałtownym wzrostem bezrobocia i katastrofą gospodarczą. To dlatego Kaczyński forsuje plebiscyt korespondencyjny, bo przecież nie wybory. Przy okazji śmieje się nam w twarz i zamiast Państwowej Komisji Wyborczej powierza organizację plebiscytu Poczcie Polskiej. Nie sięgnął po konstytucyjne narzędzie, które umożliwiłoby w legalny sposób przesunięcie wyborów prezydenckich – stan klęski żywiołowej. Każdy rozsądny człowiek widział, że z takim stanem mamy do czynienia, ale nie prezes rządzącej partii. Brnął w nierozsądny pomysł wyborów korespondencyjnych.
Gdy dotarło do niego, że to nierealne, ostatecznie zrzucił maskę i pokazał prawdziwą twarz już bez pozowania na demokratę. Zobaczyliśmy owładniętego żądzą władzy starszego człowieka, do którego nie dociera, że niszczy ojczyznę. W porozumieniu z szefem partii, która bez niego nie miałaby najmniejszych szans na dostanie się do sejmu, ogłosił, że wybory zostaną przesunięte. Zrobił to bez żadnego trybu i umocowania konstytucyjnego. Postąpił w myśl swojej zasady: PiS-Polska to ja. Nie wiem, czy "emerytowany zbawca narodu" (to marzenie Kaczyńskiego z 1994 roku) bierze pod uwagę, że za kilka miesięcy może przybyć mu poważny konkurent polityczny - partia o nazwie "Ulica". Będą się do niej "zapisywać" ludzie tracący pracę, którym nagle poczują, że państwo zostawiło ich samym sobie. "Zapiszą" się do niej i ci, dla których w PiS-Polsce nie było miejsca. Cóż, jako jednowładca będzie miał narzędzia, żeby sobie z nimi poradzić. A wtedy zatęsknimy za normalną, przewidywalną do bólu Polską. Źródło magazyn.wp.pl 
09 05 2020 Zarządzanie krajem Kaczyńskiemu zupełnie nie wychodzi. 
W zagarnianiu władzy sprawdza się znakomicie. Znów się nie udało: „Pat w Sądzie Najwyższym. Przez 7 godzin nie ustalono, kto ma liczyć głosy” – takie nagłówki czytaliśmy w piątek wieczorem na dobranoc. Skala burdelu, jaki sprokurowała w Polsce ekipa Jarosława Kaczyńskiego, jest wprost niewyobrażalna. Przepraszam za dosadne słownictwo, ale to już naprawdę nie jest bałagan czy chaos. To wszechogarniający, totalny burdel. I nawet nie chodzi o taką czy inną politykę – lewicową czy prawicową, socjalną, narodową czy rynkową. Tu chodzi o absolutny brak kompetencji, nieudacznictwo i pospolity kretynizm. Ta zgraja miernot i ludzi zaburzonych nie jest w stanie zgodnie z prawem zorganizować wyborów, rozwala sądownictwo, oświatę i armię, kadłuby statków skleja taśmą, a w stadninach konie jej padają.
Zdarzyło mi się w życiu parę razy pełnić funkcje kierownicze w różnych mediach – organizowałem agencję informacyjną, byłem redaktorem naczelnym ogólnopolskiego tygodnika, kierowałem działami w kilku redakcjach. I doskonale wiem, że gdybym zademonstrował choćby drobną część antytalentów, którymi popisuje się ekipa „dobrej zmiany”, każdy z moich pracodawców w ciągu pięciu minut wywaliłby mnie z roboty na zbity pysk. Sęk w tym, że Jarosław Kaczyński otacza się takimi ludźmi z wyrachowania i w pełni świadomie. Według jednej z opowieści w czasie prywatnej towarzyskiej rozmowy miał zostać zapytany, dlaczego stawia na miernoty – i wówczas ponoć rozłożył ręce, mówiąc coś w rodzaju: „A co mam zrobić, skoro tylko tacy do mnie przychodzą?”. Jeśli rzeczywiście tak powiedział, to skłamał. On sam tych osobników – by użyć jego własnych słów: Polaków najgorszego sortu – wyszukuje, wyławia i promuje. Na czele ważnego trybunału stawia panią magister, która nie nadawała się do pracy w sądzie okręgowym, głową państwa czyni osobę ulepioną z budyniu i pozbawioną osobowości, a do rozprawy z sędziami używa postkomunistycznego funkcjonariusza. Tacy ludzie są mu potrzebni, bo tylko nad takimi może w pełni panować.
Ale oczywiście sam nimi pogardza. Zapewne w skrytości ducha mówi o nich to samo, co po latach powiedział o kadrach Porozumienia Centrum, czyli swojej pierwszej partii z lat 1990-91: „Uczciwie mówiąc, całe to ówczesne PC to był straszliwy zoolog, w sensie: ogród zoologiczny. To było dziwne zbiorowisko. Dużo tam wtedy było różnych takich środowisk niesłychanie skrajnych, integrystycznych katolików, ludzi o uogólnionej pretensji do świata, także trochę ludzi niezupełnie zdrowych na umyśle”. Dramat polega na tym, że o ile tamta zbieranina nie decydowała o losie kraju, o tyle dziś jej przedstawiciele pełnią funkcje ministrów, prokuratorów, prezesów ważnych instytucji państwowych. Zoolog Kaczyńskiego trzyma w łapach całą Polskę. A efekt tego jaki jest, każdy widzi.
O tym, że prezes w gruncie rzeczy pogardza swoimi marionetkami, świadczy choćby sposób, w jaki traktuje Andrzeja Dudę. Aż żal było patrzeć i słuchać, gdy człowiek mieniący się prezydentem RP w dzień po zawarciu paktu Kaczyński-Gowin w telewizyjnym oświadczeniu zapewniał Polaków: o wszystkim wiedziałem, ze wszystkimi rozmawiałem, plany były ze mną konsultowane, osobiście informował mnie o nich pan premier. Na kilometr było widać, że o niczym nie wiedział i nikt z nim niczego nie konsultował, bo i po co? Szczerze mówiąc, nie byłbym zaskoczony, gdyby w rozpisanych ponownie wyborach okazało się, że wprawdzie PiS oficjalnie nadal popiera kandydaturę Andrzeja Dudy, jednak jakiś rzekomy „komitet społeczny” (to stała metoda pisowskich krętaczy, którzy swoje projekty kamuflują jako inicjatywy poselskie albo społeczne) zgłosił nową kandydaturę osoby w rodzaju popularnego ostatnio ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego.
Wycofanie Dudy wydaje się mało prawdopodobne, bo w społecznym odbiorze byłoby odczytane jako objaw słabości i przyznanie się do porażki. Jednak, gdyby obok urzędującego prezydenta w wyścigu wyborczym uczestniczył jako rzekomy „kandydat społeczny i apolityczny” drugi człowiek PiS i gdyby jeszcze można było doprowadzić do tego, by to on spotkał się w drugiej turze z Dudą… Cóż za wymarzona sytuacja! Myślicie, że to niemożliwe? A ja nie dałbym sobie ręki uciąć. O ile bowiem zarządzanie krajem Kaczyńskiemu zupełnie nie wychodzi, o tyle w intrygowaniu, spiskowaniu i zagarnianiu władzy sprawdza się znakomicie. Wojciech Maziarski. Źródło koduj24.pl
- Tusk w lakierkach uciekł z Polski pod skrzydła cioci Angeli!? Dokąd ucieknie Kaczyński, według mnie pozostały mu tylko opiekuńcze skrzydła Belzebuba
- Wow! Wychodzi na to że nie będziemy mieli I prezesa SN, no i prezydenta!? No bo i po kiego skoro naszym jedynym sędzią, prokuratorem jest Jarosław!? Nasi wybrańcy narodu zrobili pierwszy krok ku anarchii, każde następne wybory będą torpedowane!? Oni mają zbyt dużo do stracenia, a nam nie mają nic do zaoferowania!? I nie łudźcie się, że PO jest lepsze od PiS, czy odwrotnie, oni są tacy sami potrafią grabić tylko do siebie!? 
08 05 2020 Wszystko zostaje po staremu…
Mamy nową przestrogę dla potomnych – „Obyś żył w czasach prezesa i PiS”. Trzeba przyznać Zjednoczonej Prawicy, którą trzęsie prezes Kaczyński, że umie zadbać o to, byśmy się nie nudzili, by adrenalina skakała nam jak szalona, a każdy dzień przynosił takie rewelacje, od których głowa aż puchnie. Mamy pandemię i oczywiście nie jest to wina partii rządzącej. Jednak jej winą jest ten chaos, jaki towarzyszy zarazie. Programy pomocowe, pisane są na kolanie, bez konsultacji z tymi środowiskami, które miałyby najwięcej do powiedzenia czy autentycznymi ekspertami. Zmienia się na wariata zasady sanitarne, wprowadza fatalne rozwiązania, jeśli chodzi o przedszkola czy szkoły, tarcze, co to leżą na tarczy, ogólny bałagan i błądzenie jak we mgle. Jakby tego było mało, funduje nam ta władza spektakl pod tytułem „Wybory korespondencyjne”. Człowiek już nerwy traci, popada w jakiś stan depresyjny, bo kwarantanna, zamknięcie w domu, strach, że złapie się koronawirusa, praca online lub wypad na bezrobocie, coraz większa drożyzna, coraz mniej kasy w portfelu, życie postawione na głowie, ale co tam… Trzeba nam obywatelom jeszcze dowalić, bo zaraza zarazą, a porządek w wersji PiS musi być zachowany czyli niech się wali, niech się pali, wybory muszą być i tyle. Nie będę opisywała poszczególnych aktów tego kiepskiego teatrzyku, bo karmiliśmy się tym na okrągło już od wielu dni. Ostatecznie jednak dwaj panowie z ław poselskich się dogadali, zgodzili na jakieś przesunięcia, opozycja głosi sukces, a my nadal wiemy, że kompletnie nic nie wiemy. Pozostajemy w pełnej nieświadomości, co do terminu wyborów, ich korespondencyjnej formy, która na kilometr śmierdzi możliwością fałszerstwa, a informacje dobiegające z różnych stron powodują, że zamiast być coraz lepiej rozeznani w sprawie, jesteśmy coraz głupsi.
Najlepsze jest jednak to, jak teraz partia rządząca tłumaczy cały ten bałagan. Ona niewinna, Ona chciała dobrze, Ona przestrzega Konstytucji, Ona stoi na straży demokracji. To nie ona, to Oni. Stoi więc sobie ta partia rządząca w świetle fleszy i bez skrupułów wskazuje paluchem prawa i sprawiedliwości tych winnych. Oni czyli kto? To przede wszystkim partie opozycyjne. To one tak namieszały, pokazując jednocześnie, że mają w nosie obowiązujące prawo. Wymyślili sobie stan klęski żywiołowej i twardo trzymają się tego stanowiska, a przecież wprowadzenie tego stanu nadzwyczajnego zaszkodzi Polakom, dowali finansowo i w ogóle. Do tego posłowie opozycji szerzą jakieś fałszywe informacje, ploteczki. Mówią o bezprawiu i za wszelką cenę usiłują zniszczyć ten rewelacyjny pomysł wyborów korespondencyjnych. Oj, niedobrzy to ludzie! Oj, zero w nich poczucia odpowiedzialności za kraj!
Winnym jest Senat, a nade wszystko marszałek Grodzki. Wrednie przetrzymał ustawę o wyborach korespondencyjnych do ostatniej wręcz chwili. 
Do tego, ogłosił z zaskoczenia głosowanie nad nią, choć wiedział, że 13 senatorów Zjednoczonej Prawicy musiało rozprostować kości i na chwilę oderwało się od debaty. Karczewski nie kryje rozżalenia i podkreśla, że w czasach, gdy to on był marszałkiem Senatu, takie numery by nie przeszły, bo liczyła się przede wszystkim kultura polityczna, szacunek do senatorów opozycji i iście sielska atmosfera obrad.
Nie należy też zapominać, że winę za krach wyborów korespondencyjnych ponoszą również obywatele. Jakże bezrozumnie, bez zastanowienia, stanęli na sztorc, byle tylko dowalić obrońcom prawa i sprawiedliwości. Byli na tyle bezczelni, że zapowiedzieli bojkot wyborów. Co to za ludzie?  Co to za naród? Jak wielka jest ich nienawiść, by wykorzystać każdą okazję do podważenia decyzji prezesa i jego nieRządu. Brzydcy obywatele, ojjj, brzydcy!
Żeby jednak nie było tak, huzia tylko na jednych, co niektórzy politycy z kręgu prezesa wskazują odpowiedzialnych za wielkie bum wyborcze również u siebie. To Morawiecki, bo on decydował, co i jak. To też Sasin – główny koordynator i kreator nowych zasad wyborczych. Morawieckiego nikt nie tknie, dopóki będzie ulubieńcem prezesa, Sasina zapewne też, chociaż on sam zadeklarował, że jeśli z tymi wyborami coś nie wyjdzie, to poda się do dymisji. Tak więc wszystko pozostaje po staremu. PiS się wywinie, a wmawianie ludziom od rana do wieczora, komu zawdzięcza całą tę sytuację, szybko stanie się jedyną i niepodważalną prawdą. Takich, którzy w to uwierzą, nie zabraknie, niestety.
A tymczasem w tle totalnej kompromitacji partii rządzącej, jej nieudacznictwa i pozerstwa, rozgrywa się tragedia pandemii, zbierającej w Polsce coraz większe żniwo. My, obywatele, przeżywający tak trudny czas, nie mamy żadnego wsparcia w partii rządzącej, która jedyne, co potrafi, to fundować nam niezłe jazdy. Myślę, że warto zamienić najczęściej głoszoną przestrogę „obyś żył w ciekawych czasach” na „obyś żył w czasach prezesa i PiS”. Ta ostatnia jest zdecydowanie bardziej wymowna. Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl 
05 05 2020 Co złego, to nie my…
Mało kto wybiega dziś wyobraźnią poza datę wyborów. Tymczasem pytanie, w jakiej kondycji będzie Polska po zakończeniu epidemii, wydaje się ważniejsze nawet od tego, kto będzie naszym prezydentem. Rządzący usiłują nas zapewnić, że recesja nie przekroczy 3 proc., ale wierzą w to jedynie najwierniejsi widzowie TVPiS. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje globalną zapaść głębszą niż podczas kryzysu finansowego 2008-2009. Największa gospodarka narodowa świata – USA skurczyć się ma w 2020 r. o 5,9 procent, gospodarka eurostrefy o 7,5 procent, a we Włoszech i w Hiszpanii przewidywany jest spadek PKB o prawie 10 procent. Wobec wyczyszczonej do dna państwowej kasy, pomijając nawet skutki suszy, szanowani ekonomiści prognozują w Polsce recesję jeszcze większą niż w Europie. Przed nami skokowe wzrosty cen, galopująca inflacja i ponad dziesięcioprocentowe bezrobocie. Mówiąc wprost, czeka nas załamanie gospodarcze, którego nie zatrzyma żadna tarcza Morawieckiego. Wie o tym Kaczyński, wie premier i wie rezydent Belwederu, któremu niedawno wypsnęło się wezwanie, by Polacy nie brali 500 zł na dziecko, bo budżet świeci pustkami i „ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią”. Nie przeszkodziło mu to potem, w swoim historycznym przemówieniu (historycznym, bo dłuższym nawet od pamiętnego wystąpienia Gomułki w 1956 roku), obiecać Polakom kolejne prezenty, zapewniając równocześnie, że pod jego kierownictwem „straty epidemiczne” odrobimy w trzy miesiące…
Świat po pandemii nie będzie już ten sam, a Polska zmieni się jeszcze bardziej. Prof. Marcin Król przewiduje, że odsetek ludzi ubogich zwiększyć się może z dotychczasowych pięciu do nawet pięćdziesięciu procent społeczeństwa. Władysław Frasyniuk uważa, że „nadchodzi fala buntu, która zmiecie PiS z polityki na długie lata”. Jeśli nawet nie są to prognozy stuprocentowo trafne, to pewne jest, że gwałtownie spauperyzowani Polacy zapytają chórem, dlaczego stało się to, co się stało, oraz kto jest za to odpowiedzialny. I natychmiast otrzymają odpowiedź. Bo PiS od dawna przygotowuje wyjaśnienia kto odpowiada za każdą z krzywd, którą Kaczyński uczynił Polsce przez ostatnie pięć lat.
Trzeba przyznać, że nowi właściciele Polski doszli do sporej wprawy we wskazywaniu winnych własnych czynów i zaniedbań. Wielu Polaków do dzisiaj wierzy, że za upadek Trybunału Konstytucyjnego odpowiada Platforma, która powołała „na wyrost” dwóch sędziów, i chociaż potem odwołała ich i przeprosiła, to jednak PiS został uprawniony do wprowadzenia swoich dublerów, a następnie do upolitycznienia i ostatecznego zawłaszczenia Trybunału. Wielu wyborców PiS jest także święcie przekonanych, że promotorem języka nienawiści jest Donald Tusk, a jego „moherowe berety” są bardziej krzywdzące i oburzające, niż „mordercy”, „komuniści i złodzieje”, „zdradzieckie mordy” i inne ulubione epitety Kaczyńskiego. Niemal powszechne w narodzie jest mniemanie, że zaciskanie pasa i oszczędne gospodarowanie rządu PO-PSL w czasach kryzysu było błędem, a rozrzutne szastanie budżetowymi pieniędzmi w latach prosperity, to wielka zasługa obecnie rządzących. I konsekwentnie, w oczach wielu Polaków pusta kasa i rosnące dzisiaj zadłużenie to wina epidemii, a nie skutek bezmyślnej rezygnacji z tworzenia poduszki finansowej na trudne czasy.
Idąc tym tropem, za upolitycznienie i postępujące ubezwłasnowolnienie sądownictwa nie odpowiada Kaczyński, ani Ziobro, ani jego hunwejbini z ministerstwa niesprawiedliwości. Odpowiedzialni są sędziowie, którzy bezczelnie domagają się respektowania konstytucji i przysięgi sędziowskiej! Nowo mianowany p.o. Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego Kamil Zaradkiewicz zaapelował do sędziów, by „powstrzymali się od wypowiedzi publicznych, które mogłyby osłabiać zaufanie do niezależnego sądownictwa”. Stwierdził też, że sędziowie, którzy kierują się „nieskrywaną polityczną motywacją”, powinni zrezygnować ze służby sędziowskiej. I wcale nie miał tu na myśli niektórych lojalnych do nieprzytomności sędziów z KRS, podporządkowanych swoim chlebodawcom w rządzie, ani sędziów – hejterów cichcem szkalujących swoich kolegów, ani sędziów – rzeczników dyscyplinarnych, którym  wystąpienia w obronie niezależności mylą się z wezwaniami do buntu. Nie miał też na myśli samego siebie, choć towarzyszka partyjna Krystyna Pawłowicz nazwała go  „nielojalnym człowiekiem, który w niejasnych okolicznościach, z dziwnie niedostępnymi dziś informacjami o jego dokonaniach zawodowych i społecznych z przeszłości, z nie do końca jasnych powodów zmienił – jak się zdaje taktycznie – front”…
Nierozumna fanaberia Kaczyńskiego spowodowała, że w kierownictwie partii rządzącej, a przede wszystkim w jej wydziale propagandy i agitacji, przyspieszono prace zmierzające do ustalenia, kto jest odpowiedzialny za pandemię, kto za wybory, i dlaczego nie PiS. W narracji rządzących za to, że w szczycie pandemii w ogóle organizowane są jakieś wybory, odpowiada opozycja, która nie chce się zgodzić na zmianę konstytucji. Opozycja winna jest zresztą całego wyborczego zamętu, bo jest „zapiekła, zawzięta, nieprzejednana i niezdolna do ustępstw”. Szef kancelarii premiera Michał Dworczyk mówił w Polsat News, że „jeżeli wybory nie odbędą się 10 maja, to grozi nam chaos”, a Beata Szydło we właściwy sobie sposób wezwała do porozumienia:  „ Odpowiedzialność, która spoczywa w tej chwili na politykach, to jest szukanie kompromisu i szukanie takich rozwiązań, aby te konstytucyjne terminy wyborcze mogły być dotrzymane”. Czyli PiS dąży do kompromisu oferując zarówno wybory tradycyjne, jak i pocztowe, oraz aż trzy majowe terminy, a tymczasem opozycja nie chce się nawet zgodzić na głupią zmianę w Konstytucji. Mało kto zauważa, że propozycje PiS przypominają ustępstwo bandyty, który przyłożył człowiekowi lufę do głowy, ale w ramach kompromisu zgodzi się wyjąć z pełnego magazynku dwa, a może nawet trzy naboje.
Za organizację wyborów zgodnie z ustawą odpowiadać ma minister Sasin – wicepremier nadzorujący Agencję Rezerw Materiałowych, która w początkach pandemii wyprzedała za bezcen zapas masek ochronnych, żeby kupić zalegające na hałdach zapasy węgla. Ma odpowiadać, ale nie odpowiada, bo zażądał od Morawieckiego wszystkich poleceń na piśmie, a sam pod żadnym dokumentem się nie podpisał. Za druk pakietów wyborczych i ich kompletowanie odpowiadać powinna państwowa wytwórnia papierów wartościowych, ale nie odpowiada nawet na pytania mediów, bo zlecenie przekazała podwykonawcy. Podwykonawca naturalnie za nic nie odpowiada, bo zrobił, co mu zlecili, i wysłał produkt do jeszcze innej firmy, która odpowiadałaby za rzetelne skompletowanie przesyłek, gdyby ktoś jej zlecił i zapłacił  za bezpieczeństwo i szczególną ochronę kompletowanych dokumentów.  Czyli wygląda na to, że za przeprowadzenie wyborów odpowiada poczta, a za powszechność i tajność wyborów – listonosze.  Jednak Poczta Polska odpowiadać nie może, bo przystąpiła do pracy na polecenie premiera. Ale i premier za nic nie odpowiada, bo w marcowej ustawie anty-COVID-19 znalazł się przepis, który pozwala Morawieckiemu wydawać polecenia osobom prawnym, czyli także poczcie, w drodze decyzji administracyjnej, niewymagającej uzasadnienia i podlegającej natychmiastowemu wykonaniu. A ponieważ za tą ustawą głosowała też opozycja, szantażowana koniecznością podjęcia natychmiastowych działań przeciwdziałających epidemii, więc zapewne to ona będzie winna wyborczego zamętu i prawie pewnej klęski parawyborów. Będzie winna na spółkę z samorządami, które nie chcą wydać spisu wyborców wykrętnie tłumacząc się argumentem, że polecenia w tej sprawie są bezprawne, co jest zgodne z prawdą, ale co z tego?
Kto odpowie za wielce prawdopodobny wzrost zachorowań spowodowany groźnym pomysłem prowadzenia wyborów w czasie epidemii? Kto poniesie konsekwencje za niemal pewne tragedie wynikłe z luzowania reżimu ochronnego – tylko po to, by pokazać, że sytuacja się normalizuje i wybory są już bezpieczne? Za zdrowie powracających do pracy odpowiadać mają pracodawcy, bo przecież nie dobra władza, która jedynie otwiera możliwość pracy – na życzenie społeczeństwa oczywiście. Również za bezpieczeństwo dzieci w żłobkach i przedszkolach, które władza zaleca otwierać, rządzący nie biorą odpowiedzialności. Odpowiadać ma organ prowadzący i dyrektor placówki, przy czym jeśli samorządy nie zgodzą się otworzyć żłobków i przedszkoli, to narażą się rodzicom, którzy muszą iść do pracy, a jeśli otworzą placówki, to odpowiadać będą za każdy przypadek zachorowania dziecka. Władza jest i będzie niewinna, bo tylko sugerowała możliwość uruchomienia placówek, a miała ku temu podstawy w postaci statystyk zachorowań (co z tego, że niewiarygodnych), a nawet obiecała, że da środki dezynfekcyjne. Analogicznie jest w przypadku uruchamiania galerii handlowych i hoteli, gdzie za bezpieczeństwo odpowiadają wyłącznie zarządcy obiektów.
Za czekające nas bezrobocie odpowiadać będą przedsiębiorcy. Za anarchię w życiu publicznym – oczywiście opozycja i Senat. Za obecne bezprawie, wprowadzane tylnymi drzwiami, odpowiada wirus. Natomiast rządzący z Kaczyńskim nie odpowiadają za nic. Bo PiS w kolejnych „tarczach” i specustawach poutykał przepisy, które mają chronić członków rządu przed prokuratorskimi zarzutami. Mają chronić wybrańców narodu dokładnie tak, jak wprowadzone na początku pandemii zarządzenie o organizacji specjalnej opieki lekarskiej i szpitalnej dla przedstawicieli władzy i ich rodzin. Przepis schowany w specustawie epidemicznej zapewnia bezkarność sprawcom dwóch przestępstw: nadużycia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego i wyrządzenie szkody majątkowej w obrocie gospodarczym. Za te przestępstwa w normalnych warunkach grozi do dziesięciu lat więzienia. Ale specustawa stanowi, że jeśli ktoś podczas epidemii zrobił jakiś kant nabywając towary i usługi lub dopuścił do przekrętu „w interesie społecznym” to pozostanie bezkarny. Urzędnik, który przekroczy uprawnienia i wyrządzi wielką szkodę majątkową, nie odpowie też za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Premier oskarżony o wywalenie w błoto milionów na niepotrzebne pakiety wyborcze powie przed sądem: – Miałem prawo zlecić dowolne zadania spółce skarbu państwa, ale nie moja wina, że ta spółka zmarnowała pieniądze na koperty i karty do głosowania. Kiedy wydawałem polecenia, to zgodnie z ówczesnymi przepisami obowiązywał termin wyborów 10 maja, a ja tylko szykowałem inną formę głosowania. Chciałem zapobiec epidemii, bo głosowanie w lokalach wyborczych byłoby zagrożeniem… Premier powoła się jeszcze na opinię ministra zdrowia na temat wyborów korespondencyjnych i bez problemu wykręci się od odpowiedzialności.
Źle się dzieje w państwie polskim, ale przecież nie PiS Polskę popsuł. To ONI. Źli ludzie, przeciwnicy dobrej zmiany. Rzucali władzy kłody pod nogi, przeszkadzali, psuli, a Kaczyński – cóż on biedny mógł na to poradzić? Przecież miał tylko swój parlament, swój rząd, prezydenta, prokuraturę, Trybunał Konstytucyjny, nie licząc pomniejszych zdobyczy – i nic więcej. Więc co innego mógł zrobić prócz tego, co zrobił?
Kaczyński jest jak ten kierownik restauracji w PRL, który dopisał w jadłospisie: „Za jakość potraw szef kuchni nie odpowiada, a jak odpowie, to niegrzecznie”. Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl
PS. Od dłuższego czasu poszukuję odpowiedzialnych za zaproszenie PiS do władzy i jakoś nie mogę spotkać nikogo z tłumu inteligentów, którzy przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi pokrzykiwali, żeby nie straszyć ludzi PiS-em, albo nawoływali, żeby „dać im szansę, niech się sprawdzą”. Odpowiedzialność nie jest produktem przesadnie rozchwytywanym.
04 05 2020 Wybory, chaos i… truteń.
O „prawidłowy” przebieg głosowania z pewnością zadbają organizatorzy długiej nocy wyborczych skrzynek pocztowych – ministrowie Sasin i Kamiński. To nie tak, że za majowym terminem wyborów stoi wyłącznie kaprys pana prezesa. Kiedy posłuchać emisariuszy władzy posłanych do mediów niepublicznych, to staje się oczywiste, że o wszystkim przesądziła tu nauka. Z tym, że ani medycyna, ani prawo, na których znają się wszyscy. Chodzi o prawdziwą naukę. O fizykę mianowicie. I do tego kwantową! Wirusa formacja prezesa się raczej nie boi, bo on nic władzy „nie może” zrobić. Ona zaś jemu – jak najbardziej. Całkiem nieźle idzie jej na przykład ignorowanie pandemii, a nawet przekonywanie personelu medycznego, że żadnego zagrożenia nie ma (no, prawie). Więc maseczki i rękawiczki to kolejny kaprys elit. Podobnie ma się sprawa z Europą. Owszem, powinna nam przyznać kolejne miliardy na walkę z pandemią (lipne testy rząd sam kupi od znajomych importerów). I ma się nie chwalić, że to od niej (Unii, znaczy) ta kasa. Natomiast nikt prezesowi nie będzie dyktował, jak mamy tu, u siebie, uprawiać politykę. Ani też jak i kogo wybierać. Autorytety natomiast – jak to elegancko ujął ex-marszałek Senatu –  partia ma  własne.  W sferach naukowych muszą to być fizycy, ponieważ ludzie władzy w kontekście wyborów od tygodni odmieniają tylko jedno słowo: „chaos”.
Z tym, że nie chodzi raczej o aktualizację słynnej Teorii Chaosu w takim oto duchu, że jakiś mieszkaniec miasta Wuhan jesienią skonsumował szaszłyk  z nietoperza, w związku z czym na wiosnę w Warszawie odbędą się wybory w czasach pandemii. Teoria odnosi się bardziej do gestu, który Andrzej Duda wykona (lub nie) dziesiątego maja po głosowaniu. I do jego (gestu, znaczy) konsekwencji. Da się to opisać w trzech punktach. 
Po pierwsze – teraz, choć wokół pandemia, ludzie chorują i umierają, wszystko zamknięte, nic nie działa i nie wiadomo, co dalej, to jednak… jest normalnie.
Po drugie – żeby dalej było normalnie, koniecznie trzeba wybrać Andrzeja Dudę na drugą kadencję. Obowiązkowo 10 maja.
Po trzecie – gdyby do tego jednak nie doszło, Polska pogrąży się w chaosie o nieprzewidywalnych, lecz niechybnie dramatycznych rozmiarach i skutkach.
Wniosek wybory są konieczne i niezbędne. Oraz ważniejsze od wirusa i jego opłakanych konsekwencji. Tak stanowią prawa fizyki! Bo jeśli Andrzej Duda dziesiątego maja wieczorem, dziękując swoim wyborcom za drugą kadencję, nie pomacha im mentalnymi skrzydłami (tymi samymi, na których wznosi się na szczyty wiecowej elokwencji ), to na pewno nastąpi katastrofa. Naturalna. I będzie trzeba ogłosić stan klęski żywiołowej! Trudno wprost wyobrazić sobie ten chaos, który zapanowałby na Nowogrodzkiej, gdyby tak – z powodu nieodbytych wyborów właśnie – partia miała utracić większość sejmową, a wraz z nią (i władzą) dziesiątki intratnych posad, limuzyn, gabinetów i stanowisk. Takiemu „trzęsieniu ziemi” mogłoby też towarzyszyć tsunami procesów sądowych, a  może nawet rozpraw przed Trybunałem Stanu. A kto wie, czy kraju nie objąłby jeszcze pożar niekontrolowanej „depisyzacji”, obracający w popiół biografie i materialny dorobek najbardziej ambitnych partyjnych działaczy. Bo trudno dziś przewidzieć reakcję Suwerena na postepidemiczne ceny masła oraz wycieczek na Karaiby.
No i aktualny pan prezydent, gdyby dziesiąty maja okazał się jednak nieaktualny, miałby pewnie niejaki problem ze spłatą wysokiej hipoteki… Tak więc – wybory odbyć się muszą. I to w terminie. A wygra je Andrzej Duda. Przedstawiciele partii rządzącej już teraz są absolutnie pewni tego wyniku. Słusznie, bo z pewnością zadbają o to organizatorzy długiej nocy wyborczych skrzynek pocztowych –  ministrowie Sasin i Kamiński. Więc najpierw będzie cud nad urną. A potem cóż, opozycja i Europa pokrzyczą, pokrzyczą, i nabawią się – najwyżej – bólu gardła. Andrzej Duda dziesiątego pomacha zaś swoim wyborcom ze studia w TVP  i chaos zostanie odwołany.
Jedno się tylko nie bardzo zgadza. Teoria mówi o motylach. Tymczasem lider zespołu Bayer Full zarzekał się niedawno, że „jemu (prezydentowi, znaczy) miód kapie z ust. On ma pyłek kwiatowy na ustach”. Byłbyż to więc nie tyle motyl, co… truteń?
Bożena Chlabicz-Polak Źródło: koduj24.pl 
02 05 2020 Czas oddać pole „młodym wilczkom”.
Może tak naprawdę szansą i nadzieją dla Polski są właśnie oni? Mija już piąty rok, odkąd Polska pokazała zupełnie inne swoje oblicze. Takie, które dla wielu jest nie do przyjęcia, cofające nas w czasy PRL-u, prowadzące w stronę dyktatury i ostrego autorytaryzmu. Jednych to cieszy, ale dla takich jak ja to wielka porażka. Klęska, przekreślenie 26 lat niby wolnych, ale jak się okazuje, pełnych ukrytych demonów niezadowolenia, agresji, nacjonalizmu, roszczeń, zahamowań, złości, niezaspokojonych ambicji i przerośniętych ego. Wystarczyła chwila, jedno zdarzenie, a ta, wydawałoby się, poukładana Polska, okazała się puszką Pandory, otwartą przez tych, którzy wzięli na siebie główną rolę kreatorów „prawdziwej” Polski. Nie czarujmy się, nie opowiadajmy sobie bajek, że wystarczy siła spontanicznego ruchu, że po co nam lider czy grupa na przedzie. Obywatele sami się zmobilizują, zorganizują, zaprotestują, pokonają. Naiwny, kto tak myśli. Zawsze musi być ten team, który przejmie w swoje ręce koordynację działań, zaczaruje swoją charyzmą i osobowością, przyciągnie tłumy, które bez mrugnięcia okiem za nim ruszą.
Mechanizm wydaje się prosty. Najpierw wzrastające niezadowolenie, potem czas na mówców, którzy z pasją w głosie przekonują nas do swoich racji i stają na czele protestów. Są wielbieni, coraz bardziej przekonani o własnej nieomylności, skuteczności. Robią wszystko, byśmy uwierzyli, że to właśnie oni, a nikt inny, są predystynowani, by poprowadzić lud na barykady. Pod swoim przywództwem budują ruch opozycyjny, tworzą struktury, budują wokół siebie otoczkę zaufania i wiarygodności. Jednak potem już nie jest tak różowo. Gdy opadnie to pierwsze uniesienie, gdy okaże się, że walka potrwa nie kilka dni, ale znacznie dłużej, przychodzi zniechęcenie i coraz krytyczniej patrzy się na dotychczas uwielbianych liderów. I nagle okazuje się, że część z nich to zwykli karierowicze, dla których zaistniała sytuacja jest świetną okazją, by wybić się z szarości własnego życia i przejąć pałeczkę od tych, których chcą wysadzić z siodła. Jak umiejętnie udaje im się odesłać w niebyt tych, co to zbyt spokojni. Choć z wiedzą i świetnymi umiejętnościami, a jednak bez siły przebicia, za mało cwani, nie potrafiący rozpychać się łokciami, za mało przekonujący, bo nie potrafią odpowiednio mobilizować krzykiem, bo chcą rozmawiać, szukać kompromisów, czyli są po prostu za słabi. Zaczyna się więc klasyczna walka o to, kto lepszy, kto pierwszy, czyja wizja słuszniejsza i… ostatecznie wygrywa ten, kto się lepiej sprzeda, więcej obieca, będzie bardziej aktywny, a pustosłowie przekuje w populistyczny program, którym łatwo da się zachwycić. Skądś to znamy, prawda?
Tak jak i dobrze widzimy od tych prawie 5 lat, kto tak naprawdę stanowi trzon opozycji. To moje pokolenie, ludzie głównie po 50-ce i starsi. Wnieśliśmy do walki z bezprawiem PiS-u swoją wiedzę, doświadczenie, ale też swój upór, nieumiejętność dostrzeżenia, że realia dzisiejsze znacznie odbiegają od tych, z czasów PRL, gdy kształtowała się nasza obywatelskość. Wnieśliśmy swoje stereotypy, przekonanie o własnej nieomylności i chcemy tak bardzo po swojemu, będąc przekonanym, że kto jak kto, ale to właśnie my jesteśmy alfą i omegą. Błąd! Odrzuciliśmy Młodych, mając do nich pretensje, że nie ruszyli z nami do walki, nie rozumiejąc, iż sami muszą do niej dojrzeć, zrozumieć sens, przejść ten etap od tego stylu życia, który im najbliższy i jedyny znany do świadomego zrozumienia zła, jakie się wokół toczy. Nie chcemy i chyba nie potrafimy zrozumieć, że to już nie jest nasz czas. Możemy wskoczyć w rolę mentora, podzielić się swoim doświadczeniem, doradzić, ale nie ruszymy już tłumów, bo to właśnie ich rola. Młodych. Rola takich jak Franek Sterczewski i Klaudia Jachira.  Jest ich wielu. Uczą się polskiej państwowości od podstaw, zdobywają doświadczenie przez działania najpierw lokalne, potem samorządowe. Są mądrzy, zapatrzeni w XXI wiek, rozumieją wyzwania, jakie przed nimi. Wiedzą, jakiej Polski nie chcą i uczą się tej demokracji, za którą warto stanąć murem.
Zapytacie mnie zapewne, po co piszę taki tekst, dlaczego dzielę się właśnie teraz swoimi refleksjami, gdy wokół coraz gorzej, gdy PiS szaleje, koronawirus nas wykańcza, gospodarka pada pod nieudolnymi rządami amatorszczyzny i krętaczy, a przed nami wymuszone wybory, których zwycięzca już znany? Ano właśnie dlatego ten tekst. Zmarnowane prawie 5 lat na czcze dyskusje, stawianie wciąż na tego samego konia, kłótnie, umiejętne eliminowanie z własnych szeregów każdego, kto przeszkadza, kto niewygodny. Zmarnowanie olbrzymiego potencjału setek tysięcy ludzi, którzy bez jednego słowa potrafili zapomnieć o życiu osobistym i wyszli na ulice, wierząc tym, co to tak płomiennie wzywali do boju, a w większości realizowali swoje własne cele. Niestety, to my jesteśmy winni, że PiS ponownie wygrało wybory, a Duda dalej będzie udawał prezydenta wszystkich Polaków.
Może warto więc zastanowić się, przemyśleć i… zacząć działać z głową? Może warto zrozumieć, że tak naprawdę szansą i nadzieją są właśnie ci Młodzi? Bądźmy, wspierajmy, ale pamiętajmy. My już jesteśmy dinozaurami, to już czas na „młode wilczki”. Takich Franków i Klaudii nam trzeba. Nam? Polsce! Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl
- Po Magdalence Bolkowe plemię opanowało Polskę. Przecież wszystkie partie, ugrupowania są z jednego miotu. Razem idą ramię w ramię do wspólnego celu. Tylko od czasu do czasu jak w tetrze odegrają swoje role dobrego i złego wujka. Na początku jest chaos. A po nim – koniec. Rewolucja ustrojowa w 1989 r , co nam dała? Co nam przyniosła? Po 1989 roku nie nastała wymarzona, słodka demokracja. Nastał czas chaosu, grabieży, montowania się band złodziejskich, wybuchania afer, panoszenia się biurokracji itp. Znaleźli się tacy co oszukali i okradli cały Naród i oszukują i okradają nadal, dochodząc do kolejnych, coraz wyższych funkcji w Państwie lub Unii Europejskiej. W kolejnych wyborach znowu ich "wybierzemy", bo tak jest skonstruowany system wyborczy, że ci co się obłowili są uprzywilejowani i stać ich na kampanię wyborczą. WYBORCY NICZEGO O NICH NIE WIEDZĄ znaczy się wiedzą tylko tyle ile im w bilbordach się wciśnie. Czy zatem rewolucja ustrojowa trwa nadal, czy może dopiero czas na nią?
 - Bizancjum po 1989 roku rośnie w siłę. Rządy PiS to Disco Polo z elementami pieśni kościelnych i gangsterskiego rapu. Jeśli obecnej władzy trzeba tłumaczyć jak być przyzwoitym, za co dostaje się po łapach, to nasuwa się pytanie czy ludzie tej władzy potrafią samodzielnie myśleć? Być przyzwoitym czy to naprawdę jest takie trudne? Czy wkrótce obudzimy się w Polsce pod butem Kaczyńskiego tylko od Ciebie to zależy!? 
01 05 2020 Co Kaczyński ma na rękach?
Oczywiście krew. Wiedzą o tym wszyscy rozumni, a rozumni (według pewnego profesora) to ci, co czytają Gazetę Wyborczą i Tygodnik Powszechny. Krew pojawiła się na rękach Kaczyńskiego gdzieś w czasach "pierwszego PiS-u", a spostrzegł ją Donald Tusk. W czasie wystąpienia sejmowego ówczesny przywódca opozycji powiedział, że "Kaczyński ma krew na rękach", ponieważ w wypadkach drogowych giną ludzie. Na poparcie tej demaskatorskiej wiadomości Tusk przytoczył statystyki wypadków (zabici, ranni itp.). Wszyscy rozumni wiedzą, że związek Kaczyńskiego z wypadkami drogowymi jest oczywisty i nie wymagający szerszego uzasadnienia.
Drugi raz krew na rękach Kaczyńskiego zaobserwował bodajże Palikot obciążając go odpowiedzialnością za "śmierć 96 osób - elity narodu", gdyż przez telefon kazał lądować w Smoleńsku, a jak powiedział Bronisław Komorowski (najrozumniejszy z rozumnych) "sprawa jest arcyboleśnie prosta – nie powinni lądować we mgle".
Kolejny raz o krew na rękach Kaczyńskiego oskarżyli nie postkomuniści, czy ich medialne rezonatory, tylko zacni "prolajferzy", którzy przyznali Kaczyńskiemu tytuł "Heroda Roku". Kaczyński wygrał konkurs o to miano w bardzo silnej konkurencji (aborcjonistka Przybył, lobbystka aborcyjna Wanda Nowicka). Nawet nie trzeba być rozumnym, aby wiedzieć, że Kaczyński ma ręce po łokcie unurzane we krwi nienarodzonych niewiniątek, bo "miał Sejm, Senat, Prezydenta, wystarczyło tylko przeprowadzić ustawę". No i ostatnio znów może się pojawić krew na rękach Kaczyńskiego, jeśli "siły jasne" nie zdołają storpedować wyborów, bo Kaczyński prze "po trupach do władzy", chcąc przeprowadzić wybory w "środku pandemii" narażając na śmierć listonoszy, a przecież nie ma nic ważniejszego jak "zdrowie i życie Polaków". Zresztą zdaniem A. Holland nie tylko listonosze są narażeni: "Poraniony psychopata (...) byłby gotów ryzykować życie potencjalnie setek, może tysięcy osób, w środku szalejącej pandemii posyłając naród na wybory".
Jak widać krew na rękach Kaczyńskiego pojawia się regularnie niczym plamy na słońcu, choć różnica jest taka, że plamy pojawiają się co 11 lat, a krew u Kaczyńskiego częściej.
Jeszcze częściej, a właściwie non stop od 1989 roku bracia Kaczyńscy mieli bardzo złą prasę. Zarzucano im, że są "genialnymi destruktorami" niszczącymi wszystko, co napotkają na swojej drodze. Dlatego ludzie tak różni, jak skrajny antykomunista Radosław Sikorski i skrajny komunista Włodzimierz Cimoszewicz domagali się w tym samym czasie, niezależnie od siebie, aby "raz na zawsze pozbyć się Kaczyńskich z polityki" (nie udało się, bo Jarosław nie wsiadł do samolotu).
Sikorski mógł mieć powody osobiste, bo stracił posadę ministra w rządzie Kaczyńskiego po opublikowaniu w amerykańskim piśmie "Foreign Office" artykułu sugerującego, że Polsce Śląsk nie jest potrzebny, lepiej się go pozbyć wraz ze strajkującymi górnikami. Minister myślał, że mało skomplikowani pisowcy nie czytają w obcych językach. Ale jeden przeczytał (Macierewicz się nazywał). W ogóle życiorys Radosława Sikorskiego pełny jest dramatycznych zwrotów akcji niczym w filmie Hitchcocka. Przypomnijmy więc...Swój dwór w Chobielinie w pełni zdekomunizował, o czym informuje napis na płocie, ale nie zdekomunizował swojego ministerstwa. Nie mógł (był za "krótki”?), czy nie chciał i kilkudziesięciu agentów komunistycznych służb pracowało w resorcie aż do emerytury. Jako minister w rządzie PO w słynnym "hołdzie berlińskim" wezwał Niemcy, aby wzięli w swoje ręce los Europy, zaprosił swego kolegę Ławrowa na wykład/szkolenie dla polskich ambasadorów wiedząc, że to długoletni szef rezydentury KGB w Ameryce i otworzył "mały ruch graniczny" z Obwodem Kaliningradzkim, co wyglądało na pierwszy krok w kierunku reaktywacji Prus Wschodnich. Ponieważ rzecz dotyczyła granicy Schengen, musiało to odbyć się z błogosławieństwem Berlina.
Jeśli dodać do tego działania zniechęcające Amerykanów do obecności w Europie, można odnieść wrażenie, że polski minister spraw zagranicznych miał do odegrania jakąś rolę w niemiecko – rosyjskim projekcie "wspólnego europejskiego domu od Lizbony po Władywostok". Największym osiągnięciem ministra Sikorskiego było jednak wstrzymanie negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej (4 lipca 2008), stąd ludzie podejrzliwi wyciągają wniosek, że panów Sikorskiego i Ławrowa poza przyjaźnią łączy także stosunek służbowy.
Niemniej ciekawy jest życiorys premiera Cimoszewicza, który po przeistoczeniu się z komunisty na demokratę, aspirował do posady ...sekretarza generalnego NATO i oczekiwał protekcji ze strony prezydenta Putina (!?). Dziś obaj mężowie stanu – Sikorski i Cimoszewicz – reprezentują Polskę w europarlamencie i chyba się lubią, bo wspólnie wykorzystują każdą okazję, by atakować polski rząd i prezesa PiS.
Kaczyński jest unikalny w skali świata, bo tylko jemu zarzuca się jednocześnie filosemityzm i antysemityzm, faszyzm i bolszewizm, autorytaryzm i anarchię, religianctwo i bezbożność, cwaniactwo i nieudolność, a socjolog prof. Markowski dostrzegł nawet "żoliborskie warcholstwo" – zupełnie nowe pojęcie socjologiczne. Szczególnie socjolodzy upodobali sobie Kaczyńskiego do swych badań naukowych i już 10 lat temu opublikowali rezultaty swych dociekań: "U Kaczyńskiego znalazłem ton totalitarny" (prof. Czapiński), "Kaczyński gra narodem w swoim politycznym pokerze" (prof. Szacki), "Kaczyński postawił sobie za cel opanowanie państwa polskiego i zbudowanie autorytarnego ładu" (prof. Krzemiński)
Ale nie trzeba być socjologiem (wystarczy być rozumnym?), by dojść do podobnych wniosków. Ogromny tłum dziennikarzy, artystów, noblistów, literatów, nawet biskupów, a także zwykłych obywateli od 30 lat z wielkim zapałem zwalcza "kaczyzm". Wydawało się, że po 10 kwietnia 2010 roku problem jest rozwiązany, co tryumfalnie obwieścił Poncyliusz ("PiS tonie, a Kaczyński rozpaczliwie się ratuje"), ale okazało się, że przedwcześnie. Kaczyńscy znani byli (od najgorszej strony) na całym świecie. Sam czytałem w nowozelandzkiej gazecie o "terrible twins" – strasznych bliźniakach. Poczytna niemiecka gazeta nazwała prezydenta Kaczyńskiego "kartoflem", a po interwencji naszej ambasady "dowcipnie" odparła, że "mogą przeprosić kartofla za porównanie do Kaczyńskiego". Co raz usłyszeć można o agresywnych wypowiedziach jakiegoś Hindusa w brytyjskim parlamencie, czy europosłów w Brukseli, ale największą siłę rażenia mają druzgocące "recenzje" rządu PiS i Kaczyńskiego regularnie pojawiające się w najważniejszych opiniotwórczych mediach na Zachodzie (i Wschodzie).
Po wyborach w 2010 roku, belgijski dziennik Le Soir napisał "Świat odetchnął z ulgą - skrajny nacjonalista Kaczyński nie został prezydentem". Żeby świat mógł odetchnąć, to świat musiał wiedzieć o zagrożeniach jakie stwarza Kaczyński. Ktoś wykonał (i nadal wykonuje) mrówczą pracę, w celu poinformowania świata o niegodziwościach Kaczyńskiego. Z cesarza Bokassy, który zwykł był zjadać mózgi swych przeciwników, aby przejąć ich wiedzę i karmił odwiedzających kraj dyplomatów "tradycyjną potrawą środkowoafrykańską" z ludzkiego mięsa (na taką ucztę załapał się ponoć prezydent Francji), co najwyżej się śmiano. Natomiast Kaczyński budzi prawdziwą grozę, choć nikogo nie torturował, nikomu nie wymordował rodziny, nie ma złotego sedesu (jak Janukowicz), ani złotego łóżka (jak Bokassa). Nawet gdyby rzeczywiście był ksenofobem, antysemitą, homofobem, zniszczył polską demokrację i ukradł wieżowce na Srebrnej, to nie tłumaczy ogromnych środków ,jakie poświęcane są globalnie na czarny pijar wokół Kaczyńskiego i rządu Zjednoczonej Prawicy.
Nie znaczy to, że nie ma pozytywnych opinii o Kaczyńskich – są tylko głęboko skrywane. „Skuteczny lider narodowy”, „wyjątkowo inteligentny polityk”, „biegły w sprawach międzynarodowych” – tak dyplomaci USA opisywali Jarosława i Lecha Kaczyńskich. W depeszy z 2008 r. ambasador Victor Ashe donosił, że to od ministra spraw zagranicznych (Sikorskiego) zależy decyzja Polski w sprawie tarczy antyrakietowej. „Prezydent Kaczyński nie chce, żeby tarcza antyrakietowa stała się przedmiotem rozgrywki w Polsce, i jest gotów oddać sukces Tuskowi i Sikorskiemu za zawarcie porozumienia, byle tylko było zawarte". „Z wielu dobrze uplasowanych źródeł słyszeliśmy, że Sikorski systematycznie, jeśli nie fanatycznie, kontroluje przepływ informacji do Tuska o negocjacjach". Ale takie wiadomości można znaleźć jedynie w depeszach ujawnionych przez Wikileaks, natomiast agresja informatyczna przeciw rządzącemu obozowi trwa nieustannie i dociera wszędzie.
Można sobie postawić pytanie – dlaczego obecny polski rząd i osoba prezesa PiS wywołują tak wszechogarniające agresję? Czyje interesy zostały zagrożone? Oczywiście wszystkich sygnatariuszy "okrągłego stołu". Ale nasza polska "pierestrojka" to fragment porozumienia międzynarodowego, którego częścią był "upadek komunizmu", zjednoczenie Niemiec, operacja "Most" (ewakuacja Żydów z Rosji), konwersja długów państw bloku sowieckiego i inne. Stron mających żywotne interesy w Polsce jest sporo. Sygnatariuszami układów tworzących "ład pojałtański" musieli być Sowieci, Niemcy, Amerykanie i wielonarodowi właściciele długów Gierka (często powinowaci naszych intelektualistów).
Z pewnością nie przewidywano pełnej suwerenności Polski, która musiała zostać państwem buforowym, "teoretycznym". Dlatego jakiekolwiek próby poszerzenia zakresu podmiotowości spotykają się ze zgodnym przeciwdziałaniem wszystkich zainteresowanych. Na straży uzgodnień pozostawiono nietknięty komunistyczny aparat represji z sądami na czele. Dlatego reforma sądownictwa budzi tak żywiołowy sprzeciw. ("Rada Europy wyraża zadowolenie z zawetowania przez prezydenta Andrzeja Dudę ustaw o sądownictwie" - rzecznik sekretarza generalnego RE Thorbjoerna Jaglanda, Holtgen).
Przy okazji sporu o reformę sądownictwa polityk Święcicki (PO) z roztargnienia poinformował, że próba ingerencji w sądownictwo była by "pogwałceniem umowy okrągłostołowej" (jego "donos" można porównać tylko do freudowskiej pomyłki prof. Engelking, która myśląc o Gazecie Wyborczej powiedziała "gazeta żydowska").
Wydawało by się, że osiągnięcia tej ekipy rządzącej są oczywiste i bezdyskusyjne (likwidacja ubóstwa i bezrobocia, wielki wzrost poziomu życia nie tylko elit, zrównoważony budżet), lecz na armii surowych recenzentów rządu nie robią one żadnego wrażenia. Krytycy twierdzą, że to wynik fantastycznej koniunktury gospodarczej, choć ta sama koniunktura w innych krajach nie przyniosła aż takich rezultatów. Jednak prawdziwym sprawdzianem będzie czas, który nadchodzi. Pandemia i nieuchronny kryzys nią wywołany, a także zbliżająca się katastrofalna susza, to wielka szansa opozycji i ich promotorów do upragnionej destabilizacji państwa. Jak dotąd rząd sobie radzi znacznie lepiej, niż inne kraje. Polska jako pierwsza zamknęła granice (Europa zawyła z oburzenia, po czym wszyscy zrobili to samo), natychmiast sprowadziła 54 tys. Polaków do kraju i wcześniej niż w innych krajach pomyślała o pomocy dla firm. Partie opozycyjne w większości krajów europejskich zapowiedziały zawieszenie sporów politycznych i pełne poparcie rządów w walce z epidemią.
Natomiast w Polsce opozycja dostała jakiegoś amoku, który udzielił się także zagranicy. 
"Na najtrudniejszy czas od dziesięcioleci mamy najgorszą od dziesięcioleci władzę. Z sytuacją i wyzwaniami możemy sobie poradzić tylko wtedy, gdy będą nam przewodzić najlepsi i najmądrzejsi, a nie najbardziej opętani i najbardziej cyniczni. Takie państwo tworzy prezes Kaczyński. Państwo chaosu i marionetek" powiedział Siemoniak – były kierowca Tuska.
Zaprzyjaźniony z red. Michnikiem Financial Times zauważył: "cały świat zmaga się z koronawirusem, tylko nie Polska", bo tu planuje się wybory. „Autorytarne rządy w Polsce chcą sobie zapewnić nieograniczone uprawnienia”, „pod płaszczykiem pandemii łamią praworządność”, więc „Komisja Europejska musi interweniować jako strażniczka traktatów”. „UE musi skończyć z szaleństwem wyborów Covid-19 w Polsce”. Krytykuje się „drastyczne ograniczenie swobód obywatelskich”, choć wszędzie obowiązują podobne przepisy (gdyby restrykcje były mniejsze, Kaczyński miałby więcej „krwi na rękach”).
Podczas gdy prezydent Trump zmaga się z epidemią i ma na głowie reelekcję, o Polsce przypomniał sobie przyjaciel Sikorskiego – minister Ławrow:
„Mam wielką nadzieję, że z naszymi polskimi sąsiadami - nie boję się powiedzieć: przyjaciółmi, mam wielu przyjaciół w Polsce - również przezwyciężymy obecny okres i że próby sztucznego stworzenia powodówdo rozdzielenia naszych narodów mimo wszystko nie przeważą.
Wszystko to jest teraz zamrożone. Co więcej, uważam za bardzo smutny fakt zamrożenie reżimu bezwizowego między obwodem kaliningradzkim i sąsiednimi regionami Polski”

W ustawowym terminie min. Naimski wypowiedział umowę z Gazpromem na kontrakt kończący się w 2022 roku, który „wynegocjował” Pawlak, a Tusk nazwał "korzystnym dla Polski i Polaków", choć płaciliśmy najwyższą cenę w Europie. Czy to wielkie wzmożenie opozycji i „zagranicy” wynika z próby wymiany ekipy rządzącej w Polsce? Czy dlatego cała "opozycja demokratyczna" - demokraci, liberałowie, ludowcy, socjaliści, socjaldemokraci, antysystemowcy, wolnościowcy, ultrakatolicy i hurrapatrioci zjednoczyli się "ponad podziałami" w wielkim „Froncie Jedności Narodu” aby wspólnie działać w celu "wysadzenia" rządu? Może szybkie przedłużenie umowy gazowej na dotychczasowych warunkach ostudziłoby temperaturę sporu politycznego?
Czy rzeczywiście „prożydowski”? Na świecie funkcjonuje opinia, że obecny rząd jest skrajnie nacjonalistyczny, antysemicki i homofobiczny. Na "polski rynek" uruchomiono inną, bardzo perfidną wersję - "rząd najbardziej prożydowski w III RP" . Rzeczywiście pisowcy są nadzwyczaj mili dla Żydów, ale musimy sobie zdawać sprawę, że po "okrągłym stole" i pojednaniu zwaśnionych frakcji komunistycznych, ich pozycja w Polsce powróciła do podobnej, jaka była przed rokiem 1968. Wiemy, że środowiska żydowskie mają bardzo silne "trzymanie" ("lewarowanie") na rządy w Warszawie.
Podczas próby wprowadzenia ustawy reprywatyzacyjnej i związanej z nią globalnej awantury o ustawę IPN, budowa tarczy antyrakietowej w Redzikowie została wstrzymana „z powodów technicznych”. Były minister MON Siemoniak skomentował to jako „brak zaufania strony amerykańskiej do Macierewicza i rządu PiS”. „Proizraelskie” rządy w III RP były zawsze - Żydzi robili znakomite interesy zarówno za SLD (okazyjna sprzedaż domów Centrum i klubów MPiK, "zwrot mienia" często nieistniejącym gminom żydowskim), jak i za PO (złoty wiek deweloperów). Pisowcy narazili się strasznie psując niektóre biznesy, przerywając łańcuchy dostaw i dokuczając najbardziej pomysłowym przedsiębiorcom. Stąd usilna praca potężnych mediów cieszących się (z wzajemnością) zaufaniem Żydów nad wymianą rządzącej ekipy na bardziej pragmatyczną.
Obecny rząd jest "propolski", a świadczą o tym choćby:
1) "rozdawnictwo" - poprzednie ekipy musiały troszczyć się przede wszystkim o interes swoich patronów. Teraz znacznie większy procent wytworzonego majątku zostaje przekierowany do obywateli.
2) Żywiołowe ataki na rząd ze WSZYSTKICH możliwych stron.
3) Fanatyczne wręcz dążenie Kaczyńskich do niezależności energetycznej Polski. Warto przypomnieć, że gazociąg północny został storpedowany pierwszy raz przez Jerzego Millera, a drugi raz przez Donalda Tuska.
4) Na liście Macierewicza TYLKO Porozumienie Centrum J. Kaczyńskiego było wolne od agentury. Gdy komunistyczne służby budowały scenę polityczną "polskiej demokracji", partia Kaczyńskiego była "poza rozdzielnikiem". Według instrukcji Kiszczaka "SB może i powinna (...) zapewnić sobie możliwość kontroli operacyjnej partii politycznych na szczeblach podstawowych i centralnych". W Porozumieniu Centrum nie mieli takiej możliwości, stąd ataki medialne (trwające do dziś) na partię Kaczyńskiego.
5} Milioner Ryszard Opara, z którym miałem okazję kilkukrotnie rozmawiać 15 lat temu, powiedział mi, że "PiS- to dziady" co mnie ostatecznie przekonało do tej partii. Wspominał on ówczesne partie (PO. SLD, PSL, LPR, Samoobrona) mówiąc "stoją za nimi potężne pieniądze" . Opara był dobrze poinformowany, bo jest kojarzony ze środowiskiem "wojskówki" – głównym organizatorem "pierestrojki" w Polsce.
6) Telewizja publiczna jest polska. Choć pięknoduchom nie podoba się "nachalna propaganda", Jacek Kurski z pewnością był współautorem zwycięstw Zjednoczonej Prawicy. TVP Historia jest wręcz znakomita. Ile już powstało wartościowych, patriotycznych filmów!
7) Ten rząd znacząco ukrócił systemowy rabunek polskich finansów odbywający się często pod osłoną instytucji państwa.
8) Radosław Sikorski z rzeszą przyjaciół zwalczają obecny rząd.
Powszechnie słyszy się rytualne zaklęcia o rządzie autorytarnym, czy „władzy absolutnej, która demoralizuje absolutnie” itp. Warto przypomnieć, że „demokratyczna opozycja” kontroluje WSZYSTKIE miasta i połowę samorządów - to ogromny procent budżetu państwa. Nie wspominając już o wrogich sądach, mediach, uczelniach czy kulturze. „Autorytarny” rząd ma też ograniczony wpływ na obsadę kadrową niektórych resortów, a więc w Polsce istnieje faktyczna dwuwładza (i wynikający z niej bałagan). Nie jest jeszcze tak jak w Wenezueli, ale sytuacja jest groźna, bo demokracja nie może funkcjonować bez NORMALNEJ opozycji. Rząd Zjednoczonej Prawicy doszedł do władzy w wyniku demokratycznych wyborów, ale zdaniem naukowców - Polacy źle wybrali (prof. Markowski: „ten elektorat nie ma kwalifikacji obywatelskich”).
Choćby najbardziej nobliwi profesorowie – Markowski, Jedlicki, Krzemiński, Czapiński, Sadurski, Marczewski, Szacki, Hartmann, Matczak, Kuźniar, Środa, Płatek, Nałęcz, Senyszyn, Jaskiernia, i wielu innych, zebrali się na jakimś sympozjum (na Łysej Górze?), a każdy zjadłby 1000 kotletów, natężyli się i naukowo wymyślili coś ekstremalnie mądrego, to nie przekonają chłopa polskiego. Bo najlepsi specjaliści od inżynierii społecznej, eksperci programowania neurolingwistycznego, fachowcy od marketingu politycznego, błyskotliwi dziennikarze, wrażliwi artyści, wymowni literaci, filozofowie zdolni do pogłębionej refleksji, są kompletnie bezradni wobec chłopa polskiego - takiego, o którym prof. Hartmann napisał "miliony was, chamy!". Chłop zawiódł naszych intelektualistów. Podobnie 100 lat temu chłop zawiódł sowieckich politruków i nie przyłączył się do rewolucji, a 800 tysięcy chłopskich synów obroniło kraj przed bolszewikami. Dlatego chciało by się powiedzieć: "Chwała Ci chłopie polski, podlaski i podkarpacki, że nie czytujesz Gazety Wyborczej i nie posłuchałeś intelektualistów, którzy sugerowali Ci głosowanie na Komorowskiego jak , a Ty zagłosowałeś po swojemu stwarzając szansę, że po 70 latach wszechwładza komuny może zostać ograniczona". Może po latach ktoś wpadnie na pomysł, żeby postawić pomnik Chłopa Polskiego, któremu zawdzięczamy tak wiele?
Źródło niepoprawni.pl
29 04 2020 PiS sądzi, że rządzi.
Mamy Polskę zawłaszczoną przez dyletantów, pazernych kombinatorów i nawiedzonych ideologów. Rządzący nie ustają w wysiłkach, by przekonać Polaków, że kraj jest w dobrych rękach. Mocarnych, szorstkich, ale jednak profesjonalnych. Paradoksalnie w tych zabiegach wspiera władzę część opozycji i spora grupa całkiem przytomnych komentatorów, przypisując ludziom Zjednoczonej Prawicy cechy złowrogich demiurgów, którzy demontują demokrację z sakramencką precyzją, projekt zagarniania pełni władzy realizują konsekwentnie, a kolejne elementy systemu autorytarnego montują planowo i w przemyślany sposób. Tymczasem, jeśli spojrzeć na sprawy polskie z dystansem, na przykład z perspektywy cywilizowanych krajów sąsiednich, łatwo dostrzec, że grupa sprawująca władzę to nie Camorra ani Jakuza, a raczej gang Olsena. Owszem, wśród rządzących trafiają się profesjonaliści, czy to wskutek nadmiaru ideowych motywacji, czy deficytu poczucia przyzwoitości, ale nie oni tworzą naszą rzeczywistość i nie jest ich tylu, by powstrzymać wszechogarniający chaos.
Kaczyński wcale nie rządzi Polską. Nie zajmuje się funkcjonowaniem gospodarki, bo się na tym nie zna. Nie prowadzi polityki zagranicznej, bo nie rozumie świata i nie potrafi się w nim poruszać. Nie kreuje polityki społecznej i nie tworzy projektów socjalnych, bo jego celem nie jest dobrostan narodu, tylko wymuszanie posłuszeństwa lub alternatywnie mnożenie zwolenników tak bardzo wdzięcznych za prezenty, że gotowych tolerować bezprawie. Prezes nie prowadzi żadnej polityki kadrowej, bo zajmuje się tylko obsadzaniem kluczowych stanowisk ludźmi bezrefleksyjnie ideowymi lub takimi, których lojalność wymusza ich zaplamiony życiorys i którzy na zawołanie dostarczą mu środków służących umacnianiu władzy. Kaczyńskiego nie interesują trywialne problemy walki z epidemią ani plany ratowania kraju przed niechybną zapaścią gospodarczą, bo całą jego uwagę zaprząta wyborcza ideé fixe. Tak więc Kaczyński nie rządzi Polską. Nic dziwnego, że również jego wyznawcy, pełniący obowiązki władzy wykonawczej, nie rządzą Polską, a tylko podejmują czynności zastępujące rządzenie.
Mistrzem działań pozornych jest rezydent Belwederu Andrzej Duda. Wskutek zmasowanej krytyki zawiesił tournée po zaprzyjaźnionych gminach i wzorem Putina występuje teraz w reżyserowanych scenkach promujących obraz prezydenta – ojca narodu, zatroskanego gospodarza. A to wypłaca rolnikom obiecane przed rokiem rekompensaty za straty powodziowe, a to po raz kolejny wprowadza zerowy VAT na książki, a to dogadza miłośnikom przyrody gasząc pożar puszczy biebrzańskiej. I przy każdej okazji dziękuje na lewo i prawo kolejnym grupom obywateli za to, że wyręczają rząd i samego prezydenta, biorąc sprawy kraju w swoje publiczne ręce.
Kiedy Duda próbuje mówić o sprawach ważnych, to w końcu zawsze wciągnie słuchaczy w alternatywny jednowymiarowy świat wykreowany chorą wyobraźnią swojego prezesa. A jeśli przyklei się czasem do jakiegoś realnego projektu, to zepsuje go lub ośmieszy. W dniu rekordowej liczby zakażeń i zgonów przekonuje, że idzie ku lepszemu, bo „krzywa się wypłaszcza”. Uczestnicząc w akcji popierania polskich produktów nagrywa spot na tle znaku graficznego, którego stosowania zakazała ustawa, którą sam podpisał. W telewizyjnym oświadczeniu pękając z dumy chwali się, że zadzwonił do Donalda Trumpa i do prezydenta Chin. Nie, żeby coś załatwił. On zadzwonił! Po co? W sieci domyślają się, że z wodzem bratniego narodu chińskiego podzielił się doświadczeniami w umacnianiu demokracji, a z Donaldem konsultował – jak narcyz z narcyzem – tajniki sterowania zachwytem wyborców.  Kolejną barierę śmieszności nasz prezydent pokonał podpisując uroczyste zobowiązanie, że nie zaakceptuje ustawy likwidującej 500 plus i trzynastą emeryturę, których to programów jako żywo nikt likwidować ani nie zamierza, ani nawet nie jest w stanie, chyba że zrobi to PiS, który rządzić ma przez najbliższe 3,5 roku. Zachodnie media spekulują, co jeszcze obieca wyborcom kandydat Duda: czy zobowiąże się solennie utrzymać w Polsce system metryczny, czy raczej uroczyście oświadczy, że jeśli zostanie wybrany, to nie dopuści, by na polskich drogach wprowadzono ruch lewostronny?
Władza codziennie karmi nas ogólnikami opowiadając o swojej nieprzejednanej walce z pandemią. Samorządy natomiast przekazują informacje o rzeczywistym zaangażowaniu władzy centralnej w te działania. Symbolem tego zaangażowania jest darowizna Ministerstwa Zdrowia dla Szpitala Miejskiego w Sosnowcu, w którym wykryto kolejne z ognisk zakażenia: jedna paczka rękawiczek, dwie paczki maseczek i dwa pojemniki płynu do odkażania. Premier, jego ministrowie i aktyw partyjny PiS udają, że rządzą i walczą, gdy uroczyście witają transport chińskich maseczek niewiadomej skuteczności (jak się okazało – z podrobionym certyfikatem). Wcześniej władza nie zgromadziła środków ochrony, bo nie przyszło jej do głowy, że epidemia, która dotarła już do Europy, dotknie również Polskę… Obecnie, w dniu, kiedy liczba zakażonych pikuje ostro w górę, premier ogłasza że „udało się w Polsce przydusić krzywą wzrostu zachorowań na koronawirusa”. I nie wiadomo, czy plecie głupstwa motywowany poleceniem przeprowadzenia wyborów, czy z troski o niechybną zapaść gospodarczą, jeśli pandemia potrwa dłużej. A troszczyć się zapobiegliwy pan premier potrafi jak mało kto. Jeszcze nikomu w ramach tarczy antykryzysowej grosza nie dał, a już zapożyczył Polskę na 78 mld zł, czyli aż na 3% PKB. Co ciekawe, w ciągu ledwie dwóch tygodni kwietnia wyemitowane zostały trzy serie obligacji Skarbu Państwa, ale z jakiegoś powodu Ministerstwo Finansów pochwaliło się tylko jedną, zatajając dwie kolejne.
Przed płynącą zewsząd krytyką premier zasłania się trzecią już tarczą. A broni zaczepnej jakoś nie widać. W sensownym programie b. ministra zdrowia Andrzeja Sośnierza mógłby znaleźć bardzo interesujący projekt kontrataku, czyli ofensywnego wyławiania chorych i izolowania właśnie ich, a nie całego społeczeństwa. Ale premier nawet fachowca z własnego ugrupowania słuchać nie zamierza. Teraz to jego mają słuchać. Wreszcie jest Kimś! Dostał nadzwyczajne kompetencje, w tym również uprawnienia odebrane Państwowej Komisji Wyborczej, więc swojemu koledze Dudzie może zorganizować coś na kształt wyborów. Tę prerogatywę dała mu ustawa o ochronie obywateli i osłonie gospodarki przed pandemią, z czego wniosek, że wirusa zwalczyć można organizując wybory nadzorowane przez PiS. To teza równie odkrywcza jak wyrok trybunału pod kierownictwem mgr Przyłębskiej, która całkiem poważnie ogłosiła, że wykonanie wyroku trybunału Unii Europejskiej jest niezgodne z prawem Unii Europejskiej…
Minister Sasin, zamiast zająć się czymkolwiek sensownym albo dla dobra kraju nie zajmować się niczym, pokonuje kolejne przeszkody uniemożliwiające przeprowadzenie wyborów w maju i w pocie czoła wymyśla konstytucyjne zakazy głosowania w innym terminie oraz powody, dla których wprowadzenie stanu klęski żywiołowej byłoby nielegalne. Aktualnie drukuje karty do głosowania, którego jeszcze nie uchwalono. Karty służą do głosowania tajnego i dotąd dostawał je wyborca po sprawdzeniu dokumentu osobistego i za podpisem, a teraz listonosz będzie mógł je wepchnąć między sztachety płotu. Powinien przy tym bardzo uważać, bo jeśli zahaczy o drzazgę i podrze rękawiczki, to drugich może nie dostać. Władze poczty twierdzą, że zachomikowały jakieś zapasy środków ochronnych, ale na razie zalecają listonoszom sklejanie uszkodzonych rękawiczek taśmą klejącą.
Minister Szumowski również nie widzi większych zagrożeń dla korespondencyjnych wyborów w maju i pewnie dlatego przesunął oczekiwany w maju szczyt epidemii COVID19 na listopad. Podkreślił przy tym, że obserwowana tendencja wzrostowa zachorowań jest znacznie mniejsza, niż przewidywał. Komentatorzy dociekają, co przewidywał lekarz dyżurny PiS, i przytomnie zauważają, że korzystny dla władzy rozwój epidemii „poniżej oczekiwań” uzyskać można oczekując uprzednio, że na COVID19 zachorują wszyscy Polacy. Uwagę mediów zwrócił również apel ministra, odpowiedzialnego osobiście za kompromitująco słabe testowanie, by wykonywać więcej testów. Do tej pory Szumowski podejmował wiele wysiłków, by nie wyjaśnić, dlaczego nie można wykonywać więcej niż 10 – 14 tys. testów dziennie, skoro można ich robić 25 tys. Zagadkę rozwiązał prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Matyja, który tak długo tropił przyczyny niewystarczającego testowania, aż odkrył, że główną barierą jest brak tzw. wymazówek, czyli patyczków do pobierania próbek.
W PRL plony z hektara zawsze były niższe od zakładanych, ponieważ brakowało sznurka do snopowiązałek. W państwie PiS niezdiagnozowani ludzie chorują i umierają, bo nie ma plastikowych patyczków. Śledztwa w tej sprawie nie ma i pewnie nie będzie, bo Zbigniew Ziobro i jego hunwejbini zajęci są ściganiem prezes Małgorzaty Gersdorf za realizację obowiązującego w Polsce prawa europejskiego oraz prokurator Ewy Wrzosek za przestrzeganie Konstytucji i swojej przysięgi prokuratorskiej, a także śledztwem, które ma odpowiedzieć na pytanie, dlaczego władza nie jest odpowiedzialna za to, że Domy Pomocy Społecznej stały się koszmarnymi umieralniami.  Mamy państwo z dykty, trzymające się na gumkę, drucik i spinacz. Mamy kraj bezprawia, gdzie rządzący bez żadnego trybu wymyślają wygodne i korzystne dla siebie przepisy. Mamy Polskę zawłaszczoną przez dyletantów, pazernych kombinatorów i nawiedzonych ideologów. Nie leci z nami pilot. Mamy kraj bez rządu. PiS tylko udaje, że rządzi. I nawet zamachu stanu nie potrafi porządnie przeprowadzić. Andrzej Karmiński. Źródło: koduj24.pl 
26 04 2020 Ostrożnie z tym bojkotem wyborów!
Wzywając do bojkotu już teraz, dokładamy starań, by zdemobilizować wyborców opozycji. To zemści się na nas, gdy jednak trzeba będzie głosować.
„Zbojkotujmy wybory!” – to hasło coraz częściej głoszą w mediach i na Facebooku komentatorzy krytyczni wobec PiS.  A ja apeluję o rozwagę i nie podejmowanie pochopnych decyzji. Jeszcze nie wiemy, jak sytuacja się rozwinie. Możliwe, że bojkot będzie dobrym (czy raczej najmniej złym)  rozwiązaniem, ale równie dobrze może się okazać, że pomoże PiS-owi w konsolidacji jego władzy. Zaczekajmy więc jeszcze trochę i bądźmy przygotowani na różne warianty – także na udział w głosowaniu.
Zwolennicy bojkotu argumentują, że udział w wyborach przeprowadzonych niezgodnie z prawem legitymizuje działania Kaczyńskiego. Bojkot zaś – twierdzą – nie jest kapitulacją, lecz bronią polityczną, środkiem nacisku na obóz rządzący. Dzięki odmowie uczestnictwa w farsie wyborczej sprawimy, że mandat Andrzeja Dudy, który oczywiście zostanie ogłoszony zwycięzcą, będzie bardzo słaby.Te argumenty można uznać za słuszne – ale pod warunkiem, że z udziału w wyborach wycofaliby się wszyscy kandydaci demokratyczni. Można sobie wyobrazić taki rozwój sytuacji, w którym by to rzeczywiście nastąpiło, ale na razie to mniej prawdopodobny wariant. Małgorzata Kidawa-Błońska zawiesiła kampanie, ale ostatnio i ona sama, i jej partia oświadczyły, że nie wycofują się ze startu. Natomiast zarówno PSL, jak i Lewica oraz Szymon Hołownia wielokrotnie komunikowali, że nie planują bojkotu. W tej chwili cała opozycja domaga się przesunięcia majowego terminu wyborów, ale to nie jest równoznaczne z wezwaniem do bojkotu. Jeśli wybory w wyniku takich czy innych działań opozycji, samorządów i Jarosława Gowina zostaną przesunięte – kwestia bojkotu stanie się bezprzedmiotowa.
A jeśli nie? Jeśli Kaczyński przeforsuje wybory w maju, kopertowe albo zwyczajne? Wówczas zapewne rozlegną się wezwania,  by takie wybory zbojkotować. Rozumiem racje – konstytucyjne i epidemiologiczne – na których oparli się autorzy tych apeli. Ja jednak widzę sporo argumentów za tym, by tego nie robić. Po pierwsze bowiem wybory legitymizuje przede wszystkim udział demokratycznych kandydatów, a nie wyborców. Bojkot mógłby być silną bronią i środkiem nacisku, gdyby wszyscy liczący się opozycyjni kandydaci wycofali się ze startu i wezwali swoich zwolenników do nie głosowania. Jeśli jednak nie uczynią tego wszyscy, a tylko niektórzy, jedynym efektem będzie wrażenie chaosu po stronie opozycyjnej oraz wzmocnienie Andrzeja Dudy i konsolidacja władzy PiS. A jeszcze gorszym wyjściem będzie, gdy nie wycofa się żaden kandydat, natomiast radykalnie nastawieni komentatorzy i aktywiści przekonają część ludzi do powstrzymania się od głosowania. W wyborach wystartują więc Robert Biedroń, Szymon Hołownia, Małgorzata Kidawa-Błońska i Władysław Kosiniak-Kamysz, ale część ich wyborców uzna, że nie pójdzie urn. Efekt łatwo przewidzieć, bo elektorat Andrzeja Dudy nie będzie mieć takich dylematów. Co więc należy zrobić, gdy np. Kaczyński doprowadzi do nielegalnego kopertowego głosowania w maju? Uznać, że skoro jest nielegalne, to nie bierzemy w tej farsie udziału? Jeśli tak, to jednomyślnie – wszyscy: i PSL, i Lewica, i Hołownia, i Koalicja Obywatelska. Pamiętając zarazem, że Kaczyński nie przejmie się specjalnie tym, że mandat Dudy będzie bardzo słaby. Przeciwnie – prezes PiS będzie zadowolony, bo słabą pacynkę łatwiej jest kontrolować niż taką, która czasami próbuje wierzgnąć. Prezydent jest mu potrzebny tylko do składania podpisów pod kolejnymi pisowskimi ustawami, a to, ilu wyborców na niego głosowało, jest kompletnie nieistotne.
Opętany patologiczną żądzą władzy wódz nie przejmie się też wizerunkiem Polski na arenie międzynarodowej. Uzna po prostu, że tę rundę wygrał i zabierze się do ostatecznego „robienia porządków” – w sądach, mediach, samorządach, sektorze pozarządowym itd. Dlatego cały czas trzeba trzymać w zanadrzu wariant udziału w głosowaniu kopertowym, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że to nie konstytucyjne wybory, lecz farsa.
Sondaże przewidujące dziś miażdżące zwycięstwo Dudy przeprowadzane są w sytuacji totalnej demobilizacji elektoratów opozycyjnych. Sondażowa sytuacja zmienia się natychmiast, gdy demobilizację zastępuje mobilizacja. Wówczas Duda przegrywa w pierwszej turze, a być może także w drugiej. Tymczasem wzywając do bojkotu już teraz, dokładamy starań, by wyborców opozycji zdemobilizować. Wstrzymajmy się więc trochę z tymi apelami i raczej oswajajmy się z myślą, że być może mimo epidemii trzeba będzie stanąć w obronie polskiej demokracji i państwa prawa. Wojciech Maziarski. Źródło koduj24.pl
A jednak to ja zadecyduję czy chciałem tych wyborów, a nie politycy!? O 1972 roku trzy razy uczestniczyłem w cyrku wyborczy, i na czwarty raz nie dam się namówić!? No chyba że przy pomocy kosy postawionej na sztorc przyjedzie mi wybierać!?
Z forum: Nie można stawać w obronie demokracji poprzez udział w wyborach, o których wiadomo już z całą pewnością, że będą przeprowadzone nielegalnie. Jedyną drogą protestu jest rezygnacja z udziału zarówno kandydatów jak i wyborców.
PiS tak czy inaczej ogłosi, że wybory były prawidłowo przeprowadzone, jakkolwiek by to nie wyglądało – co do tego nie należy mieć złudzeń. I jakkolwiek by te wybory nie wyglądały – oczywiście ogłoszone będzie bezapelacyjne zwycięstwo Dudy.
Przyzwoici ludzie w tym bagnie nie powinni się nurzać, a jedyną nadzieję można widzieć w skali bojkotu.
To może przemówić – oczywiście nie do betonów z PiS, to może przemówić do świata, pokazując jak dalece Polska nie jest tożsama z PiSem. I to może też przemówić do samych Polaków (tu jestem sceptyczny) – na zasadzie: policzmy się, Ci którzy się nie zgadzają na to szambo. 
24 04 2020 Pan Premier wyprowadził kozę.
Ludzie zahipnotyzowani grozą epidemii gotowi są na wszelkie obostrzenia. W ostatnich czasach jest niemal regułą, że im dłuższa nazwa jakiegoś projektu czy aktu prawnego, tym mniej w nim sensu i tym częściej trzeba go cerować i łatać. Poprawiona ustawa dotycząca walki z koronawirusem nosi (raczej dźwiga) tytuł składający się z trzydziestu słów i wraz z załącznikami ma dwa razy więcej stron niż jej podstawowa wersja. Co wcale nie znaczy, że jest teraz logiczniejsza i bardziej spełnia pokładane w niej oczekiwania. Przeciwnie. Przecież jej postanowień, ani żadnych dodatkowych przepisów regulujących życie Polaków w czasach zarazy, nie konfrontowano z reprezentatywnymi gremiami fachowców. Konsultowano je tylko z samozwańczym ośrodkiem zdrowia na Nowogrodzkiej i z lekarzem dyżurnym PiS. A zatem, jak można było oczekiwać, pomysły władzy stały się kolejnymi źródłami chaosu.
W autobusach ma być przestronnie i co drugie miejsce musi być wolne, ale już w taksówce przytulać się może do siebie czworo pasażerów, niekoniecznie przecież współmieszkających ze sobą.  Wypożyczalnie rowerów zamknięto, ale wynajętą hulajnogą jeździć można jak najbardziej. Wolno też jeździć własnym rowerem, pod warunkiem, że zełgasz policjantowi, że jedziesz do apteki, albo do umierającej babci, bo jeśli nieopatrznie powiesz, że już nie wytrzymujesz bezczynności i musisz się zrelaksować, to zapłacisz trzycyfrowy mandat. Całkiem jak w czasach PRL, gdzie oszukiwanie władzy było w dobrym tonie, a i oszukiwanie rodaków nie budziło gwałtownych protestów – w każdej kolejce po mięso trafiał się jakiś emeryt inwalida wojenny w ciąży z dzieckiem na ręku. W Polsce Kaczyńskiego na nowo uczymy się kłamać i uczymy dzieci, by nie reagowały, gdy jadąc na piknik opowiadamy władzy bajeczki o strasznych wypadkach losowych i absolutnych koniecznościach przemieszczenia rodziny.  A wracając do rowerowych wojaży – okazuje się nieważne, że rower jest znacznie bezpieczniejszym środkiem transportu niż komunikacja publiczna.  Ważne, że służy rekreacji, a rekreacja, nawet w najbezpieczniejszej formie, została zakazana, prawem kaduka zresztą.
Kaduk z Nowogrodzkiej zabrania ci także biegać. Jeśli wymyślisz dobry powód, to chodzić możesz sobie do upadu, ale biegać pustym chodnikiem, albo na parkingu przed zamkniętym hipermarketem, już nie. Policja patrolowała dotąd parki, lasy i plaże w poszukiwaniu ofiar wyjątkowo głupiego rozporządzenia blokującego dostęp do miejsc, gdzie przecież poruszać się można wyjątkowo bezpiecznie.  Mandaty dostają działkowicze próbujący przekraść się na swoje poletko wymagające wiosennych prac i porządków. Ciekawe, że akurat w mateczniku PiS na Podkarpaciu tamtejszy okręg Polskiego Związku Działkowców zadecydował, że wyjazd na działkę „może być zaliczany do kategorii przemieszczania się w celu zaspokajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego”, i decyzja tego „organu” honorowana jest przez policję. Ale gdzie indziej działka może już być miejscem przestępstwa, czyli groźnej dla życia i zdrowia rekreacji. Chyba, że jest to działka z domem letniskowym, bardzo popularna wśród obecnych prominentów.
Źródłem wielu kłopotów, a nierzadko i dramatów, był zakaz opuszczania mieszkań przez nieletnich. Czytam post zrozpaczonego szesnastolatka ukaranego mandatem nie do spłacenia, bo musiał wykupić lekarstwa dla chorej mamy. Policjant, który na takich jak on czekał przy aptece, pouczył chłopaka, że należało poprosić o pomoc sąsiadów albo zwrócić się do instytucji pomocowych, i nie przyjął do wiadomości, że sąsiedzi pracują właśnie gdzieś na polach, a telefonu do jakiejś instytucji pomocowej nikt w okolicy nie zna. Inny młody człowiek, tegoroczny maturzysta, harcerski wolontariusz, żali się w imieniu własnym i kolegów, że dzwonią do nich niepełnosprawni podopieczni z prośbą o pomoc, a im nie wolno wyjść z domu. Przykuty do okna inwalida opowiada o nieletniej dziewczynie z naprzeciwka, która pod nieobecność rodziców codziennie wyprowadza psa za potrzebą w taki sposób, że staje w progu domu, a pies, oddalony na wyciągnięcie smyczy, sika przed drzwiami wejściowymi do bloku. Ułomna staruszka opowiada o kłopotach 17-letniej sublokatorki, samotnej matki wyklętej przez bogobojną rodzinę, która nie chcąc dzielić się swoimi problemami z urzędnikami, uprosiła znajomego, by towarzyszył jej w podróży do pediatry. Niestety w rewanżu musiała mu się zwierzyć z detalami ze swojej sytuacji życiowej, a potem ledwo się wybroniła przed żądaniami zapłaty „w naturze”.
W sieci nie brakuje takich i podobnych opowieści o życiu codziennym z koronawirusem nad głową. Sąsiad zadzwonił na policję, bo przed blokiem od jakiegoś czasu przesiaduje mama z trójką dzieci. Owa kobieta pokazała policji 30-metrową klitkę, w której się gnieżdżą, ale i tak mandat dostała, bo prawo, to prawo. Pewien mężczyzna natomiast nie przyjął mandatu za to, że siedział samotnie na ławce przed domem. Tłumaczył, że owszem, nie wolno mu korzystać z zieleńców, placów zabaw, parków i lasów, ale o podwórkach i przestrzeni między blokami w przepisach nie ma mowy. Inny nieszczęśnik, mieszkający na niewybrukowanej, błotnistej ulicy, otrzymał mandat za brudne auto i zachlapane tablice rejestracyjne i omal nie dostał drugiego, gdy pojechał do myjni, bo mycie auta nie jest niezbędną potrzebą życiową. Co innego mycie rąk, które podobno praktykuje teraz także sam Prezes, dwukrotnie śpiewając sobie „sto lat”.
Ktoś słyszał, że można dostać potężny mandat za wymianę opon w warsztacie, choć założenie letnich nie jest fanaberią, tylko sprawą bezpieczeństwa. Ktoś inny odpowiada, że nikt się nie przyczepi, kiedy właściciel sam wymieni opony przed blokiem. Jeszcze inny wyjaśnia, że przed blokiem to można wymienić koła, ale nie opony. Jakiś fachowiec przekonuje, że na upartego można i opony. Dyskusja się rozwija, i nikt już nie zauważa, że ta wymiana poglądów jest pokłosiem jakiegoś wyjątkowo idiotycznego przepisu, który otwiera drogę do równie durnych interpretacji. Czytam list do gazety: „Dojeżdżamy do pracy w czwórkę jednym autem osobowym. Wozimy zaświadczenie od pracodawcy, że jesteśmy zatrudnieni w jednym zakładzie. Dostaniemy mandat?”. I odpowiedź przedstawiciela władzy: „Ograniczenia dotyczą wyłącznie pojazdów mogących przewieźć powyżej dziewięciu osób”, czyli iść obok siebie na świeżym powietrzu mogą tylko dwie osoby, ale jechać w zamkniętym pojeździe może już dziewięcioro?
Znany prawnik wyjaśnia kolejną przyczynę, obok wyborczej biegunki Kaczyńskiego, dla której władza broni się przed wprowadzeniem stanu klęski żywiołowej: Zarówno stan wyjątkowy, jak i stan klęski żywiołowej uznaje np. zakaz przemieszczania się czy gromadzenia jedynie za wykroczenia, a te są karane grzywną do maksymalnie 5 tys. zł., natomiast w stanie wymyślonym przez PiS można łupić obywateli bez limitu, np. brak maseczki kosztować może nawet 30 tys. zł. Partia Kaczyńskiego żeruje na ludzkich nieszczęściach począwszy od katastrofy smoleńskiej. Czas zarazy jest dla niej znakomitą okazją do umocnienia władzy. Sprzyjają temu nieprecyzyjne przepisy, tworzące szeroki margines dowolnych interpretacji. Władza zarezerwowała sobie np. prawo wykładni, czym są „podstawowe potrzeby życiowe” obywateli. Równocześnie korzysta z okazji oceniania ludzi i ich uprawnień „po uważaniu”, wedle widzimisię. Jednych traktuje tak, innych przeciwnie. Pod sztandarem obrony przed pandemią zawłaszcza coraz większe obszary naszej wolności i praw obywatelskich. Tworzy nieprecyzyjne i dziurawe przepisy nie tylko dlatego, że ich autorzy to prawni ignoranci pozbawienie wiedzy, zdrowego rozsądku i chęci konsultacji z fachowcami. Obawiam, się, że niektóre potworki prawne tworzone są celowo i świadomie. Bo to się narodowi podoba. Bo ludzie zahipnotyzowani grozą epidemii gotowi są na wszelkie obostrzenia. Strach podpowiada, że im więcej ograniczeń, im twardsze prawo, tym bezpieczniej. W sytuacjach ekstremalnych nie tylko zagubieni, wystraszeni i bezradni godzą się na rządy silnej ręki. Ludzie niepewni jutra rozumieją, że czasem trzeba wziąć kogo trzeba za mordę, podporządkować prawo władzy, zaostrzyć kary, wsadzać do więzień… I jeszcze jedno. Mnogość niepotrzebnych obostrzeń i żałosna jakość wprowadzanych przepisów może i kompromituje władzę, ale równocześnie paradoksalnie tworzy szansę zwiększenia poparcia dla niej.
Oto pan premier, ludzkie panisko, obwieszcza zgnębionemu narodowi, że teraz będzie już mógł chodzić do lasu, a nawet do parku!  Ogłosił tę hiobową wieść łamiącym się głosem, zwracając się do nas per „Rodacy!” Pan premier ma uzasadnioną nadzieję, że wycofywanie obostrzeń potraktowane zostanie jak prezent, który wyborcy przyjmą z wdzięcznością, licząc na kolejne luzowanie gorsetu głupich praw. Premier najpierw wcisnął kozę do zatłoczonego mieszkania, a teraz uroczyście ją wyprowadził. Ku wielkiej nierozumnej radości obywateli. Andrzej Karmiński
P.S. Instytut Roberta Kocha, a za nim europejskie media poinformowały, że w Niemczech epidemia wygasa. Epidemiolodzy są zgodni, że warunkiem skutecznej obrony przed pandemią są masowe testy obywateli, a w szczególności personelu medycznego. W Niemczech wykonuje się ich ponad 5 razy więcej niż w Polsce, gdzie PiS nie dopuścił do uchwalenia ustawy nakazującej obowiązkowe testowanie pracowników medycznych, a niemiecki sukces skomentowano tak: Oni mają dużo zachorowań, więc muszą dużo testować, a w Polsce mało ludzi choruje, to i nie potrzeba robić aż tyle testów. Chyba już pora ogłosić stan klęski żywiołowej dla polskiej edukacji.
Źródło koduj24.pl 
19 04 2020 Ojciec chrzestny gotuje żabie udka.
Znaczna część opinii publicznej, jak gotowana pomalutku żaba, oswoiła się z realiami państwa mafijnego i już nawet nie próbuje wyskoczyć z wrzątku. Napaść medialnych opryszków z TVP na dziennikarzy TVN, którzy ośmielili się skrytykować ojca chrzestnego, pokazuje, czego możemy się spodziewać w drugiej kadencji prezydenckiej Dudy. Jeśli państwo mafijne miało jeszcze dotąd jakieś zahamowania i chwilami próbowało pozować na praworządną demokrację, to właśnie widzimy, że teatr ten dobiega końca: nominaci władzy kontrolują wszystkie kluczowe elementy systemu (za chwilę przejmą także Sąd Najwyższy), więc niczego nie trzeba już udawać. Hulaj dusza. Dziennikarze TVN padli ofiarą ataku dlatego, że podważyli pozycję żoliborskiego capo di tutti capi. W państwie, które buduje PiS, prezes ma stać poza wszelką krytyką. Jeśli ktokolwiek ośmieli się choćby krzywo nań spojrzeć, medialni żołnierze „rodziny” zrobią z nim porządek. Z tą tylko różnicą, że posłużą się nie kijami bejsbolowymi i pistoletami, jak to ma miejsce w zwykłym osiedlowym gangu, lecz mikrofonami i kamerami TV.
O tym, że sytuacja zmierza w tę stronę, mówiliśmy i pisaliśmy od dawna. Niestety te prognozy podziałały na część opinii publicznej jak szczepionka – ludzie, dla których mafijna natura państwa PiS nie była oczywistą oczywistością, uodpornili się na czarne wizje przyszłości, uznając, że opozycja i krytyczne media przesadzają i histeryzują. Dlatego lekceważyli kolejne, coraz głośniejsze, dzwonki alarmowe. W ten sposób zmieniła się nasza zbiorowa wrażliwość i przesunęła się granica rzeczy wyobrażalnych w polityce. Dziś rządzący nawet już nie muszą szukać wytłumaczeń czy usprawiedliwień dla swoich nielegalnych posunięć. Po prostu pomijają milczeniem fakt łamania prawa, jak w przypadku zmiany trybu głosowania w wyborach na korespondencyjne – kodeksu wyborczego nie wolno zmieniać w takim tempie, bo obowiązuje odstęp dwóch tygodni od zgłoszenia projektu do jego głosowania… A kogo to obchodzi? Nie wolno zmieniać zasad wyborczych w ciągu sześciu miesięcy przed wyborami… No i co z tego, kto nam podskoczy?
Nie ma co udawać ani się łudzić – znaczna część opinii publicznej, jak gotowana pomalutku żaba, oswoiła się z tymi realiami i już nawet nie próbuje wyskoczyć z wrzątku.
Mechanizm znieczulenia dotyczy też prognoz polexitu – o tej groźbie mówiliśmy od dwóch czy trzech lat i z czasem wiele osób zaczęło na to reagować wzruszeniem ramion. Tymczasem właśnie dziś stoimy w momencie kluczowym, w którym ta czarna wizja zaczyna się realizować. Władza jawnie już zapowiada, że nie będzie respektować orzeczeń europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, a nielegalne pseudo izby Sądu Najwyższego kontynuują działalność jakby nigdy nic. Ojciec chrzestny w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” mówi: „Kryzys związany z epidemią uświadomił bardzo wielu ludziom słabość Unii i unaocznił kluczowe znaczenie państw narodowych”. To zdanie zdradza jego intencje – przynależność Polski do UE nie jest dla niego dobrodziejstwem, lecz komplikacją ograniczającą jego wszechwładzę. Robi się więc naprawdę gorąco, ale wielu żabom próg bólu podniósł się tak wysoko, że za chwilę się ugotują, do końca nie uświadamiając sobie, co się z nimi dzieje. Wojciech Maziarski Źródło koduj24.pl
- Kaczyński powiedział ani krok do tyłu, i stanie się „podłóg” jego woli!? Wirus szaleje , a oni o wybory się kłócą!? Dlaczego Kaczyński tak chce wyborów w maju, przecież będzie miał nadal swojego osobistego prezydenta, a jak mu się znudzi to może go wymienić na Witek!? Czyżby za jego drzwiami stała pani z kosą!? Mam nadzieję, że na Wawelu nie spocznie!?
- Dziś boimy się jeszcze bardziej jak za komuny. I to jest mistrzostwo świata. Jak na razie nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tym co robiła Platforma a co robi PiS. Tusk był w epoce Gierka a Kaczyński cofnął się do Gomułki. PZPR jak mi Bóg jest miły znowu przy władzy. Z ta różnicą że w PZPR była jednomyślności a w PiSie jest dyktatura i powszechne mściwosierdzie panuje. Kaczyński do perfekcji opanował rządzenie strachem, nie słuchasz nie wykonujesz jego poleceń to w odstawkę idziesz i gruba kasa koło nosa ci przechodzi. Co to będzie jak Kaczyńskiemu kasy zabraknie?
Z forum: PiS dobrowolnie nie odda władzy. PolMajdan wydaje się nieunikniony. Jak uczy historia ostatnich kilkudziesięciu lat, każdy wielki protest społeczny w PRL-u, który przyniósł istotne zmiany (1956, 1970, 1980, 1988-9) miał podłoże ekonomiczne. I w tym roku Polacy wyjdą masowo na ulice, bo na skutek kryzysu spowodowanego epidemią, spotęgowanego brakiem rezerw budżetowych, załamuje się gospodarka i niedługo bezrobotnych będą miliony, a wiele rodzin straci środki do życia. I nie będą to już protesty pokojowe! PiS zareaguje brutalną siłą – ale nie wygra. Tylko ofiar może być więcej, niż ofiar koronawirusa.

19 04 2020 Premier Morawiecki – Piotr Patkowski, trafna nominacja na vice ministra finansów ?.
Przyznaję, że rozśmieszył mnie małpi szał jakiego dostała opozycja na wieść, że premier Morawiecki desygnował na vice- ministra finansów, młodego /29.l / i zdolnego człowieka z Lubelszczyzny, absolwenta UMCS. I tak sobie pomyślałem, że system zła można ogrywać zwłaszcza ruchami zaskakującymi. Tam, gdzie gra toczy się wg przewidywalnego schematu, przeciwnicy rządu są mocni. Wycie antyrządowych mediów pokazuje raczej, iż jest to nominacja trafna. A dla młodych Polaków ta nominacja to sygnał, że mają szanse na przyszłość, bo obóz patriotyczny chce odmładzać kadry państwowe, otwierają się możliwości dla młodych, zdolnych i kompetentnych.
Oczywiście stary układ który widział by „na górze” komusze dzieci i wnuki , czy też platformianych „ekonomistów” teraz toczy pianę, ale to przecież naturalne dla ideowych i politycznych potomków Balcerowicza. I też wszelkiej maści malwersantów. Tyle pieniędzy możliwych do wyprowadzenia z kasy państwa „marnuje się” na cele społeczne i jakieś „nieżyciowe” stymulowanie gospodarki :). Zgroza. Za kilka lat wybory samorządowe , być może mieszkańcy dużych miast będą gotowi na nowe młode kadry, miasta będą potrzebowały młodych patriotycznych specjalistów, którzy potrafią zreformować ich finanse, gospodarkę i administrację, zredukować zadłużenia. Otwierają się szanse dla młodych spoza komunistyczno- SBckiego układu i układów z tamtym „stowarzyszonych”. Szanse dla młodego pokolenia na wzięcie udziału w budowaniu pozycji Polski w Europie i świecie. Za każdym razem, gdy na politycznym firmamencie po stronie rządowej pokazuje się ktoś młody, zaczyna się sabat czarownic. Czego to dowodzi? Postkomunie i środowiskom z nią zblatowanym strach zagląda w oczy. Nie każdy to rozumie. Cały czas liczą, to strategia, na metrykalne wykruszenie się obozu patriotycznego. Po stronie rządowej i wyborczej. I choć zupełnie się nie da, MOŻLIWIE JAK NAJWIĘKSZE ODCIĘCIE RZĄDZĄCEJ OPCJI PATRIOTYCZNEJ OD MŁODYCH, poprzez zrobienie im wody z mózgu na uczelniach lub wciąganiu w orbitę rosyjską. Równolegle idą próby wprowadzania deprawacji nowych pokoleń od kołyski. Przecież dewiant nie będzie głosował na taki jak aktualny rząd, a raczej szukał „wolności” w Berlinie czy Brukseli. Opozycja chce, by w pewnym momencie zabrakło nam, już na zawsze, tych kilku procentów do wygrania wyborów. Wtedy wygrają ONI, niemieccy i sowieccy, mając w Polsce swoich nie ekonomistów nawet, a ekonomów i karbowych.
Każdy młody i zdolny pokazujący się w aktualnym rządzie, te nadzieje opozycji pogrąża. Bo młody przyciąga wzrok i uwagę innych młodych, budzi ich zainteresowanie, także polską patriotyczną. To dla zaprzańców i politycznych wykolejeńców marzących o powrocie do władzy, grób. No i koniec nadziei na bezkarne, w myśl dewizy, „jak najmniej wysiłku, jak najwięcej pieniędzy”, dojenie kasy państwowej. Tak to widzę z perspektywy obserwatora zmagań rządu i środowisk patriotycznych z patologiczną przecież w dużej części opozycją wspieraną przez zagraniczne, choć w polskim języku wyrażane media. Nie ma polityki i mocnego państwa bez pieniędzy i odpowiedniej, narodowej polityki gospodarczej, ekonomicznej i finansowej . A tego sługi Niemiec i Rosji naszemu krajowi nie zapewnią. Nie mogą, bo tego nie potrafią. Bez dyrektyw i prowadzenia za rękę, dyskretnie a czasami wprost przez sąsiednie stolice, stają się nikim. Musimy pamiętać, że nie da się konkurować ze światem za pomocą tylko patriotycznych piosenek. Niestety, tak to nie działa. Potrzeba polskiej, prowadzonej przez Polaków i dla Polaków gospodarki i finansów.
Piotr Patkowski być może wizerunkowo nie nadawał się na kandydata na posła. Tak uważam. Ale talentem, charakterologicznie i kompetencyjnie wydaje się znakomitym, perspektywicznym i patriotycznym urzędnikiem odpowiedzialnym za finanse. Na tym polu potrzebne są młode polskie mózgi, mogące konkurować z innymi finansowymi mózgami w świecie. Tubalny głos ani zaawansowany wiek, nie są do tego potrzebne. Skoro premier Morawiecki, doświadczony w finansach, jego desygnował, to jestem przekonany, że ten młody człowiek, już przecież sprawdzony, potrafi pilnować polskich interesów. A tylko o to chodzi. Źródło: niepoprawni.pl
Premier Morawiecki wybitny specjalista od finansów, potrafi liczyć do 10, i nie zna tabliczki mnożenia!? A do ilu potrafi liczyć nowy wiceminister, i czy zna tabliczkę mnożenia!? Dla Morawieckiego milion to to samo co miliard, a jak z tym u młodego geniusza!? Czy ten z nowych złotych dzieciaków, wyhodowanych przez PiS jest lepszy od komuszych dzieci i wnuków, uczniów Balcerowicza!? 
Rząd PiS chce wyhodować nowych obywateli. Wkrótce uczniowie w ramach zajęć z wychowania patriotycznego pojadą na wycieczkę szlakiem żołnierzy wyklętych, nauczą się strzelać, zamarzą o śmierci za ojczyznę. A wszystko to w myśl hasła Więcej patriotyzmu w szkole. Zaś zamiast pacierza zawsze przed rozpoczęciem lekcji, zajęć będzie odmawiany Apel Smoleński. Ot i cała a może dopiero początek reformy szkolnictwa po PiSowsku. 
17 04 2020 Andrzej Duda mistrzem autopromocji w czasach pandemii.
Wychodzi na to, że Duda świetnie wie, iż wybory w maju to jego jedyna szansa na reelekcję. Koronawirus szaleje, a cóż porabia ukochany prezydent części Polaków pan Andrzej Duda? Od czasu do czasu widzę jego zatroskaną minę w telewizji, gdy z lekko pochyloną głową odmienia siebie przez wszystkie przypadki, by do Polaków dotarło, że to On się stara, On rozumie, On współczuje, On załatwia, On rozmawia, On zadba, On wprowadzi, On dziękuje. On! On! On!…A jeszcze nie tak dawno, bo 4 marca mówił, że nie ma się czego obawiać, bo sytuacja jest opanowana, bo uczymy się na błędach innych państw i damy sobie radę z tym paskudnym koronawirusem. Z bólem serca przyznał też, że nie będzie prowadził otwartej kampanii wyborczej, nie będzie spotykał się z ludźmi, w terenie, którzy go po rękach całują i dostępują zaszczytu, by Mu osobiście dziękować za to, jaki On wspaniały, cudny i w ogóle. No i słowa dotrzymał, choć tak naprawdę tylko nieco zmienił formułę swojej kampanii. Pięknie połączył ją z funkcją prezydenta, słusznie uważając, że nabije sobie punktów w inny sposób.
Ruszył więc do szpitala w Końskich, gdzie pochwalił medyków, bo wprawdzie „na razie realnego zagrożenia wirusem tu nie ma, ale wszystko jest przygotowane i zabezpieczone”. Dzień później wpadł do Chełmna, gdzie spotkał się z komendantem Straży Pożarnej, z przedstawicielem Komendanta Policji, z Wojewódzkim Inspektorem Sanitarno-Epidemiologicznym, z głównym lekarzem ds. chorób zakaźnych, z przedstawicielami działów w urzędzie wojewódzkim, które są związane z bezpieczeństwem, także epidemiologicznym. Udzielił też wywiadu dla TV Trwam i Radia Maryja, a na pytanie, czy nie obawia się spotkań z ludźmi teraz, gdy jest już pierwszy pacjent z koronawirusem, odpowiedział, że nie, bo przecież „nie ma się czego obawiać, bo póki co takie zagrożenie nie występuje. Nie, ja tutaj nie widzę żadnego problemu”. Dodał, że są przygotowane odpowiednie zapasy środków, jest przygotowana odpowiednia infrastruktura, służby są przeszkolone i gotowe do działania. Trzeba przyznać, takie słowa wtedy 4 marca to dosłownie miodzio na serce. Potem pan Duda wpadł jeszcze do Solca Kujawskiego na spotkanie ze spółką Solbet, do Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie, wpadł do Pisza, gdzie chwalił się swoją niezwykle twórczą prezydenturą, odwiedził Gospodarstwo Edukacyjne w Rozogach, zaliczył poligon w Drawsku, Zachodniopomorski Urząd Wojewódzki i punkt kontroli sanitarnej w Kołbaskowie. Nie odmówił sobie przyjemności wypadu do Krakowa, Jedlicza, Garwolina czy też Ciechanowa, a wszystkie te spotkania w świetle kamer, pełne patosu i przekazu do narodu, który ma uwierzyć, że to żadna kampania prezydencka. To tylko robocze, gospodarcze spotkania zatroskanego prezydenta. O spotkaniach w Pałacu Prezydenckim to już nawet nie wspomnę. Niesamowite, bo w tym samym czasie już wzywał, byśmy siedzieli w domach…
Wreszcie w połowie marca pod naciskiem opinii publicznej przestał pojawiać się w terenie. Dotarło też do niego, że nie do końca miał rację, mówiąc o opanowanej sytuacji czy świetnym przygotowaniu służb. Teraz więc zmienił ton i w licznych wystąpieniach medialnych nagle mówi o prawdopodobieństwie licznych zgonów, o braku środków ochrony dla personelu medycznego, choć wciąż podkreśla, jak świetnie jesteśmy przygotowani na tego wirusa, jak wraz z rządem i odpowiednimi służbami pracuje z poświęceniem, by chronić Polaków.
Duda już się nie chwali, już nie wciska kitu, że wszystko było wcześniej świetnie przygotowane, procedury opracowane w każdym szczególe. Nie wspomina nawet, że tak się zapędził w swej kampanii wyborczej, że bez ustaleń z rządem zaczął składać obietnice pomocy, na które ta władza nie ma kasy, bo już zdążyła ją roztrwonić. Za to chętnie występuje w towarzystwie ministra Szumowskiego, licząc, że w ten sposób zdobędzie jeszcze trochę głosów poparcia. No i ostatnim rzutem na taśmę wysyła listy do 1,3 mln rolników, skupionych w KRU-sie, w którym podkreśla swoją troskę o nich i polską wieś. Według wielu takie działanie to nic innego jak właśnie element kampanii wyborczej, tyle tylko, że za publiczne pieniądze. Jacy ci ludzie są wredni. Takie liściki to przecież jedno z zadań dobrze pojmowanej, tak po „dudowemu” prezydentury. Nie nabrał się na to poseł Nowoczesnej Adam Szłapka, który już zgłosił sprawę do PKW, ale wiadomo, że Duda się wybroni, bo w czyich rękach jest PKW?
Tak więc pan Duda może być z siebie zadowolony, bo po zamrożeniu kampanii wyborczych kontrkandydatów, wiedzie prym w wyścigu o fotel prezydencki. Napracował się chłopak, więc teraz czas zbieranie owoców swej nadaktywności. Nabrał też wody w usta, jeśli chodzi o forsowany przez PiS termin wyborów. Nie tak dawno, bo 4 kwietnia, mówił, że gdyby wybory wiązały się z narażeniem Polaków na ryzyko, to należałoby je przesunąć. Dzisiaj już zmienił zdanie. Uważa, że głosowanie korespondencyjne to jest to ciekawe rozwiązanie, warte uwagi, a co do propozycji Gowina, która dawałaby mu szansę porządzić jeszcze ze dwa lata bez prawa do reelekcji, to się nie wypowiada.
Wychodzi na to, że Duda świetnie wie, iż wybory w maju to jego jedyna szansa na reelekcję. On już zrobił, co mógł, by się wypromować na koronawirusie. W przepięknym, iście mistrzowskim stylu, połączył dwa w jednym, czyli zajmowane stanowisko z rolą kandydata w wyścigu prezydenckim,  a teraz niech się dzieje, co chce, byle tylko Bóg pozwolił mu pozostać w Pałacu Prezydenckim jeszcze troszkę. Stoi więc sobie nieco z boku i nie ma nic przeciwko temu, że jego partia rozgrywa nim jak szmacianą lalką. Nie pyta go o zdanie, nie konsultuje z nim swoich decyzji odnośnie terminu głosowania, na każdym kroku pokazuje, w jakiej części ciała tak naprawdę Go ma.  On cierpliwie czeka, bo nie ma innego wyjścia. W końcu trudno będzie mu żyć poza Pałacem bez honoru, bez twarzy i godności. On o tym już świetnie wie…Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl 
14 04 2020 PiS igra życiem Polaków.
Od kilku tygodni pisowscy funkcjonariusze nie zajmują się niczym innym, jak parciem za wszelką cenę do farsy wyborczej, którą zamierzają zorganizować 10 maja. Stosują przy tym stałe swoje metody: wszechobecne kłamstwo, straszenie, że opozycja chce złamać Konstytucję, przesuwając termin, mówią, że to pseudo głosowanie, które ma się odbyć korespondencyjnie jest całkowicie bezpieczne, podając przykład Bawarii, gdzie było zaledwie nieco ponad milion uprawnionych do głosowania, ale nie dodając, że „dziwnym trafem” po tym głosowaniu gwałtownie wzrosła ilość zainfekowanych koronawirusem. W kraju manipulują w sposób oczywisty statystykami zgonów z powodu epidemii, jak chociażby w Warszawie, której prezydent podał ich liczbę jako 32, a Ministerstwo Zdrowia uznało… osiem, ze względu „na inną metodę raportowania”.
Przerażająca jest podłość i pogarda pisowskich funkcjonariuszy dla społeczeństwa. Dążą za wszelką cenę do „głosowania korespondencyjnego”, które przez lata uważali za absolutnie niedopuszczalne ze względu na możliwość fałszerstw, narażają miliony ludzi na zarażenie wirusem, które nawet przy takim głosowaniu jest bardzo prawdopodobne. Trudno oczywiście powiedzieć coś konkretnego na temat ilości nowych zakażeń, ale można na podstawie chociażby obserwacji z innych krajów przyjąć, że będą ich tysiące, co niestety, pociągnie za sobą wiele zgonów, zwłaszcza że w tych „wyborach” weźmie udział dużo ludzi starszych, szczególnie narażonych na infekcję. Obłuda, igranie z życiem Polaków jest już nie skandalem, ale po prostu zbrodnią, która pociągnie za sobą wiele ofiar. Zdają sobie sprawę z tego najwyżsi funkcjonariusze reżimu, jak chociażby Morawiecki i Szumowski, którzy w prywatnych rozmowach stwierdzili, że przeprowadzenie wyborów w okresie epidemii jest niebezpieczne, o czym napisał wicepremier Gowin:„W obliczu ostatnich wydarzeń byliśmy zgodni, że wybory w dniu 10 maja oznaczają zagrożenie dla zdrowia i życia Polaków. To przekonanie w rozmowach ze mną podzielał Premier, Minister Zdrowia, a także liderzy środowisk opozycyjnych”. Reżimowi funkcjonariusze kpią do tego z obaw związanych z epidemią, na przykład lekarz (!!!) Karczewski oświadczył, że „Apele o przesunięcie wyborów są po prostu żenujące, są śmieszne”.
„Kulsony” zastawiają pułapki na spacerowiczów i rowerzystów, czają się pod myjniami samochodowymi, karzą ludzi wysokimi mandatami, wykonując absurdalne polecenia reżimu, który co jak co, ale ma dużą wprawę w wydawaniu zakazów i nakazów, żeby pokazać, jak „walczy” z epidemią. Nieważne, że np. w domach opieki nie ma masek dla pensjonariuszy, a pani wiceminister nie wstydzi się apelować do społeczeństwa, żeby je tam wysyłało.
Do tej pory prezydent wydawał mi się tylko człowiekiem bez krzty honoru, godności i ambicji, ot, jeden z wielu wiernych lokajów Kaczyńskiego. Kilka dni temu prasa podała jednak, że w towarzystwie swojej małżonki spotkał się z Szumowskim i próbował wymóc na nim publiczną deklarację, że wybory mogą się odbyć 10 maja, stając tym samym w szeregu najpodlejszych ludzi z PiS-u, bo domagał się de facto narażenia życia tysięcy Polaków, żeby zostać przy korycie. Zaniepokojenie farsą wyborczą wyraziła już OBWE. Jestem przekonany, że gdy to głosowanie zostanie przeprowadzone, w Polsce wpłyną do Sądu Najwyższego dziesiątki, a może setki tysięcy protestów, a dalej sprawa oprze się o europejskie instytucje prawne, takie jak TSUE. Do tego czasu Kaczyński obsadzi już SN swoim kolejnym lokajem, który bez zmrużenia okaz uzna ważność wyborów i pozostanie tylko walka prawna w UE. Jest to sprawa absolutnie bezprecedensowa i trudno nawet spekulować, jak się potoczy. Mam jednak przekonanie, że prędzej czy później wybór Dudy w takich warunkach zostanie po prostu nieuznany przez UE lub też znaczną większość jej członków, nawet nie postoi na baczność przy biurku rozwalonego w fotelu Trumpa. Ale czy to będzie przeszkadzało Dudzie i pani prezydentowej? Absolutnie nie. Pojadą sobie do Łukaszenki, Putina, na Kubę, do Korei Północnej, a pan „prezydent” będzie po małomiasteczkowych salkach wydzierał się i wylewał kubły pomyj na UE, witany transparentami „Błogosławione łono, które Cię wydało i piersi, które wykarmiły”. I to w zupełności wystarczy temu „mężowi stanu”. Konsekwencją tego nieuznawania będzie wyjście Polski z UE, do czego niestety zmierza reżim, wysyłając np. do oceny tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego orzeczenia TSUE o natychmiastowym zawieszeniu Izby Dyscyplinarnej SN. Nawet trudno taki ruch ocenić – mieszanina skrajnej głupoty, arogancji, nieznajomości prawa? Wiadomo zresztą, jaki będzie „wyrok” tego „trybunału”, którego przewodniczącą jest miernota prawnicza wyrzucona z Sądu Okręgowego ze względu na rażąco niskie kompetencje, a pierwsze skrzypce odgrywa były komunistyczny prokurator i krzykliwa Krystyna, chwaląca się tym, że głosowała w Sejmie za ustawą, chociaż wiedziała, że łamie ona Konstytucję.
Przyznam, że nie rozumiem jednej rzeczy: czy szeregowi posłowie PiS nie widzą, że będą mieli krew na rękach? Dlaczego jak stado zniewolonych baranów zgadzają się na wszystkie obłędy Kaczyńskiego? W czasach stalinowskich nieposłuszeństwo Wodzowi kończyło się co najmniej syberyjskim łagrem, jeśli nie śmiercią. Ale co im może zrobić wodzuś? Wywali z PiS-u? Załóżmy, ale nie zabierze im mandatu poselskiego. Nie wystawi na listy w następnych wyborach? Próżne obawy, za cztery lata prezes będzie na śmietniku, a po PiS zostaną jakieś popłuczyny kilku partyjek. Wierzą bezgranicznie wodzusiowi i porwała ich jego charyzma, której ma tyle, ile noga od stołka? No cóż, to może być zagadka dla psychiatry…
Jeszcze bardziej dotyczy to partii Gowina – ich bezpośrednim przełożonym nie jest przecież prezes. Czy naprawdę w tym stadzie bezwolnych popychadeł nie znajdzie się kilku ludzi, którzy powiedzą „Stop obłędowi i narażaniu życia Polaków”? I nie będzie to żaden „czyn heroiczny”, tylko elementarna przyzwoitość?
PS. W tzw. wyborach 10 maja jest ponury haczyk, jakoś dotąd mało eksponowany. Otóż głosowanie będzie de facto imienne – łatwo będzie potem sporządzić na jego podstawie listę „wrogów ludu”, którzy mogą być np. ukarani zwolnieniami z instytucji państwowych pod pretekstem oszczędności, które już zapowiada Morawiecki, mogą być pomijani w awansach, podwyżce wynagrodzeń i mogą ich spotkać różne inne nieprzyjemności. Źródło: koduj24.pl
- Prezesowi marzy się Wyspa Wolności typu Alcatraz!? Kaczyński chce odrzucić ''wielką ofensywę zła''. Nie zauważył, że sam ją tworzy? Wkrótce ziści się marzenie Kaczyńskiego o wywołaniu wojny domowej w Polsce, którą on stłumi, i stanie na czele całego narodu!?
- Tak na prawdę – to już mamy stan wojenny. Pan Kaczyński podobno w swoim „dziele” napisał, ze zmiana systemu musi być oblana krwią. Nie wiem czy to prawda, bo tej książki nie czytałem i nie przeczytam. PiS jest przygotowane do walk ulicznych. Może dojść do walki brata Polaka z bratem Polakiem!!!! Czy to ma sens???? to szykuje się zwykła zbrodnia !!!

14 04 2020 Wybory 2020, czyli hekatomba wśród pocztowców i liczących głosy.
Patrząc na korespondencyjne wybory forsowane dziś przez PiS, patrzymy przez pryzmat naszego bezpieczeństwa. Nie myślimy o bezpieczeństwie tych, którzy będą to obsługiwali, a może warto o nich pomyśleć? Bo oni z powrotem poniosą pandemię. Jednym z kroków, które podjął PiS, by zmusić ludzi do obsługi wyborów, zgodnie z pomysłem oderwanego od rzeczywistości „zwykłego posła” rządzącego całym krajem była zmiana dyrektora Poczty Polskiej, z tego który obawiając się o zdrowie swoich pracowników twierdził iż wybory takie są niemożliwe na takiego, który takich skrupułów mieć nie będzie, człowieka blisko związanego z ministrem Błaszczakiem. Ten wymusi na pracownikach poczty obsługę tych wyborów. Tak więc spróbujmy ocenić jakie ryzyko poniosą oni a także ci, co będą liczyli głosy.
Jak wiemy karty do głosowania otrzymają wszyscy, co prawda ci co są zameldowani w miejscach urodzenia ale mieszkający w dużych miastach, a jest ich wielu, będą mieli problemy w dotarciu do kart przesłanych do ich domów rodzinnych, szczególnie gdy np. dwójka małżonków wywodzi się z dwóch oddalonych od siebie miejscowości. Dotarcie do kart i oddanie głosów będzie co najmniej problematyczne, a nawet docierając będą łamali przepisy o kwarantannie. Trudno również założyć, że nie odwiedzą wtedy swych rodziców, nie zjedzą z nimi posiłku, a może nawet przenocują. Ale to tylko jedno z niebezpieczeństw rozwoju pandemii wynikającej z wyborów. Tak więc pochylmy się nad tymi, co będą to obsługiwali. Karty dostaną wszyscy, również ci odbywający kwarantannę, również ci zarażeni a nawet ci, przebywający w szpitalach, jeśli tylko będą w stanie wypełnić warunki głosowania. Nikt nie może być wyłączony z prawa wyborczego jeśli to prawo posiada. Tak więc wśród kopert złożonych w skrzynkach będą takie na których będzie znajdował się wirus, to jest nieuniknione.
A ile wirus może przetrwać na papierze?
Badania prowadzone w USA mówią iż około 24 godziny. Czyli karta, koperta z głosem zakażonego o 20:00 w dniu wyborów będzie potencjalnym źródłem zakażeń do godziny 20:00 dnia następnego. W tym czasie będzie ona ale także wszystkie inne, które miały kontakt z zakażoną kopertą a także ze skrzynką, w której taka koperta się znalazła (czas przeżywalności wirusa na metalu do 72 godzin) będzie źródłem zakażeń. Każda osoba, z obsługi wyborów a więc pracownicy poczty, osoby rejestrujące głosujących, osoby liczące głosy będzie miała kontakt z tym wirusem w czasie 24 godzin od oddania głosu przez osobę zakażoną. Skażeniu również będą podlegały pomieszczenia w których koperty będą sortowane, liczone. Na innych materiałach jak plastik, metale wirus może przetrwać znacznie dłużej, również ten, co z kurzem odczepił się od kopert, czy też kart głosowania.
Jak wiemy, dzisiejsza niska liczba „zakażonych w Polsce” wynika z małej liczby testów przeprowadzanych. W Polsce, 36 mln mieszkańców przeprowadza się nieco ponad 5 tys, w Hiszpanii 46 mln. ok. 80 tys. To wszystko wskazuje na to, że nie jesteśmy tak zdrowi a tylko nie przebadani. Wiele osób zakaża, choć chorobę przechodzi bezobjawowo, lub z lekkimi objawami.
PiS dziś tłumaczy konieczność przeprowadzenia wyborów wymogami konstytucji oraz tym, że wprowadzenie stanu wyjątkowego doprowadzi Polskę do ruiny, bo po okresie prosperity i rozdawnictwu, kupowaniu głosów Polskę stać na co najwyżej 3 miesiące stanu wyjątkowego, po czym czeka nas bankructwo. Warto zdać sobie sprawę ze skutków działania dziś nami rządzących, bo wiedza ta będzie nam potrzebna gdy ich będziemy rozliczali, zarówno za doprowadzenie państwa do ruiny, jak i za szafowanie zdrowiem Polaków. Druga fala pandemii jak może wystąpić po wyborach będzie już w całości obciążała tych, co podejmą decyzję o przeprowadzeniu tych wyborów. Bo potencjalnym źródłem zakażeń będą wszyscy, którzy brali udział w obsłudze tych wyborów. Czy rząd zafunduje im kwarantannę? Czy Poczta Polska ogłosi iż przez czas kwarantanny usługi pocztowe nie będą realizowane, bo wszyscy pracownicy przechodzą kwarantannę? Tak powinno być, tylko, że rząd tego nam już nie powie. Źródło: niepoprawni.pl
- Jaką mam gwarancję, że w liście z kartą wyborczą nie ma wirusa, skoro wysłanie w liście wąglika, nie sprawia żadnego problemu. Jak mam postępować, by nie zarazić się!?
- Dlaczego zostaję pozbawiony prawa odmowy przyjęcia przesyłki pocztowej!? No a jak listonosz na giełdzie sprzeda pakiety wyborcze, to zostanę pozbawiony prawa uczestnictwa w wyborach!?
12 04 2020 PiS buduje państwo nomenklaturowo- kastowe.
Patrzcie, młodzi, i uczcie się, jak wygląda państwo partyjnych sekretarzy stojących ponad prawem. Uczestnicy uroczystości smoleńskich powinni byli zachować między sobą większe odstępy – powiedział minister zdrowia Łukasz Szumowski, dając do zrozumienia, że mamy do czynienia z problemem o charakterze epidemiologicznym. Fałsz. Ciasno zbita gromada pisowskich dygnitarzy, którzy pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego uczestniczyli w obrzędach ku czci jego brata, to sprawa ustrojowa, a nie medyczna. Tak przejawia się funkcjonowanie systemu kastowo-nomenklaturowego. To manifestacja samej istoty państwa PiS.
Nie mieliśmy z czymś takim do czynienia od 1989 r. Całe pokolenie wyrosło, nie wiedząc jak to działa – więc teraz może się naocznie przekonać. Patrzcie, młodzi, i uczcie się, jak wygląda państwo partyjnych sekretarzy stojących ponad prawem. W takim państwie przepisy krępują tylko poddanych, a nie rządzących. Przedstawiciele nomenklatury mogą więc śmigać limuzynami, a pospólstwo ma im ustępować drogi. Gdy przedstawicielowi plebsu zdarzy się nieszczęśliwie wyjechać na szosę akurat w momencie, kiedy pędzi nią wóz wiozący Osobę Wyższego Rzędu, plebejusz musi się liczyć z oskarżenie. Izolacja jest dla plebsu, nie dla nomenklatury.
W warunkach epidemii w państwie nomenklaturowo- kastowym przeciętny członek plebsu jest wystawiony na samowolne działania represyjne patroli policyjno-wojskowych, które mogą wedle własnego uznania wlepiać mandaty za przechodzenie czy przejeżdżanie rowerem w miejscach niedozwolonych. Nawet to, czy te miejsca są rzeczywiście niedozwolone, też jest często pozostawione do decyzji funkcjonariuszy polujących na ofiary i pilnujących, czy ojciec z dzieckiem albo mąż z żoną zachowują na ulicy odstęp dwóch metrów. I czy rzeczywiście mieli dostateczne uzasadnienie, by wyjść z domu. Ale przedstawicieli nomenklatury to nie dotyczy. Oni mogą wychodzić z domu i iść pod pomnik smoleński ramię w ramię. Jarosław Kaczyński może nawet odwiedzać – tak jak to zrobił w Wielki Piątek – grób matki na zamkniętym dla plebsu Cmentarzu Powązkowskim.
Uprzywilejowany dostęp do dóbr deficytowych.
W państwie nomenklaturowo- kastowym przedstawiciele warstwy rządzącej oraz ich rodziny mają zagwarantowany dostęp do dóbr deficytowych, takich jak cytrusy i mięso (w PRL) czy opieka medyczna (w państwie PiS). Temu właśnie celowi służyło opublikowane na stronie Rady Ministrów rozporządzenie premiera rozszerzające zakres dodatkowych świadczeń medycznych przysługujących najważniejszym osobom w państwie i – to warte podkreślenia – członkom ich rodzin. Rozporządzenie zagwarantowało im dostęp do niemal pełnej opieki zdrowotnej bez skierowania i natychmiast – o ile będzie tego wymagał stan ich zdrowia. Gdy sprawę ujawniła „Gazeta Wyborcza”, dokument został szybko ukryty. Skandal wokół tych przywilejów lekarskich wybuchł już w okresie epidemii, więc przedstawiciele rządu szybko wysłali list do redakcji: „Informujemy, że prace nad rozporządzeniem rozpoczęły się w połowie 2019 roku. Zmiany te nie mają więc nic wspólnego z epidemią koronawirusa w Polsce. Tu akurat można przedstawicielom władzy wierzyć – przywileje warstwy rządzącej w systemie nomenklaturowo- kastowym rzeczywiście nie są związane z takim czy innym wydarzeniem, lecz wynikają z samej istoty tego systemu, który by móc się utrzymać, musi zapewnić lepsze warunki życia ludziom, na których się opiera.I oczywiście ich rodzinom, małżonkom, dzieciom, rodzicom, a w miarę postępów w budowie systemu także dalszym pociotkom. Warto zacytować historyka Andrzeja Krajewskiego, który w książce „Rzemieślnicy, badylarze, cinkciarze” opisał powstanie systemu odrębnej dystrybucji dóbr dla nomenklatury w PRL, podkreślając rolę rodzin: „Polowanie na towary stało się stałym elementem codziennej egzystencji nie tylko zwykłych obywateli, ale nawet wysoko postawionych funkcjonariuszy partyjnych. Czyniło to codzienne życie coraz trudniejszym. W końcu zbuntowały się żony notabli. Ich protest sprawił, że szefa wywiadu wojskowego gen. Wacława Komara obarczono osobistą odpowiedzialnością za dostarczanie dóbr rodzinom przywódców. Przeważnie chodziło o takie artykuły, jakie przed wojną oferowały klientom każde szanujące się delikatesy, czyli: mięso, wędliny, ryby, owoce egzotyczne. Dostęp do nich stał się tak ważny, że Biuro Polityczne postanowiło utworzyć pod egidą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego sieć specjalnych sklepów, nazywanych oficjalnie »rozdzielnikami zamkniętymi«.
Z tych placówek handlowych, wzorowanych na sklepach istniejących od lat 20. w ZSRR, mogli korzystać jedynie klienci posiadający odpowiednie przepustki. Do tego grona szczęśliwców należało ledwie 10 tys. osób z partyjnej nomenklatury oraz mała grupa użytecznych dla reżimu przedstawicieli cenionych zawodów, m.in. pisarzy, muzyków, malarzy, reżyserów filmowych, naukowców i lekarzy. Codziennie robili oni zakupy w »rozdzielnikach zamkniętych«, których okna zasłaniały, w obawie przed gapiami, grube żółte firany”.Tak to się zaczęło w latach 40. XX wieku, a końcówkę tego systemu w latach 70. i 80. pamiętają jeszcze ludzie urodzeni w głębokim PRL. Młodszym trzeba jednak przypomnieć, jak to wyglądało pod koniec istnienia tego państwa, opartego na systemie zorganizowanej korupcji nomenklaturowej.
Tancerki dla nomenklatury.
Węgier Attila Szalai, mieszkający wówczas w Warszawie, opisał wizytę węgierskiej delegacji partyjno- państwowej w Polsce wiosną 1980 r. Goście odwiedzili m.in. zamek w Golubiu-Dobrzyniu, gdzie zorganizowano dla nich przyjęcie. Szalai relacjonuje: „Do zamku ściągnięto personel przebrany w średniowieczne stroje, a na dziedzińcu już 72 godziny przed przybyciem gości zaczęto piec mięsiwo. Stoły uginały się od smakołyków, których przeciętny obywatel w sklepach nie mógł kupić. Gdy węgierska delegacja pojawiła się na zamku, zamknięto bramy, podniesiono most zwodzony i zaczęło się przyjęcie. Oprócz pieczonego wołu atrakcją był ludowy zespół pieśni i tańca. Po występie odprawiono jego męskich członków, a węgierskim gościom powiedziano, że każdy może sobie na noc wybrać jedną artystkę. Węgrzy nie skorzystali z propozycji utrzymanej w iście feudalnym duchu i pojechali nocować do hotelu w mieście”. Właśnie tak to wyglądało pod koniec PRL. Jednak zanim państwo nomenklaturowo-kastowe osiągnęło swą dojrzałą formę, minęło kilka dekad. Obserwując postępy PiS w budowie podobnego systemu, można przypuszczać, że pójdzie mu to znacznie szybciej. No i oczywiście trzeba też brać poprawkę na ducha epoki i gusta rządzących. Komuniści zapraszali zespoły ludowe, bo uwielbiali folklor. PiS woli disco polo. Wojciech Maziarski Źródło koduj24.pl

12 04 2020 Głupi, czy tylko głupich udają?
Z czego biorą się takie pomysły – nie wiadomo, może ze strachu przed partyzantką leśną…Nowa pani wicepremier, rozpościerając przed oczami przerażonych telewidzów wizję wojska na ulicach, cenzurowanej prasy i wyłączonego internetu, co niechybnie nastąpi, jeśli zrealizowane zostanie żądanie wprowadzenia stanu wyjątkowego podnoszone przez opozycję. Głupstwa wygłaszane przez magister Jadwigę Emilewicz, (która oprócz wicepremiera i ministra ma „trzeci etat” wykładowczyni UAM), można by przypisać jej słabieńkiej wiedzy prawniczej lub silnej potrzebie rewanżu za niespodziewane wywyższenie i dodatkowe apanaże.
Ludzie władzy starają się, jak potrafią i wręcz stają na uszach, żeby tylko nie powiedzieć, że stanu klęski nie wprowadzą z powodu koniecznego wtedy odłożenia wyborów do czasu, aż do wszystkich Polaków dotrą liczne dowody indolencji władzy, jej beztroski, nieprzygotowania na kataklizm i braku umiejętności rządzenia w trudnych czasach. Stąd idiotyczne, kłamliwe i kompletnie bezsensowne argumenty, jak choćby ten, powtarzany z lubością: – Brak wyborów naruszy stabilność państwa polskiego. A niby czemu, skoro po odłożeniu wyborów Duda nadal pełniłby swoja funkcję? A gdyby się Kaczyńskiemu znudził, to przecież funkcję głowy państwa mogłaby 7 sierpnia przejąć marszałkini Sejmu, równie lojalnie podporządkowana prezesowi. Czyli „stabilność władzy” to tylko taki ładny propaństwowy zwrot, który ma dobrze świadczyć o jego użytkowniku. Mistrzem podobnych nic nieznaczących banałów jest prezydent Duda, który ostatnio w radiowej „Jedynce” równie rzeczowo co błyskotliwie wypowiedział się na ten temat: – Rzeczywiście sytuacja jest trudna, mamy sytuację epidemiczną, która ma charakter wyjątkowy, z drugiej strony trzeba pamiętać, że mamy również konstytucję i ramy konstytucyjne, ustrój państwa i kwestię funkcjonowania państwa… 
I jeszcze prawdziwe horrendum, wymyślone przez samego prezesa: – Wprowadzenie stanu wyjątkowego poważnie ograniczyłoby swobody obywatelskie i naruszyło reguły demokracji.  Pominąwszy powszechnie znane przywiązanie prezesa do demokracji i prawa – z jego wypowiedzi wynika, że obecna niekonstytucyjna demolka prawa wyborczego i ministerialne przepisy wprowadzane prawem kaduka oraz nakazanie policji, by łupiła obywateli według własnego widzimisię, mieszczą się w regułach demokracji, a legalny stan klęski żywiołowej, który uprawomocniłby obecne obostrzenia – już nie. A poza tym nikt nie zmusza władzy do automatycznego uruchamiania wszystkich dolegliwości stanu wyjątkowego, wręcz przeciwnie, prawo nakazuje dozowanie obostrzeń proporcjonalnie do niezbędnych potrzeb.
Wstępna decyzja Trybunału Europejskiego o zawieszeniu nielegalnej Izby Dyscyplinarnej SN uruchomiła nowe pokłady głupoty rządzących, którzy niezwłocznie rzucili do boju swoich harcowników. Hunwejbini z PiS i jej przystawek licytują się w głoszeniu bzdur, który to proceder w mojej okolicy nazywany jest „rżnięciem głupa”. Młodzi i zdolni do wszystkiego rżną owego głupa od ściany do ściany. W tej konkurencji wysoko uplasował się wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik, który mozolnie przekuwał klęskę w sukces mówiąc:  – Oponenci są bardzo rozczarowani tym, jaki wyrok zapadł. To jest wyrok, który jest całkowicie nie po myśli naszych oponentów. Czarny dzień dla tych, którzy myśleli, że dzisiaj wszystkie nasze reformy zostaną zakwestionowane… Natomiast wiceminister Sebastian Kaleta zadął w surmy bojowe: – Orzeczenie TSUE to uzurpacyjny akt naruszający suwerenność Polski! Skąd Kaleta to wie – nie powiedział, więc wygląda na to, że po prostu czuje się lepszym prawnikiem niż najtężsi koryfeusze wydelegowani przez swoje kraje do najwyższego europejskiego Sądu. Jeszcze większe wrażenie zrobiła kolejna, wzruszająca wypowiedź ministra Wójcika, który próbował uderzyć w tony świętego oburzenia: – Niezależnie od brutalnego wejścia w polski porządek prawny (…) dziś walczymy o życie i zdrowie ludzi, to jest dla nas najważniejsze! W odpowiedzi usłyszał od adwokata Bartosza Piotrowskiego: – Pan dokładnie na jakiej linii walczy o to życie? Maseczki szyje? Dowozi jedzenie dla lekarzy? Bardzo jestem ciekaw tej pana walki…
Głupia, nielogiczna i bezsensowne argumentacja nie ogranicza się tylko do narracji PiS-owskich elit. Rzecznik polskiej policji Mariusz Ciarka zapytany, czy funkcjonariusze nie są aby ciut nadgorliwi, uspokoił Polaków, że nie mają prawa narzekać, bo w innych krajach policjanci biją ludzi. Tym samym dał obywatelom do zrozumienia, że policjant to ludzkie panisko, bo wali w obywatela tylko mandatem, a przecież mógłby też pałą.
Głupota coraz częściej wędruje po Polsce wespół z butą i chamstwem. Na żyznej glebie agresywnego populizmu wyrosła nam nowa odmiana szczwanych prymitywów – na oko natchnionych mężów stanu, którzy jednak po oskrobaniu z emocjonalnej narracji i obraniu z ideologicznego pustosłowia okazują się durni jak wiadro kartofli. Raz po raz z obu luf walą sobie i swojej formacji w stopę, ale cieszyć się nie ma z czego, bo za każdym razem rykoszetem obrywa też Polska. Życzę Jej chwili wytchnienia w te Święta, a potem rychłego zwycięstwa nad butą, chamstwem i coraz bardziej otaczającą nas głupotą. Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl 
10 04 2020 Pan prezes i jego trefnisie w obliczu pandemii.
Co – oprócz odgrywania kiepskiej komedii – umie robić partia obecnej władzy, skoro respiratorów brak, dobrych ustaw brak, a w kasie widać dno…
Ludzie to już w ogóle stracili poczucie humoru, zwłaszcza w Polsce. Owszem, nie mamy wpływu na naturę, w tym również na naturę maseczek chirurgicznych, które zanikają, jak tylko zaczynamy ich akurat potrzebować. No, ale nie znaczy to przecież, że w tych ponurych czasach „wojny biologicznej” wszyscy mamy – jak mawiał mój pułkownik od obrony cywilnej, obdarzony żołnierskim dowcipem – owinąć się w prześcieradło i ewakuować na najbliższy cmentarz. Zwłaszcza teraz, uwięzionym w ciasnych M-ileś, należy się nam przecież trochę rozrywki i odrobina radości. I od tego właśnie mamy rząd. Zapewnienie odpowiedniej liczby środków ochrony osobistej dla szpitali, dobrych rozwiązań antykryzysowych dla biznesu i ludzi tracących pracę, a nawet sprawnego nauczania przez internet zdecydowanie przekracza możliwości partii władzy. Podobnie, jak wcześniej przekroczyło je sensowne planowanie wydatków państwa i teraz już wiadomo, że zabraknie pieniędzy na najpilniejsze potrzeby. Tak więc – „chleba” chwilowo nie ma i na razie raczej nie będzie. Co więc pozostaje? Wiadomo – igrzyska.
Najszybciej wszedł w nową rolę narodowego trefnisia pan prezydent, który radośnie ćwierka sobie teraz na Twitterze, a w chwilach wolnych od pisania sms-ów daje występy na TikToku. I świetnie. Bo jest to miejsce dla fanów przebieranek, kreujących się na kogoś, kim akurat nie są. Teraz do prezydenta powoli dołącza cała partia rządząca, dająca przedstawienie  pod tytułem „Pandemia”, reżyserowane osobiście przez pana prezesa. Najśmieszniejszy jest chyba „kawałek” pod tytułem „Wybory”. To lepsze, niż serial brazylijski, choć też nie za bardzo trzyma się naszej rzeczywistości i realiów. Napięcie rośnie z posiedzenia Sejmu na kolejne posiedzenie. Akcja toczy się wartko. Źli chłopcy wymieniają się rolami z dobrymi tak szybko, że trudno się połapać, którzy z nich są którzy. A w powietrzu gęstym od emocji od tygodni wisi pytanie, kiedy wreszcie posypie się obsada tego spektaklu. Możemy mieć nadzieję, że stanie się to żywiołowo. Brakuje tylko „śmiechów z puszki”, bo publika nie zawsze rozumie, czy już się śmiać, czy może jeszcze płakać. I bez takich podpowiedzi prezesa-inspicjenta, można za to to zerwać boki, słuchając wypowiedzi ważnych polityków partii władzy. No na przykład, że „środki ochrony osobistej zostaną wkrótce przekazane do szpitali”. Albo że „nasze laboratoria wykonują tyle testów, ile potrzeba” (pytanie – komu?). A teraz, że „wybory korespondencyjne da się zorganizować bez problemu”.
Dla mnie przebojem tygodnia była wypowiedź jakiegoś kancelisty prezydenta, że – mianowicie – „jest normalnie”. „Szkło Kontaktowe” niech się chowa.
Taką nam przednią rozrywkę proponuje władza obywatelom w przymusowej kwarantannie i jest w tym nawet lepsza od profesjonalistów z kabaretu i estrady. Wystarczy zajrzeć do kalendarza następnych obrad Sejmu. A w nim… aborcja, polowania oraz edukacja seksualna. Rzecz w tym, żeby wszystkiego zakazać. Z wyjątkiem polowań z dziećmi, oczywiście. Bo w tym punkcie, to wręcz przeciwnie.
Przy okazji przyboczni pana prezesa dbają też o naszą sprawność intelektualną. Bo nie ma lepszego treningu mentalnego niż – siedząc w kwarantannie – policzyć sobie w pamięci, ile czasu zajmie Poczcie Polskiej, dysponującej w najlepszym momencie 25 tysiącami – nomen omen – roznosicieli, dostarczenie „pakietów” wyborczych 30 milionom obywateli. Zawsze to  lepiej, niż w wolnym czasie liczyć brakujące respiratory…
Młodszym i mniej sprawnym w rachunkach tragifarsa „Wybory” oferuje grę plenerową –  „Nie licz na los, odbierz babci głos”. Gra polega na sprawnym opróżnieniu skrzynek z „pakietów” dla starszych członków rodziny, by – po  zdobyciu (łatwizna) i wpisaniu odpowiednich danych – oddać bliżej nieokreśloną liczbę głosów na, dajmy na to, kandydata Bosaka. Lub – odpowiednio – kandydata Biedronia. Kto odda najwięcej, ten – naturalnie – wygrywa i grę, i całe wybory.
Dla swoich zwolenników w ramach tej samej burleski partia przewidziała bonus za lojalność. Jest to nowa wersja „Gry w zabijanego”, z podtytułem „raz, dwa, trzy, zarazisz się ty”. Zwycięża ten, kto pierwszy złapie wirusa po oddaniu głosu i przy okazji zarazi jak największą liczbę zwolenników aktualnego prezydenta. Bo inni i tak nie pójdą przecież na żadne łże-wybory. Ubaw szykuje się po pachy, zwłaszcza na OIOM-ach. A dodatkowa korzyść płynie z owych gier taka, że opozycja wprawdzie nie złapie wirusa przy skrzynkach pocztowych, ale za to umrze ze śmiechu.  A pan prezes umyje ręce (środkiem dezynfekcyjnym). Z drugiej strony, to niby co oprócz odgrywania kiepskiej komedii miałaby robić władza, skoro respiratorów brak, dobrych ustaw brak, a w kasie widać dno. Toteż formacja rządząca wyraźnie odpuściła sobie epidemię i robi to, co potrafi najlepiej. Stara się, żebyśmy przynajmniej nie pomarli z nudów. Bożena Chlabicz-Polak. Źródło koduj24.pl
Z forum: Chocholi taniec PiS-u. Oni tam w sejmie zajmują się tematami zastępczymi, nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, co się dookoła dzieje. Szumowski nie jest lepszy od nich, chociaż sprawia takie wrażenie. Nieoficjalnie mówi się, że on i Mateuszek mieli namawiać kaczego, żeby odwołać wybory. Bezskutecznie. No to co w takiej sytuacji robić? Dla mnie to proste. Wywalić kaczego. Jeśli pisiory się go nie pozbędą, na jesieni będzie majdan. Dla wszystkich niezaczadzonych Pisem jest to oczywiste. Ale dla pisiorów jak widać – czarne jest białe. „I nikt nam nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe.” 
05 04 2020 Pytania do polskich władz w sprawie wykupu Polski za drukowane pieniądze.
Chyba znam przyszłe miejsce pracy Mateusza Morawieckiego, choć wolę się mylić. Zaufanie to piękna sprawa. Tyle, że nie praktyczna. Na wstępie wyjaśnienie, kim są faktyczne władze Polski, otóż są nimi: - globalne instytucje finansowe, Komisja Europejska, Izrael, USA, Rosja, Niemcy, ale także prezydent, rząd, Sejm, Senat, samorządy, władza sądownicza, polskojęzyczne media...  Trwa wojna o kontrolę nad Polską i naszą przestrzenią.
Pytania: - Czy za drukowane pieniądze – euro i dolary – które trafiają w pierwszej kolejności do instytucji finansowych – instytucje te, będą mogły dokonywać złowrogich przejęć polskich przedsiębiorstw? To bardzo prawdopodobne, przy oczekiwanym bankructwie setek tysięcy polskich firm. To bardzo konkretne pytanie dotyczące utraty wartości polskich przedsiębiorstw i ich ochrony przed wrogimi przejęciami. 
- Czy polski rząd ma w planie wyeliminowanie gotówki z obiegu? Czy rząd podda się międzynarodowym naciskom w tej sprawie?
- Czy władający Polską – Polakami – zgadzają się z wypowiedzą Jacka Chwedoruka, dyrektora Rothschild Polska („odpowiedzialnego za „uczestniczenie w szeregu znaczących transakcji fuzji i przejęć, w tym m.in.: sprzedaży 30% PZU do Eureko za 850 milionów euro, sprzedaży Polkomtela do Polsatu za 4,5 mld euro, zakupu Quadry przez KGHM za 9,2 mld zł oraz zakupu SABMiller CEE przez Asahi za 7,3 mld euro / wiki, ale też pracujący dla Jana Krzysztofa Bieleckiego, gdy uczestniczył w fatalnych, przestępczych prywatyzacjach na początku lat 90-tych? Chwedoruk uczestniczył również w zakupie Deutsche Bank Polska” przez Santander w 2018 roku – ten sam Santander, który jeszcze jako BZ WBK był miejsce pracy dla Mateusza Morawieckiego i jego kolegi, obecnego ministra finansów – panowie muszą się dobrze znać – nie chcę zapeszyć, ale chyba znam przyszłe miejsce pracy Mateusza Morawieckiego...), KTÓRY WYWIADZIE DLA „RZECZPOSPOLITEJ POWIEDZIAŁ:Myślę, że w XXI wieku jesteśmy już dalecy od idei merkantylnych, według których wszystko należy produkować u siebie, a tezauryzować najlepiej w złocie. Tym bardziej że z zagranicznych inwestycji mamy w kraju wielki pożytek – podobnie jak z handlu międzynarodowego, który nie polega tylko na eksporcie, ale również na imporcie. Bardzo prawdopodobne, że rząd chce prowadzić sprytną politykę, jednak czy wie, z kim współpracuje? Przecież w tym samym wywiadzie Jacek Chwedoruk dodał: Kraje, które prowadzą bardzo intensywną wymianę, np. Niemcy i Francja, są nawzajem swoimi zakładnikami – gdyby Francuzi zaczęli źle traktować VW czy Mercedesa, to Niemcy zaczną źle traktować Renault. Tak jest na całym świecie, co zmusza do handlu i inwestycji opartych na wzajemnych zasadach, i do ostrożności.
- CZY W KONTEKŚCIE TEJ WYPOWIEDZI, KARA DLA VOLKSWAGEN POLSKA W WYSOKOŚCI 120 MLN ZŁ WYMIERZONA PRZEZ URZĄD OCHRONY KONKURENCJI I KONSUMENTÓW ZA „DIESELGATE” JEST SŁUSZNYM MORALNIE ODWETEM ZA KARYGODNE TRAKTOWANIE POLSKICH FIRMA W NIEMCZECH? Jak wiemy, Niemcy fatalnie traktują polskie firmy: LOT, Orlen, firmy transportowe (pamiętajmy o morderstwie na polskim kierowcy, a którego niemieckie służby próbowały wrobić w zamach terrorystyczny), itp.
- DLACZEGO MINISTREM FINANSÓW JEST BYŁY PRACOWNIK CITY OF LONDON TADEUSZ KOŚCIŃSKI, KTÓRY DLA „GAZETY BANKOWEJ” POWIEDZIAŁ: W City of London mogłem dobrze zarabiać aż do emerytury, mogłem gromadzić pieniądze, albo przyjechać do Polski i zrobić coś ciekawego. Wybrałem to drugie. Dla mnie ciekawe życie i wyzwania są ważniejsze niż pieniądze. Minister ma tylko licencjat i specyficznie mówi po Polsku. W dodatku Polaków nie ma za nazbyt mądrych, skoro namawia ich do kupowania obligacji na ujemny procent. Minister ten namawia do płatności bezgotówkowych.
- CZYJE INTERESY FAKTYCZNIE REPREZENTUJE TADEUSZ KOŚCIŃSKI? CZY JEST PRZEDSTAWICIELEM CITY OF LONDON NA POLSKĘ? 
Owszem, minister prowadzi Fundację Kresy Historii, ale oczekuję odpowiedzi, czy rząd wykorzysta obecną panikę do wprowadzenia wyłącznie transakcji bezgotówkowych, co przełoży się na totalną inwigilację polskich obywateli? Czy Polski rząd ma świadomość, że przysłowiowy „szatan płaci fałszywą walutą”? Krytykując przedwojenną, wprost fatalną politykę finansową ówczesnego Balcerowicza - Władysława Grabskiego, ludzie bez argumentów wylewali na mnie pomyje. Bardzo proszę je teraz samemu zlizywać z asfaltu, bo na mnie nie trafiły. Zrozumcie, nie pozwolimy komukolwiek zniszczyć Polski swoją głupotą, naiwnością, lub tym udawanym fałszywym patriotyzmem.
….....
- DLACZEGO POLSKI RZĄD KORZYSTA Z USŁUG „DORADCZYCH” TEJ ZŁOWROGIEJ ORGANIZACJI? CHODZI OCZYWIŚCIE O JACKA CHWEDORUKA, DYREKTORA ROTHSCHILD POLSKA – prawdopodobnie najbardziej wpływową osobę w Polsce. Trzeba zadawać takie pytania, ponieważ zaufanie w polityce jest dobre dla naiwnych. Dr Jaśkowski pisał: Przez ponad 50 lat, po 1945 roku, wmawiano społeczeństwu konieczność oszczędzania, z powodu wydatków ponoszonych na odbudowę kraju, po zniszczeniach wojennych. Jak odbudowano ten majątek, to praktycznie za bezcen przejęły go korporacje zachodnie.
….....
Zło, szczególnie, gdy jest silniejsze, trudno przechytrzyć. Trzeba też sięgać do źródeł bez pośredników. Źródło: niepoprawni.pl
31 03 2020 WOŚP kupiła sprzęt w Chinach, MON miał go przewieźć. Teraz rząd stawia kuriozalne warunki.
By pomóc w walce z koronawirusem, WOŚP kupiła w Chinach 50 tys. pakietów ochrony biologicznej dla polskich szpitali. Zwróciła się do MON z prośbą o ich przetransportowanie. Wszystko było przygotowane, gdy w sprawę włączyli się nieoczekiwanie urzędnicy z KPRM, stawiając – jak napisał na Facebooki Jurek Owsiak – „zaskakujące wymagania”. O co chodzi? Otóż chcieli przejąć sprzęt i … pozbawić WOŚP wpływu na jego rozdysponowanie.
Przypomnijmy: WOŚP, chcąc doposażyć polskie szpitale, za łącznie blisko 24 mln zł zamówiła m.in. łóżka do intensywnej terapii, analizator laboratoryjny, kardiomonitory, a także 50 tys. Indywidualnych Pakietów Ochrony Biologicznej (IPOB) – czyli kombinezon ochronny z butami, panoramiczne gogle, dwie pary rękawiczek, maska oraz worek na odpady medyczne. Ostatni z zakupów, czyli pakiety ochronne udało się już sfinalizować. Jak informuje Jurek Owsiak, tydzień temu jego Fundacja zgłosiła się do Ministerstwa Obrony Narodowej z prośbą o przewiezienie ich z Chin do Warszawy, w ramach natowskiego limitu SALIS.
„Zależało nam, aby lot odbył się jak najszybciej i jednocześnie, by korzystając z takiego limitu – nie ponosić dodatkowych kosztów transportu. W pierwszej chwili Ministerstwo Obrony Narodowej zareagowało pozytywnie, otrzymaliśmy termin wylotu z Chin w przedziale 7, 8, 9 kwietnia. Wydawało się, że całą sprawę bardzo sprawnie podejmują kolejne osoby: od dyrektora MON poprzez oficerów odpowiedzialnych za logistykę” – napisał na Facebooku Jurek Owsiak. „Wszystko było przygotowane, cały pakiet zamówionego towaru miał pojawić się w określonym czasie i miejscu, aż nagle w całą sprawę wmieszali się urzędnicy z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Postawiono nam zaskakujące wymagania i mówiąc krótko – w minutę osiem cały plan wykorzystania transportu MON legł w gruzach, wszystko odwołano” – napisał szef WOŚP. Fundacja zwróciła się więc do kilku operatorów komercyjnych, z polskim LOT-em na czele i czeka na dokładne wyceny. Już wiadomo, że Orkiestra będzie chciała dodatkowo zamówić kilka lotów, ponieważ na pewno dokona kolejnych zakupów materiałów ochrony osobistej i sprzętu medycznego. „Jesteśmy bombardowani telefonami ze strony szpitali, które nie są w systemie, a przeżywają ogromne trudności w codziennym zaopatrywaniu lekarzy i personelu medycznego w artykuły ochronne. Na dzień dzisiejszy najwięcej takich próśb otrzymujemy z oddziałów położniczych, gdzie każdego dnia mają miejsce porody. Niektóre ze szpitali nie mają dosłownie żadnych dostaw materiałów ochronnych. Tak więc, jak tylko transport zakupionego przez WOŚP wyposażenia medycznego (w tym 50 tysięcy pakietów indywidualnej ochrony osobistej) zostanie dostarczony do Warszawy, w pierwszej kolejności do tych właśnie oddziałów Orkiestra wyśle wsparcie” – tłumaczy Jurek Owsiak.
Portal Onet zwrócił się o wyjaśnienia do MON. „Ministerstwo Obrony Narodowej zadeklarowało możliwość transportu sprzętu medycznego z Chin. Warunki realizacji całości przedsięwzięcia określone zostały przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów” – odpowiedziano lakonicznie. Z kolei Centrum Informacyjne Rządu do teraz nie udzieliło odpowiedzi. W międzyczasie na ten temat wypowiedział się Michał Dworczyk, szef Gabinetu Prezesa Rady Ministrów, pytany o tę sprawę przez dziennikarzy. – Osobiście oddzwaniałem do Owsiaka, jakiej pomocy potrzebują i jakie są oczekiwania. Pytałem ich również o warunki. Jeżeli jest transport rządowy, może liczyć na bezpłatny transport środków z Chin. Jeżeli zgłaszają się organizacje, że środki wejdą do dyspozycji do Ministerstwa Zdrowia, to tak samo można liczyć na bezpłatny transport cargo. Wszystkie inne firmy mogą korzystać z usług LOT-u czy innego przewoźnika. Fundacja WOŚP miała się zastanowić i dlatego przyjąłem jego (Jurka Owsiaka – red.) post z dużym zaskoczeniem – powiedział Dworczyk na antenie Polsat News.
Na czym więc polega problem z warunkami rządu? – „WOŚP kupiła za społeczne pieniądze sprzęt, który musimy przetransportować z Chin do Polski, a następnie chcieliśmy we współpracy z Ministerstwem Zdrowia rozdysponować go między te szpitale, które najbardziej go potrzebują. Problem w tym, że KPRM uznała, że, owszem, państwo pomoże w transporcie, ale potem „przejmie” ten sprzęt i to rząd sam zdecyduje, dokąd i kiedy on trafi, już bez udziału Wielkiej Orkiestry. Na to nie możemy się zgodzić” – powiedział portalowi Onet Krzysztof Dobies. „Chcemy mieć wpływ na to, dokąd trafią nasze dary, bo tego oczekują nasi darczyńcy, także ci, którzy teraz zasilają nasz Fundusz Interwencyjny. Musimy też podpisać z obdarowanymi placówkami odpowiednie dokumenty, a potem ze wszystkiego się formalnie rozliczyć. Dziś więc sytuacja wygląda w ten sposób, że na pomoc rządu w transporcie nie możemy liczyć. Rzecz jasna, całe nasze zamówienie oczywiście trafi do Polski, ale stanie się to trochę później, niż planowaliśmy i będzie drożej kosztowało. Szkoda” – mówi rzecznik.
WOŚP chciałaby tymczasem, żeby część dostawy trafiła na oddziały położnicze, „bo porody odbywają się codziennie w całej Polsce, a wiemy, że te oddziały mają ogromne braki w wyposażeniu ochronnym”. Jak podkreśla Krzysztof Dobies, fundacja jest cały czas „bardzo otwarta na współpracę z Ministerstwem Zdrowia i na pewno udałoby się szybko ustalić, które szpitale otrzymają ten sprzęt”. Jednak – jak stanowczo podkreśla – „ważny jest dla nas też element kontroli społecznej. Kupiliśmy sprzęt za pieniądze Polaków i przed Polakami musimy się z tego rozliczyć, z każdej sztuki, którą zamówiliśmy. Na pewno poinformujemy szczegółowo, który szpital i co dostał, tak, jak robimy to już od 28 lat”. Źródło: onet.pl
Draństwo!? Za to, że Owsiak nie dopisał, że Duda załatwił zakup sprzętu, i nie pozwolił rozdysponować go pomiędzy „swoimi', ewentualnie na lewo przehandlować, odmówiono mu należnego transportu!? Znaczy się sprzęt przejęłaby „odpowiednia spółka”, i rozdysponowałaby go z kilkakrotną przebitką!? 
30 03 2020 PiS rządzi, PiS radzi, PiS nigdy nas nie zdradzi…
Jak mogę zaufać ludziom, którzy wywalają pielęgniarkę z pracy tylko dlatego, że przedstawiła stan faktyczny w jej szpitalu? Kiedy PiS wygrało wybory w 2015 roku i powtórzyło ten sukces 4 lata później, wydawało się, że nic gorszego nie może nas już spotkać. Ależ się myliliśmy. Jak widać, nieszczęścia chodzą parami, bo dopadł nas koronawirus. Siła złego na jednego. Zdaję sobie sprawę, że w obecnej sytuacji każda partia, która sprawowałaby władzę, miałaby problem, ale męczy mnie przede wszystkim jedno – brak zaufania i sposób, w jaki PiS rozgrywa to nasze trudne dzisiaj. Z jednej strony minister Szumowski, który wydaje się być odpowiednim człowiekiem na trudne czasy, ale z drugiej ten chaos informacyjny, jakieś przekłamania, poczucie, że rząd ma problem z opanowaniem sytuacji, a wszelkie próby zaradzenia przypominają błądzenie we mgle. No i do tego ta nieszczęsna polityka, która chyba przekroczyła granice przyzwoitości i zdominowała walkę z koronawirusem. Słowo daję, głupieję i sama już nie wiem, kiedy kończy się propaganda partyjna, a zaczyna autentyczna troska o nas, Polaków.
Trudno się dziwić Dudzie, że wykorzystuje obecny czas, by się skutecznie wypromować i wywalczyć sobie reelekcję w pierwszej turze. Każdy inny na jego miejscu zadziałałby tak samo, a jednak budzi to we mnie duży niesmak. Kontrkandydaci ukryci gdzieś w internecie, a pan Duda jeździ po Polsce, ściska dłonie lekarzowi z karetki, nota bene członkowi PiS-u, dziękuje załodze fabryki, że się wzięli za produkcję płynu dezynfekcyjnego i modli się, gdzie tylko się da. Jeszcze trochę, a wdzięczny naród będzie mu stawiał kapliczki dziękczynne i palił świeczki, dziękując za to, że jest, że się wirusowi nie kłania, że taki z niego prezydent na miarę ciężkich czasów idealnie wręcz skrojony. Czyż można się dziwić, że zbiera już owoce swej nadaktywności politycznej i sondaże dają mu ponad 60% poparcia w I turze wyborów?
Trudno się dziwić panu Morawieckiemu, gdy przemawia do nas, tak elegancko ubrany, czyściutki, dbając szczególnie o to, by przekaz był jednoznacznie oczywisty, czyli… dziękujmy Bogu, że on stoi na czele rządu, że Zjednoczona Prawica dzierży władzę w swoich rękach, bo to nasza jedyna szansa na pokonanie wirusa i przejście w miarę bezpiecznie przez kolejne dni, tygodnie, a nawet miesiące. Pamiętaj Polaku drogi, PiS rządzi, PiS radzi, PiS nigdy cię nie zdradzi! I tak sobie gada nasz premier, a słupki sondażowe rosną wprost proporcjonalnie do wiary w jego słowa.
Przy okazji pan premier bardzo umiejętnie wykorzystuje techniki manipulacyjne, stosując metodę kija i marchewki. Będzie gorzej, ale za to jesteśmy pierwsi na świecie, którzy tak wspaniale sobie z tą paskudą w koronie radzą. Ciężkie czasy przed nami, ale damy radę, bo mamy we krwi bohaterstwo, oddanie Ojczyźnie i wiemy, ile kosztuje poświęcenie dla dobra naszych wartości narodowych i Polski. Fakt, gospodarka nam pada, ale co tam. Mamy już przecież tarczę antykryzysową, która najlepsza, najskuteczniejsza. Zastanawiać się dzisiaj, czy  wyjdziemy z problemów z tarczą czy też gorzej, bo na tarczy, nie ma sensu. Wystarczy spojrzeć na zadowoloną minę premiera, wpaść w zachwyt jak podbudowuje nasze morale i zaufać, że to, co nam sprzedaje w swoim populistycznym bełkocie, jest prawdą. O to przecież chodzi. Premier mówi, naród słucha i wierzy…
Trudno się dziwić prezesowi Kaczyńskiemu, który upiera się przy 10 maja jako najlepszym terminie wyborów prezydenckich. Przecież licho wie, jak sytuacja się rozwinie, czy przypadkiem rząd nie przejedzie się na swojej genialnej strategii, naród się nie obudzi i Duda przepadnie. Trzeba więc chwytać byka za rogi i organizować te wybory jak najszybciej, dopóki jest szansa, bo Zjednoczona Prawica w Sejmie bez swego prezydenta będzie leżeć i kwiczeć. A co prezesa obchodzi koronawirus? A co się ma przejmować faktem, że lokale wyborcze będą jak wylęgarnia. Polaku idź i głosuj, bo tego chce wódz i tak ma być. Partia rządząca robi wszystko, by przekonać nas, że jest właściwą instytucją we właściwym miejscu i właściwym czasie. Czy jest tak do końca? Z jednej strony wali w nas ostrymi zaostrzeniami, które mają nam pomóc przejść przez zarazę, z drugiej zaś pokazuje, że sama do tych głoszonych przez siebie zasad stosować się nie zamierza. Przykład? Wczorajsze posiedzenie w Sejmie, podczas którego te najważniejsze osoby w państwie przemieszczały się bez maseczek i rękawiczek ochronnych. Pomysł wyborów 10 maja, planowany wyjazd do Smoleńska, by w pierwszej kolejności uczcić 10 rocznicę śmierci w „zamachu” najważniejszego brata Polski, a przy okazji też rocznicę mordu katyńskiego oraz zaplanowane skromne obchody tych rocznic w kraju. Jak te plany mają się do zakazu zgromadzeń powyżej dwóch osób? Czy uczestnicy wyjazdówki do Smoleńska będą podlegać dwutygodniowej kwarantannie po powrocie? A może rządzący dogadali się z koronawirusem i na czas tychże wyborów, wyjazdu czy obchodów rocznic smoleńskich pójdzie on władzy na rękę, odpuści nam, da kilka dni wytchnienia?
Nie zapominajmy też o przemieszczaniu się prezesa z ochroną, bo to przecież więcej osób niż się zaleca oraz podróże Dudy z obstawą, co również łamie wcześniej ustalone warunki reżimu sanitarnego. Wychodzi więc na to, że rządzący mogą sobie robić, co chcą. Mogą, bo takie ich prawo, taka ich wola. Zaufanie! Ono powinno być podstawą w dzisiejszych, tak trudnych czasach i z tym mam ogromny problem, bo jak mogę zaufać ludziom, którzy wywalają pielęgniarkę z pracy tylko dlatego, że przedstawiła stan faktyczny w jej szpitalu? Gdy Ministerstwo Zdrowia chce zakneblować usta konsultantom wojewódzkim, by nie mówili o brakach w zaopatrzeniu szpitali? Gdy w ministerstwach rozdają sobie potężne nagrody, prosząc jednocześnie Jurka Owsiaka i naród o pomoc? Gdy kłamią, że radzimy sobie świetnie sami, ukrywając kasę od UE na walkę z koronawirusem czy też ściągając po cichutku z Chin potrzebne środki? Gdy wyraźnie widać, że coś „chachmęcą” z tymi testami  na obecność paskudy? Czy mogę zaufać, kiedy wyraźnie widzę, że wciąż interes partyjny gra pierwsze skrzypce? No nie! Nie ma szans… Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl 
28 03 2020 Wiceprezes Lotos Terminale i b. prezes PFN do pielęgniarki: „można zmienić pracę, nikt pani nie zmusza”.
Filip Rdesiński zamieścił na Facebooku wpis poświęcony pielęgniarce pracującej na Intensywnej Terapii. Kobieta ledwo wiąże koniec z końcem.
„Gdy protestowałyśmy, całe społeczeństwo miało nas gdzieś. A gdy dziś idę do pracy, ludzie biją mi brawo z balkonu. Krzyczą, że jestem bohaterką. Gratulują. To hipokryzja! Czego wy mi ludzie gratulujecie? Tej pensji? Jeszcze rok temu wielu z was krzyczało, że w dupach nam się przewróciło, bo podwyżek chcemy. Jesteśmy upokorzone przez system, jesteśmy codziennie upokarzane przez zwykłych ludzi. Nienawidzę tej roboty. Przegrałam życie za 3,5 tysiąca. Nienawidzę jej, ale jej nie rzucę. Mam trójkę małych dzieci. Potrzebuję pieniędzy” – przyznała cytowana przez Wirtualną Polskę pracownica polskiej służby zdrowia. Wyznania dzielnej pielęgniarki rozwścieczyły bogatego wiceprezesa Lotosu. Rdesiński ostro zaatakował pracownicę. „Wkurzył mnie ten tekst” – rozpoczął. „Zawód, który wykonuje ta pani z tekstu, to nie tylko ciężka praca. To przede wszystkim powołanie. Tak. Są takie zawody, które wykonuje się z pasją w imię lepszej wspólnotowej sprawy. Tymczasem pani pisze, że nienawidzi swojej pracy i wykonuje ją, jak sama mówi za marne grosze (3,5 tys.). I nie rzuci, bo musi utrzymać rodzinę” – kontynuował swój pseudo-motywacyjny wywód wiceprezes Rdesiński. „Naprawdę można zmienić pracę. Przekwalifikować się. Nikt tej pani do niczego nie zmuszał. I nie wybierał za nią drogi życiowej i zawodowej. Musiała mieć też świadomość zarobków jeśli chodzi o rodzaj pracy, jaką wykonuje”. „Czy zarobki pielęgniarek mogłyby być wyższe. Pewnie tak i życzę im tego. Tymczasem jednak brak poczucia powołania i wprost okazywana niechęć do zawodu przez tą panią spowoduje, że ucierpią na tym pacjenci. (…). Ten tekst przekonał mnie tylko o pewnym zepsuciu, jeśli chodzi o etos zawodowy” – podsumował.
Agresywny wpis Rdesińskiego został skrytykowany przez internautów.
Wśród licznych krytyków znalazł się pisarz Wojciech Chmielarz (cykl Jakub Mortka). „Nie wiem, jak pan Filip (kulturoznawca z wykształcenia, z zawodu przedstawiciel politycznej nomenklatury zarabiający pewnie kilkanaście tysięcy miesięcznie), ale mnie wychowano tak, że jeśli od kogoś mam czegokolwiek wymagać, to najpierw trzeba samemu coś dać. Dlatego nie dziwię się tej pielęgniarce. Jej żalowi i gorzkim słowom. Przez lata (pisałem przecież o tym wielokrotnie) politycy traktowali tę grupę zawodową okropnie. Pielęgniarze i pielęgniarki zarabiali i zarabiają jakieś nędzne grosze w stosunku do wymagań. A teraz w czasie epidemii mają problem z dostępem do zwyczajnych maseczek! Jest mi za to po ludzku wstyd, chociaż cholera, to nie jest moja wina. Ale do diabła, przepraszam.  Chciałbym, żebyśmy z tych ciężkich czasów wynieśli jedną naukę – Polska i Polacy świetnie sobie poradzą bez pana Rdesińskiego i jego kumpli od przewalania cudzego hajsu. Ale zginiemy bez pielęgniarek i pielęgniarzy” – surowo ocenił ceniony twórca kultury. W podobnym tonie wypowiedział się pisarz i publicysta Szczepan Twardoch. „Rozumiem, że pan Rdesiński powołany jest do bycia prezesem w państwowych spółeczkach, czemu oddaje się z wielką pasją za pensję zapewne odrobinę wyższą, niż ma pani pielęgniarka. Może pani pielęgniarka powinna skończyć kulturoznawstwo, dzięki temu na pewno poznałaby dokładnie sekrety rynku paliwowego i mogłaby zająć fotel pana Rdesińskiego? Pan Filip ma oczywiście rację, pani pielęgniarce nikt nie kazał być pielęgniarką, a jednak została i dzięki jej nisko opłacanej, ciężkiej a teraz na dodatek niebezpiecznej pracy nawet taka osobistość, jak pan Filip będzie miała szansę przeżyć, kiedy trafi do szpitala. Panu Filipowi też nikt nie kazał pisać tego, co napisał. Ale jednak napisał i dzięki temu teraz wszyscy wiemy, kim pan Filip naprawdę jest. To już sobie Szanowni jednym krótkim słowem dopowiedzą” – napisał autor głośnych powieści Król (2016) i Królestwo (2018). Wpis Rdesińskiego zniknął z internetu pod wpływem nasilającej się krytyki.
Źródła: donald.pl, Facebook, koduj24.pl
Z forum: -…powołanie to może być do wojska!!!!!!!!!!!!!!!!!!!wszyscy na gorze zapraszam do harówy w tych niebezpiecznych czasach!!!!!!!!!!!No ……………pochwalcie się jeszcze jak to magnat państwowy PZU ubezpieczył pielęgniarki……ale tylko te w dedykowanych szpitalach zakaźnych!!!!!!!!!reszta na SOR- ach itp widocznie nie zasługuje!!!!
- ‚….Naprawdę można zmienić pracę…..” Marna rada. Ja mam lepszą: Można zapisać się do PiS! ….i droga do kariery otwarta. Patrząc na kariery działaczy na Dolnym Śląsku gdzie spec od dróg zostaje szefem ośrodka transplantacji komórkowej, a teolog dyrektorem centrum rehabilitacji, to członkostwo w PiS jest niezbędne, Nie ważne wykształcenie, nie ważne kwalifikacje ważna partyjna legitymacja.. Przykład p..Rdesińskiego potwierdza zasadę, : Chcesz robić karierę i zarabiać pieniądze musisz zapisać się do PiS, a wtedy nawet zarząd grupy LOTOS to tylko kolejny szczebel błyskotliwej kariery. Rządy PiS, to w kwestii kadr, pełen powrót do komuny. Znowu aktualne są prześmiewcze hasła jak nieśmiertelne: „Nie matura a chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. W państwie PiS kariery i pieniądze są zarezerwowane tylko dla członków PiS. Przykład pewnej pielęgniarki z Łomży jest tego dowodem. A że trafiła jej się ostatnio chwila szczerości, to prezes ją na razie zawiesił. Ale spokojnie jak nie będzie” kłapać jadaczką” to wróci do łask na pewno.
Wolałbym aby jednak medycy nie zamieniali szpitali na legitymacje PiS, bo tylko to uratuje nas przed totalną katastrofą systemu opieki zdrowotnej. Naprawdę bardziej nam potrzeba pielęgniarek, lekarzy i ratowników niż kolejnych PiS-owskich działaczy Pozdrowienia dla lekarzy pielęgniarek, ratowników medycznych i wszystkich pracujących w szpitalach. Trzymajcie się cieplutko 
25 03 2020 „To jakiś horror. Brak spójnej, profesjonalnej koncepcji wsparcia przedsiębiorstw”.
Andrzej Duda ogłosił, że samozatrudnieni i mikroprzedsiębiorcy, których przychody spadły o 50%, zostaną zwolnieni z płacenia składek ZUS przez trzy miesiące. Prezydencko- rządowy pomysł został już skrytykowany przez ekonomistów. Propozycja zwolnień z ZUS-u dotyczy samozatrudnionych oraz firm zatrudniających do 9 osób. Nie skorzystają więc z niej średni i duzi przedsiębiorcy, którzy zatrudniają w naszym kraju wiele milionów pracowników. „Sama propozycja pokazuje, że jej autor, czy autorzy, nie mają pojęcia co się teraz dzieje w firmach. Zwolnienie z płacenia składek na FUS – a co z innymi zobowiązaniami? Zwolnienie na 3 miesiące – a co dalej? Nawet jeśli uporamy się z epidemią koronawirusa, w najbliższych 2-3 miesiącach odbudowanie działalności gospodarczej będzie trwało znacznie dłużej” – oceniła Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z Uniwersytetu Warszawskiego.
Ekonomistka z UW zauważyła również, że rządowa propozycja, w samych założeniach, eliminuje część najbardziej dotkniętych kryzysem sektorów i branż.
„Zwolnienie z płacenia składek na FUS ma działać, gdy przychody firmy spadły o więcej niż 50 proc. w stosunku do lutego, a co z narastającymi w szybkim tempie zatorami płatniczymi i traceniem w ich wyniku płynności finansowej przez kolejne firmy, którym przychody wcale nie musiały spaść, ale ich kontrahenci nie są w stanie zapłacić za dostarczone towary czy usługi? Tym samym firmy nawet z rosnącą sprzedażą mogą tracić płynność finansową i nie mieć środków na realizowanie zobowiązań nie tylko wobec ZUS, ale także wobec pracowników i swoich dostawców. Brak słów” – wyjaśniła w rozmowie z Gazeta.pl specjalistka.
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek skrytykowała zresztą sam projekt i założenia tzw. tarczy antykryzysowej PiS-owskiego rządu Mateusza Morawieckiego.
„To jakiś horror. Brak spójnej, profesjonalnej koncepcji wsparcia przedsiębiorstw. Przedstawionej w sposób czytelny i jednoznaczny, przez osobę odpowiedzialną za gospodarkę. Co i rusz wychodzą wysokiej rangi politycy rządzącej koalicji i rzucają pomysły ‘od Sasa do Lasa’, prześcigając się w propozycjach dla biznesu. Trudno się dziwić, że od pierwszych ‘prezentacji’ pakietu antykryzysowego złoty cały czas traci do dolara, euro i franka szwajcarskiego, a rentowność obligacji skarbowych gwałtownie rośnie. Tak reagują rynki finansowe. A co mają powiedzieć przedsiębiorcy, gdy co chwilę słyszą a to od prezydenta, a to od premiera, a to od innych decydentów różne mało konkretne pomysły, jak to firmom za chwilę będzie dobrze. Przede wszystkim gospodarka nie leży w kompetencjach prezydenta. Wchodzenie w przestrzeń, za którą odpowiada premier i ministrowie do spraw gospodarczych, tylko wzmaga niepewność w biznesie i powoduje coraz większą panikę. Wskazuje bowiem, że nikt nad tym nie panuje” – nie zostawiła złudzeń. W podobnym tonie wypowiedział się zresztą Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP (Związku Przedsiębiorców Pracodawców), który uważa, że w najbliższym tygodniu pracę stracić może od „od miliona do nawet trzech milionów Polaków”. Powodem zwolnień jest przestój związany z epidemią koronawirusa, ale również brak szybkich działań pomocowych rządu PiS w tej sprawie – premier Morawiecki ogłosił, że tarcza antykryzysowa ma zacząć działać… dopiero od 1 kwietnia. Cezary Kaźmierczak, który zapoznał się już z pierwszymi szkicami ustawy, dosłownie masakruje nowe pomysły rządu. „Przedsiębiorca będzie musiał złożyć wniosek, a potem jakiś urzędniczyna w ZUS-ie rozsiądzie się i będzie go rozpatrywał przez 30 dni. 30 dni! No przecież to jest tak niepoważne, że aż mi słów brakuje” – ocenił. W opinii szefa ZPP masowe zwolnienia zatrzymać mogą tylko śmiałe działania PiS. „Konkretny sygnał ze strony rządzących może uratować kilkaset tysięcy miejsc pracy w skali całego kraju. Tylko on powinien być wysłany w poniedziałek, najpóźniej we wtorek. Inaczej może być już za późno” – twierdzi Kaźmierczak. Źródła: gazeta.pl, money.pl
- Pomoc firmom to kolejna mrzonka Morawieckiego! Np. umorzenie składek ZUS, to równoczesna utrata praw do zasiłków!? Rząd przeznaczy 212 mld zł na pomoc przedsiębiorcom, którzy ponieśli straty w związku z epidemią koronowianina. Wow! Suma powala, tylko dlaczego Morawiecki nie mówi w jakim czasie tą pomoc otrzymają, w ciągu roku, 10 lat.... a może 20!? No i to jest cały Morawiecki!?
- Pomoc ale swoim: Otwieramy prywatne laboratoria, które będą przeprowadzały testy wirusa, by nasza pisowska arystokracja mogła dalej się bogacić!? Brrr! Zlecenie od rządu na dostawę 5 milionów maseczek dostała spółka działacza PiS!?
Z forum: - Tarcza antykryzysowa. Prezydent ogłasza zwolnienie z ZUS na 3 miesiące dla mikrofirm. "To jakiś horror. Autor lub autorzy tego pomysłu nie mają pojęcia, co się teraz dzieje w firmach."
- Cezary Kaźmierczak z ZZP twierdzi, że nadchodzi czarny tydzień i do końca miesiąca pracę może stracić od 1-3 mln Polaków. Firmy nie mają czasu na pozorowane i przeciągające się działania rządu. Może potrzebne są zgliszcza żeby naród się przebudził.
- Już się zaczął ten czarny tydzień. W dwa dni zawieszono niemal 5tys. jednoosobowych działalności gosp. (23-24.03). Bezrobocie bardzo szybko wystrzeli do poziomów nienotowanych od początku lat 90XXw.
- Koronawirus zaatakował zdrowie Polaków, ale tak naprawdę uderzył w polską gospodarkę. Liczba śmiertelnych ofiar wirusa będzie stanowić szczątki promila liczby ofiar kryzysu gospodarczego. Polska gospodarka pod rządami pisowców wykazała całkowity brak odporności na jakiekolwiek zaburzenia. Teraz stado dyletantów usiłuje znaleźć jakiekolwiek lekarstwo. Pożar wybuchł a te barany szukają miejsca gdzie można studnię wykopać. Na razie ustalili, że jak znajdą miejsce, to zaczną kopać w kwietniu. 
23 03 2020 Potrzebne testy na obecność rozumu.
Władza opanowała już, co mogła – z wyjątkiem epidemii. Wódz narodu wychynął na chwilę z dziupli przy Nowogrodzkiej, by odpowiedzieć na kilka pytań, zleconych uprzednio gwieździe TVP Krzysztofowi Ziemcowi. Tym razem niewiele było tam słownej ekwilibrystyki, nieczytelnych aluzji i zawoalowanych gróźb. Ciekawostkę stanowiła wstrzemięźliwa pochwała społeczeństwa, które w zastępstwie rządu ofiarnie walczy z pandemią. Ale sednem wypowiedzi prezesa były dwie myśli, wyrażone zaskakująco zrozumiale: Po pierwsze, jeśli chodzi o epidemię, to owszem, są pewne niedogodności, ale generalnie wszystko jest pod całkowitą kontrolą. Po drugie, nie ma żadnych przesłanek, ani realnych, ani konstytucyjnych („musimy przestrzegać prawa, a konstytucji w szczególności”), dla wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, a tym samym brak przesłanek, by mówić o przełożeniu wyborów – co więcej: „mamy takie przekonanie, że 10 maja też ich nie będzie”.
W pierwszej sprawie Kaczyński ma rację. Niestety, epidemia jest dzisiaj pod pełną kontrolą. Dokładnie taką, jak wiele dziedzin naszego życia. Jesteśmy pod kontrolą prezesa, jego prezydenta, jego premiera i jego rządu. Zakres tej kontroli coraz bardziej wykracza poza uprawnienia wynikające z Konstytucji i ustaw. Można dziś wprowadzić drakońskie kary (podniesione ostatnio kilkakrotnie) za niestosowanie się do poleceń władzy. Można wyprowadzić wojsko na ulicę, pod pretekstem wsparcia straży granicznej i policji. Można wreszcie wyciągnąć z sejfu program Pegasus, stosowany w krajach totalitarnych do inwigilacji zarówno terrorystów, jak i obrońców demokracji – program, którego oczywiście dotąd w Polsce absolutnie nie było – i uruchomić jawną inwigilację obywateli. Naturalne i konieczne w państwie prawa środki zapobiegawcze, w państwie PiS stają się narzędziami represji i utrwalania władzy.
Władza opanowała już, co mogła – z wyjątkiem epidemii. Można odnieść wrażenie, że podobnie jak w wiekach ciemnych zamiast zapobiegać i leczyć choroby, dzisiaj często się je „zamawia”. Zagaduje, zakrzykuje i zagłusza. W dniu, kiedy kolejka do polskiej granicy na A2 sięgała obwodnicy Berlina, odbyły się trzy konferencje prasowe i kilkunastu przedstawicieli rządu kursowało między stacjami telewizyjnymi, ale od żadnego nie usłyszałem słowa o losach tysięcy Polaków stojących po dwie doby w korkach, bez jedzenia, picia i toalety. Usłyszałem tylko wyjaśnienie rzeczniczki prasowej straży granicznej, że zatkane granice to rzecz naturalna, bo „samo wypełnienie kart lokalizacyjnych zabiera do 20 minut”. Żaden geniusz ze sztabu kryzysowego nie wpadł na pomysł, by JEDNEGO strażnika czy żołnierza wyznaczyć do rozdawania tych kart oczekującym w kolejce, tak, by kolegom na przejściu pozostało tylko odebrać kwestionariusz, zmierzyć temperaturę oraz życzyć zdrowia i szerokiej drogi.
Partaninę w zarządzaniu kryzysem widać gołym okiem. Prezydent i premier objawiają narodowi pakiet antykryzysowy, w którym pięć filarów działań, opatrzonych metką z ceną 212 mld zł, dźwiga wydmuszkę po starym projekcie PO, o rzeczywistej wartości 30 mld. MEN zarządza e-learning bez programu internetowej szkoły, bez przygotowanej platformy cyfrowej, bez szybkiego łącza i laptopów dla wielu uczniów i nauczycieli, a w wielu przypadkach bez niezakłóconego dostępu do Internetu. Ministerstwo Zdrowia nie daje szczegółowych wytycznych w sprawie otwierania i zamykania placówek i przyjmowania pacjentów. Dramaty przeżywają ludzie z chorobą nowotworową, bo szpitale onkologiczne zawieszają badania diagnostyczne. Odwoływane są planowe operacje, na które chorzy czekali w długiej kolejce, obawiając się, że mogą nie zdążyć. Nie przyjmuje się pierwszorazowych pacjentów, skazując wielu z nich na przyszłą informację, że na leczenie jest już za późno. Dlaczego telewizja partyjna jest ważniejsza od ich nieszczęścia? A przede wszystkim, dlaczego jest jak jest, skoro koronawirus zabił dotąd zaledwie kilka osób,a rak morduje 100 tysięcy Polaków rocznie? NFZ im tego nie wyjaśni. Mają tam inne kłopoty. NFZ ogłosił niedawno konkursy na leczenie szpitalne. Oferty papierowe miały po kilkaset stron dla każdego oddziału, a do tego wykazy kadry, listy wyposażenia, paszporty sprzętu i stos załączników, a każda strona musiała być ponumerowana ręcznie i podpisana przez dyrektora placówki.  Te papiery pójdą teraz na przemiał, bo NFZ odwołuje konkursy a przestarzały system informatyczny nie pozwala szpitalom na powtórne elektroniczne złożenie ofert. A to nie wszystko. Wielu pacjentów z obniżoną odpornością (np. zagrożonych wirusem zapalenia wątroby) nie dostanie leków, ponieważ stare leki skreśla się z listy, a na nowe nie rozpisuje konkursów. Może nie ma komu tego zrobić, bo część urzędników dostała zgodę na pracę w domu. Tyle że nie dostali laptopów. Ale nawet gdyby je mieli, to raczej tylko do gier, bo w Funduszu nie działa sprawnie system elektronicznego obiegu dokumentów. Prace nad nim trwają od trzech lat.
Internet rozhuśtała dramatyczna relacja Tomasza Sikory o śmierci jego Mamy, którą bez zbadania zakwalifikowano jako ofiarę przewlekłej choroby, choć objawy wskazywały na zakażenie koronawirusem. Pojawiło się wiele wpisów wskazujących, że w Polsce nie bada się ludzi umierających na niewydolność krążenia i oddychania. Odzywają się również patolodzy, zaniepokojeni rosnącą liczbą zmarłych na skutek powikłań właściwych dla COVID-19, kierowanych na sekcję bez dyspozycji zbadania na obecność koronawirusa. Przed śmiercią też nie zostali zbadani, leżeli w szpitalach w otoczeniu innych chorych i personelu, albo w domach pielęgnowani przez bliskich. Po ich śmierci ciała oddaje się rodzinom, mają z nim kontakt również patolodzy, pracownicy transportu zwłok i zakładów pogrzebowych. Nikomu z tego łańcuszka kontaktów nie proponuje się testów.   Rząd reglamentuje testy nawet dla personelu medycznego, znajdującego się w ciągłym kontakcie z zagrożeniem. A na zarzuty odpowiada, że postępuje zgodnie z zaleceniami WHO. W Internecie krąży pytanie, które Sasin zadał Suskiemu: – Kto to jest ten WHO i co my mamy testować?
Funkcjonariusze PiS, wzorem Lecha Wałęsy, na wyścigi tłuką termometry. Szanowany nawet przez opozycję minister zdrowia Łukasz Szumowski zapewnia, że „testy są potrzebne tylko ludziom z ryzykiem zakażenia wirusem”. Oszustwo polega na tym, że nie epidemiolodzy decydują, co tym ryzykiem jest, a co nie jest. To rządzący rozstrzygają, ile testów należy robić, by statystykę utrzymać w ryzach. Ważniejsza od zablokowania pandemii zdaje się być blokada informacji o niej. Polska ma dwa razy mniej zachorowań niż malutkie Czechy. Dlaczego? Dla ułatwienia: w wielkiej Rosji, gdzie Putinowi równie desperacko zależy na utrzymaniu władzy, stwierdzono z kolei dwa razy mniej zachorowań na COVID-19 niż w Polsce.
Rządową narrację o wybitnych sukcesach w walce z epidemią i o wzorowych decyzjach władz polskich, z których przykład biorą inne narody, coraz częściej zagłusza pytanie – co będzie z wyborami? Według ostatnich badań ponad 70 proc. Polaków chce zmiany wyborczej daty. Zaiste, wielka musi być desperacja samozwańczego naczelnika państwa, jeśli tak jawnie wzoruje się na Władysławie Gomułce, który ostrzegał społeczeństwo, że „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”.  Preteksty usprawiedliwiające kurczowe utrzymywanie daty majowych wyborów są i straszne, i śmieszne, i żenujące. We wspomnianym wyżej wywiadzie Kaczyński kłamie bez mrugnięcia okiem twierdząc, że konstytucja zabrania przesuwania daty wyborów, chociaż wystarczy ogłosić stan klęski żywiołowej. Równocześnie prezes szydzi z ludzi przywiązanych do reguł demokracji, podkreślając swoje przywiązanie do Konstytucji i reguł prawa. A minister Michał Dworczyk w iście kabaretowym stylu twórczo rozwija żart swego wodza ogłaszając, że PiS nie może się zgodzić na ogłoszenie stanu wyjątkowego, bo oznacza on „bardzo poważne ograniczenie swobód obywatelskich”… To prawie tak śmieszne, jak powtarzana przez funkcjonariuszy PiS opinia, że największą ofiarą koronawirusa jest kandydat na prezydenta Andrzej Duda. Fakt, trudno o większą.
Andrzej Karmiński. Źrodlo koduj24.pl
- Testy na rozum są jak najszybciej potrzebna!? A termometru przed wejściem do sklepu nigdzie nie zauważyłem, klient ma gorączkę termometr pika, i po sprawie!?
- Patrząc na statystyki to Polska jest najlepiej przygotowana do walki z koranawirusem!? A jak jest rzeczywistość, brakuje wszystkiego, ale Morawiecki wyśmienicie to tuszuje !?
- W Polsce na kilka dni przed wyborami nagle wszyscy wyzdrowieją, i wirusa już nie będzie!?Morawiecki sam na białym koniu go pokona, tak jak Krzyżaków pod Grunwaldem.
Z forum: Za miesiąc będziemy mieli nie 10 tysięcy zdiagnozowanych przypadków, tylko 50, a może nawet i 100 tysięcy. Grozi nam, że cały system państwa padnie pod ciężarem epidemii. Zapaść gospodarcza już nas czeka za chwilę, a za niedługo mogą zacząć się rozpadać więzi społeczne. Przejrzałem sobie niedawno znakomitą, bardzo obszerną, choć nieco zapomnianą powieść Toma Clancy’ego pt. „Dekret”. Książka została napisana w 1996 roku (polskie wydanie 2001). Facet był wizjonerem – słowo daję. Opisał w powieści samobójczy atak samolotem pasażerskim na Kapitol, a w dalszej części opowiada o celowo wznieconej w USA epidemii wirusa Ebola z bardzo szczegółowym opisem jej przebiegu. Kiedy to czytam, robi mi się trochę straszno. Jest tylko jedna różnica między USA a Polską A.D.2020. Amerykańska administracja była w powieści od początku przygotowana na wszelkiego rodzaju zagrożenia i odpowiednio reagowała. A u nas?…….. Do diabła z PiS-em. Pomyślcie, co się może stać, jeśli przestaną działać struktury państwa. Co będzie, jeśli epidemia zmusi do kwarantanny dziesiątki tysięcy – nie tylko lekarzy, ale też policjantów i żołnierzy. Nie robi się Wam zimno z przerażenia? Bo mnie zaczyna. A tu wychodzi zdziwaczały staruch i pierdoli, że nic się nie dzieje, a wybory odbędą się w terminie. Tusk twierdzi, że to szaleniec albo zbrodniarz. Stawiam na to drugie. 
18 03 2020 Tak nas chronią, że aż strach.
Radykalne decyzje władzy testującej swoje nowe ustawowe uprawnienia, przysparzają Polakom małych kłopotów, dużych problemów życiowych, a często i dramatów. Po raz pierwszy od stanu wojennego w PRL tysiące rodzin nie spotka się w komplecie przy świątecznym stole. Setki tysięcy ludzi – właścicieli małych firm transportowych, usługowych, gastronomicznych, turystycznych, a także stoisk w zamykanych galeriach – poniosą dotkliwe straty, a niektórym zajrzy w oczy realna wizja bankructwa. Rzesze pracujących na umowy o dzieło czy na zlecenia, ludzie kultury i wolnych zawodów, pozostają bez środków do życia. Niezliczonym jeszcze chorym, którzy w najbliższych tygodniach mieli zaplanowane operacje, przyjdzie cierpieć do nie wiadomo kiedy… – Ale przecież warto! – mówią nam przedstawiciele rządu na konferencjach prasowych, zwoływanych po kilka razy dziennie. – Ale niestety trzeba! – powtarza ze strapioną miną pan prezydent podczas przedwyborczych wizytacji dezorganizujących pracę kolejnych placówek służby zdrowia. – Pomyślnie przebrniemy przez tą pandemię, wspólnie i solidarnie! – cieszy się pan premier, bo właśnie obliczył precyzyjnie, że „99% Polaków wykazuje rozwagę, wykonując wszelkie zalecenia władz”. – Dzięki mądrym decyzjom jesteśmy w pełni przygotowani, a wprowadzone obostrzenia dobrze służą naszemu bezpieczeństwu! – trąbią rządowe media. Otóż ja nie mam takiej pewności. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że restrykcyjne rozporządzenia krępujące naszą wolność, nie są realizowana z myślą o bezpieczeństwie Polaków, tylko ZAMIAST działań chroniących Polaków przed koronawirusem. Gdy władza każe mi wierzyć, że zrobiła i nadal robi wszystko co możliwe, by obronić mnie przed zarazą, staję się tak niewierzącym, że już właściwie ateistą. A wszystkich wierzących – praktykujących i niepraktykujących – zachęcam do rozważenia następujących argumentów:
1. Księgowe sztuczki rządu PiS.
1 kwietnia ma wejść w życie rządowa ustawa osłonowa. Firmy, które ucierpiały w wyniku epidemii, mają dostać częściową rekompensatę poniesionych strat z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Będzie to bardzo częściowa rekompensata, bo ów fundusz, gdzie gromadzone są oszczędności na trudne czasy, został przez rząd PiS poważnie nadgryziony. W 2018 r decyzją rządu wypłacono stąd 2 mld zł na zasiłki i świadczenia przedemerytalne oraz 2,2 mld zł na staże i specjalizacje lekarzy. W efekcie na koncie funduszu zostało tylko ok. 750 mln zł. Część kosztów związanych z pandemią trzeba więc będzie pokrywać z zaskórniaków, odłożonych na trudne czasy w innej skarbonce – Funduszu Rezerwy Demograficznej. Mieliśmy go uruchomić po 2025 r., gdy roczna dziura w budżecie ZUS zwiększy się do 70-80 mld zł. Niestety okazuje się, że i ta skarbonka jest już rozbita i służy do spełniania obietnic wyborczych. Licznych dotychczas pytających, skąd rząd weźmie kasę na trzynastą emeryturę, skoro takiej pozycji nie ma w budżecie – uprzejmie zawiadamiam, że stąd właśnie.
2. Rzeczywisty stan gotowości Polski do boju z koronawirusem
Stan przygotowań do epidemii w poszczególnych krajach obliczany jest według ścisłych reguł, wspólnych dla wszystkich. Za pełną gotowość przysługuje 100 punktów. Polska z 42 punktami znalazła się grubo poniżej przyzwoitej sprawności, więc liczne opowiastki o naszej gotowości do konfrontacji z koronawirusem są zwyczajną bezczelnością. Krańcową bezczelnością jest natomiast obarczanie poprzedniej władzy winą za dziurawe prawo i legislacyjne niedomogi, które rządowi PiS uniemożliwiają dzisiaj zrobienie tego, co mógłby zrobić dla wzmocnienia obrony przed pandemią. W 2015 r Zespół ds. Likwidacji Zagrożeń przygotował projekt organizacji całego systemu zabezpieczenia kraju, m.in. przed zagrożeniem biologicznym. Projekt przewidywał zakup sprzętu medycznego, wyposażenia ratunkowego i ubiorów ochronnych, budowę sieci magazynów, ciągów odkażania i ośrodków kwarantanny – wypisz wymaluj, idealne zaplecze na potrzeby walki z obecną pandemią. A wszystko to miało być ZA DARMO, czyli za pieniądze zagwarantowane w Unii. Tyle że nowa władza nie podjęła tematu. Zgodnie z chorą ideą „dobrej zmiany”, że nowe budować można tylko na gruzach starego, rząd Beaty Szydło zastąpił ten projekt ustawą antyterrorystyczną, skoncentrowaną na uprawnieniach do inwigilacji obywateli.
3. Czy władza nas chroni?
Sugestie prorządowych trolli, jakoby „spóźniony” atak koronawirusa na Polskę i stosunkowo nikły zasięg COVID-19, to zasługa troskliwej i przewidującej władzy, są równie prawdziwe jak to, że 3 miliardy na onkologię i choroby rzadkie, które magik Duda wyciągnął z cylindra, nie są fałszywymi gadżetami cyrkowymi.  Bo przecież im mniej ludzi podda się testom, tym mniej będzie oficjalnych zachorowań. Naczelna Rada Lekarska od dawna domaga się zwiększenia liczby testów, których dotychczas przeprowadzano ledwie 76 na milion Polaków, podczas gdy w Czechach, na Słowacji i na Węgrzech robi się ich ponad 100, a w krajach zachodnich powyżej 400. Rząd zasłaniał się wytycznymi WHO, nie wspominając jednak, że są to zalecenia absolutnie minimalne. Władza twierdzi, że w sprawie epidemicznego wyposażenia jest na bieżąco. Tymczasem zdaniem fachowców od organizacji służby zdrowia już w styczniu powinna zostać przeprowadzona inwentaryzacja sprawdzająca, co mamy i ile nam brakuje respiratorów, masek, fartuchów, gogli, alkoholu etylowego, środków dezynfekcji. Należało wtedy przygotować instrukcje dla lekarzy i kierujących placówkami, zorganizować całodobowy system zgłaszania i obiegu informacji –  a w praktyce były tylko narady, spotkania i konferencje prasowe. Były wiceminister zdrowia w rządzie PiS Krzysztof Łanda powiedział wprost: „Ja mam wrażenie, że wszyscy – ministerstwo, PZH i GIS – po prostu przespali to, co działo się na świecie”. Zewsząd słychać wołania o przeciwwirusowe środki ochrony, o wyposażenie wielooddziałowych szpitali przerabianych na zakaźne, o sprzęt, o respiratory, o wynagrodzenie dla służb pracujących po godzinach, o rekompensaty dla firm, które muszą urlopować pracowników …. Rząd opowiada banialuki, że wszystko jest w porządku, że minister właśnie poszedł na zakupy, że sprzęt zaraz będzie, a zakup dodatkowego wyposażenia właśnie jest negocjowany… Przyzwoite media pytają, czemu aż tak się spóźniliśmy? Kraje Europy już w styczniu kontraktowały zakupy, które właśnie teraz są dostarczane, a my dopiero zaczynamy poważnie o tym rozmawiać, czyli zamówiony sprzęt i środki ochrony dostaniemy zapewne pod koniec kwietnia. Dlaczego? Odpowiedzi nie ma.
4. Respiratory – problem śmiertelnie poważny
Podczas tej epidemii ludzie umierają często straszną śmiercią – przez uduszenie. Uratować ich może respirator wspomagający lub wręcz umożliwiający oddychanie. Jeśli podczas epidemii rujnującej układ oddechowy respiratorów jest za mało, to lekarze zmuszeni są selekcjonować chorych, wybierać, komu dać szansę, a komu pozwolić umrzeć. Obecnie wielką niewiadomą jest liczba respiratorów które można przekazać do ratowania chorych na COVID-19. Minister Zdrowia twierdzi, że jest ich ponad 10 tysięcy, ale przecież nie leżą one w magazynach, tylko w dużej części ratują ludzi, którzy nie oddychają samodzielnie.  Rząd staje na głowie, żeby tylko nie powiedzieć: brakuje pieniędzy.  Czy naprawdę brakuje? Akurat całkiem niedawno ogłoszono przetarg na zakup 210 luksusowych limuzyn m.in. dla ministerstw zdrowia oraz spraw wewnętrznych, czyli dla resortów najbardziej zaangażowanych w przekonywanie nas, że społeczeństwo musi się samoograniczyć i ponieść niezbędne koszty epidemii. 210 wypasionych aut po 200 tys. sztuka (najskromniej licząc, bo część ma być elektrycznych) to kwota, za którą można by kupić 1680 respiratorów transportowych, niezbyt wypasionych, ale przecież ratujących życie. A to nie wszystko. Kolejne 70 luksusowych pojazdów ma być wypożyczonych, przy czym utrzymanie jednego kosztuje rocznie średnio 300 tys. zł. Eksploatacja wszystkich nowych limuzyn pochłonie więc 84 mln, czyli równowartość kolejnych 3,5 tys. respiratorów. Gdyby rządzący zrezygnowali z tej fanaberii, pojeździli jeszcze trochę dotychczasowymi autami i starali się rzadziej je demolować, to stan posiadania sprzętu ratującego ludzkie życie, podstawowego w tym kataklizmie, zwiększyłby się o ponad połowę.
W tym miejscu rozmaici młodzi zdolni durnie, którym PiS zaoferował wiceministerstwa, zaczęliby pokrzykiwać coś o skandalicznej demagogii, bo jak można przeliczać niezbędne środki komunikacji na medyczne respiratory. Otóż zapewniam was, drodzy chłopcy, że i o tym, i o 2 miliardach na propagandę podłej zmiany w TVPiS, można i trzeba mówić tak długo, dopóki nie zauważycie różnicy między zarządzaniem kryzysowym a cyniczną kalkulacją własnych korzyści i strat i dopóki nie zrozumiecie, że najpierw buduje się szpitale, a potem pomniki. Niemal każda ustawa proponowana przez PiS, łącznie z tą ostatnią, o wyjątkowych uprawnieniach władzy, zawiera jakieś zapisy drobnym drukiem, niezauważalne na pierwszy rzut oka. W projekcie ustawy planowo głosowanej w Sejmie 25 marca, która wejdzie w życie na Prima Aprilis, warto poszukać zapisu o czasie działania specustawy. Minister Emilewicz zapewnia, że tylko do końca epidemii i że przygotowane są scenariusze uwzględniające jej trwanie przez dwa, trzy i cztery kwartały tego roku. Ale zaraz potem napomyka o możliwości przedłużenia na następne 2 lata. Tyle czasu będą się nami opiekować i chronić od wszelkiego złego. Kto to wytrzyma? Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl
- Żeby skutecznie walczyć z epidemią trzeba mieć kompetentnych ludzi u władzy i premiera wyposażonego w choćby elementarną wiedzę i zdolność twórczego myślenia. A my co mamy? Kupę nieszczęścia, lejwodę!?
- Trwonienie publicznych pieniędzy przez PiSowski rząd wydrenowały skarbiec i na czas kryzysu nie ma rezerw. Nie ma też środków na służbę zdrowia w obliczu pandemii. Złe gospodarowanie krajem przez minione lata odbija się na życiu narodu... 
12 03 2020 Polskie służby są kompletnie nieprzygotowane – opowiada syn zakażonego koronawirusem.
„To w jakiej sytuacji znalazła się moja rodzina pokazuje, że jako kraj jesteśmy kompletnie nieprzygotowani na walkę z koronawirusem. Mimo że byłem we Włoszech, zgłaszałem kaszel, słyszałem tylko, że skoro nie ma innych objawów to wszystko jest w porządku. Mama dowiedziała się, że nikt nie zrobi nam badań w kierunku koronawirusa, a chorego ojca sami musieliśmy wieźć do szpitala. Wszystko wskazuje, że zakaził się ode mnie, ale to potwierdzą dopiero wyniki badań. Na razie więc czekam” – powiedział Wyborczej Paweł, syn pacjenta zakażonego korona wirusem, 53-letniego mieszkańca Niedrzwicy Dużej. Paweł niedawno wrócił z północnych Włoch, gdzie był z grupą znajomych. Obecnie przebywa w izolatce Kliniki Chorób Zakaźnych SPSK 1 w Lublinie. Jego ojciec w poniedziałek wieczorem poczuł się bardzo źle i rodzina zawiozła go do szpitala w Bełżycach. Tam potwierdzono zakażenie koronawirusem. Stan mężczyzny jest ciężki. Znajduje się w śpiączce farmakologicznej. Jest też podłączony do respiratora.
„Razem z grupą znajomych wygraliśmy rozgrywki orlikowej amatorskiej ligi biznesowej. Nagrodą był wyjazd do Włoch w drugiej połowie lutego, podczas którego mieliśmy obejrzeć mecz Inter Mediolan – Sampdoria Genua – opowiedział Wyborczej „Paweł. (…) Polecieliśmy samolotem. W sumie 11 osób. W Mediolanie byliśmy od soboty do poniedziałku. To był okres, kiedy epidemia koronawirusa we Włoszech dopiero się rozpoczynała.” W kolejnych godzinach liczba zakażonych i zmarłych się tam powiększała. W związku z tym zaplanowany na niedzielę 23 lutego mecz Inter – Sampdoria został odwołany. Następnego dnia cała grupa mieszkańców okolic Lublina wróciła samolotem do Polski. Żaden z 11 uczestników wycieczki nie miał typowych objawów zakażenia, o których mówią polskie władze, czyli wysokiej gorączki, mocnego kaszlu i duszności. Mimo tego matka Pawła stwierdziła, że cała rodzina powinna przebadać się w kierunku zakażenia koronawirusem. „Chciała przeprowadzić te badania prywatnie. Skontaktowała się ze znajomą, która pracuje w jednym ze szpitali, ale ta powiedziała jej, że nie ma szans na zrobienie takiego badania. Że to ogromne koszty i nikt z personelu nie zechce ich wykonać” – opowiada Paweł.
„Sytuacja zmieniła się w ubiegłym tygodniu. Wtedy źle poczuł się ojciec Pawła. (…) zaczął strasznie kaszleć, był siny, nie mógł złapać oddechu. Zadzwoniliśmy po pogotowie, podaliśmy wszystkie objawy. Dyspozytorka o nic więcej nas nie pytała, tylko powiedziała, że skoro tato jest pod nadzorem lekarza rodzinnego to nie wyśle po niego karetki. I żebyśmy zadbali o niego sami” – opowiada „Wyborczej” Paweł. W związku z tym rodzina postanowiła sama przewieźć mężczyznę do najbliższego szpitala w Bełżycach. Personel szpitala zdecydował zatrzymać 53-latka. Mężczyzna miał być siny, nie mógł złapać oddechu. Stwierdzono u niego zapalenie płuc, niedotlenienie, odwodnienie i bardzo niską saturację, czyli nasycenie krwi tlenem. Pacjenta prowadzono w stan śpiączki farmakologicznej i podłączono do respiratora. Jego stan jest określany jako ciężki. Wykonane badania potwierdziły zakażenie koronawirusem.
We wtorek „przyszły wyniki i od razu cała nasza rodzina, czyli ja mama i jeszcze siostra z bratem zostaliśmy zaproszeni na badania. Najpierw mieliśmy jechać sami. Później powiedziano nam, że przyjedzie po nas karetka. Czekaliśmy na nią chyba półtorej godziny. A jak już przyjechała to załoga zdziwiła się, że chodzi o cztery osoby, bo była przekonana, że tylko o dwie. W końcu wszystkich nas zabrano. Mama z siostrą i bratem wrócili do domu po badaniach. Mają zostać w domu i czekać co dalej. Ja zostałem w izolatce szpitala na Staszica (SPSK nr 1 w Lublinie – red.)” – opowiada 23 – letni Paweł. Źródło: Wyborcza.pl
Całujmy się bez podawania rąk!
Siódmy gatunek z rodziny koronawirusów, wywołujący chorobę zwaną COVID-19, obnażył pyszałkowatą bezradność państwa PiS.  Kiedy na mapie zasięgu nowej epidemii świat wokół nas zabarwił się na czerwono, Polacy otrzymali wiadomość, że kraj jest w pełni gotowy odeprzeć zarazę.
Na fali ogólnego wzmożenia rozmaite ministerstwa i urzędy też postanowiły pokazać, że istnieją. W szkołach zarządzono naukę prawidłowego mycia rąk, ale często na sucho, bo w wielu placówkach oświaty nie ma ciepłej wody, a w większości brakowało mydła i ręczników lub czynnych suszarek.
Do współpracy w zbożnym dziele ratowania Polaków zgłosił się również Kościół. Z jednej strony abp Stanisław Gądecki ogłosił, że w obliczu koronawirusa można przyjmować komunię na rękę (choć wirus chętnie przechodzi z ręki do ręki, a księża nie rozdają komunii w rękawiczkach) oraz że wierni, ale tylko „ci, którzy mają szczególne obawy, nie muszą korzystać z wody święconej w kropielnicach”.
Kiedy 3 marca o godz. 8 potwierdzono długo oczekiwaną informację o pierwszej osobie w Polsce chorej na COVID-19, to wbrew opiniom wirusologów wielu Polaków odniosło wrażenie, że ten zarazek, który przekroczył naszą granicę nie jest typowy.
Wirus wybrał nie tylko właściwy moment, ale też odpowiednie miejsce swej wizyty w Polsce. Absolutnym przypadkiem zdarzyło się bowiem, że oddział zakaźny szpitala zielonogórskiego, gdzie położono pierwszego chorego na COVID-19, przygotowany był na tę okoliczność bodaj najlepiej w kraju. W oczekiwaniu na wirusa już kilka dni wcześniej cały budynek zamknięto na klucz.
Można by powiedzieć, że jaka władza, taki wirus, ale wciąż nie ma pewności, czy zapisał się on do PiS, czy tylko okoliczności jego pojawienia się w Polsce zostały „podrasowane”, oprawione w ramy przepisów i pokryte różowym lukrem.
Z forum: - W imię dobrze pojętego instynktu samozachowawczego – jeśli ktoś nie musi, niech nie wyściubia nosa z domu. Na maseczki na twarz nie ma co liczyć, na płyn antybakteryjny też nie. Najbardziej zaś nie można liczyć na służbę zdrowia. Za to można liczyć na KK, który w sytuacji, kiedy zaleca się nie przebywanie w dużych skupiskach ludzkich, apeluje o tłumne przychodzenie na tzw. msze. Episkopat należałoby za to wywalić w kosmos. To nie XIV wiek, kiedy ludzie gromadzili się w kościołach, żeby modlitwą odwrócić „czarną śmierć” i tym bardziej się zarażali. Tylko patrzeć, jak wskutek takich działań zachoruje cała ściana wschodnia, gdzie tłumnie chodzą do kościoła. Według mnie, to jest koniec PiS-u. Patrzcie, nawet sędziów przestali gnębić, tak srają w gacie. To już nie kisiel, to sraczka. Opozycja już nie musi atakować pisiorów. Niech tylko przedstawia swój program i niech apeluje, żeby mądrze wybrać w maju. Pisiory same się wykańczają – na naszych oczach. 
10 03 2020 Całujmy się bez podawania rąk!
Państwu nie przybywa mocy wskutek codziennych bezpośrednich transmisji ze wstawania z kolan. O sile państwa nie świadczą chełpliwe proklamacje rzekomej wielkości własnej nacji ani pretensje i żądania wywodzące się z historycznych przewag. Potęgi kraju nie budują lekceważące docinki i groźby kierowane do innych narodów. Państwu nie przybywa mocy wskutek codziennych bezpośrednich transmisji ze wstawania z kolan, ani dzięki buńczucznym zapewnieniom, że nigdy w życiu, nikomu, ani guzika. Siłę państwa weryfikuje konfrontacja z sytuacjami nadzwyczajnymi, z wydarzeniami niespodziewanymi, z kataklizmami, które stają się sprawdzianem wyobraźni i umiejętności prognozowania z jednej strony oraz refleksu i sprawności w likwidowaniu zagrożeń – z drugiej.  Rzeczywisty stan państwa ocenić można w starciu z takim na przykład wyzwaniem, jak epidemia.
Siódmy gatunek z rodziny koronawirusów, wywołujący chorobę zwaną COVID-19, obnażył pyszałkowatą bezradność państwa PiS.  Kiedy na mapie zasięgu nowej epidemii świat wokół nas zabarwił się na czerwono, Polacy otrzymali wiadomość, że kraj jest w pełni gotowy odeprzeć zarazę. Zapewniano nas, że jesteśmy odpowiednio uzbrojeni w przepisy przygotowane na takie zagrożenie, że placówki służby zdrowia są odpowiednio wyposażone, lekarze przeszkoleni, społeczeństwo poinformowane, odpowiednie służby w gotowości i ogólnie jest tak bezpiecznie, że prezydent może spokojnie jechać na narty i nie wracać aż do wyborów. Gdy media zaczęły dowodzić, że nie ze wszystkim jest tak pięknie, bo zadłużone aż na 17 mld zł polskie szpitale nie poradzą sobie z epidemią bez pomocy państwa, i kiedy opozycja zażądała wyjaśnień, władza jakby się ocknęła podejmując właściwe sobie „energiczne działania”. Prezydent wpierw odmówił zwołania rady bezpieczeństwa, by dziś ją zwołać. Premier oświadczył, że „w przypadku zagrożeń epidemicznych nie ma konieczności, żeby za każdym razem udawać się do placówki służby zdrowia”.  Narodowa telewizja zadęła w surmy i sypnęła przykładami nieodpowiedzialnych zachowań obywateli, dziwiąc się, że przecież rząd jest taki fajny, wszystko już zrobił, co należy, a społeczeństwo czemuś wszystko mu utrudnia. Funkcjonariusze PiS rzucili się na opozycję, bo obraża władzę, sieje panikę i straszy Polaków. Opozycja jednak tym razem nie odpuściła, a i w szeregach prawicy (żartobliwie zwanej ostatnio „Zjednoczoną”), zaczęły się szemrania, że epidemia ante portas, a rząd drzemie. Przyszedł więc czas na bardziej spektakularne działania, tym bardziej, że Senat o mało nie przejął sterów zapraszając na nadzwyczajną sesję poświęconą obronie przed epidemią. Oczywiście partia, która nieustannie narzeka na niechęć opozycji do współpracy, demonstracyjnie zlekceważyła tę imprezę inicjując własną. Prezydent Duda zażądał specjalnej sesji Sejmu na ten sam temat. Równocześnie rząd, który dotąd nie przejawiał inicjatywy legislacyjnej, słusznie tłumacząc, że mamy aż trzy ustawy o stanie nadzwyczajnym i o zarządzaniu kryzysowym, wysmażył na kolanie nowy projekt. Zdaniem ekspertów jest on niekonstytucyjnym bublem legislacyjnym, który daje rządzącym nieograniczoną i nieuzasadnioną władzę, taką jak w stanie wyjątkowym. Mimo to Kaczyńskiemu i jego ekipie udał się wciągnąć w pułapkę nawet rozważnego marszałka Grodzkiego, stosując chwyty poniżej pasa, takie jak umożliwienie opozycji wygłaszania swoich wystąpień w całości, nie wyłączanie im mikrofonów, nie obrażanie ich w czasie procedowania, a nawet zaakceptowanie niektórych poprawek.
Na fali ogólnego wzmożenia rozmaite ministerstwa i urzędy też postanowiły pokazać, że istnieją. W szkołach zarządzono naukę prawidłowego mycia rąk, ale często na sucho, bo w wielu placówkach oświaty nie ma ciepłej wody, a w większości brakowało mydła i ręczników lub czynnych suszarek. Ministerstwo Zdrowia, NFZ i inspekcja sanitarna, jedni przez drugich, jęli zarządzać, by służba medyczna stosowała „bezwzględnie konieczne środki ochrony osobistej”, których to środków nie było, chociaż od dawna domagali się ich lekarze, administracje szpitalne i organizacje medyczne.  Wojewoda śląski wstrzymał planowe przyjęcia do całego wojewódzkiego szpitala oraz do czterech oddziałów szpitala w Cieszynie, choć jeszcze nikt nie zachorował, a w całym województwie śląskim przebywało w szpitalach raptem 10 osób z podejrzeniem koronawirusa. Odkryty przez Beatę Szydło geniusz biznesu z Pcimia Daniel Obajtek zameldował, że jego firma zajmie się teraz wytwarzaniem płynu do dezynfekcji rąk, który produkowany będzie w Orlen Oil, specjalizującym się dotąd w smarach i olejach silnikowych. Do walki z planowaną epidemią włączył się nawet wicepremier Gowin, który zarządził, by uczelnie wstrzymały rozpoczęcie nowego semestru dla studentów z krajów borykających się z wirusem i nakazał zawiadomić obcokrajowców, by na razie nie przyjeżdżali. Całkiem niegłupio, tyle tylko, że decyzja Gowina trafiła do uczelni dwa dni po rozpoczęciu semestru, gdy studenci zagraniczni już przyjechali i zasiedlili akademiki pełne młodzieży.
Do współpracy w zbożnym dziele ratowania Polaków zgłosił się również Kościół. Z jednej strony abp Stanisław Gądecki ogłosił, że w obliczu koronawirusa można przyjmować komunię na rękę (choć wirus chętnie przechodzi z ręki do ręki, a księża nie rozdają komunii w rękawiczkach) oraz że wierni, ale tylko „ci, którzy mają szczególne obawy, nie muszą korzystać z wody święconej w kropielnicach”. Z drugiej strony we wrocławskim kościele pw. św. Michała Archanioła, duszpasterz akademicki (!) ks. Leonard Wilczyński, oprotestował zakaz używania wody święconej, motywując swój sprzeciw tym, że nie jakąś profilaktyką, nie żadnymi maseczkami ani lekami, a jedynie modlitwą można opanować epidemię, która jest przecież karą bożą za homoseksualizm i aborcję. Mimo tych zabiegów, stosowanych na przemian z nawoływaniem by nie wpadać w panikę, społeczeństwo niepokoiło się coraz bardziej. Po raz kolejny okazało się, że społeczeństwo nie tyle obawia się informacji, co ich braku. Nie wszystkich przecież uspokoi wiadomość krajowego konsultanta chorób zakaźnych prof. Horbana, że aby pokonać wirusa wystarczy „schować się pod kołdrę, jeść czosnek i popijać mlekiem (…) i to jest w przypadku podobnych zakażeń skuteczne”. Ludzie chcą rzetelnego wyjaśnienia sytuacji i jasnej procedury postępowania w przypadku podejrzenia oraz zarażenia. Rzetelnego, czyli wiarygodnego, uzyskanego od wiarygodnej osoby. Nie dostaną tego od rządzących, dla których powód do obaw raz jest, a raz go nie ma. W atmosferze niepewności i niewiary pączkują mniej lub bardziej spiskowe teorie. Na przykład taka, że oficjalne pojawienie się koronawirusa w Polsce było precyzyjnie przygotowanym spektaklem propagandowym. Kiedy 3 marca o godz. 8 potwierdzono długo oczekiwaną informację o pierwszej osobie w Polsce chorej na COVID-19, to wbrew opiniom wirusologów wielu Polaków odniosło wrażenie, że ten zarazek, który przekroczył naszą granicę nie jest typowy. Wiele wskazywało na to, że Polsce – państwu przecież wyjątkowemu, a wręcz coraz bardziej wyjątkowemu, dostał się wirus szczególny. Do innych krajów wlazł, kiedy mu się zachciało, i buszuje tam, nie bacząc na środki ochronne i rozporządzenia izolacyjne. Obcy wirus wciska się, gdzie chce, napada na kogo mu się podoba – istne bezhołowie. A nasz narodowy wirus czekał pod granicą aż trzy tygodnie od dnia, kiedy po raz pierwszy władza ogłosiła, że epidemia wydarzy się nam na pewno. Czekał grzecznie, aż uchwalona zostanie odpowiednia ustawa i zakończone zostaną przygotowania na jego przyjęcie. Pojawił się niemal dosłownie chwilę później, jak do szpitali dowieziono wreszcie pierwsze partie sprzętu i wyposażenia ochronnego. Ujawnił się, gdy tylko w szkołach pojawiły się symboliczne zapasy mydła i ręczniki. Odkryto go w momencie, kiedy w sanepidzie ustanowiono już dyżury całodobowe, gdy laboratoria poszukujące wirusa w próbkach zbieranych od podejrzanych zaczęły pracować również po 15.00 i gdy zaczęły działać całodobowe telefony informacyjne.
Wirus wybrał nie tylko właściwy moment, ale też odpowiednie miejsce swej wizyty w Polsce. Absolutnym przypadkiem zdarzyło się bowiem, że oddział zakaźny szpitala zielonogórskiego, gdzie położono pierwszego chorego na COVID-19, przygotowany był na tę okoliczność bodaj najlepiej w kraju. W oczekiwaniu na wirusa już kilka dni wcześniej cały budynek zamknięto na klucz. Jak informowały lokalne media kilka dni przed pojawieniem się wirusa ten szpital otrzymał 350 tys. specjalnej dotacji, a na oddział zwieziono sprzęt dotychczas tam niewidziany i środki ochrony – mało, bo mało, ale niektóre większe oddziały w kraju nie dostały ich wcale. Ciekawe, dlaczego ten nasz wirus nie zainteresował się żadnym innym niedofinansowanym szpitalem. I czemu nie obchodzili go pacjenci, którzy z braku odpowiedniej informacji szukali pomocy w tłumnie obleganych przychodniach i na szpitalnych izbach przyjęć? Jakby czekał na pierwszego, który zachowa się dokładnie tak, jak zalecił pan minister zdrowia. Jakby czekał, aż nosiciel wzorowo uruchomi procedurę zgłoszenia choroby i hospitalizowania – procedurę, która wtedy nie dotarła jeszcze do wszystkich placówek szpitalnych, nie mówiąc o świadomości ich potencjalnych pacjentów. W dodatku, w chwili zgłoszenia tego pierwszego przypadku jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności była akurat pod ręką specjalna karetka i kompletna załoga w skafandrach, przygotowana do przewozu osób z chorobą zakaźną (w Lwówku Śląskim na taką karetkę, mimo że wezwała ją policja, przyszło czekać prawie cztery godziny). No i badanie na obecność wirusa trwało tu ledwie kilkanaście godzin, a nie 88, jak w przypadku pierwszej podejrzanej, którą bez powodu przetrzymywano na oddziale zakaźnym w Krotoszynie.
Trafił nam się zatem wirus prima sort. W żadnym innym kraju nie dostosował się do warunków postawionych mu przez rządzących. W dodatku jako jedyni na świecie mamy swojego „pacjenta zero” i to z bonusem, bo pierwszy polski chory z koronawirusem przyjechał do kraju autobusem z imienną listą pasażerów, dzięki czemu wszystkich można było zidentyfikować i poddać kwarantannie. Inna sprawa, że dopiero potem jak już rozjechali się po sześciu województwach, trafili w objęcia rodziny i ruszyli do pracy lub do zatłoczonych sklepów, by zdążyć zrobić zapasy, zanim polskie ceny nie przekroczą unijnych…
Można by powiedzieć, że jaka władza, taki wirus, ale wciąż nie ma pewności, czy zapisał się on do PiS, czy tylko okoliczności jego pojawienia się w Polsce zostały „podrasowane”, oprawione w ramy przepisów i pokryte różowym lukrem. Tak czy owak funkcjonariusze PiS rzucili się do gardła pani Kidawie-Błońskiej, która ośmieliła się zdziwić, że koronawirus podejrzanie długo omijał Polskę szerokim łukiem. Występując publicznie dostają białej gorączki słysząc uwagi tyczące marnych i bardzo spóźnionych przygotowań do epidemii, słabej informacji i bezładnych decyzji. Na wszelkie zarzuty reagują nerwowo i agresywnie. Nie siejcie paniki! – krzyczą z ekranów. Zamykają usta krytykom, żądają, by w czasach zarazy nie podważać zaufania do państwa i nie straszyć ludzi bez żadnego przecież powodu. Wezwanie to kierują, jak się wydaje, do samych siebie. Bo przecież nie uspokajają narodu funkcjonariusze PiS, którzy pchają się przed kamery z hiobowymi wieściami o kolejnych kwarantannach, o możliwościach wynikających z nowej ustawy, o nowych transportach sprzętu kierowanego do szpitali czy zakupie wielkiej ilości maseczek. Ich zdaniem, takie meldunki z pola walki wcale nie podgrzewają atmosfery. Dopiero zadawanie im pytań w rodzaju, czemu tego sprzętu i wyposażenia nie zakupiono wcześniej, w chwili ogłoszenia stanu zagrożenia przez WHO, gdy cena była kilkakrotnie niższa – to sianie paniki i defetyzmu.
Nie ma jeszcze wytycznych, co wolno postulować, by ostrzegać nie strasząc. I nie wiadomo, jak oszukiwanemu od lat społeczeństwu zaimplementować zaufanie do władzy. Co zrobić, by „w chwili zagrożenia” utrzymać narodową jedność i serdeczną atmosferę miłości bliźniego, szczególnie, że trwa akurat kampania wyborcza, podczas której kontrkandydaci Dudy opluwani są regularnie i metodycznie? Może jakiś konkurs na uspokajające ostrzeżenie, na krzepiącą przestrogę, która równocześnie zjednoczy społeczeństwo w braterskim uścisku? Mój faworyt to: CAŁUJMY SIĘ BEZ PODAWANIA RĄK! Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl
Patrząc w TVP na ministra Szumowskiego odnoszę ważenie, że jest on dumny z tego, że wreszcie koranawirus dotarł do Polski, wreszcie może się wykazać!? Wykrycie koronawirusa to największy sukces rządu Morawieckiego!?
07 03 2020 Koronawirus a sprawa polska.
Nie wolno nam zapominać, że jesteśmy w trakcie kampanii wyborczej – niezwykle ważnej, bo od jej wyniku zależy, jaka będzie Polska. Gdyby ktoś zapytał, czym żyje dzisiejsza Polska, to wiadomo – koronawirusem. Nic w tym dziwnego, bo to zjadliwa bestia, z wysokim wskaźnikiem śmiertelności. Społeczeństwo jest już lekko spanikowane, a władza pokazuje, jak serio traktuje nadchodzące zagrożenie i nawołuje, by nie wykorzystywać go politycznie, zjednoczyć siły i wspólnie z nim walczyć. No i tutaj pojawia mi się pewien zgrzyt. Jak to, nie wykorzystywać politycznie? To przecież nierealne, bo wiadomo, jak sobie rząd poradzi z koronawirusem, tak zyska lub straci na poparciu społecznym. Albo naród będzie wdzięczny za w miarę bezpieczne przejście przez tę epidemię, albo się wkurzy. A jak się wkurzy, to rykoszetem oberwie Andrzej Duda i pożegna się z Pałacem Prezydenckim. Dla Dudy więc i Zjednoczonej Prawicy to wręcz być albo nie być. Zaklinanie rzeczywistości nic nie da, koronawirus w Polsce jest i będzie tematem rozgrywanym politycznie. Chwilowo obóz rządzący, według mnie, przegrał pierwsze starcie. Podszedł do problemu zbliżającego się zagrożenia dość ślamazarnie. Zmarnował sporo czasu, nie reagując, nie informując społeczeństwa, co i jak. Dopiero, gdy koronawirus nieźle się rozszalał w Europie, nastąpiło pewne przyspieszenie. Wreszcie dowiedzieliśmy się, jak świetnie jesteśmy przygotowani do walki z wirusem. Szpitale stoją na baczność, służby sanitarne w pełnej gotowości, każdy wie, co ma robić. Czy rzeczywiście? Rząd mówi swoje, a rzeczywistość pokazuje, że jednak nie jest tak do końca. Jeszcze parę dni temu tylko trzy laboratoria w Polsce mogły przeprowadzić odpowiednią diagnostykę, a przecież wirus atakuje Europejczyków już od kilku tygodni. Skąd więc pewność, że ten wirus już się u nas na dobre nie zadomowił? Nie wiadomo, ilu Polaków już przechorowało i miało po prostu szczęście, że nie doszło do najgorszego, ale za to zarażali innych. Dzisiaj na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Patrząc na kondycję polskich szpitali, braki lekarzy i pielęgniarek, niedofinansowanie, zmniejszone w ramach oszczędności oddziały, fatalne zaopatrzenie służb medycznych w odpowiedni sprzęt, mało we mnie wiary w prawdy głoszone przez premiera i ministra zdrowia. Oczywiście, gdy jest mowa o tych wszystkich brakach, słyszę, że to wina Tuska, bo to za jego rządów zbyt mało studentów medycyny się kształciło, szpitale padały itp. itd. Przepraszam, ale Zjednoczona Prawica miała 4 lata, by cokolwiek poprawić i zmienić i co? Mówiąc kolokwialnie, „olała” żądania płacowe lekarzy i rezydentów, pielęgniarkom pensje też nie skoczyły dobrze w górę, sytuacja w szpitalach nie poprawiła się ani o jotę, a personel ucieka za granicę, bo chce po prostu żyć godnie i spokojnie za kasę, którą zarabia. Czy przez te 4 lata cokolwiek zmieniło się na lepsze? Nie, jak więc w tej sytuacji mieć pewność i wierzyć, że służby medyczne poradzą sobie z koronawirusem?
Kolejna sprawa to projekt specustawy, który ma nas w najlepszy sposób przed koronawirusem obronić. Wydawało się, że autorzy chcieli ten projekt wykorzystać do przeforsowania pewnych elementów, przydatnych w rozgrywce z przeciwnikami politycznymi i opozycją uliczną, ale to może tylko jakieś takie moje podejrzenia, bo może mam rodzaj psychozy mocno posuniętej. Na szczęście opozycja parlamentarna się nie dała i w imię tego działania ponad podziałami, sporne kwestie usunięto. Nie powiem, dobrze, że taki projekt się pojawił, ale zastanawia mnie jedno. Czy do tej pory Polska nie miała żadnego opracowania, przygotowanej żadnej strategii w razie zagrożenia epidemią? Wydaje mi się to wręcz niemożliwe, ale co, jeśli to prawda? Jak w tej sytuacji wyglądało i wygląda nasze bezpieczeństwo? Czy rzeczywiście projekt wymuszony potrzebą chwili, bez dokładnej analizy proponowanych działań, może być na tyle wiarygodny, iż warto mu zawierzyć, tym samym i zaufać władzy? Mam sporo wątpliwości…
I ostatnia rzecz, która mi siedzi w głowie, a pokazująca, że nie da się u nas koronawirusa nie wykorzystać politycznie. Jakże on pięknie przesłania wszystkie wtopy i aferki partii rządzącej. Gdzieś boczkiem umykają informacje, które do tej pory były newsami numer jeden. Już się nie mówi o Banasiu, o kolejnych działaniach prokuratury, kryjącej swoich, o politykach PiS umoczonych w aferze PCK, kolejnych nagrodach w ministerstwach. Temat GetBacku jakby nie istniał, narastająca drożyzna już nie wali po oczach, nepotyzm w ogromnej skali nikogo nie rusza, podobnie jak miliardy na TVP, Piebiak i reszta hejterów z Ministerstwa Sprawiedliwości, SKOK-i, Srebrne Wieże… jest tego od groma i trochę, ale pięknie się to wszystko pod koronawirusem chowa. Przeglądając fora internetowe, widzę, że koronawirus wygrywa, będąc głównym tematem rozmów i postów, a przecież nie wolno zapominać, że jesteśmy w trakcie kampanii wyborczej. Niezwykle ważnej, bo od jej wyniku zależy, jaka będzie Polska. Zaściankowa, pełna fobii, wstecznictwa i ultrakatolicka czy demokratyczna. Polska Dudy i Zjednoczonej Prawicy czy też Polska bezpieczna, rzeczywiście praworządna i sprawiedliwa. Jeśli skupimy się tylko na koronawirusie, to mamy pozamiatane.Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl 
02 03 2010 Nie można liczyć na cud…
W pisowskiej Polsce narzucanie obywatelom, jak mają żyć już nie jest fikcją. To nie jest bajka z gatunku fantasy. Każdy, kto dobrze zna historię, widzi to podobieństwo do totalitaryzmów, które już miały miejsce. Zakazane księgi, wykluczenie części społeczeństwa, które po prostu nie pasuje do wizji Panów Narodu, tworzenie „stref wolnych od…”, narzucanie obywatelom, jak mają żyć – to już nie jest fikcją. To naprawdę się dzieje.
Nazistowskie Niemcy.
26 czerwca 1933 r. w „Völkischer Beobachter”, oficjalnym organie prasowym partii nazistowskiej pisano: „Wszystkie propozycje określenia statusu, uregulowanie pozycji Żydów, nie są w stanie rozwiązać problemu żydowskiego, jeśli nie uwzględnią one konieczności uwolnienia Niemców od Żydów… Musimy zbudować nasze państwo bez Żydów. Przysługuje im tylko status bezpaństwowców, nie mogą mieć żadnych praw”. W ślad za tymi słowami idzie jednodniowy bojkot sklepów, palenie książek. W niemieckiej szkole lekcja „Żyd jest naszym największym wrogiem”, a na środku klasy ustawieni dwaj żydowscy chłopcy, pełniący rolę żywych przykładów. W parkach ławki, przeznaczone tylko dla Żydów, w tramwajach wydzielone dla Żydów miejsca, coraz więcej kawiarni, teatrów, kin, instytucji, gdzie Żydom wstęp wzbroniony. W miastach i wsiach przeprowadzane są akcje wypędzania Żydów i ogłaszanie ich „miejscowościami wolnymi od Żydów”. I w 1935 roku ustawy norymberskie…
Narasta nagonka na osoby LGBT. Wspierają się w niej politycy PiS, duchowni kościelni i chłopcy narodowcy. Jarosław Kaczyński grzmi „wara od naszych dzieci”, Andrzej Duda nie ukrywa, że poważnie podejdzie do ewentualnej ustawy zakazującej „homopropagandy” (takiej jak w Rosji), Mariusz Błaszczak z rozkoszą gada o „sodomitach”, Mateusz Morawiecki porównuje obronę wyłączności małżeństwa hetero do bitwy pod Salaminą, Dariusz Piontkowski kojarzy adopcję dzieci z pedofilią. Ksiądz z Sieradza zapewnia, że „na tę bandę LGBT ma w sutannie scyzoryk”, Jędraszewski mówi o „tęczowej zarazie”, a Głódź o „największych wynaturzeniach”. W ciągu niecałego roku już ponad 90 gmin, powiatów i 5 województw przyjęło uchwały anty-LGBT lub Karty Rodziny autorstwa katolickiej organizacji Ordo Iuris. Ponad 90 gmin, powiatów i województw ogłosiło swoje regiony „wolnymi od LGBT”.
Pisowska Polska 2021-2023
Wielka rewolucja kato-nacjonalistyczna wygrała! Cała Polska jest strefą wolną od LGBT. Strefą wolną od ludzi o innej karnacji skóry, innej narodowości, innego wyznania, innych poglądów. Strefą wolną od narzucanej przez UE polityki klimatycznej. W szkołach uczą języka polskiego i historii polscy nacjonaliści, z biologii i innych przedmiotów usunięte są tematy, które stoją w sprzeczności z nauką Polskiej Instytucji Kościelnej, młodzież wychowywana w duchu całkowitego posłuszeństwa i podporządkowania się dyrektywom partii panującej. Każdy dzień zaczyna się i kończy mszą, po ulicach śmigają służby obrony moralnej, każda próba bycia sobą karana jest więzieniem, utratą pracy, konfiskatą mienia. Kolejne wybory parlamentarne są już tylko fikcją, bo raz oddanej PiS-owi, PIK i nacjonalistom władzy, nikt nie odbierze, już oni o to zadbali.
Trwa kampania prezydencka, która za ponad dwa miesiące skończy się zwycięstwem… no właśnie, kogo? Andrzeja Dudy? Pan prezydent wyszedł z założenia, że startuje od zera. Z internetu usunięto jego wystąpienia i obietnice z kampanii 2015 roku, bo po co narodowi przypominać, jak bujał. Teraz pan Duda znowu mówi o szacunku, o wsłuchiwaniu się w głos obywateli, o swej empatii i jednocześnie nawołuje do zaprzestania wojenki, w której przez minione 5 lat tak ochoczo uczestniczył. Pan Duda zapomina, jak ostro wypowiadał się o obywatelach, którzy nie dają swojego przyzwolenia na demolkę kraju, jakimi epitetami obrzucał sędziów, wiernych Konstytucji i prawu. Nie chce zapewne nawet pamiętać, co mówił o niezależnych mediach. Po co ma pamiętać, że chodzi na smyczy prezesa, akceptuje kato-nacjonalistów w przestrzeni publicznej, nie przeszkadzają mu ich hasła nawołujące do nienawiści, tak zbliżone do ideologii faszystowskiej.
Dzisiaj pan Duda udaje dobrodusznego ojczulka, któremu w głowie tylko dobro Polski i wszystkich jej obywateli. Jakiż on jest teraz uległy, sympatyczny, ale naiwny ten, kto da się nabrać na nowy wizerunek prezydenta Zjednoczonej Prawicy. Jeśli tylko los będzie mu sprzyjał, jeśli ok. 40% społeczeństwa znowu uzna, że nie interesuje się polityką i na wybory szanownych czterech liter nie ruszy, jeśli Duda wygra, to ta wizja pisowskiej Polski lat 2021-2023 stanie się bardzo, ale to bardzo realna. Będziemy strefą wolną od wszystkiego, co można dumnie nazwać prawami człowieka, wolnością i demokracją. Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl
Tego tekstu nie ma sensu komentować,to jest po prostu wybór,demokracja albo autorytaryzm, prawa człowieka albo zamordyzm,konstytucja albo wola chorego starca,,wolność albo niewola 
24 02 2020 Wokół środkowego palca
Telewizja tak publiczna, jak dom schadzek Mariana Banasia w Krakowie, ma wielkie zasługi w rozbudzaniu nienawiści do ludzi innej opcji politycznej. Środkowy palec, który Joanna Lichocka wsadziła w oko sobie, swojej partii oraz ulubionemu kandydatowi na prezydenta, nie był moim zdaniem wyrazem pogardy dla chorych na nowotwory. Bo liczne deklaracje formacji pani Lichockiej o empatii i wsparciu dla słabych i cierpiących, w istocie kryją obojętność i zniecierpliwienie. Ich prawdziwy stosunek do ludzi chorych mieliśmy okazję zauważyć podczas „okupacji” Sejmu przez osoby z niepełnosprawnością.  Widzieliśmy nieczułość posłów partii sprawującej władzę podczas głosowania nad kiełbasą wyborczą, fundowaną przez PiS emerytom ze środków przeznaczonych dla ludzi najbardziej skrzywdzonych przez los. Widzimy tę obojętność i teraz, gdy machina propagandowa partii rządzącej aż furczy, by odwrócić uwagę opinii publicznej od katastrofalnego stanu polskiej onkologii i szerzej – degrengolady w nieudolnie zarządzanej służbie zdrowia.
Moim zdaniem pani Lichocka nie wyraziła swoim gestem żadnego stosunku do chorych na raka, być może wcale go nie ma. Myślę, że jej środkowy palec był tym samym paluchem, jakim pirat drogowy daje nam do zrozumienia, że możemy mu naklaksonić, nabłyskać światłami, czyli ogólnie mu skoczyć, bo choć złamał przepisy i naraził nas na kolizję, to jednak wszystkich wyprzedził i jest wygrany. W omawianym przypadku był to strzelisty akt radości i satysfakcji funkcjonariuszki zachwyconej, że jej partia okazała się cwańsza i sprytnie sfaulowała opozycję, powtarzając przegrane wcześniej głosowanie, dzięki czemu udało się odbić funkcję posła sprawozdawcy z rąk posłanki wrażej partii. Rzecz jasna pani Lichocka grzebiąc środkowym palcem w oku wyraziła nie tylko pogardliwy stosunek do przeciwników politycznych i radość z ich pokonania. Niewątpliwie cieszyła się również z miliardów, które trafią do mediów bliskich jej poglądom, ale też sercu. Bo Joanna Lichocka była kiedyś dziennikarką, także TVP, choć swojej zawodowej tożsamości szukała aż w pięciu stacjach telewizyjnych i w jedenastu redakcjach gazet i czasopism. Myślę, że przestała być dziennikarką, gdy uznała, że jest to zawód usługowy, wykonywany na zlecenia polityków. Odtąd chyba już bez reszty oddała się propagandzie i agitacji. W Radzie Mediów Narodowych miewa swoje zdanie odrębne, ale w rzeczywistości wszelkimi siłami wspiera aktualną misję TVP, która sprowadza się do wsparcia Andrzeja Dudy w jego prezydenckiej kampanii i tym samym do zapewnienia beneficjentom „dobrej zmiany” kolejnych lat spokojnego dobrostanu. Misja telewizji, którą właściciel bezczelnie nazywa „narodową”, polega obecnie na propagandowym wsparciu dla PiS w zawłaszczaniu państwa i w niszczeniu demokracji. Polega też na szukaniu winnych niepowodzenia projektów obecnej władzy, na kreowaniu kolejnych wrogów typowanych przez Kaczyńskiego i na pomocy w realizacji jego chorej wizji budowy nowej Polski na gruzach poprzedniej. Telewizja tak publiczna, jak dom schadzek Mariana Banasia w Krakowie, ma wielkie zasługi w rozbudzaniu nienawiści do ludzi innej opcji politycznej i do całych grup społecznych, w upowszechnianiu tej ślepej nienawiści, która mogła być powodem zabójstwa prezydenta Gdańska z wrogiej Platformy i ataku na sędzię z Rybnika, reprezentantki „złodziejskiej i niesprawiedliwej sędziowskiej kasty”. W ramach tej misji promowana jest też groźna strategia energetyki (narodowej, a jakże!), opartej na polskim, narodowym, biało-czerwonym węglu podłego gatunku, produkującym tony trującego smogu.  Mamy więc do czynienia z takim oto dylematem: przeznaczyć 2 miliardy na propagandowe wsparcie m.in. strategii skutkującej śmiercią przez uduszenie 40 tys. ludzi rocznie – czy raczej skierować te pieniądze na profilaktykę i leczenie chorób spowodowanych przez ową chorą strategię. – Czego się czepiacie? – pytają prominenci z partii sprawującej kierowniczą rolę w państwie. – Kolejki są przecież nie tylko do onkologów, a co do pieniędzy, to przecież daliśmy na tę całą onkologię kupę kasy, więcej niż poprzednicy, i w przyszłości jeszcze dołożymy, a poza tym wymyśliliśmy nowy program leczenia nowotworów, wiec niech sobie chorzy chorują na zdrowie, a opozycja niech lepiej wesprze naszą nową Strategię... Czyli zamiast 2 mld na onkologię, PiS zaoferował chorym Narodową (oczywiście!) Strategię Onkologiczną. Tylko, że to klasyczna wyborcza ściema. Kto ma tą strategię realizować, jeśli brakuje nie tylko onkologów, ale lekarzy w ogóle? Specjaliści od organizacji służby zdrowia twierdzą, że kolejki w przychodniach zmniejszą się do cywilizowanych rozmiarów, jeśli w Polsce pracować będzie co najmniej 250 tys. lekarzy. Obecnie jest ich 175 tys., przy czym co czwarty z nich posiada prawa emerytalne. Ale nawet, gdyby jakimś cudem pojawiło się 75 tys. lekarzy, to skąd wziąć pieniądze na ich wynagrodzenie? No i gdzie mieliby realizować PiS-owską strategię leczenia na bieżąco, skoro oddziały onkologiczne pękają w szwach? I czym mieliby leczyć, jeśli dramatycznie brakuje sprzętu i wielu leków? Są pieniądze na komisję Macierewicza, na wsparcie projektów Rydzyka, na kolejne muzea i pomniki, na kosmiczne pensje i premie prominentów, na hejterską fundację narodową, na tysiące innych fanaberii obecnej władzy oraz na ziejącą nienawiścią telewizję publiczną. Premier Morawiecki ściga się z prezydentem Dudą na wizje dostatniej Polski, która już-już dogania bogate kraje i prawie zaczyna rozdawać karty w Unii. Prawda jest taka, że wskutek zszarganego zaufania nie dają nam tych kart nawet  do tasowania. W wielu naprawdę ważnych obszarach nie jesteśmy nawet średniakami. Także w dziedzinie walki z rakiem. Choćby minister zarzekał się, że przeznacza na onkologię najwięcej od czasów Mieszka I, to faktem jest, że na ten cel wydajemy niewiele ponad 40 euro na głowę, dwa razy mniej niż np. w Czechach. I faktem jest, że nie refundujemy połowy skutecznych leków onkologicznych stosowanych w Europie. A co najważniejsze – ŚREDNI  wskaźnik całkowitych wyleczeń raka w Unii przekracza 55%, a w Polsce nie sięga nawet 45%. O profilaktyce też lepiej nie wspominać, bo to osobny wielki rozdział odwiecznej walki nauki z głupotą: dla naszych rządzących choroby płuc mają luźny związek z zatrutym powietrzem, a szczepienia HPV nie tyle zapobiegają nowotworom, co raczej prowokują do „seksualizacji dzieci”…
Każdego roku rak dopada 160 tys. Polaków, z których ponad 100 tys. musi umrzeć.  Przy ok. jedenastoprocentowej nadumieralności można sobie wyobrazić, że każdego roku giną w katastrofach wszyscy pasażerowie z jedenastu tupolewów, albo że wykonywana jest kara śmierci na niewinnych mieszkańcach średniego miasteczka. Takiego jak te, które ostatnio w pocie czoła odwiedza Andrzej Duda opowiadając dyrdymały o wielkiej trosce i opiece, którą osobiście otacza Polaków w potrzebie. Ale informacji o rzeczywistym stanie polskiej onkologii i o prawdziwej reakcji rządzących na zagrożenia nowotworami nie poda telewizja publiczna. Ani za dwa miliardy, ani za żadne skarby. Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl
Nikomu w Polsce nie zależy na tym by chorego przywrócić do zdrowia. Dlatego mafia w białych kitlach nie dopuści do żadnych zmian w publicznej służbie zdrowia bo dla niej każdy chory to złote źródełko inaczej NFZ z którego bezkarnie można czerpać pieniądze. Polska jest jedynym krajem na świecie gdzie eutanazję pacjent ma zagwarantowaną w koszyku bezpłatnych świadczeń medycznych. Jakie to humanitarne a zarazem ile w tym troski najwyższych władz państwowych o jak najlepsze samopoczucie chorego. Na ten przykład chory na raka dostaje aż sześć miesięcy a szczęśliwiec nawet dwa lata zanim lekarz specjalista rozłoży ręce i powie w pana przypadku medyczna jest bezradna. No, no a proszę sobie wyobrazić takiego chorego w Niemczech, Anglii... gdzie zanim się dowie że jest chory a tu masz ci babo placek już go wyleczyli... 
22 02 2020 Zjednoczona Prawica się sypie…
Ich ostatnią szansą na utrzymanie się przy korycie jest kontynuacja prezydentury Dudy. Jeśli Duda wygra, wołami ich się od władzy nie odciągnie.
A miało być tak pięknie. Zjednoczona Prawica wygrywa jedne wybory, potem kolejne. Wreszcie cała władza w ręce prezesa, Ziobry i spółki. Trzeba przyznać, że w 2015 roku byli oni świetnie przygotowani, by dorwać się do koryta i utrzymać się przy nim jak najdłużej. Mając większość w Sejmie, ruszyli do podporządkowania sobie wszystkich tych instytucji, które pozwolą im pozostać bezkarnymi i robić wszystko, na co tylko mają ochotę. Oczyścili więc wojsko z elementu niepożądanego, z policji wywalili tych, którzy mogliby stanąć na sztorc, przejęli CBA, ABW, na czele TK postawili odkrycie towarzyskie prezesa, czyli Julię Przyłębską, położyli łapę na wymiarze sprawiedliwości, wzięli się za edukację, bo przecież w państwie PiS trzeba hodować Homo PiSus. Szukając sojuszników, padli na kolana przed Polską Instytucją Kościelną, dla której dzisiaj jedyni i prawdziwi katolicy to tylko ci, wielbiący partię rządzącą. Rozłożyli parasol ochronny nad kibolami i różnej maści narodowcami, wierząc, że te bojóweczki pozostaną wierne i oddane na wieki. Słusznie uznali, że naród w znacznej swej części pozwoli im na budowanie autorytaryzmu, bo dało się go kupić za 500 Plus i rozdawnictwo socjalne. Przyszły kolejne wybory i kolejna wygrana, ale co to? Coś zaczyna pękać. Zjednoczona Prawica już nie taka zjednoczona, a kolejne wpadki pokazują, że władcy Polski zaczynają wpadać w lekką panikę i kręcą się w kółko, tracąc coraz bardziej grunt pod nogami. Narodowcy i kibole urośli w siłę i teraz ich apetyty sięgają znacznie dalej niż tylko wspieranie PiS-u. Nie pomogło głaskanie po główce. Nie pomogły wyroki uniewinniające w sprawach, które w każdym normalnym państwie są ostro karane. Teraz polska siła narodowa idzie po władzę. Dzisiaj ma zaledwie kilku posłów w Sejmie, ale licho wie, jak będzie za kolejne 4 lata. No cóż, żmija wyhodowana na własnej piersi, stawia na pełną samodzielność i samodecyzyjność. Ależ to musi boleć. Polska Instytucja Kościelna każe sobie słono płacić za lojalność i wsparcie. Jeszcze trochę, a władza będzie musiała sprzedać te sztabki złota, ściągnięte z Wielkiej Brytanii, by zaspokoić apetyt Kościoła i wciąż trzymać go po swojej stronie. Trzeba przyznać, nieźle nas ta kooperacja PiS-u z Kościołem kosztuje.
Okazuje się, że partia rządząca ma też problem ze swoimi ludźmi, którymi obsadziła najważniejsze stanowiska w instytucjach państwowych i użyteczności publicznej. Zasada, by brać każdego, nieważne czy ma wiedzę, kompetencje, umiejętności, ale przede wszystkim lojalnego, już się nie sprawdza w praktyce. Przykładem tego chociażby Marian Banaś. Taki krystalicznie uczciwy człowiek, taki świetny fachowiec, a że z lekko zabrudzoną kartą w życiorysie, to nawet lepiej, bo dobrze jest trzymać u swojego boku kogoś, na kogo ma się nawet małego haka. Zapewne ta wspaniała więź między rządem a szefem NIK-u trwałaby i trwała, gdyby nie te media niepokorne, które ujawniły, że ten Banaś nie taki kryształowy i czysty. Aby zachować twarz, prezes uznał, że trzeba się pozbyć faceta, bo już zrobiło się zbyt głośno, a tu mała niespodzianka. Banaś nie daje się usunąć ze stanowiska. Mało tego, obraził się na kolesi z PiS-u i teraz im pokaże, gdzie raki zimują, publikując chowane do tej pory raporty z kontroli NIK-u i planując kolejne. Blady strach padł na Zjednoczoną Prawicę, bo ma przecież sporo do ukrycia i jak to wyjdzie na jaw to nawet 500 Plus nie pomoże. No i rozpoczęła się wojenka. CBA wpada do Banasia, przeszukuje jego mieszkanie, gnębi rodzinkę. Banaś się odgraża i tak to się kręci. Kto by pomyślał, że człowiek, przed którym opozycja parlamentarna ostrzegała, stanie się mimochodem sojusznikiem tejże opozycji i zacznie gryźć po kostkach swego chlebodawcę, czyli PiS. Kolejnym niewygodnym stał się też Ernest Bejda, szef CBA. Ponoć wyleciał za wyrzuty sumienia, które nie pozwalały mu bezkrytycznie zgadzać się ze wszystkim, co robią jego szefowie Kamiński i Wąsik. Patrząc jednak, kto przejmie schedę po nim, wyraźnie widać, że nie do końca o to chodzi. Sytuacja bardziej wskazuje na kolejną wojenkę, tym razem między ziobrystami a ludźmi PiS-u. Nowym szefem CBA ma zostać Andrzej Stróżny, podopieczny Święczkowskiego, tego, co to w Ministerstwie Sprawiedliwości jest „okiem i uchem prezesa”. Jeśli mam rację, jeśli rzeczywiście to walka rządu nad duszami, to biedny Ziobro nie może spać spokojnie. A już zapewne widział siebie na piedestale, po przejęciu Zjednoczonej Prawicy od schorowanego Kaczyńskiego. Duda ma zatarg z Sasinem. Morawiecki z Szydło, Gowina to w ogóle już chyba wszyscy nie lubią, Ziobro zżerany przez nadmiar ambicji popełnia błąd za błędem. Zjednoczona Prawica zaczyna się sypać. Destabilizacja służb, łamanie Konstytucji, wojny o sądy, Banaś, aferka w KNF, dwór Glapińskiego, GetBack, wpadki z Polską Fundacją Narodową, hejterzy w Ministerstwie Sprawiedliwości, srebrne wieże, nielegalnie działająca KRS, kondycja polskiej armii, policja sprowadzona do roli ochroniarzy imprez rządowych, korupcja i nepotyzm na niespotykaną dotąd skalę, walka o władzę między sobą. PiS zbudowało sobie wraz z koalicjantami kolosa, nie zauważając, że stoi on na glinianych nogach. Wiara, że im wolno wszystko, że głupi lud wszystko kupi, że prowizorka nazywana szumnie „dobrą zmianą” będzie trwała wiecznie, z każdym dniem okazuje się coraz bardziej widoczną iluzją. Ich ostatnią szansą na utrzymanie się przy korycie jest wygrana Dudy  w kampanii prezydenckiej. Jeśli tutaj polegną, to nawet to rozdawnictwo socjalne już im nie pomoże. Legną na gruzach swoich „reform”, manipulacji, niekompetencji i kłamstw. Jeśli jednak Duda wygra, wołami ich się od władzy nie odciągnie. I tak będziemy sobie żyć na zgliszczach ze stadem nienażartych stworków, które już zadbają o to, byśmy nie podskakiwali. Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl
Totalitaryzm PiS nie oznacza więzień, represji, sankcji itd., ale zmianę społeczeństwa przez państwo. Dlaczego Agent tomek postawił się, przecież doskonale widział, że wszystko straci, i będzie na celowniku policji politycznej i państwowych instytucji !?
Z forum: Jestem głęboko przekonany, że Duda wyborów nie wygra. Przecież – do cholery – musi się w społeczeństwie obudzić naturalny odruch samozachowawczy. Oczywiście, są przykłady na samozniszczenie państwa – na przykład III Rzesza niemiecka. Nie przesadzajmy jednak, Kaczyński nie ruszy na bolszewików. Pytanie brzmi, jak długo chcemy być rządzeni przez stado ignorantów, karierowiczów, złodziei, a w wielu przypadkach po prostu bandytów? 
19 02 2020 Wow! CBA wkroczyło do mieszkań Jarosława i Martyny..!? Obudziłem się zalany zimnym potem! 
Co znaleźli księżniczka nigdy nie pokalała się pracą, a ma majątek warty miliny.  A oto real!? CBA wkroczyło do mieszkań Mariana Banasia.
Rano funkcjonariusze CBA wkroczyli do mieszkań należących do prezesa NIK Mariana Banasia w Warszawie i Krakowie. Mieli wejść także do warszawskiego mieszkania córki szefa NIK. Akcja jest efektem śledztwa dotyczącego oświadczeń majątkowych pancernego Mariana. Pierwszy poinformował o tym portal Onet.pl. Według rmf24.pl funkcjonariusze mieli wkroczyć do mieszkań Banasia na zlecenie Prokuratury Regionalnej w Białymstoku, która prowadzi w tej sprawie śledztwo. Wiadomości te potwierdził w rozmowie z TVN24 rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Białymstoku Paweł Sawoń: „Mogę potwierdzić, że na polecenie Prokuratury Regionalnej w Białymstoku funkcjonariusze CBA przeprowadzają czynności procesowe polegające na przeszukaniu pomieszczeń mieszkalnych i biurowych. Ze względu na to, że czynności te trwają nie mogę udzielić informacji na ich temat” – oświadczył. Afera Banasia wybuchła, po emisji Superwizjera, który ujawnił, że w jednej z jego krakowskich kamienic prowadzony jest tzw. hotel na godziny. Przy okazji pojawiło się mnóstwo wątpliwości co do oświadczeń majątkowych szefa NIK. CBA podejrzewało szefa NIK o złożenie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu. „28 listopada 2019 roku CBA zakończyło procedurę kontroli oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, składanych przez niego w latach 2015-2019. Kontrola wykazała nieprawidłowości, które – w ocenie CBA – uzasadniają skierowanie sprawy do prokuratury” – czytamy w komunikacie biura. Na początku grudnia Prokuratura Regionalna w Białymstoku wszczęła śledztwo dotyczące m.in. podejrzeń nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych i deklaracjach podatkowych Banasia. Mimo licznych kontrowersji wobec osoby byłego wiceministra finansów nadal sprawuje on funkcję prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Źródło: wp.pl
Wow! Za Kaczyńskiego Najwyższa Izba Kontroli nie jest już najwyższa!?
Z forum: - Ojej, tyle czasu nic nie było, aż tu nagle jeden palec Lichockiej wskazał adresy?
- Czyżby te obietnice sadzania opozycji za jej przekręty w czasie rządów PO-PSL spełzły na niczym i trzeba brać się za swoich bo tu gdzie rzucisz kamieniem tam kombinator, oszust, lub nadużywający władzy? Radzik i Schab uważajcie jak będzie trzeba to i po was Kamiński wyśle CBA.
- Taki cud. Może te oko jest jakieś niepokalane
- Mecenas Banasia : "Nie ma podstaw faktycznych i prawnych do przeszukania. Co więcej, mieszkanie prezesa NIK-u chroni immunitet. W takiej sytuacji czynności CBA i Prokuratury Regionalnej w Białymstoku są niedopuszczalne i z całą pewnością złożymy na te czynności zażalenie”.
- To jest ten plan C o którym PiS mówił. W putinizmie prawo jest stosowane wybiórczo i według potrzeb do zwalczania przeciwników. Kolejny przykład.
19 02 2020 Funkcjonariusze CBA przeszukali auto i pokój hotelowy Jakuba Banasia – syna szefa NIK
Centralne Biuro Antykorupcyjne przeprowadziło spektakularną akcję wymierzoną w rodzinę Banasia. Agenci nie tylko zabrali telefon i laptop Jakuba Banasia, ale również przeszukali należące do niego auto i hotelowy pokój. Podobne czynności podjęto w mieszkaniach Mariana Banasia w Krakowie i Warszawie oraz w lokum należącym do córki szefa NIK.  Obrońca Mariana Banasia – jak podaje Onet – twierdzi, że mieszkania chronione są państwowym immunitetem i działania funkcjonariuszy CBA są nielegalne.  Marian Banaś został szefem NIK w sierpniu 2019 r. Już we wrześniu TVN wyemitował materiał, w którym oskarżono go zaniżenie swoich dochodów w oświadczeniach majątkowych i powiązania z krakowskim gangiem alfonsów. Stręczyciele mieli prowadzić hotel na godziny w kamienicy należącej do szefa NIK.  W grudniu ub.r. śledztwo ws. nieprawidłowości w oświadczeniu majątkowym Banasia zostało wszczęte przez Prokuraturę Regionalną w Białymstoku, co przyczyniło się do niemal całkowitej kompromitacji urzędnika. Nawet politycy Prawa i Sprawiedliwości odwrócili się od szefa NIK i zaczęli głośno domagać się jego dymisji.  Marian Banaś przyznał nawet, że rozważał rezygnację, ale nie mógł tego zrobić ze względu na… poczucie odpowiedzialności. Wkrótce potem szef NIK wytoczył ciężkie działa przeciwko PiS i opublikował raport ws. rządowego programu „Praca dla więźniów”. Kontrolerzy Banasia wykazali m.in. „liczne nieprawidłowości w finansowaniu inwestycji i remontów realizowanych ze środków publicznych”.  Źródło: onet.pl
Z forum: - Agent Tomek zatrzymany, mieszkanie córki Banasia - i jego trzy inne nieruchomości - przeszukane, a teraz jeszcze dochodzi informacja o zatrzymaniu syna szefa NIK. Służby nie bawią się dzisiaj w subtelności.
- Zmiana taktyki przez Kaczyńskiego. Szantażuje Banasia seniora synem. Banaś Junior jest umoczony w różne afery w zbrojeniówce. Wielomilionowe nadużycia w Maskpolu. NIK, czyli Banaś senior miał to zbadać. GW jest tekst "Tak PiS rządzi w zbrojeniach”. Wszędzie smród
19 02 2020 Banaś nie dopuścił do przeszukania gabinetu przez agentów.
PiS akcjami CBA ws. Mariana Banasia i agenta Tomka chce przykryć palec Lichockiej? Do podobnego wniosku można dojść, kiedy śledzi się dzisiejsze doniesienia związane z akcjami CBA wobec szefa NIK i byłego agenta CBA Tomasza Kaczmarka. Funkcjonariusze CBA bowiem nie tylko przeszukiwali mieszkania Mariana Banasia, ale weszli także do siedziby Najwyższej Izby Kontroli. Agenci chcieli przeszukać jego gabinet. Pracownicy NIK odmówili funkcjonariuszom CBA wejścia do pokoju Banasia. Według reportera RMF FM Patryka Michalskiego, miało dojść do „słownych przepychanek”. Samego Banasia nie było wtedy w siedzibie NIK, ale w końcu dotarł na miejsce i nie pozwolił na przeszukanie swojego gabinetu przez agentów CBA.
„Prezes NIK uznał, że nie zostały spełnione konstytucyjne przesłanki. Prezes nadal objęty jest immunitetem, a poza tym pamiętajmy, że w gabinecie prezesa mogą być różnego rodzaju dokumenty objęte różnego rodzaju klauzulami” – powiedział w rozmowie z RMF FM rzecznik NIK Zbigniew Matwiej. – „W sprawie Banasia połączono plan A, plan B i plan C w plan CBA”; – „Ciekawym „zbiegiem okoliczności” do p. Banasia wpadli, gdy partia zorientowała się, że palca Lichockiej nie da się pod dywan zamieść”; – „Jedynie ślub J. Kaczyńskiego mógłby przykryć swędzącą powiekę pani Joasi…” – komentowali internauci. – „Skoro od piątku – żeby przykryć środkowy palec posłanki Lichockiej – PiS zdołało ujawnić listy poparcia do KRS, zatrzymać agenta Tomka i przeszukać mieszkania M. Banasia, to teraz czas na przesłuchanie PJK ws. dwóch wież” – podsumowała na Twitterze Renata Grochal z „Newsweeka”. Źródło: RMF FM, Twitter
Z forum: - Pracownicy NIK nie mogą dopuścić do przeszukania gabinetu prezesa Izby. Nie tylko ze względu na immunitet, ale i z powodu dokumentów prowadzonych działań, jakie znajdują się w gabinecie. Są objęte ustawową tajemnicą kontrolerską. Zwolnić z niej może tylko sąd lub... prezes NIK. Się wyśle Misiewicza. Nie z takich strzeżonych miejsc dokumenty zabierał. 
17 02 2020 Duda wielki i potężny.
Na sobotniej konwencji PiS było wystawnie i bogato, bo też w ostatnich latach ta partia stała się jakoś nadspodziewanie zasobna. Uczestnicy spotkania byli w świetnych nastrojach. Doskonale się bawili, z mównicy leciał żart za żartem.   – Po wygranych wyborach Andrzej Duda prowadził bardzo trudną walkę z tymi, którzy bezczelnie łamali konstytucję i perfidnie wmawiali innym, że to my ją łamiemy! – kpił Jarosław Kaczyński, ku wielkiej uciesze słuchaczy.   – Andrzej Duda nie zawiódł Polaków! – dowcipkowała Beata Szydło. – Polska zmienia się na lepsze! – rozśmieszał publikę sam Pan Prezydent. Po tych fajerwerkach dowcipu przekazano zebranym zaskakującą wiadomość , że rada polityczna PiS niespodziewanie poparła kandydaturę Andrzeja Dudy. I na tym relację z inauguracji kampanii prezydenckiej można już zakończyć.
Ciekawiej działo się w Sejmie, gdzie parlamentarzyści PiS „z najwyższym oburzeniem” postanowili uchwalić, że teraz już nie wolno będzie krzyczeć, gwizdać, ani nawet buczeć na obecnego Pana Prezydenta, ponieważ są to „barbarzyńskie zachowania wymierzone w autorytet polskiego państwa”. Sami posłowie PiS mieli chyba świadomość, że nazwanie Andrzeja Dudy autorytetem czegokolwiek, a już Polski w szczególności, jest ryzykowną ekwilibrystyką stylistyczną, ale przecież chodziło im o to, że gwizdy i wrogie okrzyki (jak na przykład: – Konstytucja!) – bardzo peszą Pana Prezydenta z wielką szkodą dla Jego wyborczego wizerunku. Bo gdy Pan Prezydent jest skonsternowany, to mieszają mu się wyuczone frazy, uchodzi powietrze z balonika napompowanego emfazą i infantylnym zadęciem, głos ma wtedy niepewny i gromy rzucane na wrogów brzmią jak plaskanie zamokłych kapiszonów. I już nie mówi tak pięknie jak wtedy, gdy wiwatują, nie porywa tłumów jak na występach gdzie skandują Jego nazwisko. Co gorsza – takiemu, którego można skrzyczeć i zrugać jak psotnego Dudusia, młode dziewczyny nie będą chciały rzucać się na szyję. Jest jeszcze jeden powód, dla którego Andrzej Duda stać się powinien nietykalną świętością narodową. Otóż reprezentuje On Majestat zarówno Rzeczypospolitej, jak i Prezesa Kaczyńskiego.  Poprzedniego prezydenta wolno było obrażać, bo reprezentował tylko goły majestat, w dodatku stetryczały jakiś, wąsaty i z małej litery pisany. Majestat Dudy jest inny niż jego poprzedników, znacznie bardziej majestatyczny. Historia uczy, że dostojeństwo w rozmiarze XXL często zastępuje wiedzę, rozsądek i przyzwoitość, czyli cechy nakazujące umiarkowanie w sprawowaniu władzy. Gdy brakuje tych cech, a dodatkowo Majestat ma patriotyczne barwy idei narodowych, to jego nosicielowi wolno już wszystko – w naszym przypadku wszystko to, na co pozwoli Jarosław Kaczyński. Nasz Majestat uprawniony jest w szczególności do sortowania społeczeństwa na rozmaite kategorie, z których tylko jedną, tę osadzoną przy władzy, należy szanować, a pozostałe obrażać można do woli. W drugą stronę to nie działa, bo Dostojeństwo Andrzeja Dudy nie dopuszcza jakiejkolwiek krytyki Jego najwyższego urzędu, bez względu na to, czy Pan Prezydent dotrzymuje swojej przysięgi, czy już o niej zapomniał, i niezależnie od tego, czy szanuje i chroni Konstytucję, czy też traktuje ją jak brudnopis, bazgrze po jej zapisach i wydziera z niej kartki, żeby w oczekiwaniu na nowe amerykańskie zabawki już teraz puszczać sobie w pałacu papierowe samolociki.  Jeszcze pięć lat temu dla ważności prezydenckich decyzji trzeba było spełnić ustalone prawem warunki. Dziś to już tak nie funkcjonuje. Obecnie można ułaskawić kogoś, kogo sąd jeszcze prawomocnie nie skazał. Można odmówić nominacji sędziemu, który spełnił niezbędne kryteria, ale się Panu Prezydentowi lub Prezesowi nie spodobał. Można nominować do dowolnego sądu dowolnego człowieka bez względu na jego kwalifikacje, z pokrętną drogą zawodową czy zafajdanym życiorysem. Decyzją Pana Prezydenta sędzią może dzisiaj zostać każdy znajomy prezesa, niezależnie od tego, czy rekomendował go właściwy organ konstytucyjny, czy wybrana przez samą siebie grupa trzymająca z władzą. Pan Prezydent dysponujący Majestatem może interpretować przepisy wedle uznania (Prezesa), a nawet unieważniać sądowe wyroki. Dokładnie tak jak w PRL decydująca jest teraz Wola Polityczna, przed którą prawo musi się ugiąć.
Woli politycznej Panu Prezydentowi nie brakuje. Już w 2018 roku ówczesny senacki Zespół ds. Monitorowania Praworządności naliczył 13 artykułów Konstytucji złamanych przez Andrzeja Dudę i jego partię – i to tylko w zakresie tzw. „reformy sądownictwa”. – Ale który artykuł?! – pytała wtedy prezydencka małżonka (chyba jeszcze wolno pisać jej funkcję z małych liter?), gdy spotkana w fast foodzie uczennica wykrzyczała prezydentowi w twarz naruszanie ustawy zasadniczej. Dziś nikt już nie liczy przypadków bezprawia w wykonaniu doktora prawa, którego wstydzą się na jego macierzystym wydziale Jagiellonki, a w Trybunale Konstytucyjnym, rozmontowanym przez Dudę za pomocą długopisu, szatkowana jest już nawet preambuła osieroconej ustawy zasadniczej.  – Państwo to ja! – mawiał Ludwik XIV z Burbonów.  – Prawo to ja! – mówi Adrian I z Ucha Prezesa.  – O legalności nominacji mocą swego podpisu decyduje prezydent i może to uczynić kiedy zechce!  ogłasza Andrzej Duda. I dlatego pięciu kandydatów na sędziów SN od trzech lat czeka na nominację Pana Prezydenta.  Jedyną ich przewiną jest fakt, że zarekomendowała ich poprzednia, prawidłowo wybrana KRS. Ustawa rzeczywiście nie przewiduje terminu, w jakim prezydent ma obowiązek mianować sędziów, tyle tylko, że kiedy nie ma terminu, to polskie prawo nakazuje działanie niezwłoczne. Ale – jak w „Paragrafie 22” – o tym, co to znaczy „niezwłocznie”, decyduje w tym przypadku Pan Prezydent i urzędnicy z kancelarii. To nie jest ich wynalazek, bo już premier Szydło zabroniła Beacie Kempie publikować wyroki Trybunału Konstytucyjnego, ale Prezydent to inna liga i jego „niezwłocznie” musi być dłuższe niż dwa lata. Nie może tego zrozumieć dr hab. Michał Bilewicz, który od dawna czeka na swoją profesorską nominację. Wydaje mu się, że skoro spełnił wszystkie kryteria, to choćby prezydentowi nie podobało się to, co pisze i wykłada, powinien już dawno nadać mu tytuł. Nie bierze pod uwagę, że reguły prawa i logiki ograniczają tylko zwykłych prezydentów, a Andrzej Duda jest Prezydentem Nadzwyczajnym, wielkim, potężnym i omnipotentnym. Poza tym są tacy, którzy czekają jeszcze dłużej. Na przykład socjolog z Białegostoku Walter Żelazny, który podpadł Panu Prezydentowi udziałem w demonstracjach KOD i publiczną krytyką rządów PiS. Pracownicy prezydenckiej kancelarii w pocie czoła poszukują argumentów umożliwiających Prezydentowi ostateczną odmowę przyznania obu tym kandydatom profesorskich tytułów. Urzędnicy naciskani przez media bąkają, że dorobek naukowy kandydatów jest nie taki jak należy i że można mieć również wątpliwości co do fachowości i bezstronności recenzentów prac kandydatów. Tyle tylko, że w sprawie nominacji sędziowskich Konstytucja czyni prezydenta rejentem, a nie decydentem, a ustawy nie przewidują możliwości merytorycznego badania przez prezydenta wniosku o nadanie tytułu. Prawo zakłada bowiem, że liczne grono recenzentów dobieranych spośród najlepszych znawców przedmiotu trafniej oceni dorobek kandydata niż urzędnik państwowy, nawet ten najważniejszy. Tylko co z tego?  Zdawałoby się, że sędziowie Sądu Najwyższego, a także sędziowie unijnego Trybunału delegowani przez kraje europejskie, a także profesorowie wydziałów prawa najlepszych uniwersytetów oraz reprezentanci europejskich stowarzyszeń korporacyjnych – że to są koryfeusze prawa, największe autorytety, omnibusy wiedzy i najbardziej wiarygodni arbitrzy, godni rozstrzygać legislacyjne kontrowersje. A gówno prawda. Najlepszym prawnikiem na świecie jest Pan Prezydent RP. Potwierdzają to liczne światowe autorytety, takie jak magister Julia Przyłębska, magister Zbigniew Ziobro oraz inni wybitni konstytucjonaliści, jak choćby Patryk Jaki , Michał Wójcik, Sebastian Kaleta, czy Marcin Warchoł, nie wspominając już o takiej znakomitości jak znany już w całej Unii Jan Kanthak.  Tacy ludzie piszą polskie ustawy akceptowane potem przez Naczelnego Prawnika. Tacy ludzie wskazują, które zapisy Konstytucji są nieważne, a które od biedy można zaakceptować. Oni rekomendują Panu Prezydentowi nieważność wyroków Sądu Najwyższego i legalizują bezprawne akty legislacyjne. A Pan Prezydent tak bardzo polega na owych doradcach, że tylko raz miał inne zdanie, z którego zresztą po namyśle zrezygnował.  To się już nie powtórzy, bo przecież Wszechmogący nie popełniają błędów, a Wielcy Ludzie się nie cofają.  Więc póki mamy tego Prezydenta, to nie będą nam mówić w obcych językach, co mamy robić. 
PS. Prezes Justitii prof. Krystian Markiewicz wysłał do 55 rzeczników dyscyplinarnych list, w którym przypominał o konieczności szanowania Konstytucji i obowiązującego w Polsce prawa europejskiego. Zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik za każdy egzemplarz tego samego listu, wysłanego do każdego z rzeczników, postawił prof. Markiewiczowi po jednym zarzucie. Prezes Justitii ma zatem 55 zarzutów dyscyplinarnych. Funkcjonariuszowi mianowanym przez mgr Ziobrę dedykuję matematyczną zagadkę: pewien dziennikarz napisał felieton, w którym pomysł karania za nawoływanie do praworządności nazwał krańcową bezczelnością, a stawianie zarzutów proporcjonalnie do liczby odbiorców rzekomej dezinformacji – idiotyzmem. Felieton ten, sugerujący, że rzecznik Radzik jest durniem, dotarł do – powiedzmy – 10 tys. czytelników KODUJ 24. Pytanie: kiedy zakończy się ostatni proces tego dziennikarza, jeśli w wyniku „reformy sądownictwa” czas trwania postępowań karnych w dwóch instancjach, wskutek „naprawy sądownictwa” przez ekipę ministra Ziobry, wydłużył się ostatnio do 11 miesięcy? Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl 
16 02 2020 "Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze."
Sądzę, że już w 1980 roku światowy komunizm od Moskwy, Pekinu po Phnom Penh i Hawanę zrozumiał, że to już jego koniec, jeżeli nie dokona radykalnego przepoczwarzenia. Tak, tak, możemy być dumni – to wyrosły z dnia na dzień 10 milionowy ruch Solidarności uświadomił tyranom, ideologom i aparatczykom, że niewolnicy, mimo braku Spartakusa, czy nawet Mahatmy Gandhiego, już dalej nie pozwolą sobą kierować i dać się codziennie poniżać. Ze zdumieniem odkryli, że godność i duma jest immanentnym elementem człowieczego losu, tak samo jak pokarm i rozmnażanie. Tylko nieświadomość i prymitywizm ludu pozwalał tak długo nimi manipulować. Świadomość wzrosła i koniec bolszewizmu, czyli sowieckiej wersji komunizmu. Trzeba było wymyślić coś nowego. Tak żeby nic nie stracić, a może więcej zyskać. Nie było to takie trudne, bo komunizm, obok paru innych izmów należy do domeny zła, czy jak kto woli "czarnej strony mocy", gdzie decydującym wyznacznikiem jest zastąpienie prawdy przez kłamstwo. Czyli pora, żeby wymyślać nowe kłamstwa. Jak pamiętamy, a młodzi słyszeli od własnych rodziców, komuna dała sobie na zmianę maski, scenografii, scenariusza, a nawet aktorów, czas od 1980 roku do 1989. Prawie dziesięć, lat, budując podwaliny, pod zupełnie nowy system będący mieszaniną prymitywnego komunizmu z pierwotnym, brutalnym kapitalizmem, przygotowywano się do nowego/starego rozdania, nazywając to dla gawiedzi pompatycznie transformacją.Młodzi, którzy nie byli ofiarami tego manewru, na który niestety wielu z nas dało się oszukać, gdy chcą zobaczyć osobiście jak taka "transformacja" wygląda i smakuje, niech się wybiorą do Chin, bo tam to się właśnie dzieje. Porównując ten nowy po 1989 roku twór, "wymyślony" w Polsce, choć tak na prawdę na Kremlu, do innych systemów już istniejących, możemy go z całym przekonaniem nazwać para-mafijnym. Choć wszyscy wiedzą, co jest potrzebne, by system mafijny dobrze działał, to pozwolę sobie przypomnieć, że jest to organizacja przestępcza mogąca prosperować dzięki wzajemnym powiązaniu administracji państwowej – przestępców (czy to zwykłych gangsterów, czy tych w białych kołnierzykach) – służb specjalnych – wymiaru sprawiedliwości (czy najlepszych adwokatów zawsze mieli gangsterzy, panie Giertych?). A słowo "para" użyłem w znaczeniu – obok, przy, by zaznaczyć, że w odróżnieniu od niesławnych republik bananowych, tutaj państwo niby funkcjonuje normalnie, niby jest demokratyczne, niby są wolne wybory, sądy, policja itp. A mafia jest w tle. I tam, z ciemnego pokoju rzeczywiście rządzi. Władza komunistom i ich "obywatelskim" klonom była niezbędna tylko po to, by móc swobodnie i bezkarnie kraść i się bogacić. Oczywiście takie rozwydrzenie nie było dla wszystkich. O nie, nie, Tylko dla swoich. I jak wiemy, od góry do dołu. Od zaufanego krawężnika po pierwszą osobę w państwie. Ściśle przestrzegano, by każdy, który był na czerwonej liście dostał tyle, ile dawała mu pozycja w hierarchii, oraz bezczelność i brutalność. Nie dziwmy się zatem, że prezydent RP, wyrosły z młodzieżówki PZPR aparatczyk, który żadną pracą się nie zhańbił podążał utartą ścieżką stworzoną przez Ojców Założycieli III RP – grabić, kombinować, balować. Mówię oczywiście o Aleksandrze Kwaśniewskim, którego postawiono na urzędzie, by sobie poużywał i prezydencką twarzą firmował mafijne interesy. W żadnym wypadku nie był on głównym bossem. Był figurantem. Parasolem ochronnym. W okresie III RP, od 1989 do 2015 dokonano ogromnej grabieży majątku narodowego, jak również zasobów prywatnych zwykłych, często biednych obywateli. Zapewne kiedyś historycy wyliczą dokładnie ile Polska przez te 25 lat straciła. Wcale się nie zdziwię, gdy ukradziona przez tę mafię kwota będzie oscylowała wokół biliona złotych, czyli tysiąca miliardów zł. (1 000 000 000 000 zł). Przychylność większości narodu obecna władza już ma. Silna jest też presja społeczna, by wreszcie rozliczyć i zakończyć kryminalną stronę minionego okresu. Tego wymaga elementarna sprawiedliwość. Tymczasem zmieniła się w nowych wyborach władza Unii Europejskiej. Wprawdzie minimalnie, ale stała się mniej polakożercza, a europosłowie z innych państw są już autentycznie znudzeni szczuciem na swój kraj polskiej opozycji. Walka o naprawę sądownictwa wreszcie wchodzi w rozstrzygający etap. Prezes Gersdorf wkrótce kończy pracę w Sądzie najwyższym. A Izba Dyscyplinarna spowoduje, że przyzwyczajeni do samowoli i machlojek sędziowie dwa razy się zastanowią, zanim podejmą złą decyzję. Przestaną być bezkarni. Sytuacja gospodarcza państwa jest dobra. Zaczyna się realizować epokowe inwestycje. Dobrobyt obywateli powoli się polepsza. Klimat w kraju nie jest zły. Mimo coraz bardziej brutalnych i rozpaczliwych wysiłków opozycji, by nie dopuścić do poważnych zmian. Czy to dobry czas, by przystąpić wreszcie do frontalnego ataku i rozwalić patologiczny Układ trzeciej RP? Zniszczyć do końca panującą para-mafię polską. Przestępstwo dotyczące małżeństwa Aleksandra i Jolanty Kwaśniewskich i własności willi w Kazimierzu praktycznie zostało rozwikłane 13 lat temu. Jednak PIS stracił władzę. Panikę i strach już widać i czuć. Wznowienie prokuratorskiego śledztwa w sprawie byłego prezydenta i jego zaradnej małżonki, to setki przestępczych wątków, które nie tylko komunistów, ale także obecną totalną opozycję uderzą rykoszetem. Przypomniane zostaną kontakty z ruskim agentem Ałganowem. Handlowanie majątkiem narodowym z niesławnym ruskim oligarchą Mosze Kantorem, praca u Kulczyka i dbanie o jego interesy, jego praca dla pro-moskiewskiego ukraińskiego oligarchy i polityka Mykoły Złoczewskiego. Policzony zostanie ogromny majątek, na który nie ma pokrycia w dochodach. Apartament za 4,5 miliona kupiony od firmy Krauzego. Kolejna posiadłość na Mazurach. I kto wie, co jeszcze się dowiemy. Skazanie Kwaśniewskiego, kiedyś "złotego chłopaka" z SZSP – Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, któremu gwałtowny sukces tak przewrócił w głowie, że nawet nie chciało mu się zakończyć studiów, a mimo to skłamał składając prezydencką przysięgę, że jest magistrem, spowoduje lawinę i w rezultacie może całkowicie rozbić wszystkie nadal istniejące sieci komunistycznych i postkomunistycznych układów. Wreszcie nastąpi oczyszczenie i w kraju zapanuje normalność. A polityczni, sądowi, urzędniczy złoczyńcy, nie za działalność polityczną, tylko za czyny karalne, będą siedzieć nie w Berezie Kartuskiej, tylko w Strzelcach Opolskich, Wronkach, czy w Sztumie. Źródło niepoprawni.pl

16 02 2020 Świat się nie zawali, karawana jedzie dalej.
Mnie się też wiele razy zdarzało przepraszać za niewinność. I pewnie jeszcze nie jeden raz będę tak przepraszał. Pani Joanno - my Prawi gramy w grę w której są jakieś zasady - tym się różnimy od tej całej totalnej szczujni. Dobrze że Pani powiedziała przepraszam - nawet gdy nie było ku temu wystarczających powodów. I tak jak na tej focie powinna reagować na chamskie prowokacyjne zaczepki tłuszczy. Dobrze, że pani poseł się opamiętała, ale obawiam się, że do wyborów podobnych gestów może być więcej a najbardziej na tym ucierpi kampania Andrzeja Dudy. A lemingom tak tylko przypomnę. Życzenie innym śmierci. Kpiny z tragicznej śmierci. Grożenie dzieciom i rodzinie (Wielguckiego albo politykom PO, którzy przeszli do PiS) Ataki na kobiety, także fizyczne (Niesiołowski etc). Wożenie po Polsce żeby wyzywać od ch#jów. Gdyby ktoś szukał chamstwa. Przeprosili kiedykolwiek? Lichocka to nie Banaś i nie „dwie wieże” – PiS przespał kryzys i co gorsze dalej śpi. Nie pamiętam ile razy wykpiwałem i publikowałem krótkie diagnozy bieżących „afer”, które kwitowałem jednym zdaniem: „W poniedziałek nikt o tym nie będzie pamiętał”. Tak było z wieloma „nagłymi zwrotami na scenie politycznej”, tak wieloma, że większości nie pamiętam. Inną kategorią jest grzanie afer, bez społecznego potencjału, które przekonują przekonanych, tak się działo w przypadku „dwóch wież”, strajku nauczycieli i to samo dotyczy mydlanej opery pod tytułem „wolne sądy”. Tym razem ani nie będę się śmiał, ani uspokajał, nie mam też zamiaru robić z siebie idioty w złej sprawie, za to powiem jedno, ta głupota ma gigantyczny potencjał. Obiektywnie patrząc, można się zgodzić, że jeden „fuck” Lichockiej w skali politycznej zadymy nie jest niczym nadzwyczajnym i znacznie gorsze rzeczy się zdarzały, ale tu nie o obiektywizm chodzi. Pokazanie środkowego palca na debacie poświęconej 2 miliardom na TVP, co opozycja usiłowała nakryć najpodlejszym populizmem „dajmy te pieniądze na onkologię”, to symboliczny samograj. Spoty, memy, skojarzenia, produkują się same. Mało tego, w tym samym dniu Lichocka przedstawiała w Sejmie treść uchwały potępiającej bandyckie zachowania dyżurnych KOD- ziarzy w Pucku i Wejherowie – środkowe palce opadają. Niestety z Lichocką jest znacznie więcej i poważniejszych problemów, które nijak się nie wpisują w: „nie takie rzeczy widzieliśmy”. Problem najważniejszy to kompletny brak odpowiedzialności i panowania nad sobą, co w polityce niemal zawsze jest dyskwalifikacją, przecież „poprawienie powieki” to nie pierwsza żenada w wykonaniu tej posłanki. Problem drugi, to styl bycia, odstraszający nawet elektorat PiS i nie w promilowej części. Lekko licząc z 50% wyborców PiS nie jest w stanie Lichockiej znieść albo ledwie znosi i proszę tego nie mylić z wynikami wyborczymi, gdyby Lichocka startowała w moim okręgu też bym na nią, nie na Szczerbę głosował. Trzeci problem to „nie moja ręka” inaczej „palenie głupa”, rzecz doprowadzająca do szału wszystkich ludzi pod każdą szerokością geograficzną. „Styl” w jakim Lichocka wychodzi z kryzysu jest gorszy od samego kryzysu, a takie prezenty konkurencja wykorzystuje bezlitośnie. Problem czwarty to skrajny egoizm i przekonanie o własnej genialności i za te wyobrażenia o sobie płaci nie tylko PiS, ale płaci cała masa wolontariuszy tyrających na zwycięstwo PiS. Lichocka jednym idiotycznym gestem i kompromitującym „tłumaczeniem” spaliła tyle argumentów i cudzej pracy, że długo trzeba będzie te straty odrabiać. Każdy z powyższych problemów, aż krzyczy, że ta pani w kampanii wyborczej w kanciapie powinna kleić znaczki na koperty, a nie robić za „twarz PiS”. Ocena tego kim jest i co robi, do tego stopnia dramatyczna wygląda, że trudno odróżnić słowa radykalnego „pisiora” od słów radykalnego „leminga”, opinie są praktycznie identyczne. Nie ma nic gorszego w polityce niż generowanie negatywnych emocji w obu kierunkach. Gdy polityk drażni obóz przeciwny, to nawet przy stratach własnych jakoś się to bilansuje, czasami przynosi sporo korzyści. Zupełnie inaczej sprawy się mają przy działaniu na dwa fronty, Lichocka jednocześnie dostarcza paliwa opozycji i zasmradza atmosferę w elektoracie PiS. Człowiek ma bardzo wysokie mniemanie o sobie, chce być traktowany poważnie, chce widzieć, że ma wpływ i jakiś swój udział we wspólnej walce i jeśli po wylanym pocie i krwi słyszy, jakim jest „lemingiem otumanionym przez TVN”, to zapał mu gwałtownie siada. Mógłbym się pastwić jeszcze bardzo długo, ale cytując klasyka „to nic osobistego, to interesy”. W interesie PiS jest jak najszybsze zamknięcie żenady, całej żenady Lichockiej, nie tylko „palca”. Każda godzina zwłoki, nie mówiąc o dniu, będzie przynosiła straty, bo ani „gestu”, ani gestykulującej bronić się nie da i co najważniejsze poza garstką zaślepionych, nikt na wojnę o Lichocką nie pójdzie. Brutalnie mówiąc w tej chwili to już nie ma najmniejszego znaczenia, co tak naprawdę Lichocka pokazała i komu, przekazy dnia są jasne, straty absurdalne i w takim przypadku odpowiedzialny polityk mówi jedno: „Przepraszam, ale nie „moja osoba” jest tu najważniejsza, dla dobra sprawy znikam, przepraszam”. Tak uczyniłby każdy polityk i żeby daleko nie szukać sam Jarosław Kaczyński, który rzeczywiście i jak nikt inny wielokrotnie był ofiarą nagonek, w kampanii wyborczej się „chował”. Średnio rozgarnięty obserwator wiedział, czym się „poprawienie powieki” skończy i jak się rozleje w ułamku sekundy, jeśli natychmiast nie zostanie przecięte. PiS albo nie rozumie siły emocji elektoratu i do tego siły Internetu, w co mi się nie chce wierzyć albo zadziałał żelazny immunitet, czyli osobista sympatia i słabość Kaczyńskiego do Lichockiej. Patrzę na to z koniecznym dystansem i pełną troską o cel najważniejszy, bez którego wszystko posypie się jak klocki lego. Nic się tu i teraz nie liczy bardziej niż druga kadencja Andrzeja Dudy. Byłoby czymś wyjątkowo głupim, wręcz absurdalnym, gdyby pierwszym klockiem okazała się Lichocka. PiS już przespał właściwy moment, ale co gorsze śpi dalej i to jest całkowicie niezrozumiałe. Bezsensowna, idiotyczna i amatorska reprodukcja strat wizerunkowych. Pobudka! Epilog. Pominąłem jeden, ale niezwykle istotny argument, nie tyle na rzecz Lichockiej, co na samoistne wyjście z tego bagienka - najgłupsza na świecie opozycja. Miller rozsyła grafiki z "Fuck PiS", młody Stuhr przebija Lichocką w "poprawianiu makijażu", Owsiak potępia słowami "niech pani nie pierd..i". Wydaje się, że to dopiero początek, a ten poziom głupoty i arogancji ma siłę wodospadu, która otrzeźwi elektorat. Źródło niepoprawni.pl
14 02 2020 Polityczne dary niebios.
Totalni cieszyli się jak dzieci z chamowa które urządzili w Pucku emerytowani esbecy a już dzisiaj jednym głosem wołają "to nie my" i " a u was biją murzynów".Ten obwoźny cyrk resortowych kretynów tak naprawdę pracuję na korzyść PAD. Na Czerskiej żałoba. Warto przypomnieć, że jeszcze niedawno Platforma przedstawiała M.K. Błońską jako nobliwą panią wicemarszałek, o zacnych przodkach, która miała do kampanii wprowadzić nową jakość, umiar, spokój i elegancję. A wyszło jak zwykle czyli gnój, szambo i żenada. Samozwańczo ogłaszam się weteranem kampanii wyborczych, bo mi się należy jak psu zupa. Widziałem i opisywałem już tyle kampanii, że nie pamiętam dokładnej liczby i takie doświadczenie pozwala na zachowanie dużego spokoju, a także dystansu koniecznego do właściwej oceny. Gdy większość się bulwersuje, mnoży przymiotniki i siłuje się z porównaniami kto wyje i buczy bardziej, mnie przed oczami, cytując klasyka, „nie pierwszy raz staje” obraz z poprzednich kampanii. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy wyborcy PiS buczą na Bartoszewskiego, czy Komorowski zaciska pięść i drze się wniebogłosy „nie ma zgody na brak zgody”, czy też obwoźna chuliganeria z KOD rzuca bluzgi w stronę Andrzeja Dudy. Wszystkie te przypadki łączy jedno – przegrana w wyborach. Ludzie cierpią, jak rybka Dori, na zanik pamięci krótkotrwałej, tysiące stron zapisanych, miliony słów wypowiedzianych, ale następnego dnia wszystko od nowa. Wróćmy do 2011 roku i kampanii wyborczej PiS, który wtedy bardzo mocno żył Smoleńskiem, twarzą kampanii był Jarosław Kaczyński, TVN non stop pokazywał groźne miny Macierewicza i największy hit-spot „Oni pójdą na wybory” z psychopatą Hadaczem krzyczącym do kamery. Wówczas piano, że PiS jest „niewybieralny”, przez twarz Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza i nieustanne wracanie do Smoleńska. W tych wszystkich analizach było tylko pół prawdy, cała prawda nazywa się agresja. Nie można popełnić większego błędu, szczególnie w polskich kampaniach wyborczych, niż pokazanie agresji. Nie ma znaczenia czy w 2011 roku PiS był, czy nie był agresywny, liczy się tylko to, że metka agresji została PiS skutecznie i trwale przyklejona. Teraz wspomnijmy dobre czasy i fantastyczny rok 2015 z podwójnym zwycięstwem PiS. Twarzami kampanii byli: Beata Szydło i Andrzej Duda, o Smoleńsku ani słowa, za to powstała zupełnie nowa jakość przekazu. PiS mówił prawie wyłącznie o tym, że dzięki programom społecznym Polakom będzie się żyć lepiej, Andrzej Duda z rodziną wyglądali jak „amerykańska kampania”. Uśmiechy, ładne obrazki, cienia agresji. I nieprawdą jest, że Jarosław Kaczyński z Antonim Macierewiczem nie istnieli, nie tylko istnieli, ale na drugim planie robili dużą robotę utrzymując kontakt z tą częścią elektoratu, która oczekiwała czegoś więcej niż uśmiechów i kolorowych obrazków. W tym samym roku fatalną kampanię zaliczył Komorowski i sama PO. Obie kampanie wyglądały dokładnie tak, jak start Kidawy-Błońskiej, dużo gadania o miłości i „łączeniu Polaków”, a potem zaciśnięta pieść na ulicznych wiecach i suflerka przyklejona do pleców, która podpowiada jak rozmawiać z „prostymi ludźmi”. PiS wziął srogi rewanż, odkleił metkę agresji i nalepił na czole całej PO. Co bardziej rozgarnięci komentatorzy zamiast się podniecać i unosić moralnie, zastanawiają się jak to możliwe, że PO i Kidawa-Błońska popełniają tak fatalny błąd i już na starcie kampanii sięgają po samobójczą broń – agresję. Nie koniec na tym, oni sięgają po te same agresywne twarze, wynajętych zbirów po prostu, których Internet rozpoznaje w 3 sekundy i nawet nie musi używać Google. Stało się tak, ponieważ PO i Kidawa-Błońska, to PO i Kidawa-Błońska, z tej gliny żadnego chleba nie będzie. Wracają do tych samych schematów, bo zwyczajnie nie mają żadnego pomysłu na kampanię i to się nie zmieni do końca. Będą się miotać, jak się miotali w 2015 roku i kolejnych latach. Jednego dnia małżeństwa homoseksualne i pedofilia księży, drugiego dnia wizyta w Watykanie. Jednego dnia „łączenie Polaków” i w tym samym dniu podziękowania dla zbirów, którzy krzyczą do Prezydenta RP „ty ch..u”. Start Kidawy-Błońskiej jest wymarzony, przypuszczam, że sztab Andrzeja Dudy nie miał śmiałości się pomodlić o takie dary niebios, żeby nie popełnić grzechu pychy i lenistwa. Nagroda przyszła sama, osobiście zapakowana i dostarczona przez Kidawę-Błońską, która zaliczyła pierwsze „na Mazury macać kury”. Wprawdzie jestem prawie pewien, że te obwoźne bandziory zostaną zwinięte, nawet media i „eksperci” sprzyjający PO widzą ogromny straty wizerunkowe, ale agresja nie zniknie, tylko zmieni formę. Kampanii wyborczej w Polsce nie wygrywa się agresją, jedynie spokojnym przekazem, wizją lepszego życia i kolorowym, ładnym, obrazkiem. Andrzej Duda wypełnia wszystkie kryteria zwycięskiej kampanii, Kidawa-Błońska z każdym dniem będzie się topić w agresji, co zapewni coraz bardziej sfrustrowany sztab i wyborcy. Polityczne dary niebios! Źródło: niepoprawni.pl
11 02 2020 Duda wygwizdany w Pucku. „Będziesz siedział” i „Marionetka” skandowali mieszkańcy Kaszub.
Andrzej Duda wziął udział w obchodach 100. rocznicy zaślubin z morzem w Pucku. Został wygwizdany przez tłum niezadowolonych mieszkańców. Opozycjoniści wykrzykiwali m.in. „będziesz siedział”, „marionetka” oraz „republika banasiowa”. 10 lutego 1920 r. gen. Józef Haller dokonał uroczystych zaślubin Polski z morzem. Wydarzenie to zostało upamiętnione przez prezydenta Dudę. Polityk przemawiał przed kościołem pw. św. Apostołów Piotra i Pawła, gdzie odsłonił pamiątkową tablicę. „Tamto wydarzenie w czasach odbudowy kraju, było jednym z najważniejszych. Polska wróciła nad Bałtyk i możliwy był rozwój. Morza i oceany świata stały się dla nas otwarte. To był bardzo ważny czas, który nie byłby możliwy, gdyby nie wasi ojcowie i dziadkowie, gdyby nie Kaszubi” – grzmiał Duda. Przemówienie nie spodobało się mieszkańcom Pucka. Część zgromadzonych osób wykrzykiwała w stronę prezydenta hasła, takie jak „Trybunał Stanu” i „marionetka”. Prezydent nie zareagował na okrzyki krytyków. Co ciekawe, protest został pokazany w TVP Info, która najwidoczniej nie była przygotowana na taką okoliczność.  Czy ktoś za to odpowie? Jeden z użytkowników Twittera zażartował, że „poleci realizator dźwięku”. „I wyjdzie, że miał ojca w UB, a matkę w Stasi – sam zaś był w PO” – dodał inny krytyczny internauta. Nie zabrakło przy tym głosów zwykłych trolli i prawicowych ekstremistów. Niektórzy z nich zalali sieć komentarzami na temat „bolszewickich” inspiracji protestu i sugerowali, że mieszkańcy zostali… przekupieni.  Źródła: wp.pl, Twitter
- Jak oni wleźli na to spotkanie, niech się podzielą tym z innymi!? Zazwyczaj jest tak, jak tylko ktoś zacznie wyrażać swoje niezadowolenie zaraz pojawiają się tacy mili panowie z piskajdy, i brutalnie przekazują „rozrabiakę” w ręce policji, a ta wlepia nieprawnie mandat ponoć za zakłócanie porządku publicznego za głośne okrzyki. Dziwne to bo ten na scenie i obok niego krzyczą jeszcze głośniej!?
Z forum: Po porcie roznosiły się słowa Dudy przeplatane głośnymi okrzykami: „Republika banasiowa”, „Konstytucja”, „Kłamca”, „Będziesz siedział”. Na barierkach zawisły transparenty: „Duda jesteś wstydem narodu”, „1920 zaślubiny z morzem. 2020 rozwód Europą”

11 02 2020 Można i tak: Lewackie bojówki KOD niczym lewackie bojówki bolszewickie!
Na spotkaniu Prezydenta z mieszkańcami Pucka i Wejherowa mieliśmy po raz kolejny popis antydemokratycznych i totalitarnych lewackich bojówek KOD nie uznających legalnie wybranych przez polski naród władz Rzeczpospolitej Polskiej i odurzonych lewacką fanatyczną gotowością nawet na siłowe dokonanie zamachu stanu w Polsce. Te bojówki przypominają mi lewackie bojówki bolszewickie. Skandowano obrzydliwe hasła wobec prezydenta w stylu "Ty ch..ju" a kandydatka na Prezydenta M. Kidawa-Błońska ściskała się z KOD-owcami zapewniając ją, że ich krzyki były słyszalne. Zdaje się, że KOD-owcy "dostali wiatr w żagle" i cała ta kampania wyborcza będzie podobna: rozwydrzeni i fanatyczni zwolennicy M. Kidawy-Błońskiej kontra stateczna i umiarkowana kampania Prezydenta A. Dudy. Obrzydliwym jest jednak to, że kandydatka PO-KO niejako sankcjonuje takie zachowanie, bo tylko na emocjonalnych fanatykach może oprzeć swoją kampanię. Poza rozchwianiem nastrojów społecznych nie ma dla Polski i Polaków żadnej propozycji... no chyba, że uznamy likwidację 500+ i innych programów społeczne realizowanych przez rządy ZP (PiS) albo całkowite odwrócenie reform i doprowadzenie do sytuacji, w której "będzie tak, jak było" w całej III RP.
Polacy! Oni wszyscy razem z M. Kidawą-Błońską uważają, że jesteście głupcami i polskimi podludzkimi idiotami a tym samym łatwo Was zmanipulować i wykorzystywać do własnych celów i obrony ich dostatniego życia żerującego na nas, naszym polskim majątku i naszej pięknej Polsce. Nie pozwólcie na to! Jesteście wszak Polakami, potomkami wielkich bohaterów i zwykłych naszych rodaków, którzy nigdy nie poddali się zniewoleniu, nawet w czasie zaborów, wojen, czy lewackiej, komunistycznej dyktatury!
Dziś lewacy - kreatorzy i beneficjenci III RP - walczą z Polską i Polakami i wszystkimi, którzy polskość mają w duszy i sercu. Walczą jedynie o odzyskanie swojej władzy i profitów z niej płynących, walczą o uniknięcie kary za swoje przestępstwa i za działanie na szkodę naszej Ojczyzny. I będą walczyć do upadłego. Nawet - zgodnie z lewacką logiką - antydemokratycznie i antykonstytucyjnie podważając Wasz demokratyczny wybór i legalne władze polskie. Nawet poprzez otumanianie Was i skłanianie do demonstracji czy też obalania poprzez zamach stanu legalnych polskich władz.Pamiętajcie! To chorzy na władzę i pieniądze śmieszni i jednocześnie groźni antydemokratyczni szaleńcy... Nie ulegajcie ich szaleństwu i nie wierzcie w ich piękne, ale obłudne i hipoktytyczne hasła o zagrożeniu wolności czy praworządności... tak naprawdę ich wolności i ich bezkarności. Wszystkie ostatnie wybory były tymi najważniejszymi. Tak jest i teraz więc wybierzmy osobę, która gwarantuje trwanie "dobrej zmiany". Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... Źródło: niepoprawni.pl
- Nie ma co się buldoczyć! Nie znieważaj to nie będziesz znieważany! Na co sobie Duda zasłużył to otrzymał !? No a jak Ziobro zatrudnia hejterów, hoduje farmy trolli, to jest cacy!? Dał nam przykład Zbyszko jak zwyciężać mamy!?
Z archiwum:
- Fajna ta praca w terenie działaczy PiS- u spotykają się tylko z lokalnymi działaczami w szczelnie zamkniętych salach, nikt obcy na takie spotkanie nie wejdzie. Bojówki z ONR czuwają nad prawidłowym przebiegiem takich spotkań. No a jak wejdzie i się odezwie to zaraz go zaduszą! PiS- owcy wyjdziecie na ulice miast, i tam róbcie kampanie wyborcze!?
- Obok konwencji w Piotrkowie, demonstrowali niezadowoleni, doszło do przepychanek, kłótni!? Co bojówki z ONR-u ulubione diabełki Kaczyńskiego zawiodły i nie dotarły na spotkanie !? No bo kto by przypuszczał, że w Piotrkowie będą demonstrowali niezadowolenie z PiS- u! Zastanawiam się jak to się dzieje, że na tych spotkaniach przedwyborczych są sami „fanatycy” PiS-u Kaczyńskiego, specjalne przepustki mają?
- Spotkanie z mieszkańcami Piotrkowskiego Grodu było przed wejściem do MOK , ale „tchórz smoleński” serwował się ucieczką!? Nie wpuścili tylko przegonili!? 07 10 2019: Macierewicz mnie zapraszał na spotkanie i projekcję filmu, a jego „siepacze” znowu mnie nie wpuścili, bo to było zamknięte spotkanie tylko dla tych ze specjalnymi przepustkami!? Po zwycięskich wyborach dla PiS-u przepustki staną się powszechne jak chleb!
- Rządy PiS to Disco Polo z elementami pieśni kościelnych i gangsterskiego rapu. Jeśli obecnej władzy trzeba tłumaczyć jak być przyzwoitym, za co dostaje się po łapach, to nasuwa się pytanie czy ludzie tej władzy potrafią samodzielnie myśleć? Być przyzwoitym czy to naprawdę jest takie trudne? Czy wkrótce obudzimy się w Polsce pod butem Kaczyńskiego tylko od Ciebie to zależy!?
09 02 2020 Jajka „Wyborczej”, czyli drożyzna bije w Dudę.
Macherzy od kampanii prezydenckiej PiS dwoją się i troją, by przekonać wyborców, że drożyzny nie ma. Wymyślili ją wredni dziennikarze. Gdy „Gazeta Wyborcza” opublikowała w piątek materiał demaskujący skalę wzrostu cen artykułów spożywczych pod rządami PiS, propaganda obozu władzy przystąpiła do zmasowanego ataku. Na Twitterze, na Faceboooku, na stronach internetowych głównych mediów pisowskich zaroiło się od publikacji robiących odbiorcom wodę z mózgu i próbujących im wmówić, że żadnego wzrostu cen nie ma. Że w istocie „Wyborcza” problem wymyśliła i złośliwie kupiła za drogie jajka. Takie właśnie komentarze pojawiły się m.in. na stronach „Tygodnika Solidarność”, Stefczyk.info, wPolityce.pl, w blogach i postach licznych funkcjonariuszy i kiboli „dobrej zmiany”. Ta zmasowana (i sprawiająca wrażenie skoordynowanej) reakcja pokazuje, czego boi się władza. Członkom okupującej Polskę sitwy sen z oczu spędza perspektywa społecznego niezadowolenia z powodu drożyzny. By oddalić to niebezpieczeństwo, medialni funkcjonariusze gotowi są wymyślać najabsurdalniejsze teorie i zaklinać rzeczywistość z nadzieją, że „ciemny lud to kupi”. W sklepach jest coraz drożej? To przez jajka, które kupiła „Wyborcza”. Inflacja podskoczyła w grudniu 2019 do 3,4 proc, a w styczniu może nawet przekroczy 4 proc.? Winne jajka. W życie wchodzą podwyżki prądu, czynszów, opłat za wywóz śmieci, drożeją usługi, frank szwajcarski ociera się o 4 złote? Jajka „Wyborczej”. Ostatnio szok przeżyłem w niepublicznej przychodni specjalistycznej, do której chodzi moja córka (bo dostęp do lekarzy specjalistów w publicznej służbie zdrowia jest fikcją). Przez długi czas koszt wizyty wynosił 160 zł. W ostatnich dwóch latach podskoczył najpierw do 190, a potem do 220 złotych. Jednak w czasie ostatniej wizyty zapłaciłem już 300 złotych. Drożyzna? Nie – jajka „Wyborczej”. Propagandyści władzy, miotając się w panice, stosują dwie wzajemnie sprzeczne narracje. Z jednej strony starają się wmówić opinii publicznej, że ceny nie rosną, a jednocześnie przekonują, że wzrost cen jest rzeczą nieuniknioną i naturalną, bo przecież rosną też pensje. Dyskretnie przemilczają przy tym fakt, że udział wydatków na żywność w budżetach domowych Polaków rośnie. To ważny wskaźnik zamożności – w bogacącym się społeczeństwie ten udział powinien wyraźnie spadać, tymczasem w Polsce nie tylko stoi w miejscu, ale nawet lekko się zwiększa : w 2015 r. na jedzenie przeznaczaliśmy 24,36 proc. naszych domowych budżetów, a obecnie 24,89 proc. Wysiłki oficjalnej propagandy przypominają metody znane z czasów PRL, kiedy władza też starała się uśmierzyć niezadowolenie społeczne, przekonując obywateli, że żadnej drożyzny nie ma – tylko wrogowie Polski Ludowej, wspierani przez wiadome kręgi na Zachodzie, rozpowszechniają takie nieprawdziwe plotki. Przecież nawet jeśli zdrożała żywność, to staniały lokomotywy oraz stal walcowana, więc bilans wychodzi na zero. Pisowscy stratedzy doskonale zdają sobie sprawę, że coraz powszechniejsze niezadowolenie obywateli z gwałtownie rosnących kosztów życia jest szczególnie dużym zagrożeniem teraz – w momencie startu kampanii prezydenckiej, w czasie której obóz władzy składa wyborcom obietnice kolejnych hojnych prezentów. Projekt tzw. emerytur stażowych oznacza, że na emeryturę będzie można przechodzić znacznie wcześniej niż dziś (władza oczywiście pomija milczeniem kwestię wysokości tych emerytur) – np. kobieta, która rozpoczęła pracę w wieku 20 lat, będzie mogła przejść na emeryturę w chwili ukończenia 55 lat. Pisowscy manipulanci wymyślili te „emerytury stażowe”, by skusić wyborców do głosowania na Dudę. Sęk w tym, że jak wyliczają specjaliści, koszt realizacji tej zapowiedzi wyniesie 13 mld zł rocznie. Jest więc ryzyko, że narzekający na drożyznę wyborcy, zamiast ucieszyć się z zapowiedzi kolejnego daru dobrej władzy dla ludu, mogą dostrzec w niej raczej obietnicę jeszcze szybszego wzrostu cen. A tego chcielibyśmy uniknąć, nieprawdaż? Wyborcy, strzeżcie się jajek „Wyborczej”! Wojciech Maziarski. Źródło koduj24.pl
- Miała być 13 dla emerytów ale w senacie przepadła! PiS nikomu tych pieniędzy nie zabiera, tylko pojawiła się nadzieja, że emeryci je otrzymają!? A tak przez głupotę senatorów nadal będą w banku leżały i dziurę budżetową łatały, czy aby tylko!?
- Wkrótce za Morawickiego przyjdzie nam mieszkać w szałasach, ogrzewanych, i oświetlanych ogniskiem! Tylko na jak długo starczy nam drzewa? I mnie to nie będzie dziwić bo premierem jest osoba nieznająca tabliczki mnożenia!? 
07 02 2020 „Czy to prawda że 500+ i inne dodatki są przyznawane z pieniędzy podatników”. 
Badania dotyczące wiedzy ekonomicznej Polaków. Portal Ciekawe Liczby przedstawił czytelnikom badania dotyczące wiedzy ekonomicznej Polaków. Wielu rodaków nie zdaje sobie sprawy, skąd naprawdę pochodzą pieniądze wypłacane w ramach programu „500 plus”. Zaledwie 44% respondentów wie, że środki z „500 plus” pochodzą „z podatków, które ja płacę”. Znacznie więcej nie ma o tym pojęcia: 24% wskazało na odpowiedź „z podatków, które płacą inni ludzie”; 7% „z podatków płaconych przez firmy”; 7% wybrało wariant „z pieniędzy rządowych”; 16% przyznało, że nie zna odpowiedzi. Wyniki pokazują, że najwięcej ekonomicznych analfabetów jest wśród wyborców PiS. 21% prawicowców myśli, że na „500 plus” składają się wyłącznie „inni ludzie” (!). Należy przy tym zaznaczyć, że zwolennicy KO i Lewicy są o wiele bardziej świadomi. Dane przedstawione przez Ciekawe Liczby wprawiają w osłupienie. Okazuje się jednak, że jeszcze kilka lat temu było gorzej… Tak przynajmniej twierdzi Alicja Defratyka – autorka sondaży i założycielka wspomnianego serwisu internetowego. „Badanie pokazuje, że świadomość ekonomiczna Polaków nieznacznie wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat. Wynika to między innymi z nagłaśniania przez polityków i media tematów gospodarczych w kampanii wyborczej. Może to sprawić, że ludzie nie będą tak łatwo ulegali populistycznym obietnicom wiedząc, że w konsekwencji to oni będą musieli zapłacić za ich realizację z własnych pieniędzy” – oceniła A. Defratyka.
Ciekawe Liczby przebadały też świadomość na temat podwyższenia pensji minimalnej. Najbardziej świadomi zagrożeń z tym związanych są zwolennicy opozycji. Sympatycy PiS pozostają daleko w tyle – zaledwie 33% z nich domyśla się, że zwiększenie płac może się wiązać ze zwolnieniem części pracowników. Przykładów braku wiedzy niektórych wyborców daleko nie trzeba szukać. Na Twitterze coraz większą popularnością cieszy się zdjęcie przedstawiające wypowiedź jednej z użytkowniczek Facebooka. Kobieta publicznie rozważała nad tym, czy „500 plus” i świadczenia socjalne przyznawane są z pieniędzy podatników…„Dzień dobry, zapytam się bardziej doświatczonych osób (pisownia oryginalna – przyp. red.), ponieważ to pytanie męczy mnie od jakiegoś czasu. Mianowicie czy to prawda że 500+ i inne dodatki są przyznawane z pieniędzy podatników czyli nas, co świadczy o tym że PiS zabiera nam pieniądze a następnie oddaje nasze zarobki?”. Pytanie anonimowej internautki wolimy pozostawić bez komentarza. 
Źródło: ciekaweliczby.pl, Twitter
A PiSałem, mówiłem, ale i nikt mnie nie słuchał: Rząd nie ma pieniędzy, zatem Morawiecki musi wpierw podatników ogolić do gołej skóry, ba nawet do kości by zrealizować swoje obietnice wyborcze. Czy jest w stanie wydusić bilion złotych z podatników? Morawiecki rzuca miliardami tak jakby to były banknoty 100-u złotowe. Obrazowo by Morawiecki spełnił wszystkie obietnice musiałby przykryć Polskę banknotami 100 zł, warstwą o grubości 2 cm. Skąd je weźmie, najprościej byłoby je wydrukować!? Zatem w czym jest problem!?
Z forum: - A od kiedy to rząd ma jakieś SWOJE pieniądze?Składają się co miesiąc premier z ministrami ze swoich prywatnych?"Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy." M.Thatcher
- Nie skądże znowu, wszyscy wiedzą ze pis inwestuje pieniądze gromadzone przez ZUS na zagranicznych giełdach (głównie we Frankfurcie) i to z tych zysków wypłaca nam nasze należne 500+ a nadwyżkę zysku przeznacza na 13 emerytury. I to Niemcy finalnie finansują nam socjal bo to oni przegrali wojnę z naszymi wojskami pod wodzą Matołusza Morawieckiego. Każdy o tym wie przecie….
O ekonomicznym analfabetyzmie rodaków pisałem już wielokrotnie w swoich komentarzach., a badanie „Ciekawych liczb” to tylko potwierdza. Co niektórym mocno utkwiły w pamięci słowa Urbana z czasów gdy był rzecznikiem rządu „Rząd się sam wyżywi’ Ale w ekonomicznym dyletanctwie Urbana goni Morawiecki ze stwierdzeniem „bogacimy się dzięki transferom socjalnym”. Z badań wynika że ciągle znaczna część ludzi w te brednie wierzy.
Kilka miesięcy temu krążył taki dowcip idealnie odzwierciedlający polskie myślenie o ekonomii :
„Państwo socjalne i nietolerancja
Wpada Jasio ze szkoły do domu i pyta mamy:
– Mamo ,mamo powiedz mi „Co to jest państwo socjalne i nietolerancja?” Bo ja nic z tego zrozumieć nie mogę
Mama po namyśle odpowiada:
– Widzisz, mama nie pracuje, tata nie pracuje, za mieszkanie płaci nam gmina, dostajemy 500+ na ciebie ,zasiłek z opieki społecznej, wyprawkę szkolną,….i to jest własnie państwo socjalne.
Jasio pyta mamy:
-A kto za to wszystko płaci?
– No ci co pracują i płaca podatki – odpowiada mama
Jaś pomyślał i pyta mamy:
– I ci co pracują i płacą podatki nie są wk….wieni?
– Są i to jest właśnie nietolerancja 
03 02 2020 Brexit to wielki problem UE i nadzieja dla Polski.
Wielka Brytania żegna się z UE. Unia Europejska, która sama siebie niszczy która wybrała Berlin zamiast wspólnoty ojczyzn. Unia biurokracji i ideologii. Nordstream2 i układów z Moskwą. Unia która katowanie ludzi w Paryżu nazywa demokracją a reformę w Polsce- faszyzmem. Unia Europejska Tuska, PO, Rosatiego i Putina. Wczoraj Breżniew i Andropow, dziś Timmermans i Verhofstadt.  UE miała być wspólnota państw gdzie każdego głos jest ważny o podobnych wartościach. Obecnie UE to nie to samo co kiedyś. Z tej okazji przypomnijmy o roli Tuska, króla Europy. O jego bufonadzie, chamstwie wobec Brytyjczyków, kretyńskich wtopach, nieudolności, pełnej żenady, którą obserwowało pół Europy. Brytyjczycy zapamiętają go jako szczura i brukselskiego mafiozo. Oni go naprawdę szczerze nienawidzą. Tak zapamiętany będzie Donald Tusk jako karykaturą polityka. Niech cały świat dowie się jaka to zdradziecka antypolska szuja na niemieckich usługach. I bardzo dobrze. The Sun;EU DIRTY RATS.. Brytyjczycy po prostu nie mają mentalności niewolnika jak my Polacy a bynajmniej większość z nas czuję się lepiej jak ma swojego Pana na zachodzie. Kiedy zaczniemy myśleć sami o sobie podmiotowo. Myślę, że państwa, którym nie podoba się UE w aktualnym kształcie, będą pilnie śledzić losy UK i jeśli wszystko będzie zgodnie z oczekiwaniami zwolenników Brexitu, to będziemy świadkami rozpadu UE. Niewykluczone, że powstanie jakaś nowa unia państw ceniących wolność...Poniżej polecam znakomity felieton Piotra Wielguckiego Jako to jest z opiniami ekspertów? Odwrotnie, najczęściej dokładnie odwrotnie niż się eksperci wypowiadają. Dotyczy to praktycznie wszystkich dziedzin i ekspertów podłączonych do mediów. Tak normalnie, prywatnie, czy w ośrodku zdrowia, lekarze śmieją się z najnowszego wirusa, ale gdy tylko zobaczą kamerą i mikrofon natychmiast zaczyna się gadka o myciu rąk noszeniu maseczek i unikaniu zakupów internetowych przez Amazona. O polityce szkoda wspominać, w tej dziedzinie to i prywatnie rzadko kiedy coś mądrego od polityka, czy jeszcze gorzej, politologa, się usłyszy. Brexit przez ekspertów był komentowany w jednym kierunku – wielka strata dla Unii i dla Polski. Gdzie, w którym miejscu, pytam grzecznie? Dla Unii jest to strata w tym sensie, że wielki marksistowski projekt rzeczywiście stracił jednego członka międzynarodówki i co więcej, to duży i poważny kraj. Tyle tylko, że Wielka Brytania od samego początku do samego końca była czarną owcą na łące „europejskich wartości”. Wyspiarze nigdy nie chcieli pełnej integracji, ale non stop walczyli o swoje i działali na odrębnych warunkach. Wielka Brytania nie przystąpiła do strefy euro, sprzeciwiła się podpisaniu karty praw podstawowych, miała specjalne zapisy dotyczące budżetu. Ośrodek berlińsko- paryski nieustannie narzekał na samodzielność krnąbrnego członka UE i naciskał równie mocno, a może i jeszcze mocniej, jak na Polskę, aby Wielka Brytania szanowała i przestrzegała „europejskich wartości”. Po nieudanych próbach złamania Wielkiej Brytanii w końcu UE zaczęła poważnie myśleć, aby pozbyć się kraju, który dawał zły przykład innym. Wzajemna narastająca niechęć była bezpośrednią przyczyna Brexitu i między bajki można włożyć winę Camerona. Owszem, prawdą jest, że Cameron zagrał pod wewnętrzną rozgrywkę polityczną, ale co to konkretnie oznacza? Przede wszystkim mógł sobie na to pozwolić, w Polsce tu i teraz propozycja opuszczenia UE oznacza notowania na poziomie 6%, co widać po zbieraninie zwanej „Konfederacja”. W Wielkiej Brytanii od lat rosło niezadowolenie i panował odpowiedni klimat do takiego ruchu, jaki zaproponował Cameron. Mało tego, wbrew wszystkim głupim wywodom, że referendum to był przypadek, Brytyjczycy po latach potwierdzili w wyborach, że chcą opuszczania UE i zrobili to w stylu nokautującym zwolenników gwiaździstego marksizmu. Jako Polak, który jest w pełni przekonany, że Polska natychmiast powinna opuścić Unie Europejską, zazdroszczę politycznej atmosfery na Wyspach, niestety w Polsce takiej nie mamy, a to wyklucza Polexit na długi czas. Gdyby tylko więcej niż połowa Polaków miała Unii dość, sekundy nie warto się zastanawiać, tylko zabrać zabawki i wrócić na swoje podwórko. Nie będę tłumaczył dlaczego tak uważam, dla mądrych żadna tajemnica, głupiemu referatu mało. Dlatego też Wielka Brytania może spłacić fragment długu wobec Polski za „sojusz” z II Wojny Światowej i później Jałtę. Pierwszy raz jest tak, że to nie Polska robi za frajera w ramach „wolności naszej i waszej”, ale spokojnie będziemy sobie czekać na efekty brytyjskiej przygody. O te efekty jestem zupełnie spokojny, wystarczy sobie ułożyć trzy podstawowe klocki układanki i wszystko staje się jasne. Po pierwsze są kraje w Europie, które do UE nie należą i mają się świetnie: Szwajcaria, Norwegia. Po drugie Wielka Brytania była płatnikiem netto w UE, co wprost oznacza, że do tego „interesu” dopłacała. Po trzecie Wielka Brytania, jak każdy kraj, prócz Niemiec i może jeszcze Francji, musiała walczyć nawet nie o swoje, ale o to, by nie być jeszcze bardziej okradną z suwerenności i kasy. Kontrargument w postaci ględzenia o wspólnym rynku i podróżowaniu bez paszportów, można sobie na gwoździu powiesić. Wielka Brytania nadal podróżuje bez paszportów i nadal sprzedaje towary bez cła. Patrząc na to wszystko racjonalnie, wniosek może być tylko jeden. Wielka Brytania w pesymistycznej wersji nie straci nic, w prawdopodobnej zaliczy lekki wzrost, a w optymistycznej stanie się samodzielną drugą gospodarką w Europie o co nieustannie walczy z Francją. Polska w tej układance ma swoją wielką szansę, wystarczy patrzeć uważanie i kibicować Wielkiej Brytanii. Jeśli się okaże, że Brytyjczycy na UE zyskali i to znacznie, to Polaków nie trzeba będzie długo przekonywać jaką pójść drogą, zwłaszcza gdy będziemy non stop mieli wizyty „Jołurowej”, wyroki TSUE i inne LGBT przesyłane z Unii. Brexit to nie problem, ale błogosławieństwo dla Polski.
Źródło:niepoprawni.pl
Zapomniano czym miała być Unia. Przecież Unia miała być organem doradczym, koordynującym a nie politycznym wydającym decyzje. Zaś KE stała się KC – Komitetem Centralnym decydującym o wszystkim. Śmialiśmy się ze standardów obowiązujących w RWPG dziś mamy UE i jej standardy, które są po wielokroć bardziej absurdalne od swych poprzedników. Natomiast pieniądze z kasy unijnej mają przede wszystkim zapewnić luksusowe warunki życia decydentom w poszczególnych krajach oraz życie w super komfortowych warunkach umiłowanym przywódcom, wybrańcom narodu. Unii nie zależy na rozwoju gospodarczym biednych krajów a w szczególności Polski. W sumie to Unia więcej bierze jak daje.
02 02 2020 Niemiecki plan likwidacji Polski.
Plany likwidacji polskiej państwowości nie były dotąd traktowane poważnie. „Przecież jesteśmy w Unii Europejskiej, o której marzyły miliony Polaków. A Unia Europejska jest gwarantem naszej niepodległości” – odpowiadali przebrani za europejskich mędrców mędrcy ze Wschodu. Jednak z chwilą utraty władzy koalicji PO-PSL oraz przez Bronisława Komorowskiego w 2015 roku okazało się, że to właśnie z Unii Europejskiej płynąć będą połajanki na Polaków, a wkrótce nawet szantaż, że Polska może być pozbawiona funduszy europejskich. Co ciekawe – autorem tych słów był nie kto inny, jak niemiecki pomazaniec na „Króla Europy” – były premier Donald Tusk.To Tusk przez lata chodził na niemieckiej smyczy, co ujawnili Wojciech Sumliński i Tomasz Budzyński w książce “Niebezpieczne związki Donalda Tuska”. Apogeum poddaństwa wobec Unii Europejskiej i Niemiec, które faktycznie rządzą Unią ujawnił premier Donald Tusk w okresie rządów koalicji PO-PSL. W tym czasie już nie ukrywano, że masowa wyprzedaż polskich przedsiębiorstw nie żadnym tabu, lecz jest celem samym w sobie. Tym bardziej, że koalicyjny rząd przymykał oczy na drenowanie budżetu Polski przez mafie VAT- owskie i paliwowe, gigantyczne premie dla rządu oraz „inwestycje” w rodzaju elektrowni atomowej na którą wydano 182 mln zł nie przedstawiając nawet lokalizacji inwestycji! Rezultatem rabunkowej gospodarki finansowej był rosnący dług państwowy w wyniku gigantycznych – corocznych deficytów budżetowych, sięgających 50 mld zł/rocznie. Gdy więc Unia Europejska nałożyła na Polskę klauzulę nadmiernego deficytu, obowiązującą w latach 2011-14 – rząd Tuska w obliczu krachu finansowego ogłosił w 2013 roku skok na fundusze OFE (153 mld zł), zwiększył wiek emerytalny do 67 lat i zmniejszył o 1/3 zasiłek pogrzebowy. Decyzję o zwiększeniu wieku emerytalnego( w przypadku kobiet ze wsi o 12 lat!) ogłosił nie kto inny, jak wierny koalicjant Tuska w osobie Władysława Kosiniaka-Kamysza z PSL. Tego samego Kamysza, który teraz mami Polaków likwidacją podatku od emerytur, choć sam okradł wieleset tysięcy Polaków z ich emerytur w związku z podniesieniem wieku emerytalnego! To jednak nie wystarczyło, by uratować finanse Państwa w sytuacji, gdy jak stwierdził prominentny polityk Platformy Obywatelskie w restauracji „u Sowy” – „Polska jest państwem teoretycznym”, a wszystkie zapowiadane inwestycje to „ch..,d… i kamieni kupa”. Po ujawnieniu tych nagrań, premier Tusk – dzięki pomocnej dłoni Angeli Merkel - salwował się ucieczką do Brukseli wraz z wiceprezesem RM Elżbietą Bieńkowską…Przegrane w 2015 r. przez Platformę Obywatelską wybory na prezydenta RP oraz do Parlamentu, wywołały falę działań Platformy Obywatelskiej i PSL, anarchizujących Polskę. Odbyła się próba puczu sejmowego, zapowiedzi Ciamajdanu, oraz okupacja Sejmu przez kobiety – opiekunki niepełnosprawnych. Okazało się bowiem, że rządzący Polską PIS potrafił nie tylko ograniczyć deficyt budżetowy, ale także znaleźć pieniądze na dzieci, wśród których ponad 2 miliony żyło na granicy ubóstwa za rządów PO-PSL. Mało tego! Rząd Beaty Szydło a następnie Mateusza Morawieckiego rozpoczął akcję odkupywania kluczowych firm – sprzedanych za grosze w okresie rządów liberałów oraz koalicji PO-PSL...
Odkupiono Polskie Koleje Linowe, doszło do przejęcia pakietu kontrolnego w Banku Pekao przez PZU i PFR, którzy przejęli akcje od włoskiego Unicredit, a z rąk syndyka - Stocznię Marynarki Wojennej. Co ciekawe: wartość państwowych spółek na giełdzie przez trzy lata rządów PiS wzrosła w sumie o 75 mld zł, podczas gdy w ostatnich latach kadencji poprzedników z PO bilans był ujemny. „Fachowcy” z Platformy Obywatelskiej i PSL tak zarządzali polskimi firmami, że Tusk oraz gł. ekonomista Platformy Rzońca – otwarcie mówili o sprzedaży PLL LOT, Lotosu a nawet KGHM - w celu ratowania budżetu teoretycznego państwa. Polska, która po raz pierwszy od 30 lat będzie miała budżet zrównoważony pomimo gigantycznych transferów na dzieci, podwyżki emerytur i zasiłków dla niepełnosprawnych – paradoksalnie stała się obiektem zaciekłych ataków ze strony Unii Europejskiej. Powód? Platforma Obywatelska, PSL i SLD przegrały kolejne wybory w 2019 roku! Teraz „totalna opozycja” (jak ją nazwał Grzegorz Schetyna) już bez cienia wstydu i honoru donosi na Polskę, domagając się od Unii sankcji na Polskę. To oni - wspólnie z Konfederacją wspierają niemiecki plan likwidacji Polski. Polska miała stać się częścią niemieckiego projektu inżynierii społecznej, przeprowadzanego w czterech etapach: Po pierwsze deindustrializacja, czyli likwidacja polskiego przemysłu. Po drugie laicyzacja, po trzecie emigracja młodych i czwarty punkt: islamizacja. Polska – jako niemiecka kolonia i strefa buforowa pomiędzy Unią a Rosją, to także marzenie Putina, którego kolejna partyjka- Konfederacja, widziałaby nawet jako….prezydenta Polski! Dla realizacji planu likwidacji Polski przygotowany został szczegółowy scenariusz 16 kroków, które mają sparaliżować Polskę i odsunąć PIS od władzy. Ten plan przygotował Bartosz Kramek - szef Rady Fundacji Otwarty Dialog – przyjmowany na salonach Brukseli: przez Sorosa i samą Verę Jourową! Realizacją tego planu zajmuje się cała polska targowica wraz z Kastą Niezwykłych Ludzi… https://wpolityce.pl/polityka/349913-ujawniamy-16-krokow-ktore-maja-sparalizowac-polske-i-odsunac-pis-inzynierowie-zbiorowej-histerii-maja-tajny-plan-wylaczmy-rzad. Jedyna nadzieja w Trzeciej Osobie w Państwie, czyli w marszałku Senatu Tomaszu Grodzkim. Grodzki zdradził na spotkaniu w Rzeszowie, że Prezydent Francji Emmanuel Macron ma go odwiedzić w dniu 3 lutego: „To ja będę musiał go przekonywać, żeby dali Polsce jeszcze szansę”- oświadczył zbawca Polski
P.S. To ciekawe, gdzie marszałek Grodzki, jako Trzecia Osoba przyjmie prezydenta Macrona? Czyżby w swoim prywatnym gabinecie? Źródło niepoprawni.pl
Z forum: - ...prezydent E. Macron pierwsza osoba we Francji przyjedzie specjalnie do 3-ciej osoby w Polsce, to ewidentny znak, że ten pierwszy powinien się leczyć, tylko że pomylił specjalizację bo nie na płuca a na głowę! Jako głowa państwa w którym policja bije i zabija ludzi - swoich obywateli - pragnie zapewne dowiedzieć się u źródła jak to PO/PSL  zdołało bez rozlewu krwi przeprowadzić podniesienie wieku emerytalnego w Polsce, czego u niego nie sposób dokonać bez rozlewu krwi! 
 Zamiast tego powinien prosić na kolanach premiera Morawieckiego by mu zdradził tajemnicę polskiego sukcesu odzyskania niższego wieku emerytalnego z zachowaniem wzrostu gospodarczego. niezależny Poznań
- Wyobrażacie sobie co by się działo, gdyby prezes Kaczyński powiedział: " Oczywiście uważam, że pan Putin jest znakomitym prezydentem Rosji i byłby świetnym prezydentem Polski" ??? Wycie byłoby do dzisiaj. A tak dokładnie powiedział lider Konfederacji Janusz Korwin- Mikke w wywiadzie "Do Rzeczy". Nie wspomnę o dziesiątkach wywiadów JKM dla rosyjskich mediów, jego występów w putinowskim "Sputniku", oraz o spotkaniach z agentem GRU Swiridowem nie tylko Korwina, ale i Grzegorza Brauna. Wystarczy wygooglać "Braun i Swiridow", by dotrzeć do jawnych zdjęć w internecie. Bo były też spotkania bez zdjęć, choć zapewne GRU nie jest taka głupia, by dokładnie nie udokumentować kontaktów Konfederacji z funkcjonariuszami Putina.
Obrońcom KONFEDERACJI, która jest dokładnie takim samym anty- PISem jak PO,PSL i SLD - pozostaje więc straszenie Żydami, "koszernym" sceptycyzmem i zmyślonymi odszkodowaniami dla Żydów - choć jest to tylko pobożne życzenie Natanjahu - najbliższego przyjaciela Putina...M.Pyton 
30 01 2020 Bosak "atakuje" Turskiego.
Poseł  Konfederacji Krzysztof Bosak "zaatakował" w telewizji Polsat ocalałego z Auschwitz Mariana Turskiego . Bosak nie wierzył, że Niemcy wprowadzali ustawy dyskryminujące Żydów stopniowo, przez lata - aż doszli do obozów zagłady. "To retoryka lewicy", twierdził. Bosak mówił, że Turski wygłosił „manifest polityczny”, a „wpuszczanie Polaków na teren obozu [na obchody] było bardzo restrykcyjne (…) Głos dostał pan, który zdecydował się wykorzystać tę rocznicę, by zaatakować rząd czy Sejm”. „Dwie tezy pana Turskiego z jego wystąpienia są zasadniczo nieprawdziwe. Pierwszą teza jest taka, że Auschwitz się wydarzało po kawałeczku i że każdy element debaty politycznej nie idący w kierunku, który pan Turski zaprezentował to kroczek ku Auschwitz. To jest typowa retoryka lewicy. Auschwitz się wydarzyło dlatego, że totalitarne państwo Trzecią Rzesza wdrożyło taki diabelski plan”. Cała prawda o Panu Marianie Turskim. To przykre, że człowiek, który wywinął się śmierci pochodzącej od jednego socjalizmu został funkcjonariuszem innego. Czas mija, młodzi ludzie nie rozumieją co znaczy, że ktoś był prominentną postacią w PZPR. Chyba czas zacząć mówić i pisać wprost, że byli to ludzie którzy  kolaborowali z okupantem sowieckim przeciwko wolnej Polsce. Tacy czerwoni volksdeutsche. Bycie więźniem Auschwitz nie usprawiedliwia niegodziwości popełnianych na innych etapach życia. Więźniem Auschwitz był także Cyrankiewicz, ten sam, który kazał wojsku strzelać w 1956 do robotników w Poznaniu i dzięki któremu Witold Pilecki dostał 9 gram ołowiu w potylicę. Na obchody "Auschwitz", został wyciągnięty, tak jak togi na protest. Kilka słów o Panu Marianie Turskim, więźniu Litzmannstadt Ghetto, Auschwitz, ocalonym z obozu zagłady i dwóch marszów śmierci. Członek PPR i następnie PZPR od roku 1945. W stalinizmie był funkcjonariuszem Wydziału Prasy KC PZPR. W roku 1956 zostaje  redaktorem naczelnym zetempowskiego „Sztandaru Młodych. Co prawda już na fali odwilży, ale wtedy takie stanowiska powierzano wyłącznie zaufanym towarzyszom. Potem przeszedł do „Polityki”, którą Gomułka i Staszewski stworzyli, żeby rozwalić „Po prostu”.„Polityka” bardzo chętnie zatrudniała komunistyczno -liberalnych redaktorów pochodzenia żydowskiego. Oprócz Turskiego także Urbana, Toeplitza, Passenta, Grońskiego, Wróblewskiego. Turski był tam od 1958 roku kierownikiem Działu Historycznego.I lansował jedynie obowiązującą linię partii, ponieważ „Politykę” wydawano do 1990 pod hasłem „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Jakoś wtedy nie przeszkadzała mu obojętność na fałszowanie zwłaszcza powojennej historii naszego kraju. Ta sama obojętność przed którą przestrzegał 27.01.2020, manipulując pamięcią o Ofiarach Shoah do politycznych celów. Do 89 roku nie było też słychać o Marianie Turskim w kontekście relacji polsko -żydowskich i to pomimo rosnącego od połowy lat 80.-tych zainteresowania dziedzictwem polskich Żydów. Czyżby historia polskich Żydów i Zagłady były mu wówczas obojętne? Wypłynął dopiero po roku 1989 stając się członkiem rad wielu wpływowych ciał i laureatem odznaczeń i medali, zwłaszcza nadawanych przez kraje takie, jak Niemcy i Francja, o których wkładzie w zagładę pisać nawet nie trzeba. Aczkolwiek trudno szukać go wśród znawców polskiego prawa i ustroju sądów powszechnych, spotkał się z Vera Jourova a także otrzymał medal od premiera Luksemburga, aczkolwiek o jego zasługach dla tego kraju także nic nie wiadomo. Często zapraszany jest do instytucji europejskich z takimi ekspertami, jak Konstanty Gebert, syn agenta NKWD i członka komunistycznej partii USA, czy znany żyd Michał_Bilewicz ,aby opowiadać o rzekomo rosnącym w Polsce antysemityzmie.
Źródło: niepoprawni.pl

30 01 2020 „Nie starczyło gazu?” Porażające komentarze po wystąpieniu Mariana Turskiego w Auschwitz.
Po mocnym i wielce pouczającym przemówieniu Mariana Turskiego byłego więźnia Auschwitz, wylała się na jego głowę fala hejtu, na który tak naprawdę nie powinno się w ogóle reagować. Tyle w nich podłości, chamstwa i dzikiej nienawiści. Zajął się tym jednak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Podczas obchodów 75. rocznicy wyzwolenia obozu Marian Turski mówił o walce z dyskryminacją mniejszości i o demokracji. Sympatycy obecnego rządu odebrali to jako atak na „dobrą zmianę” i dali upust swoim jak najgorszym emocjom.  „Skandal! Nawet tu jakiś były więzień (zapewne zwolniony z Oświęcimia z powodu ‚choroby’) pluje na nasz sejm i łamanie konstytucji oraz nieuznawanie praw mniejszości! gazu nie starczyło?” – napisała na Facebooku pani Bożena. „Pani Bożena jest zwolenniczką PiS, uwielbia magistra Ziobrę i zachwyca się urokiem osobistym Andrzeja Dudy. Jak miliony innych podobnych sobie osób codziennie ogląda TVP i jest przekonana, że sędziowska kasta niszczy nasz kraj na zlecenie wrogich sił z zachodniej Europy i Żydów” – ocenia Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Dodaje też, że „pani Bożena ma prawo lubić kogo chce i wierzyć w co tylko chce”. Musi jedynie pamiętać, że wolność słowa ma swoje granice i na niektóre wypowiedzi jest w Kodeksie Karnym konkretny paragraf. Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zgłosił już jej post w prokuraturze. Ale opinia pani Bożeny nie była odosobniona. Przemówienie Mariana Turskiego podczas 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz skandalicznie skomentowali także m.in. Samuel Pereira z TVP oraz poseł Konfederacji Krzysztof Bosak. W sieci pojawiły się także komentarze anonimowych internautów. Źródło: naTemat
Krótko Bartoszewski nazywany profesorem przeżył Oświęcim, ba ze względu na stan zdrowia został z niego wypuszczony, podobnie jak z więzienia MBP na Rakowieckiej w Warszawie!? No i jakiego sędziwego wieku dożył ten schorowany człowiek!?
Z forum: - Marian Turski. Rechot historii: członek młodzieżówki PPR, wpływowy członek PZPR i dziennikarz z komunistycznej „Polityki” poucza, jak być moralnym ideałem. Kim jest Marian Turski, który po wystąpieniu w Auschwitz stał się bożyszczem TVN, GW i całej lewicy? Ocalały z Holokaustu Marian Turski przemawiał podczas uroczystości w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau. Jego słowa jawnie nawiązywały do polityki i teraz służą do politycznych ataków. Aspirował do autorytetu moralnego całego świata, a tymczasem sam nie był aż taki kryształowy ….Marian Turski, w rzeczywistości Mosze Turbowicz pochodzi z żydowskiej rodziny. Urodził się w Druskiennikach 26 czerwca 1926 r. W 1942 roku trafił do łódzkiego getta, skąd w 1944 roku, jednym z ostatnich niemieckich transportów, został wywieziony do Oświęcimia. W styczniu 1945 z Auschwitz przeszedł do Wodzisławia Śląskiego, skąd przetransportowano go do KL Buchenwald.
Od 1945 działał w młodzieżowej organizacji Polskiej Partii Robotniczej. Partii założonej na rozkaz Stalina, aby w jego imieniu tłamsiła Polaków. Następnie Turski pracował w Wydziale Prasy PZPR. Więc nie był byle pionkiem komunistycznego reżimu. Wspierał totalitarny system i czerpał z tego profity. Pracował również w tygodniku „Polityka”. Czym był ten organ dla PZPR i ówczesnej „wierchuszki”, chyba nie trzeba tego nikomu tłumaczyć. Marian Turski działa obecnie, między innymi, w Żydowskim Instytucie Historycznym oraz Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej.
To prawdziwy rechot historii, że przed faszyzmem przestrzega człowiek komunistycznego reżimu, tego samego który zamordował rotmistrza Pileckiego i wielu polskich patriotów. Poucza człowiek, który był członkiem partii służącej Stalinowi- jako przykrywka i listek figowy do akcji delikatnie rzecz ujmując mających wiele wspólnego z totalitaryzmem. Komunizm w Polsce, też nie wziął się znikąd…
- Przemówienia p. Mariana Turskiego podważyć nie można. Wytknąć mu kłamstwa, nieścisłości manipulacji propaganda pisowska nie dała rady, do tez się nie odniosła, zamiast tego co zrobiono? Wyszukano coś z przeszłości i tym się obrzuca licząc, że wyznawcy debile o słowach zapomną a na tym się skupią, w końcu wiadomo, że ciemny lud to kupi bo zastanowić się na słowami, pomyśleć samemu to za trudne. I oczywiście w odniesieniu do kogoś, kto się pisowi nie podoba to działa, ale w odwrotna stronę już nie. Bo pisowcy to sami kryształowi i świeci, nawet gdy mają o wiele gorszą przeszłość niż to co w swoim „rechocie historii” pisze przedmówca (a na co poza mocno naciąganymi tezami dowodów nie przedstawił, bo sam fakt bycia w jakiejś organizacji jeszcze tak bardzo nie przesądza, nawet jeśli to w ogóle prawda co zostało napisane). Bo tylko w pisowskiej rzeczywistości kryształy istnieją. W realnym świecie nie ma ludzi kryształowych, zresztą nawet jakby byli i przestrzegali przed faszyzmem to pisowcy i tak by nie uznali tego, bo przecież to co oni robią to nie faszyzm i każdy kto myśli inaczej jest „lewackim agentem zgniłej unii” i inne pierdoły.
Taka to już pisia mentalność. U wrogów to „dziadek w wermachcie” wystarczy by człowieka zdyskredytować, a u swoich to nawet jak osobiście brał udział to za mało i nadal jest „kryształowy”.
PS. Moralne ideały i autorytety to najlepsze są w pisie.
Prostackie dyspozycyjne chamidło – niezależnym autorytetem prawnym i konstytucyjnym.
Komunistyczny prokurator i bohater PZPR – znawcą demokracji..
Przestępca prowokator – szefem służb antykorupcyjnych.
Plagiator – komendantem policji.
Człowiek mający, z łaski, magistra – znawcą prawa większym niż 60 profesorów.
Ukrywający majątek i zaniżający podatek – wysokim funkcjonariuszem ministerstwa finansów.
Ksiądz – ekspertem w sprawach rodziny, macierzyństwa, seksu itd.
A to wszystko sprawy z bliskiej przeszłości a nawet teraźniejszości a nie z przed 30+ lat. 
.27 01 2020 O co chodzi Kaczyńskiemu!?
Musi być jakaś nazwa stanu umysłu człowieka, który nie może niczego naprawić ani ulepszyć, a swoje projekty potrafi budować tylko na gruzach dotychczasowego ładu. Pytałem już o to w felietonie opublikowanym tutaj ponad trzy lata temu i powtarzam teraz pytanie, bo do dziś nie znalazłem odpowiedzi. Czego właściwie chce Kaczyński? Nie wystarczy powiedzieć, że władzy, nieograniczonej wszechmocy, prawa sterowania losami państwa i ludzi. Dalece niepełna jest także opinia, że prezes od dziecka marzy, by sprawdzić, co ta Polska ma w środku, i usiłuje się zabezpieczyć, by podczas zabawy Polską nikt nie był w stanie dać mu po łapach. A już na pewno nieprawdziwa jest teza, że Kaczyński buduje kraj swoich marzeń, który kiedyś wręczy Polakom na odchodnym jako dzieło swego życia. Bo jeśli tak, to dlaczego robi tak wiele, by do celu nie dotrzeć? Czemu sam sobie przeszkadza i sam sobie utrudnia realizację wielkiego planu? Kaczyński zmajstrował sobie aureolę człowieka opatrznościowego, polityka czystych rąk, którego nie imają się afery i przekręty. Udało mu się zahipnotyzować wielu Polaków, ale mimo szczodrego dosypywania budżetowych pieniędzy nie udało mu się zgromadzić wokół siebie większości konstytucyjnej, umożliwiającej wdrożenie mniej konfliktowego scenariusza zawłaszczenia kraju. Jednym z powodów jest fakt, że toleruje w swym otoczeniu liczne indywidua, o których wie, że mają brudne ręce i zaświnione życiorysy. Kaczyński powiela chwytliwe hasła rodem z PRL o sprawiedliwości, równości i umiłowaniu prawdy, słabo jednak reaguje na „ideowość” dygnitarzy przyznających sobie premie i nielegalnie dorabiających na boku. Prezes głosi, że przyzwoitość i profesjonalizm to niezbędne warunki nominacji na ważne stanowiska, a potem, wbrew własnym interesom, obsadza te fotele ludźmi krańcowo nieprofesjonalnymi i słabego charakteru. Skutek jest taki, że podejrzenia i obawy Jarosława Kaczyńskiego, głoszone podczas poprzednich kampanii wyborczych, sprawdzają się teraz co do joty. W opozycji krzyczał o trawiącej Polskę korupcyjnej zarazie na najwyższych szczeblach władzy, a po wygranych wyborach największe ogniska tej dżumy znalazł we własnych szeregach – że wspomnę tylko o korupcyjnej propozycji Marka Chrzanowskiego wartej 40 milionów, które miały zasilić kasę PiS. Prawdziwa okazała się też opowieść o mafii watowskiej – znalezionej ostatecznie w ministerstwie finansów rządu PiS. Zmaterializowały się również dawne zarzuty o wielkich przekrętach w służbach specjalnych, bo akurat z obecnej CBA wyciekły miliony, a skruszony agent Tomek wyjaśnił, że w służbach sterowanych przez ludzi osobiście wybranych przez Kaczyńskiego, niszczy się politycznych przeciwników, nie zważając na ich winę czy niewinność, przepisy prawa ani koszty operacji. Sprawdziły się też co do joty dawne opinie prezesa o władzy opanowanej przez komunistów – najwięcej odkrył ich u siebie. No i znaleziono nareszcie „aferałów w szeregach władzy” – w obsadzonych przez Kaczyńskiego instytucjach kontrolnych trzymających parasol ochronny nad piramidą finansową GetBack, która zdefraudowała trzykrotnie większą kasę niż AmberGold. Mimo zauważalnych objawów megalomanii Kaczyński ma świadomość, że kiedy pokazuje się w kampanii wyborczej, to jego ugrupowanie traci, a jednak wypowiada się publicznie rozrzucając wokół groźby i inwektywy. Prezes dobrze wie, że nawet jego elektorat jest już zmęczony eskalacją napięcia, coraz mniej wierzy w kolejnych wrogów wyciąganych z prezesowego kapelusza, a jednak szczuje i jątrzy bez opamiętania. Ma świadomość, że w Polsce zalanej falą kłamstw coraz więcej ludzi marzy o politykach uczciwych, przyzwoitych i słownych, a mimo to zapraszając opozycję do partii szachów próbuje ją rozegrać w klatce, według regulaminu MMA. Człowiek, którego jedni mają za genialnego stratega, a inni za cynicznego, populistycznego, ale jednak sprawnego polityka, wykonuje zdumiewająco niezborne ruchy. Kaczyński razi obelgami cały stan sędziowski i szczuje na ową „kastę” en bloc, jakby nie zdawał sobie sprawy, że odłamki kaleczą również „jego” sędziów, nominowanych przez „jego” KRS i powoływanych przez jego osobistego prezydenta. Skutek będzie taki, że również ci sędziowie i także ich wyroki będą niewiarygodne. Trzeba wyjątkowego durnia, żeby pluć pod wiatr, a przecież Kaczyński durniem jakimś wyjątkowym nie jest. Więc dlaczego sobie przeszkadza?  Przegrana batalia o prezydenturę może się stać początkiem końca PiS. Andrzej Duda nie jest bynajmniej bitym faworytem. Jego kandydaturę obciąża całkiem spory balast. Nie chodzi o kompromitujące reprezentowanie Polski za granicą, bo pajacując podczas oficjalnych wojaży prezydent jest dla wielu wyborców „swoim chłopem”, takim Zenkiem Martyniukiem światowej polityki. Obciążeniem Dudy nie są też kłamstwa, ani niedotrzymane obietnice – w tym zobowiązanie, że nie będzie prezydentem tylko jednej formacji. Nie chodzi też o rozmodlony wizerunek faceta, którego źli ludzie nakryli kiedyś jak w wielkopostny piątek opychał się kiełbasą, bo przecież kiełbasa to nie ośmiorniczki. Największą ułomnością Dudy nie jest legalizowanie bezprawia i bezczelne uzasadnianie prawowitości władzy podcierającej się Konstytucją. Głównym obciążeniem Dudy jest jego rażąca niesamodzielność, demonstracyjne i ślepe posłuszeństwo rodzące przekonanie, że prezydent tylko we własnej opinii jest mężem stanu, bo tak naprawdę to marionetka całkowicie bezwolna w rękach Kaczyńskiego. Nie da się pojąć, dlaczego w obliczu wyborczego być – albo nie być Kaczyński pozwala Dudzie na lizusowskie tyrady, czemu wręcz pochwala i oklaskuje jego zachwycone laudacje popierające szemrane postacie i wątpliwe ustawy, które nawet wielu wyborcom PiS, a nawet nominowanym przez PiS nowym sędziom, wydają się mocno kontrowersyjne.  Prezes na gospodarce się nie wyznaje, ekonomii nie rozumie, ale jednak wie, że obiecany przez premiera 6,7-procentowy wzrost produkcji w minionym roku okazał się prawie o połowę mniejszy i że dług publiczny urósł do monstrualnych rozmiarów. Wie, że kasa państwa świeci pustkami, że nie ma pokrycia kolejnych wyborczych obietnic. I świetnie wie, że bez pieniędzy, bez kolejnych „świadczeń socjalnych”, nie utrzyma władzy. Dlaczego więc płoszy zachodnich inwestorów i godzi się na ucieczkę z Polski zagranicznego kapitału? Dlaczego tak demonstracyjnie ryzykuje utratę dotacji unijnych? Mógłby przecież zmierzać do swojej wszechwładzy mniej nachalnie, mógłby zmieniać ustrój krok po kroku, w rękawiczkach, jak Orban zawłaszczający Węgry. A jednak pędzi na oślep, bez opamiętania, wśród pochlebstw, obelg i tryumfalnych okrzyków, wabiąc myślących wyborców argumentami pozbawionymi sensu i logiki. A wymyśla ich coraz więcej.
Doktor prawa Kaczyński uzgodnił podobno z magister prawa Przyłębską opinię, za którą student pierwszego roku prawa wyleciałby z egzaminu z wielką pałą w indeksie. W efekcie „odkrycie prezesa” ogłosiło, że z powodu rzekomego konfliktu interesów zawiesza działania Sądu Najwyższego, ale zapomniało, że w takim przypadku wstrzymać powinno jednocześnie procedowanie Sejmu i ruchy prezydenta w tej sprawie. Kaczyński potwierdza, że trzy konstytucyjne władze są równorzędne i niezależne od siebie, ale nie odpowiada na pytanie, dlaczego w takim razie przedstawicielom sądownictwa nie wolno krytykować rządu, ale władza wykonawcza może pluć na sądowniczą, ile tylko zechce?  Zgodnie z logiką, jeśli władze są równorzędne i równoprawne, a władza wykonawcza może mianować i usuwać sędziów, to prof. Gersdorf również powinna mieć prawo wywalić z roboty Zbigniewa Ziobrę na zbitą twarz i mianować na to stanowisko kogoś przyzwoitego, kto choć trochę zna się na prawie. Powalające były bowiem brednie ministra, że ostatnia uchwała SN jest nielegalna, bo „niezgodna z obowiązującym prawem”, o czym Ziobro wie lepiej niż SN, TSUE, UE i jego własny premier, który jeszcze tego nie wie i będzie dopiero sprawdzał w Trybunale Konstytucyjnym. Przy okazji, nie mam pojęcia dlaczego prezes pozwolił Ziobrze spuścić ze smyczy swoje ogary, które już raz skompromitowały Polskę ustawą o IPN, a teraz znów obszczekały każdego, kto nie pachniał swoim i obsikały granice Polski znacząc teren, na który wstęp obcym opiniom jest zabroniony. Słyszałem tezę, że Jarosław Kaczyński to w gruncie rzeczy przyzwoity człowiek, otoczony jednak nieprzyzwoitym towarzystwem. Powiadają, że to bardziej marzyciel niż realista, ideowiec – tyle że ciut naiwny. Jednak prezes sam przeczy tej opinii, bo już od dawna nie ukrywa swego cynizmu i kipiącej nienawiści do myślących inaczej. Nie wierzę, że jego potknięcia wynikają z prostolinijnej przyzwoitości, która bywa źródłem słabości i zawahania.  Już prędzej uwierzyłbym, że to jednak partacz, taki współczesny Nikodem Dyzma, z odrobiną bezczelnej charyzmy i górą szczęścia, który przypadkiem utrafił w polską tęsknotę za czymś nowym, lepszym, atrakcyjniejszym, nawet jeśli ryzykownym. Ale kim naprawdę jest ten dziwny człowiek – nie mam pojęcia. Chociaż… Chodzi mi po głowie pewna teoria, którą się jednak nie podzielę, ponieważ nie mam wystarczających kompetencji by dowieść jej prawdziwości. Ale doświadczony specjalista potrafiłby pewnie opisać człowieka, który świadomie zmierza do masowej i własnej przy okazji destrukcji, który żyje chaosem i nie potrafi normalnie funkcjonować bez wszczynania zamętu.  Jakiś dobry fachowiec znalazłby może przyczynę przedziwnego dualizmu szaleńczo odważnego faceta, który nie waha się pędzić głową naprzód nie zważając na przeszkody, a równocześnie trzęsie się ze strachu, otacza się ochroniarzami, a miejsca, gdzie czasem przebywa, każe odgradzać kordonem policji i barierkami. Musi być jakaś nazwa stanu umysłu człowieka, który nie może niczego naprawić ani ulepszyć, a swoje projekty potrafi budować tylko na gruzach dotychczasowego ładu. Andrzej Karmiński. Źródło koduj24.pl
24 01 2020 PFN nie do skontrolowania! „Polska Fundacja Narodowa naprawdę rzetelnie wydaje pieniądze”.
„Tuż przed północą 31 grudnia zeszłego roku, czyli dosłownie w ostatniej chwili, Polska Fundacja Narodowa opublikowała swoje sprawozdanie finansowe za 2018 roku. Zgodnie z nim koszty PFN wyniosły ponad 111 mln złotych. W porównaniu do wydatków rzędu „zaledwie” 19 mln złotych poniesionych w roku wcześniejszym, eskalacja wydawanych pieniędzy osiągnęła tempo sprintu, wzrastając o ponad 484 proc.” – alarmuje portal innpoland.pl. Okazuje się przy tym, że obóz władzy blokuje jakąkolwiek kontrolę wydatków fundacji i sabotuje działania opozycji, której politycy wnioskują o likwidację szkodliwej ich zdaniem fundacji lub przynajmniej przyjrzenie się jej pracy przez niezależny organ. Wczoraj Sejmowa Komisja Kultury i Środków Przekazu – zdominowana przez posłów PiS – odrzuciła wniosek o przeprowadzenie przez NIK kontroli w PFN. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, formalnie nadzorujący działania PFN, przyznał wprawdzie, że sprawozdanie PFN „powinno być bardziej szczegółowe”, ale jednocześnie zapewnił, że „w 100 proc. jest w stanie bronić tych wydanych pieniędzy Polskiej Fundacji Narodowej, które pochodziły ze spółek Skarbu Państwa” . Jak czytamy w portalu, Gliński jednocześnie przezornie usprawiedliwił się mówiąc, że jego resort nadzoruje prawie 6 tys. fundacji i choć on sam ma wpływ na obsadę personalną w PFN, to na tym jego działania w kontrowersyjnej instytucji się kończą, gdyż „jak wiadomo organizacje pozarządowe rządzą się według swojego porządku”. Niemniej minister kultury podkreślił, że wszystkie działania PFN były działaniami „w interesie polskiego państwa, w interesie pożytku publicznego”. I to mu wystarczy… Tymczasem ze sprawozdań za lata 2017-wynika, że w PFN nie przeprowadzono żadnej kontroli! Nie wiadomo również, jaki jest udział poszczególnych spółek Skarbu Państwa w jej wydatkach. Wiele z nich ma niejasny charakter. Przykłady? Ponad 23 mln złotych poszło na bliżej nieokreślony projekt „Polska w Ameryce” (brak informacji o jego szczegółowych założeniach). Z kolei blisko 1,5 mln złotych wyniosła równie enigmatyczna „kampania społeczna w Polsce i innych krajach”. Kolejne ok. 2 mln poszło na kampanię informacyjną dotyczącą zmian nazw ulic w Polsce i prawie milion na bliżej nieokreśloną „debatę dziennikarzy”. W 2018 roku fundacja na „środki trwałe” (jakie?) wydała 9 mln złotych, a 507 tys. złotych przeznaczyła na … konferencję naukową. Jednak najwięcej zastrzeżeń oszałamiające 33,4 mln złotych przeznaczonych na „promocję RP za granicą, w tym ochronę jej wizerunku”. Fundacja ma rozbudowaną strukturę: w zarządzie zasiadają trzy osoby, dyrektorów i ich zastępców jest aż siedmioro, koordynatorów/głównych specjalistów – dziewięcioro, kierowników zespołu – sześcioro, a koordynatorów projektu – dwóch. Poza tym personelem zatrudnia jedynie siedmiu specjalistów, jednego pełnomocnika zarządu i jednego rzecznika prasowego. W 2018 roku pracownicy PFN otrzymali łącznie 4,3 mln złotych wynagrodzenia. Nic dziwnego, że PFN zaczyna być postrzegana coraz gorzej; to „narodowy wstyd” (Cezary Tomczyk z PO), „pralnia pieniędzy” czy „przekręt” (Adam Szłapka z Nowoczesnej). Fundacja, według opinii kolejnego polityka, „wyprowadza pieniądze ze spółek Skarbu Państwa na działania, które nikomu nie służą” (Krzysztof Śmiszek z Wiosny). Cień szansy na skontrolowanie PFN jednak istnieje – jeśli NIK podejmie ją „z własnej inicjatywy” (takie prawo daje mu art. 6 z rozdziału 1. Ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli). Opozycja natomiast planuje  zawiadomienie do prokuratury o możliwości „wyrządzenia szkody majątkowej znacznych rozmiarów” przez PFN.  Szczegółów jednak brak.  Źródło: innpoland.pl
Tylko 35 mln zł na ochronę wizerunku Polski to stanowczo za mało, bo Putin zaatakował!? Potroić zatrudnienie i dziesięciokrotnie zwiększyć budżet PFN- u!?
I jak tu wierzyć Glińskiemu!? Na oczach premiera, prezydenta, prezesa Kaczyńskiego prof. Gliński robi przekręt stulecia na 500 mln złotych, kupuje dla narodu kolekcję Czartoryskich, która to już od dawna do narodu należała! W normalnym kraju już dawno oglądałby świat spoza krat, a w takich Chinach dostałby kulkę, lub sznur konopny. No a w Polsce Kaczyńskiego pewnie kilka medali, odznaczeń otrzyma, i oczywista oczywistość nagroda i premia mu się należą, wszak działał w dobrej wierze. No a czy to takie ważne w czyjej?
Z forum: - No jasne, że rzetelnie, panie Gliński. Zwłaszcza pieniądze na kampanię szczucia na polskich sędziów. Do dzisiaj zachodzę w głowie, w jaki sposób, ta bezczelna i zmanipulowana kampania, miała promować wizerunek Polski poza granicami kraju
- I tutaj szeroko pojęta opozycja powinna doprowadzić do kontroli sposobu i celowości wydawania ciężko zarabianych przez nas podatników, pieniędzy- Marian, do roboty! 
15 01 2020 Rosja chce złożyć w Radzie Europy projekt rezolucji potępiającej Polskę za "próbę sfałszowania prawdy historycznej" - pisze Onet.pl w artykule "Rosja przeniesie wojnę historyczną z Polską do Rady Europy". Oburzające? Ciekawe, co na to rosyjscy patrioci i wielbiciele Putina, znieważający i obrażający każdego, kto "ośmieli się" skrytykować tę drańską politykę. W artykule czytamy: "Rosjanie będą przekonywać innych parlamentarzystów, delegatów w Radzie Europy do poparcia rezolucji. Mówią o "niedopuszczalnych" wydarzeniach w Polsce.  Przewodniczący rosyjskiej Dumy uważa, że nastroje antysemickie w przedwojennej Polsce tworzyły podatny grunt pod Holokaust. Poseł prezydenckiej partii Jedna Rosja przekonuje, że Józef Piłsudski akceptował wywiezienie Żydów z Europy na Madagaskar. Złożenie projektu rezolucji w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy zapowiedział dziś w rozmowie z agencją TASS przewodniczący komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy Leonid Słucki. — Naszym zadaniem jest konsekwentne przekazywanie prawdy tym, którzy nie wiedzą, co się dzisiaj dzieje w Warszawie - powiedział Słucki. — Chodzi o to, by więcej polityków w Europie zdało sobie sprawę, jakie niedopuszczalne wydarzenia mają miejsce w Polsce i jakie decyzje są podejmowane. - Czyżby już nawet Rosja była zatroskana stanem demokracji w Polsce? A może działania rosyjskie mają wsparcie części środowisk w Polsce? Może ktoś to powinien sprawdzić.  Wszystko wygląda podle i nieprzyjemnie. Politycy rosyjscy nie zachowują się jak cywilizowani ludzie. Dalsze fragmenty: "Według przewodniczącego Dumy Wiaczesława Wołodina "Niemcy zbudowali większość obozów zagłady w Polsce, bo tam panowała od przedwojnia odpowiednia atmosfera antysemityzmu. Jeden z najważniejszych rosyjskich polityków, cytowany przez agencję TASS, powiedział, że "nastroje antysemickie w społeczeństwie przedwojennej Polski tworzyły podatny grunt pod późniejsze ludobójstwo i Holokaust".  Zdaniem posła prezydenckiej partii Jedna Rosja, Aleksandra Hinsztejna, "Piłsudski i Hitler podpisali, może nie z prawnego punktu widzenia, ale zaakceptowali układ, na mocy którego Żydzi z Polski i innych krajów Europy Środkowej mieli zostać wywiezieni do Afryki, a dokładniej na Madagaskar"— Wmawianie dziś przez Polskę, że padła ofiarą jakiegoś spisku tyranów [czyli paktu Ribbentrop-Mołotow] ma tyle wspólnego z prawdą, co mówienie, że Parlament Europejski ma cokolwiek wspólnego z demokracją — mówił dalej Hinsztejn w popularnym w Rosji programie "Politnawigator" prowadzonym przez bardzo znanego i ściśle związanego z Kremlem dziennikarza Władimira Sołowiowa.  Rosja nie powinna posypywać sobie głowy popiołem za podpisanie układu Ribbentrop-Mołotow], to nie my jesteśmy winni wybuchu wojny, my powinniśmy z naszej historii być dumni — dodał poseł". Cośmy Wam zrobili dzicy ludzie, że tak nas nienawidzicie? Tak, wiem, przeszkadza wam samo nasze istnienie. Z drugiej strony, zatroskanie stanem demokracji w Polsce przez Rosję to jakieś kpiny. Co na to KOD, Obywatele RP, itd... Bez wątpienia podła działalność Donalda Tuska przed katastrofą w Smoleńsku (a może jednak zamachem?), i wielu zwolenników polityki opluwania Polski za granicą i skarżenia się na nią (Targowica!), przynosi rezultaty. Przegrywają zarówno ci, którzy nie widzą sojuszu Putin- Netanjachu, upada wiara w możliwą normalne relacje Polsko-rosyjskie, czy Polsko-izraelskie. Wolałbym, żeby nie upadła wiara w Europę. To zaplanowana akcja o charakterze międzynarodowym. Należy łączyć wiele faktów, np. artykuł prof. Jana Grabowskiego z Ottawy w Kanadzie (znanego z zarzucania Polakom udziału w holocauście na forum międzynarodowym), pt.: "Duda nie ma żadnej moralnej legitymacji do przemawiania w Yad Vashem"Wypowiedzi Władimira Putina, oskarżające polskie państwo o współpracę z Hitlerem i współudział w planowaniu Holokaustu, stanowią przykład cynicznego fałszowania historii. Niestety – polskie władze, skompromitowane latami przeinaczania historii Zagłady, straciły jakąkolwiek wiarygodność oraz moralną legitymację do wejścia w spór na tym właśnie polu. Oznacza, to, że profesor uważa, że choć Putin kłamie, to Polska i tak nie ma prawa się bronić. Łajdactwo. Jak bardzo trzeba nienawidzić Polski i Polaków, aby tak uważać. Źródło: niepoprawni.pl
Jak nowoczesność, to nie tylko w domu i zagrodzie, ale i w polityce historycznej. Okazuje się, że Polacy ze swoim duchowym przywódcą ajatollahem Adolfem Hitlerem rozpoczęli II w.ś., której pierwszą ofiarą zostali Niemcy, Żydzi i Rosjanie. Polacy też ginęli , ale głównie podczas zabijania Żydów i nieszczęśliwych upadków z strażniczych wież w obozach koncentracyjnych. Zatem są odpowiedzialni za śmierć 10 mln Niemców, 20 mln Rosjan, no i 6 mln Żydów. Tak to jest ta prawda historyczna Putina.
Gdzie Ty jesteś moja Polsko. Po tym jak Kaczyński z Banderowcami manifestował na Majdanie w Kijowie a prezydent Komorowski w Berlinie był na fecie ku czci nazisty! I o mały włos płk. Clausa von Stauffenberga nie odznaczył Orderem Orła Białego. Nic nie jest w stanie mnie zdziwić. To nie Niemcy napadli na Polskę jak uczono mnie na historii w komunistycznej szkole. Dziś widzę jak wtedy zakłamywano historię. To Polacy napadli na Niemców okopując radiostację w Gliwicach i strzelając do bezbronnego szkolnego okrętu Schleswig- Holstein. A obozy koncentracyjne to polska sprawa a Niemcy tylko się bronili i tak jakoś głupio wyszło że Polskę podbili. II wojnę światową wywołała Polska, napadając na biedne Niemcy, którym z pomocą przyszła Rosja. Niestety Polacy byli tak okrutni, że mordowali na masową skalę, w swoich obozach, głównie mniejszości narodowe oraz Niemców. A w swoich lasach, przeprowadzili egzekucję rosyjskiej inteligencji. Czy takiej historii mają uczyć w szkołach, by nie popsuć dobrych relacji, z sąsiadami?
14 01 2020 Putin, Netanjahu i czarne chmury nad Polską...
Każdy polityk (w jakimkolwiek kraju i partii) chce przede wszystkim utrzymać się przy władzy i jeśli to możliwe wspiąć się wyżej po drabinie władzy, aby posiadać jej więcej. Trump chce wygrać następne prezydenckie wybory, a Ajatollahowie w Islamskiej Republice Iranu chcą zostać przy władzy, czyli w tym przypadku też przeżyć. To zaskakujące, że tak zabity irański gen. Sulejmani jak i wydający rozkaz egzekucji prezydent Trump, choć z różnych przyczyn chcieli tego samego: wycofania żołnierzy USA z tego regionu Bliskiego Wschodu. To może być dobry temat na następny tekst, ale teraz wracamy do ważnych spraw polskich.
Włodzimierz Majakowski pisał w znanym wierszu: “mówimy-partia, a w domyśle-Lenin”. Dziś Polacy odnosząc się do sojuszy, mówią Ameryka, a myślą Izrael, stąd w samo obronnym odruchu czasem reagują negatywnie. Może nie dlatego, że nie lubią Ameryki, ale bardziej dlatego, że są przedmiotem niesamowitej rasistowskiej nagonki właśnie ze strony Żydów. Nagonki osadzonej na fałszowaniu polskiej karty historycznej, z której Polacy byli i są dumni. Izraelski ekspert przemysłu mleczarskiego ichni szef MSZ Katz oświadczył, że PAD nie będzie mógł przemawiać na spotkaniu światowych liderów w Yad Vashem.  Może tylko wysłuchiwać sowieckiej wersji historii II wojny światowej z wkładką białych niedźwiedzi, przepraszam, plam. Na dokładkę prawo głosu obok Putina, który pewnie będzie mówił o zbrodni Katyńskiej i pakcie Hitler-Stalin, zabierze kanclerz Merkel, która na pewno będzie mówiła o narodzie niemieckim czyli, jak wszyscy wiedzą, pierwszej ofierze Hitlera. Nie powinno zabraknąć oczywiście miejsca na przypomnienie o niemieckich cierpieniach, jak i próbie ratowania Żydów z polskich pogromów. Po niej wystąpi Macron z dowodami na waleczność i niezłomność armii francuskiej i jej rządu w Vichy!
W stanie wojennym było powiedzenie: im gorzej tym lepiej!  Lepiej uderzyć o dno, aby było się od czego odbić. Jeżeli Putin i jego izraelska koalicja, wspomagana niemieckim parciem do wojennego dziewictwa nie wyhamuje swoich nauk płynących z Nowej Zawodówki Historycznej, to istotnie historia na naszych oczach zatoczy krąg i deja vu, zbliżymy się do sytuacji przypominającej rok 1939.  Do niedawna byliśmy zaniepokojeni dziwnymi bezprawnymi (w naszej cywilizacji) roszczeniami płynącymi od spekulacyjnych spółek roszczeniowych amerykańskich Żydów. Następnie zauważyliśmy, że wbrew zapewnieniom, że to tylko sprawka żydowskich organizacji roszczeniowych w Ameryce, jednak blisko współpracują one z rządem w Tel Avivie. Dziś następny  łeb tej roszczeniowej, antypolskiej hydry pojawił się w Moskwie. Rząd polski, najbardziej polski od początków republiki okrągłego stołu, znając nasze doświadczenia historyczne w Bożym siedlisku nad Wisłą nie ma wiary i nie szuka zbytniej przyjaźni z Niemcami, a tym bardziej z Rosją. II RP zawarła odstraszające sojusze z Francją (ta jednak pozbawiona wyobraźni wystraszyła się odwagi) i nawet z ówczesnym mocarstwem światowym Anglią. Wiemy jak sprawy polskie się skończyły.  Dzisiaj rząd polski zaufał wywodzącemu się z NATO sojuszowi z USA. Przypomnijmy, że Papież Jan Paweł II i prezydent Reagan razem pomagali Polakom w stopniowym upodmiotowieniu się i zrzuceniu sowieckiego jarzma. Jednak amerykańska pomoc w tych zmaganiach była nadzorowana przez pośrednika: agendy izraelskiego Mossadu, gdyż Amerykanie nie mieli rozeznania wśród polskich grup opozycyjnych. Wiemy, że pomoc techniczna i pieniądze trafiały głównie do ośrodków bliższych Mossadu. One też szybko wyrastały na reprezentację polskiego Narodu i jego oporu. A cała ta zabawa zakończyła się transformacją przedstawicieli układów komunistycznych  i zachowanie przez nich wpływów w nowo powstałej republice okrągłego stołu. Od jakiegoś czasu dobrze osadzone w polskiej gospodarce i polityce środowiska żydowskie przy współdziałaniu z roszczeniowymi ośrodkami środowisk nowojorskich Żydów zdecydowały się proces wydrenowania Polaków z ich wypracowanego majątku. W tym celu długofalowo  zmodyfikowały prawdę historyczną II wojny światowej w świecie zachodnim tak, aby zohydzić obraz Polski i Polaków przedstawiając ich nawet jako oprawców i inspiratorów II w.ś., szczególnie uwikłanych w sprawstwo holokaustu. Wszystko po to, aby nikt nie protestował, kiedy wyjdą ze swoim programem odchudzenia Polaków z ich zasobów, które przecież musieli ukraść Żydom zamordowanym przez nazistów w Polsce. Obecny wysoki komornik państwa położonego w Palestynie w jego ambasadzie w Warszawie, życzy sobie, aby Polacy zapłacili za zbrodnie niemieckie, za które ci ostatni już zapłacili. Już w niemieckich mediach (nie mówiąc o żydowskich i rosyjskich) odzywają się głosy o polskiej odpowiedzialności za holokaust Żydów, a nawet za wywołanie II w.ś. Jak nowoczesność, to nie tylko w domu i zagrodzie, ale i w polityce historycznej. Okazuje się, że Polacy ze swoim duchowym przywódcą ajatollahem Adolfem Hitlerem rozpoczęła II w.ś., której pierwszą ofiarą zostali Niemcy, oczywiście Żydzi i Rosjanie. Polacy też ginęli , ale głównie podczas zabijania Żydów i podczas nieszczęśliwych upadków z strażniczych wież w obozach koncentracyjnych. Więc są odpowiedzialni  również za śmierć 10 mln Niemców, 20 mln Rosjan, no i 6 mln Żydów. Dla Polaków jedynym pytaniem powinno być dlaczego rząd polski dotuje prace “badania” historyczne takich żarliwych patriotów polskich jak Gross, Grabowski, Engelking, Leociak i innych również cierpiących na masochizm. Naturalnym sojusznikiem żydowskiej Nowej Zawodówki Historycznej stał się rosyjski oligarcha i dzisiejszy prezydent Putin, którego mania fałszywej interpretacji zjawisk historycznych już wkrótce uczyni go głównym mówcą na zaproszenie żydowskiego Yad Vashem. Postsowiecki Putin, w sytuacji prób wyzwolenia się Trumpa z niekończących się konfliktów bliskowschodnich, staje się zbawiennym sojusznikiem ciągle zagrożonego konsekwencjami własnej polityki Izraela. Trump, choć mocno powiązany z syjonistami (córka aby poślubić Żyda przeszła na judaizm), jest jednak amerykańskim biznesmenem, któremu marzy się zatrzymanie Ameryki na jej drodze ku przepaści. Już w 2007 r. biznesmen Trump głosił, że trzeba jak najszybciej wycofać się z Iraku, bo to jest worek bez dna. Jego naturalnym przeciwnikiem są globalistyczni banksterzy, którzy bezwstydnie używają zasobów państw narodowych, w tym USA do dalszej destabilizacji państw z aspiracjami wybicia się na niezależność.
Jeśli polityki polski rząd nie zrewiduje swojej polityki, Naród Polski wkrótce może znaleźć się w dużych kłopotach, a nawet w niebezpieczeństwie. Miejmy nadzieję, że elity rządzące  w Polsce zrozumieją, że izraelski kapitał, technologie i kontakty obsługujące polskie aktywa bardzo szybko mogą znaleźć się w ręku Putina na którym Izraelowi bardzo zależy nawet ze względu na jego rosnącą rolę na Bliskim Wschodzie. Trudno nawet dziwić się Żydom, że bezpieczeństwo i pomyślność ich kraju były, są i będą dla nich najważniejsze, właśnie tego rządzący Polską mogą się od nich uczyć. My Polacy mamy za sobą spore doświadczenia życia pod okupacją: brutalną niemiecką, metodycznie okrutną sowiecką (wcześniej rosyjską). Obserwuję ataki niektórych polskich środowisk na USA. Wypadałoby jednak przypomnieć, że ten kraj nie ma pretensji do polskiego Śląska, Pomorza, czy ziem wschodnich. Można też wyobrazić sobie sytuację, że jednak po II w.ś. znaleźlibyśmy się pod okupacją, w strefie amerykańskiej. Wtedy działyby się rzeczy straszne, plan Marshalla, szybka odbudowa miast i przemysłu Polski (takie negatywne zjawiska jak po wojnie w Japonii, Korei Płd., czy w Niemczech zach.) Tak naprawdę chyba najbardziej złowieszczym i negatywnym zjawiskiem, który odbiłby się na życiu i zdrowiu Polaków, byłyby te cholerne amerykańskie hamburgery... Na pocieszenie obserwacja. Po wojnie (która z organizmu narodowego krwawo wypruła nasze elity) przeżyliśmy z nadania stalinowskiego demokrację ludową, następnie po nieudanej operacji plastycznej twarzy systemu socjalistycznego na bardziej ludzką, przeżyliśmy demokrację socjalistyczną, a po nowojorskim porozumieniu Jaruzelskiego z Rockefellerem (1985) żyjemy w demokracji okrągło stołowej. Wypadałoby zapytać rządzących, kiedy przestaną wreszcie bawić się tymi rozmaitymi przymiotnikami! Najwyższy czas na Wolną, Niepodległą Polską!
P.S. Powstaje więc pytanie czy  kryzys na Bliskim Wschodzie w pewnym sensie daje zajęcie Izraelowi, a nam szansę na złapanie oddechu? Jacek K. Matysiak Źródło:niepoprawni.pl
Mój dziadek, ociec mówili mi z Żydem nie rozmawia się, Żyda leje się, tylko skąd ja mam wiedzieć, że to Żyd!?
W armii Hitlera służyło 150 tys. Żydów, w tym 21 w stopniu generała. Ci ludzie czuli się Niemcami i uważali, że służba w wojsku własnej ojczyzny jest nie tylko obowiązkiem, ale także powodem do dumy. Chcieli walczyć z wrogami Niemiec - mówi amerykański historyk Bryan Mark Rigg. Większość żołnierzy Wehrmachtu żydowskiego pochodzenia nie wiedziała o Holokauście, byli jednak oficerowie, jak feldmarszałek Erhard Milch - fanatyczny narodowy socjalista, który wiedział o eksterminacji Żydów i popierał ją. 
10 01 2020 Gdy znikną z terenów Polski całe miasta wraz z ludźmi i ich dobytkiem.
Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest bardzo napięta. Wiele osób uważa, że grozi nam III wojna światowa. Czy Polska może czuć się bezpieczna?
Rosjanie od kilku lat " straszą " Polaków iż użyją na terenie Polski broń jądrową zgromadzoną w Obwodzie Kaliningradzkim oraz na terenie Rosji. Wiemy jakie skutki przyniosło by użycie tej broni - nieobliczone straty i ogromną tragedię wręcz niewyobrażalną w postaci zniknięcia z mapy całych miast, osiedli z ludźmi i całym wyposażeniem oraz ich dobytkiem. Czy jesteśmy przygotowani na takie działania ? Postaram się krótko przedstawić ten ważki problem. W czasach tzw. "zimniej wojny" tj. od lat 1946 do 1989 w Polsce istniał program edukacyjny dla społeczeństwa oraz przygotowań militarnych w armii, celem którego była obrona kraju przed Bronią Masowego Rażenia zwanego OPB Mar. Oczywiście, agresorem wtedy, były kraje NATO i Stany Zjednoczone.Tak było w poprzednim w Polsce dawniej. W ramach tego programu w szkołach zawodowych i średnich wprowadzono jako przedmiot obowiązkowy Przysposobienie Obronne. W trakcie nauki tego przedmiotu przygotowywano uczniów w jaki sposób ludność cywilna ma się zachowywać i chronić przed i po ataku nuklearnym. Uczono między innymi w jaki sposób postępować i chronić ludzi przed bronią masowego rażenia typu A -atomowa, B - biologiczna, C – chemiczna. Uczono także jak zabezpieczać wodę pitną i produkty spożywcze przed opadem promieniotwórczym czy zakażeniami chemicznymi. W nowo wybudowanych wówczas blokach mieszkalnych adaptowano w nich piwnice na ukrycia. Przed takimi budynkami często widać było wystające żelbetowe wyjścia ewakuacyjne zwane potocznie przez młodzież tzw."kominkami". Po 1989 r. po zmianie ustroju gospodarczego jak i obowiązującego prawa w tym budowlanego, to na właścicielu lub zarządcy obiektu budowlanego ciążył obowiązek utrzymania w sprawności tych budowli tzw. schronów i ukryć dla ludności i pracowników w zakładach pracy. Następował wówczas istotny dylemat, czy wymienić cieknący dach, dziurawe okna, niesprawne instalacje czy budować ukrycia przed bronią atomową, które z punku widzenia sztuki budowlanej były zbyt słabe, by kogokolwiek w nich uratować. Słynne metro warszawskie w określonej wyznaczonej jego części miało zostać adaptowane i dostosowane jako ukrycie dla ludności. Zbyt wielkie koszta i trudności techniczne w jego adaptacji spowodowało zarzucenie tego projektu. Stan aktualny.
W dniu dzisiejszym, według mojej wiedzy, w naszym kraju nie istnieje żaden system ukryć budowlanych i jakichkolwiek innych dla ludności przed szkodliwymi czynnikami po wybuchu broni masowego rażenia. Myślę tutaj o skażeniu promieniotwórczym tak znanym po awariach elektrowni atomowych np. w Czernobylu czy Japonii. Nie posiadamy żadnych ukryć przed zakażeniami chemicznymi czy biologicznymi. W Szwajcarii istnieje system podziemnych miast mogących ukryć całość ludności tego państwa. Wiele tego typu ukryć buduje aktualnie się w Rosji i Niemczech. Co może oznaczać budowanie podziemnych miast, gigantycznych schronów czy magazynów żywności? Jaka katastrofa grozi światu? Analizując prasę oraz inne dostępne źródła informacji dowiedziałem się, że wiele państw w ostatnim okresie zaczęło lub kontynuuje budowę podziemnych bunkrów i schronów. Zadałem sobie pytanie: komu i czemu te budowle mają służyć i jaka ewentualnie grozi nam katastrofa? Aby odpowiedzieć na te pytania, przeprowadziłem analizę tego problemu w oparciu o uzyskane informacje prasowe i własną wiedzę. Niech zatem przemówią fakty…
Jak inni przygotowują się do tych zagrożeń ? Na wyspie Spitsbergen rząd Norwegii zbudował schron podziemny, do którego schowano 4,5 miliona sztuk nasion roślin jadalnych hodowanych na świecie oraz złożono duże ilości żywności. Inwestycja pochłonęła ok. 10 milionów dolarów. Jak wynika z nieoficjalnych źródeł, Norwegia buduje na dalekiej północy podziemne miasto, mogące pomieścić ok. 2 mln swoich obywateli. Pozostali obywatele Norwegii, dla których nie znajdą się miejsca w schronie, mogą w razie kataklizmu zginąć w ciągu 24 godzin. Budowa odbywa się za zgodą Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Rząd Wielkiej Brytanii zamierza przenieść Bibliotekę Narodową z Manchesteru, pod pozorem jej remontu, do kopalni soli w Ceshire. Liczba przenoszonych woluminów to prawie milion sztuk.
W Pekinie, jeszcze za czasów „zimnej wojny”, zbudowano podziemne miasto o powierzchni ok. 85 km2. Ma być schronieniem dla członków władz i wybranych osób. Miasto-schron posiada 4 tys. km korytarzy i 700 tys. km podziemnych dróg dojazdowych utworzonych w systemie powiązanych z sobą bunkrów i schronów. System ten nazwano „Podziemnym Wielkim Murem”. W Rosji, pod Moskwą, wybudowano zupełnie oddzielną nitkę metra, stanowiącą schron dla członków władz. Obecnie trwają tam prace budowlane. Łącznie w Moskwie wybudowano już około 5 tys. bunkrów, które mają ochronić jej mieszkańców. W ciągu 2 najbliższych lat planuje się budowę kolejnych 5 tys. takich schronów, w tym także przeciwatomowych. Na Uralu, w skałach góry Yamantau, Rosja buduje ogromny kompleks podziemny. Przy budowie zatrudnionych jest 30 tys. robotników. Ma być to najnowocześniejsze na świecie centrum dowodzenia. Kompleks tych bunkrów ma powierzchnię ok. 1000 km2 i może pomieścić ok. 60 tys. osób. Wyposażony jest w specjalnie wybudowane trasy kolejowe i drogowe. Kompleks znajduje się 2 tys. km od Moskwy. W Holandii nieprzerwanie od 2007 r. budowane jest ogromne podziemne archiwum, które może pomieścić zbiory Biblioteki Uniwersyteckiej. Budowla składa się z trzech klimatyzowanych pięter usytuowanych 60 metrów pod ziemią. Prace trwają. Niemcy budują od kilku już lat podziemne schrony, jak za czasów „zimnej wojny”. Schrony to nowoczesne centra dowodzenia będące jednocześnie siedzibami zarządzania kryzysowego. Istniejące schrony i bunkry poddawane są modernizacji i doposażeniu w nowoczesny sprzęt łączności i dowodzenia. Stany Zjednoczone posiadają na swoim terytorium 131 tajnych podziemnych baz, budowanych już od lat 1940. Amerykanie wybudowali na świecie 1477 takich baz, w których przechowywane są zapasy żywności. Są to podziemne miasta mogące stanowić schronienie dla 106 milionów ludzi na okres do 2 lat. Koszt budowy tych obiektów to wg szacunków kwota ok. 17-31 miliardów dolarów. Obiekty budowane są w trudno dostępnym terenie, w skałach. Na budowie jednej takiej bazy zatrudnionych może być od 1800 do 20 000 osób. Wybudowane bazy połączone są podziemnymi tunelami, w których kursują specjalne pociągi. Objętość jednej bazy wynosi około 4,25 mil sześciennych i sięga 5700 stóp pod ziemią. Szwajcaria przoduje w tym względzie na świecie.Prawie cała ludność tego państwa ma stworzone możliwości ukrycia się w podziemnych miastach. Ponad ćwierć wieku po zakończeniu zimnej wojny w Szwajcarii dalej nie wolno budować bloków mieszkalnych bez schronu atomowego w piwnicy. 300 tys. schronów rozsianych po kraju może pomieścić prawie 9 mln osób – o 1,5 mln więcej, niż wynosi liczba ludności. Ich utrzymanie kosztuje fortunę. Uważni kierowcy zauważą, że alpejski tunel Sonnenberg pod Lucerną różni się od innych. Z samochodu widać gigantyczne wrota z betonu i stali – skrzydło waży 350 ton i jest grube na półtora metra. Półtorakilometrowy tunel to w rzeczywistości część największego schronu atomowego na świecie. Gdyby w kierunku Szwajcarii ktoś odpalił rakiety z głowicami jądrowymi, jego wnętrza dałyby schronienie 20 tys. ludzi. Wykuta w litej skale konstrukcja wytrzyma być może nawet wybuch w promieniu kilometra głowicy jądrowej o mocy jednej megatony, czyli 70 razy potężniejszej od bomby atomowej, którą w sierpniu 1945 r. Amerykanie zrzucili na Hiroszimę.
Zagrożenia.

Po drogach w naszym kraju przemieszczają się ogromne ilości samochodów ciężarowych z substancjami niebezpiecznymi jak amoniak, chlor oraz różnego rodzaju truciznami stosowanymi w przemyśle. Przejazdy tych "bomb ekologicznych" nie są nigdzie i nikomu zgłaszane oraz nie są przez nikogo monitorowane. Wyobraźmy sobie rozszczelnienie się płaszcza cysterny przewożącej chlor w centrum Poznania, Gdańska czy Wrocławia to ilość ofiar śmiertelnych liczona byłaby już w tysiące. W jednym z programów TV kilka miesięcy temu redaktor prowadzący program zapytał specjalistę od spraw zagrożeń: "w jaki sposób mamy się chronić, gdy dojdzie do wojny nuklearnej?" odpowiedź specjalisty była szybka, zacytuję: "tylko modlitwa". Niejednokrotnie zadałem sobie pytanie: ile kosztuje życie ludzkie? Dlaczego w dużym nowoczesnym i nie biednym państwie, w centrum Europy, nikt nie pomyślał i nie zadbał o nasze bezpieczeństwo w przypadkach coraz częściej występujących szczególnych zagrożeń dla życia i zdrowia. Życie jednak pokazuje iż już nie są one już iluzoryczne. Czy w pogoni za polityką, władzą i pieniędzmi naszym rodzinnym decydentom nie tylko wojskowym, ale i cywilnym coś umknęło z tematów bezpieczeństwa naszego kraju? Bez programu, pieniędzy oraz profilaktyki i działań przygotowawczych w tym zakresie faktycznie pozostaje nam już tylko modlitwa. Źródło: niepoprawni.pl
08 01 2020 NFZ - ale jak to przeżyć ?
Narodowy Fundusz Zdrowia funkcjonuje już od 2004 r. jest płatnikiem, za nasze składki, świadczeń zdrowotnych. System okazał się niestety chory na chorobę nieuleczalną. Co to jest i jak działa NFZ? Na temat Narodowego Funduszu Zdrowia napisano już wiele publikacji, media niemal codziennie wypowiadają się na temat funkcjonowania tego systemu ochrony naszego zdrowia. Każdy pracujący i niepracujący (emeryt, rencista) Polak płaci składki dożywotnio na NFZ w skali całego kraju to już są duże sumy pieniędzy. I co za taką kasę otrzymujemy my jako zwykli pacjenci. Odpowiedz, jak pokazuje życie, jest proste płacimy za złoto, a otrzymujemy złom. Polski system ochrony zdrowia jak był chory tak chory został, a choroba powiększa się bez możliwości jej wyleczenia. Pieniądze odprowadzane w ramach obowiązkowych składek od społeczeństwa powinny trafić do kasy państwowej na zabezpieczenie naszego zdrowia i co się zatem z nimi dzieje? Odpowiedź na to pytanie zaprezentuję pytaniami: czy ktoś widział biurowiec NFZ  odróżniający się od innych bogactwem jego wyposażenia czy wyglądu? Czy ktoś widział jak urzędnicy NFZ jeżdżą środkami komunikacji miejskiej przy załatwianiu spraw służbowych w danej miejscowości. Czy ktoś widział wynagrodzenie pracowników NFZ poniżej średniej krajowej? Widział, ale nie w Polsce! Dlaczego fundacja Jerzego Owsiaka, za kolejne nasze pieniądze, musi kupować sprzęt i wyposażenie medyczne dla NFZ byśmy nie poumierali (bo oni tego nie porwą na inne cele)? Potrójny podatek? To ile właściwie realnie płacimy na NFZ czy ktoś to policzył? Co NFZ oferuje w zamian? Za ciężko zarobione i wyrywane jako podatek prawie 40 proc. (jak zliczymy wszystko) z naszych uposażeń, sum pieniędzy na nasze zdrowie otrzymujemy:
1. Gigantyczne kolejki do lekarza rodzinnego czy specjalisty (tygodniowe lub dwutygodniowe  wcześniejsze wyprzedzające zapisy do specjalisty nawet roczne terminy oczekiwań), gratuluję czekać z temperaturą, bólem itp. przez ten okres czasu. Zapisy do specjalisty ze wskazania lekarza rodzinnego - to już jak wspominałem - terminy "jak z kosmosu" z wyprzedzeniem roku gwarantujące na wstępie diagnozę oczywistą - pacjent może nie dożyć takiej wizyty u lekarza. A ja dopowiem - na bank nie dożyje nie ma szans, chyba że zapłaci po raz kolejny za tę samą czynności i pójdzie prywatnie - wtedy ma szansę, ale czy ma kasę?
2. Pobyt szpitalny to już nie komedia ani farsa - to czyste szaleństwo. Zanim dostaniemy się do szpitala na zabieg, to czas oczekiwania na przyjęcie wręcz wyklucza przeżycie, nie mówiąc  już o wyzdrowieniu. Jak się uda termin skrócić to jak trafienie w milion w Totolotku. Chyba, że prywatnie, a proszę - to od ręki. Mały kredycik w banku i przeżyjesz ale zbankrutujesz, inaczej operacja się udała, lecz pacjent nie wytrzymał roku czekania.
3. Badania specjalistyczne to jak lot w kosmos. Chętni są  - rakiety brak. Proponuję zapisać się na tomograf komputerowy czy rezonans magnetyczny - termin za rok! W tym roku oczywiście TAK ale za kasę. Po roku takie badania już niepotrzebne, bo pacjenta zabraknie. Ale statystyki się poprawią i NFZ jest potrzebne. Ważniejsze papierki od człowieka.
4. Sanatorium to już w czystej postaci kabaret, zanim chętny na taki wyjazd przebrnie przez biurokratyczne sito, bieganie z papierkami po ulicach (trzeba mieć końskie zdrowie), kiedy upora się z proszeniem prawie na kolanach urzędników to z łaski dostanie i na wyjazd sił już nie starczy.  czekanie to minimum 2 lata od daty wystawienia przez lekarza rodzinnego skierowania. A sanatorium nie jest całkowicie darmowe. A jak wyglądają takie obiekty, w co się wyposażone wszyscy wiemy. Bezpieczniej zostać w domciu.
5. Świadczenia zdrowotne za granicą, to jesteśmy już w Białorusi. Na dowód osobisty możemy podróżować po niemal całej Europie, ale jak chcemy pójść do dentysty np. w Niemczech potrzebny jest dodatkowy papier - europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego. Stoimy zatem w kolejnej długiej kolejce wypełniamy dodatkowe papierki. Aż wyjazdu się odechciewa kompletnie, a może taniej będzie prywatnie?
Propozycja. Niech państwo nasze kochane obliczy ile daniny od nas złupiło przez te wszystkie lata na państwową ochronę zdrowia i te kasę nam odda wprowadzając prywatne świadczenia zdrowotne. Wtedy się ubezpieczymy jak na zachodzie Europy, i będziemy faktycznie leczeni bez kolejek w czystych i pachnących przychodniach i szpitalach. A kasa, która nam jeszcze zostanie po takiej operacji na pewno starczy na godne życie do jego zakończenia. Tylko urzędnicy zbankrutują, ale to już inna bajka. Źródło: niepoprawni.pl
Lekarz powinien leczyć, a nie czytać procedury, i wypełniać stosy nikomu nie potrzebnych formularzy!? Na pacjenta 10 minut a na papiery 50, no to jak ma być dobrze w służbie zdrowia, ale za to armia pasożytów ma dobrze płatne stanowiska.
Nikomu w Polsce nie zależy na tym by chorego przywrócić do zdrowia. Dlatego mafia w białych kitlach nie dopuści do żadnych zmian w publicznej służbie zdrowia bo dla niej każdy chory to złote źródełko inaczej NFZ z którego bezkarnie można czerpać pieniądze. Polska jest jedynym krajem na świecie gdzie eutanazję pacjent ma zagwarantowaną w koszyku bezpłatnych świadczeń medycznych. Jakie to humanitarne a zarazem ile w tym troski najwyższych władz państwowych o jak najlepsze samopoczucie chorego. Na ten przykład chory na raka dostaje aż sześć miesięcy a szczęśliwiec nawet dwa lata zanim lekarz specjalista rozłoży ręce i powie w pana przypadku medyczna jest bezradna. No, no a proszę sobie wyobrazić takiego chorego w Niemczech, Anglii... gdzie zanim się dowie że jest chory a tu masz ci babo placek już go wyleczyli.....
07 01 2020 Wielka trąba w orkiestrze Putina.
„Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem”. Krzysztof Szczerski od lat specjalizuje się w budowaniu wizerunku Polski. Jako profesor i humanista zasłynął w świecie specyficzną obroną pisowskiego bezprawia głosząc, że „nie ma przepisu zakazującego działania poza prawem, bo jest [jedynie] nakaz działania w ramach prawa”. Jako minister wsławił się propozycją wystawiania Polakom katolickich paszportów, zawierających najważniejsze modlitwy i prawdy wiary, niezbędne emigrującym Polakom, by nie ulegli lewackim modom zachodnim.  Jako autor m.in. opasłej rozprawy „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy” ogłosił niechybny rozpad Unii oraz przesłanie, że „Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem”.  A jako szef gabinetu prezydenta Dudy zbeształ właśnie marszałka Senatu, który zamyślił skonsultować w Brukseli zgodność z prawem unijnym najnowszej ustawy demolującej polskie sądownictwo.
Dlaczego prof. Tomasz Grodzki powinien odwołać swoją wizytę w Brukseli? Otóż zdaniem pana Szczerskiego powinien tak zrobić ze względu na… bezpieczeństwo państwa! A dlaczego Polska znalazłaby się w niebezpieczeństwie wskutek spotkania marszałka Senatu z wiceszefową Komisji Europejskiej Vierą Yourovą, na jej zaproszenie zresztą?  Bo okazuje się, że rozmowa na temat najnowszych ustaw sądowych to woda na młyn Władimira Putina, którego celem jest „wyizolowanie Polski i niszczenie jej wizerunku za granicą, zwłaszcza na Zachodzie”. Zatem człowiek kontaktujący się z Europą niszczy tym samym wizerunek Polski i „gra w orkiestrze Putina”.  Czyli każdy, kto zareaguje na list Komisji Europejskiej, która zwróciła się do prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu o wstrzymanie prac nad zmianami dotyczącymi ustaw sądowych do czasu przeprowadzenia konsultacji, sprowadza na Polskę ogromne zagrożenie.  Konfrontowanie polskich przepisów z unijnymi jest bowiem sprzeczne z polską racją stanu, a prośba o opinię Komisji Weneckiej to już bez wątpliwości zdrada interesu narodowego.  Czemu Tomasz Grodzki zdecydował się na ów szaleńczy krok, ryzykując bezpieczeństwo kraju i byt polskiego narodu? Marszałek Senatu nie uznał za niezbędne ujawnienie prezydenckiemu urzędnikowi motywów swojej decyzji, wyjaśniając tylko, że „ciągle jeszcze żyjemy w kraju demokratycznym i pan minister nie będzie trzeciej osobie w państwie dyktował, co ma robić”. Można jedynie domniemywać, że do konsultacji z europejskimi przyjaciółmi skłoniły marszałka m.in. liczne zapewnienia przedstawicieli władzy, że rozwiązania zawarte w ostatnich ustawach sądowych są właściwie żywcem przeniesione z ustawodawstwa europejskich krajów o rozwiniętej demokracji. Być może prof. Grodzki postanowił to sprawdzić, bo wielokrotnie już okazywało się, że wiedza prezesa Kaczyńskiego i jego dworzan o życiu i obyczajach ludów zamieszkujących nieznane krainy za Odrą i Nysą jest szczątkowa i usiana niesprawdzonymi plotkami. Być może marszałek uznał także, iż rozmowa z przyjaciółmi w klubie, do którego wstąpiliśmy po długich staraniach i z którego czerpiemy niemałe zyski, nie jest zagrożeniem dla obrazu Polski w Europie, a przeciwnie, świadczy o tym, że ostało się u nas całkiem sporo ludzi tęskniących za normalnością, przyzwoitością i praworządnością. Może marszałek uznał także, że teza ministra Szczerskiego, jakoby kraje Unii nigdy by się nie dowiedziały o naruszeniach praworządności w Polsce, gdyby opozycja nie informowała o nich swoich europejskich przyjaciół, jest nieco przesadzona. Besztając marszałka Senatu szef gabinetu prezydenta Dudy nie omieszkał podkreślić, że nieodpowiedzialne działania mogą zniweczyć wysiłki obecnej władzy, odnoszącej wręcz fantastyczne sukcesy w budowaniu wizerunku Polski za granicą. W rzeczy samej – image naszej ojczyzny konstruowany jest z ogromnym wysiłkiem, w nieustannych starciach z władzami Unii, z szefami państw europejskich, z Trybunałem UE i z Komisją Wenecką. Wizerunek Polski kształtują rasistowskie, homofobiczne i seksistowskie wypowiedzi funkcjonariuszy Kaczyńskiego, błazeńskie występy prezydenta na międzynarodowych forach, konfabulacje premiera i urojenia prezesa o zagrożeniach ze strony muzułmańskich uchodźców, wrażych ideologii i śmiertelnie groźnej dla Kościoła (a zatem i dla Polski!) laicyzacji Europy. Opinia o obecnej Polsce zszargała się również po głosowaniu w sprawie programu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, a runęła na zbity łeb, gdy premier Morawiecki nazwał to głosowanie wielkim polskim sukcesem, bo „Polska uzyskała zwolnienie z zasady stosowania polityki neutralności klimatycznej już w roku 2050, zgodnie ze swoimi celami. Będziemy w swoim tempie dochodzić do neutralności klimatycznej” . Kiedy rządowi mądrale ocenili w TVPiS, że polskie opóźnienie potrwa co najmniej 10 lat, światowe media przypomniały, że Polska jest europejskim liderem w produkcji smogu, że na dziesięć najbardziej zasmrodzonych miast aż siedem leży w Polsce i że każdego roku zatrute powietrze zabija 45 tys. Polaków. Sukces ogłoszony przez premiera Morawieckiego polega więc w gruncie rzeczy na tym, że Polacy o 10 lat dłużej będą się dusić i umierać. A sukces propagandowy, o którym trąbi Krzysztof Szczerski, oznacza w tej konkretnej sprawie zgodę władz Polski na śmierć pół miliona Polaków w ciągu dodatkowych 10 lat „dochodzenia do neutralności klimatycznej”, czyli akceptację zagłady miasta wielkości Gdańska czy Poznania. Ani Krzysztof Szczerski ani nikt z rządzących nie weźmie na barki odpowiedzialności za tragiczne skutki decyzji o kontynuowaniu chorego projektu rozwoju energetyki opartej na spalaniu węgla – w imię zapewnienia PiS-owi spokoju i śląskich głosów. Więc skoro fakty obciążają ich winą za trucie rodaków – tym gorzej dla faktów.  Rozpoczęto właśnie prace nad koncepcją powołania Narodowego Centrum Badań nad Zmianami Klimatu. Pomysłodawcy z PiS wyjaśniają, że chodzi o racjonalną wreszcie debatę nad klimatem, o rozpoczęcie we własnym narodowym ośrodku prawdziwie wiarygodnych badań klimatu, niezależnych od europejskich i światowych pracowni, które cechuje tzw. ekologizm. „Powinniśmy się temu ekologizmowi przeciwstawić!” – powiedziała Radiu Maryja europosłanka PiS Izabela Kloc. Zainteresowanie współpracą z projektowanym polskim narodowym centrum klimatycznym wyraziło już m.in. Ministerstwo Aktywów Państwowych, podległe resortowi Jacka Sasina, wybitnego specjalisty od fryzowania prawdy. Będziemy więc mieli nasze własne niezależne wyniki badania zanieczyszczeń i dopiero się okaże kto komu o czym truje. A może doczekamy się też Narodowej Prognozy Pogody? Świat przykucnie z wrażenia…
Niebotyczne sukcesy propagandowe, do których nawiązuje Krzysztof Szczerski, są także dziełem Polskiej Fundacji Narodowej, która 111 mln zł wydała na owocne działania, o których jednak zwykły obywatel nie musi wiedzieć. Ogłoszone ostatnio sprawozdanie zawiera same ogólniki i wiadomo tylko, że PFN zatrudnia prezesa, wiceprezesów i 7 dyrektorów, że każdy z nich ma przeciętnie 3 podwładnych, którzy zarabiają średnio 12 tys. miesięcznie. Symbolem sukcesu tej dziwnej firmy jest jacht „I Love Poland” za 4 mln zł zaprezentowany w kilku nadmorskich miastach za następne 5,5 mln, który od miesięcy tkwi w amerykańskim porcie ze złamanym masztem, a jego parkowanie kosztuje setki dolarów dziennie. Ciekawostka: dla obecnej władzy w najmniejszym nawet stopniu nie jest produktem promocyjnym ogromna polska akcja – znana, ceniona i realizowana w kilkudziesięciu już krajach świata – która nie tylko nie generuje żadnych kosztów, ale przeciwnie, przynosi Polakom ogromne, wymierne zyski i korzyści. Również w tym roku Wielka Orkiestra Jurka Owsiaka pozostanie bez państwowego wsparcia. W odróżnieniu od jeszcze większej orkiestry Władimira Putina, gdzie reprezentant polskich władz, w towarzystwie wielu pożytecznych idiotów, dmie co sił w największą trąbę, zwaną przez muzyków tubą B. Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl
Putin włączył się w kampanię wyborczą Andrzeja Dudy. Polska zakupiła rekordowe ilości węgla kamiennego w Rosji w roku 2019. Do tego dochodzą zakupy gazu i ropy naftowej. Kupa forsy płynącej z Polski do Rosji. W interesie Rosji i oczywiście Putina jest wyjście Polski z EU i niekończąca się władza PiSu. A to dopiero początek kampanii prezydenckiej. Czekam na kolejne niespodzianki. Rosjanie zawsze byli doskonałymi szachistami. Teraz widać to jeszcze lepiej. 
01 01 2020 Jakie zmiany czekają nas w 2020 roku?
Podwyżka płacy minimalnej, wyższe rachunki za prąd, wywóz śmieci, droższy alkohol, półki sklepowe bez cienkich i mentolowych papierosów, "mały" ZUS plus, likwidacja OFE i kolejny etap wprowadzania PPK. Oto niektóre ze zmian, które czekają nas w Nowym Roku. Interia wskazuje co jeszcze zmieni się w 2020 roku.
Od 1 stycznia 2020 roku minimalne wynagrodzenie za pracę wyniesie 2600 zł brutto. To wzrost o 350 zł w stosunku do roku 2019.
Według prognoz rządu wskaźnik waloryzacji rent i emerytur w 2020 roku wyniesie 3,24 proc. Dla porównania, w tym roku uplasował się on na poziomie 2,86 proc.
W Nowym Roku wyższe rachunki za prąd zapłacą niektóre gospodarstwa domowe. Chodzi tu o klientów Tauronu, Enei i Energi. Szef Urzędu Regulacji Energetyki zatwierdził bowiem taryfę na sprzedaż energii dla tych firm. Dla klientów Tauronu wzrost rachunku wyniesie ok. 7 zł miesięcznie. W przypadku gospodarstw domowych, które podpisały umowy z Eneą i Energą, rachunek wzrośnie o ok. 9 zł.
Mniej za gaz zapłacą klienci PGNiG Obrót Detaliczny. Prezes URE zatwierdził nową taryfę przedsiębiorstwa z ceną gazu obniżoną o 2,9 proc. Stawki opłat abonamentowych pozostały na niezmienionym poziomie.
Większość gmin podwyższyła także stawki za wywóz nieczystości w 2020 r. Nowe opłaty przegłosowała m.in. Rada Miasta w stolicy. Dla mieszkańców lokali w budynkach wielorodzinnych a więc w blokach, opłata wyniesie 65 zł miesięcznie. Dla posiadaczy domków jednorodzinnych - 94 zł miesięcznie. Stawki będą naliczane niezależnie od metrażu na zasadzie ryczałtu. Wyższe opłaty mają obowiązywać najwcześniej od 1 lutego. Stawki pójdą w górę także w innych miastach, m.in w Łodzi, Gdyni, Gdańsku, Katowicach czy Lublinie.
W tym roku Polaków czeka wzrost cen papierosów i alkoholu. Wiąże się to z podwyżką akcyzy na te produkty o 10 proc. Nowelizacja, która wprowadza nowe stawki podatku akcyzowego, obejmuje alkohol etylowy, piwo, wino, wyroby winiarskie, wyroby pośrednie, wyroby tytoniowe, susz tytoniowy oraz wyroby nowatorskie. Od 1 stycznia 2020 r. akcyzą zostanie objęty także płyn do e-papierosów. W przypadku tego produktu podatek będzie wynosić 0,55 zł od jednego mililitra.
Ministerstwo Zdrowia przygotowało także projekt przepisów, które mają na celu opodatkowanie słodzonych napojów oraz alkoholu sprzedawanego w butelkach do 300 ml, czyli tzw. małpek. Dodatkowe obciążenia fiskalne mogą czekać także na firmy, które świadczą reklamy suplementów diety.
Nowy Rok może uderzyć po kieszeni zmotoryzowanych. W górę pójdą stawki opłaty paliwowej na benzynę, olej napędowy i gaz. W przypadku benzyn silnikowych stawka za 1000 l wzrośnie ze 133,21 zł do 138,49 zł. Opłata za 1000 kg gazów pójdzie w górę do 170,55 zł w stosunku do 164,61 w 2019 r, zaś za 1000 l olejów napędowych urośnie z 297,61 zł do 306,34 zł. Wzrost opłaty paliwowej może nieznacznie wpłynąć na ceny na stacjach benzynowych. Szacuje się, że kierowcy zapłacą o ok. grosz więcej od litra paliwa.
W 2020 r. czeka nas także kolejny etap reformy emerytalnej. Likwidacji ulegną Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), a osoby które ulokowały w nich pieniądze z myślą o emeryturze, będą miały do wyboru dwie opcje. Zgodnie z decyzją rządu ustawa, która przekształci OFE w IKE, wejdzie w życie 1 czerwca 2020 roku. Od tego dnia do 1 sierpnia 2020 roku osoby, które ulokowały oszczędności w OFE będą miały czas na decyzję o ewentualnym przekazaniu funduszy z OFE do ZUS. Ci którzy zdecydują się na przeniesienie środków do ZUS, muszą się liczyć z koniecznością wypełnienia stosownej deklaracji. Z wyborem IKE nie będą wiązały się żadne aktywności - środki zostaną przekazane automatycznie.
Nowy Rok przyniesie także rozszerzenie ustawy o pracowniczych planach kapitałowych na małych średnich przedsiębiorców. Od 1 stycznia podmioty, które zatrudniają od 50 do 249 osób (według stanu osób zatrudnionych na 30 czerwca 2019 r.), zostaną objęte systemem PPK. Przedsiębiorca musi wybrać instytucję finansową, która będzie prowadzić i zarządzać Pracowniczymi Planami Kapitałowymi w danej firmie.
Od 1 stycznia 2020 r. podatnicy i pracodawcy-płatnicy zapłacą PIT, CIT i VAT do urzędu skarbowego za pomocą jednego mikrorachunku podatkowego. To duże ułatwienie dla przedsiębiorców, którzy obecnie przelewają zobowiązania z podatku VAT i z podatku dochodowego na dwa odrębne rachunki bankowe.
Od 1 lutego 2020 r. zacznie działać także Mały ZUS Plus. To rozwiązanie przeznaczone dla mikroprzedsiębiorców, których przychód w 2019 roku zamknie się w kwocie 120 tys. zł. Składki dla takich przedsiębiorców będą liczone proporcjonalnie do dochodu, a przez to niższe o kilkaset złotych.
W 2020 r. pojawią się także inne rozwiązania prawne, które mają ułatwić życie małym i średnim przedsiębiorcom. Pierwsze z nich dotyczy ochrony przed zatorami płatniczymi. Według szacunków Ministerstwa Rozwoju problem nieterminowych płatności dotyka ok. 80-90 proc. przedsiębiorstw w Polsce. Ustawa, która wejdzie w życie 1 stycznia ma skrócić terminy zapłaty do maksymalnie 30 dni od dnia doręczenia faktury w przypadku transakcji handlowych, w których dłużnikiem jest podmiot publiczny i do 60 dni zapłaty przy transakcjach, w których wierzycielem jest mikro-, mały lub średni przedsiębiorca, a dłużnikiem duży przedsiębiorca. Wśród szeregu rozwiązań, które mają ograniczyć zatory płatnicze pojawią się także kary pieniężne dla opieszałych dłużników, nakładane przez prezesa UOKiK oraz ulga na złe długi dla poszkodowanych przez zatory.
Z początkiem Nowego Roku wejdzie w życie duża część Pakietu Przyjazne Prawo. Od 1 stycznia przedsiębiorca, który popełni błąd, za który grozi mandat karny lub grzywna pieniężna, nie zapłaci, lecz dostanie pouczenie i zostanie zobowiązany do usunięcia naruszeń. Prawo do błędu obejmie przedsiębiorców zarejestrowanych w CEIDG. Parasol ochronny nad początkującymi przedsiębiorcami będzie obowiązywać przez rok od dnia podjęcia działalności gospodarczej po raz pierwszy albo ponownie, po upływie co najmniej 36 miesięcy od dnia ostatniego zawieszenia lub zakończenia działalności. Źródło interia.pl
Polskich firm działających w Polsce nie jest stać na płacenie podatków, stad jest luka podatkowa, zatory płatnicze etc... Kolejne działania MF spowodują likwidację firm, no i kto wtedy będzie płacił podatki!? Morawiecki dobija resztki polskiej przedsiębiorczości, gospodarka gwałtownie hamuje, ale on się nie przejmuje, bowiem czeka na niego dobrze płatna posada w międzynarodowej instytucji finansowej!? Czy skończy jak Marcinkiewicz!? 
30 12 2019 Zdrowia, szczęścia, normalności!
Wielu tych, którzy nie tak dawno kręcili nosem na ciepłą wodę w kranie, teraz marzy o jakiejkolwiek, byle czystej. Ledwo się człowiek uporał z życzeniami świątecznymi, a tu już noworoczne trzeba wymyślić. Internet pełen jest gotowców – poetyckich sentencji i grafomańskich wierszydełek, którymi w Sylwestra zapychają się komórki, messengery i konta mailowe – ale i tak większość okolicznościowych serdeczności sprowadza się do nieśmiertelnej triady: ZDROWIA, SZCZĘŚCIA oraz POMYŚLNOŚCI wymiennej na SPEŁNIENIA MARZEŃ. Sęk w tym, że wbrew najlepszym nawet intencjom życzenia te stają się coraz bardziej chybione, bo również tutaj dotarła już „dobra zmiana”. Stan placówek i poziom dezorganizacji służby zdrowia powodują na przykład, że uchowanie w dobrym zdrowiu przemieściło się z kategorii „utrzymanie dobrej kondycji” do sfery marzeń, a pomyślność zaczęła kojarzyć się ze szczęściem i ślepym losem zamiast ze zdolnościami i pracą.
Życzenia z wolna przestają być przejawem serdecznej pamięci o ludziach z kręgu rodziny, przyjaciół i znajomych, a coraz częściej są uciążliwym obowiązkiem towarzyskim, daniną dla tych, którzy mają wpływ na naszą sytuację zawodową i społeczną, albo inwestycją w jakość naszego życiach.  A co do życzliwości intencji… pesymiści są zdania, że gdyby któregoś dnia spełniły się wszystkie marzenia wszystkich Polaków, to kraj całkowicie by się wyludnił. To oczywiście przesada, ale gołym okiem widać , szczególnie w telewizji – tak publicznej jak dom prezesa Banasia w Krakowie – że postępuje proces intensywnej demoralizacji naszego społeczeństwa. Troska o interes publiczny już nie nobilituje, empatia nie budzi większego szacunku, a naturalna w cywilizowanych krajach życzliwość wobec nieznajomych ustępuje miejsca nieufności i podejrzliwości.  Obsadzanie intratnych posad dyletantami zaprzyjaźnionymi z władzą już tak nie razi, kłamstwo i obiecanki bez pokrycia stają się zwykłymi narzędziami polityki, a kradzież publicznego mienia, podobnie jak kiedyś w komunie, dowodzi jedynie sprytu i obrotności.
Rozmaici ludzie rozmaite składają życzenia. Kiedyś życzyło się innym tego, na co samemu miało się ochotę. Dziś, kiedy składa się je z towarzyskiego obowiązku, powinszowania stają się wtórne i banalne, a kiedy przekazywane są w oczekiwaniu korzyści, życzenia dobierane są do oczekiwań adresata.  Szybko uczymy się egoizmu, deformując równocześnie definicję samolubnego sobkostwa.  Przybywa przekonanych, że egoista to jest taki człowiek który bardziej dba o siebie niż o nich. Przybywa też ludzi, którzy w razie kłopotów nie zastanawiają się nad ich przyczyną, tylko pytają – dlaczego ja? Czemu to czy owo spotyka akurat mnie, a nie Kowalskiego z naprzeciwka? Z jakiej racji lekarze, sędziowie i rozmaite elity żyją sobie wygodnie, przytulają wielką kasę i nie dość, że mają wypasione fury, to jeszcze żony, na widok których biskup wybiłby dziurę w witrażu? Coraz więcej ludzi nie martwi się wcale, że trąba powietrzna zerwała dachy sąsiadom, a jedynie cieszy się, że nawałnica nie dotarła do ich domu. Chcą, żeby ludzie nie tłoczyli się w tym autobusie, którym jeżdżą do pracy, tylko w jakimś innym. Choćby nie wiedzieć, ile jeszcze pisowskich afer ujrzy światło dzienne, popierać będą każdego, kto ich doceni, przyzna im rację, dopuści do podziału kasy i umożliwi iluzoryczny choćby wpływ na losy kraju i ludzi.  Nie wiedzą, że im bardziej pragną kontrolować rzeczywistość, tym mniej kontrolują siebie.
Partia, zwana już kaczystowską, w drodze do wprowadzenia dyktatury spowodowała, że przyzwoitym ludziom żyje się gorzej. Zdawałoby się, że okradzionym z wolności i godności, oszukanym i ubezwłasnowolnionym, życzyć trzeba po prostu WSZYSTKIEGO! Ale to nieprawda, że im gorzej żyje i czuje się człowiek, tym większe są jego potrzeby.  Paradoksalnie – im bardziej postrzega się świat jako niewygodny, nieprzewidywalny i niepokojący, tym oczekiwania wobec niego są skromniejsze, a marzenia ograniczają się do zaspokojenia najważniejszych potrzeb. I odwrotnie: ci, którzy widzą Polskę odrodzoną, rozkwitłą, zreformowaną i ze zrównoważonym budżetem winszują sobie dziś miliona aut elektrycznych, światowego centrum komunikacji lotniczej między trzema istniejącymi już lotniskami, flotylli polskich promów, zbudowania 100 tysięcy mieszkań do końca 2019 roku oraz 46 miliardów cudownie wytrząśniętych z rękawa na realizację ostatnich obietnic wyborczych.
Oszukańcze zobowiązania obliczone na utrzymanie władzy i na dokończenie procesu zawłaszczania państwa, obrażają inteligencję wielu Polaków. Ale myślę, że na pytanie, czego przyzwoici obywatele sobie życzą w nowym roku, tylko nieliczni zażądają, by PiS został zdelegalizowany, a jego funkcjonariusze znaleźli miejsce w zakładach karnych lub, w miarę potrzeb, w psychiatrycznych ośrodkach zamkniętych. Założę się, że większość okradanych i obrażanych zapragnie po prostu, by ich nie okradano i nie obrażano. Wbrew dramatycznym opisom wściekłych ataków na Kościół wierni życzą sobie jedynie, by polscy katolicy stali się chrześcijanami. Chcą tylko tego, by delegaci Pana Boga na Polskę kierowali się Ewangelią miłości, a nie programem PiS i nienawistnym jątrzeniem „zielonego ludzika”, podkopującego fundamenty wiary bredniami o islamskich hordach czyhających na Polskę, o tęczowej zarazie i o ekoterrorystach.  A ludzie, którzy coraz liczniej protestują przeciw niszczeniu przyrody pod fałszywym pretekstem „czynienia sobie ziemi poddanej”, bynajmniej nie życzą polskim górnikom bezrobocia. Oni tylko nie życzą sobie, by 70% najbardziej zadymionych miast Europy znajdowało się w Polsce. Nie chcą, żeby każdego roku 45 tys. Polaków umierało z powodu zanieczyszczeń powietrza, nie chcą, by straszną śmiercią przez uduszenie ginęło 15 razy więcej ludzi niż wskutek wypadków komunikacyjnych! A ci, którzy wychodzą na ulicę w obronie Konstytucji, nie podpalają aut, nie przewracają tramwajów, nie budują barykad i nie życzą sobie rewolucji. Oni jedynie życzą sobie, by prawo było przestrzegane i przy okazji, żeby władza nie prześladowała ich za to, że ośmielają się publicznie mówić co myślą o prawdzie, prawie i o sprawiedliwości.
Marzeniami steruje propaganda, która tworzy nowe potrzeby lub potęguje te istniejące. Wszechobecna w Polsce propaganda sączy jad tylko w jednym kierunku, podkręcając oczekiwania i nadzieje bez związku z faktami, a często i wbrew faktom. Po przeciwnej stronie marzenia są mniej wyuzdane. Wielu tych, którzy nie tak dawno kręcili nosem na ciepłą wodę w kranie, teraz marzy o jakiejkolwiek, byle czystej.  Ot, żeby tylko nie było gorzej. Wystarczy, jeśli kłamstwa będą dostrzegane, a oszustwa karane. Wystarczy, że nowa sędzia TK nie odezwie się przez tydzień, a już świat staje się jaśniejszy, cieplejszy i mniej szarobury.
W naszym pokręconym światku, podstawowe prawa zdają się nieosiągalne, a minimalne standardy to nierealne fanaberie. W tak ważnych dla Polski wyborach prezydenckich nie szukamy człowieka wybitnego formatu, nieskazitelnego charakteru, z charyzmą przywódcy narodu. Wystarczyłby nam ktoś, kto z grubsza przestrzega prawa, nie wyrywa kartek z Konstytucji, rzadko kłamie, niechętnie obraża ludzi, nie pajacuje za granicą, stara się nie ośmieszać Polski i nie zraża do nas tych, od których zależy wsparcie dla polskiej pomyślności i rozwoju.
W nadchodzącym roku trzeba zatem życzyć sobie nie tylko WSZYSTKIEGO NORMALNEGO. Również tego, żebyśmy od nowa nauczyli się marzyć.  I jeszcze – wraz ze Stefanem Kisielewskim – życzę Wam, kochani, byście się zbytnio nie martwili tym, że znaleźliśmy się w ciemnej dupie.  To może się zdarzyć każdemu narodowi. Rzecz tylko w tym, żebyśmy nie zaczęli się tam urządzać. Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl
30 12 2019 Strażnicy postępu.
Postęp nie jest dany raz na zawsze. Trzeba go troskliwie chronić i kultywować. Pozostawiony samemu sobie może paść pod naporem sił religianctwa, obskurantyzmu i zacofania, które to siły mogą nas cofnąć do średniowiecza - do mrocznych czasów, gdy zakładali uniwersytety i budowali katedry...Ale postęp trzyma się mocno, bo ma licznych obrońców. W celu uzyskania efektu synergii progresiści wszystkich krajów łączą się. Ulica i zagranica, wielki kapitał i drobni ciułacze, osoby konsekrowane i świeckie, sędziowie i nobliści, no i politycy, którzy walczą o postęp niejako zawodowo i mają za to płacone. Gdy totalnie opozycyjny poseł Zalewski z miedzianym czołem i szklanym okiem wygłasza obowiązujące komunały o "kompromisie okrągłego stołu między przedstawicielami narodu, a komunistami", to walczy właśnie o postęp. I choć dziś już o transformacji ustrojowej wiemy całkiem dużo, to ze strony bojowników postępu wciąż słyszy się o stanie wojennym, który był "mniejszym złem", o "bezkrwawym oddaniu władzy", czy o roli Wałęsy w "upadku komunizmu". Oczywiście taka narracja ma na celu kształtowanie błędnego rozumienia rzeczywistości, co pośrednio wpływa na decyzje wyborcze skołowanego elektoratu. Dlatego warto stale przypominać, że komuniści starannie przygotowali się do swego "upadku", a celem "pierestrojki" była zmiana nieefektywnego systemu ekonomicznego przy zachowaniu ciągłości władzy. Autorzy kontrolowanego "przejścia do demokracji" największe kłopoty napotkali właśnie w Polsce ("Solidarność"), gdzie konieczny był stan wojenny i teatrzyk okrągłego stołu. Można powiedzieć, że cele "pierestrojki" w Polsce zostały osiągnięte dopiero 10 kwietnia 2010. Miesiąc po tragedii smoleńskiej w putinowskiej „Naszej Rosji” napisano -„Moskwa powinna teraz maksymalnie wykorzystać czas, który ma do dyspozycji, by sprawić, aby korzystne zmiany w stosunkach z Warszawą stały się nieodwracalne. Wydarzenia z 7 i 10 kwietnia 2010 stały się punktem zwrotnym w relacjach między naszymi państwami. To, co się wydarzyło na wiosnę 2010 roku jest szansą. Można ją wykorzystać jedynie poprzez wyjście naprzeciw sobie w sposób trwały i instytucjonalny”. Platforma Obywatelska, choć kojarzona raczej ze „stronnictwem pruskim”„wyszła naprzeciw w sposób trwały i instytucjonalny” i w czasie jej rządów nastąpiło apogeum przyjaźni polsko- rosyjskiej. To wtedy na zaproszenie min. Sikorskiego oberszpieg Ławrow (długoletni szef rezydentury KGB w USA) miał spotkanie (odprawę?) z polskimi ambasadorami, Państwowa Komisja Wyborcza udała się na szkolenie do Moskwy, a Służba Kontrwywiadu Wojskowego zawarła układ o współpracy z rosyjską FSB. Reaktywowano nawet Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. Nastąpiła też gwałtowna demilitaryzacja kraju w myśl „doktryny” Komorowskiego - „nikt na nas nie czyha”. I pomyśleć, że jeszcze na początku jego urzędowania armia nasza liczyła 200 tysięcy........
…....Prof. Gersdorf nie była sędzią, a nominację na Prezesa Sądu Najwyższego otrzymała chyba ze względu na zdolności, a także bardzo dobre pochodzenie – jej wstępni od dziesięcioleci zajmowali prominentne stanowiska w branży. Z powodu zmiany ustawy emerytalnej Pani Prezes zaproponowano przejście na emeryturę po ukończeniu 65 roku życia.. Prof. Gersdorf pobrała odprawę i skorzystała z okazji. Ale wkrótce ktoś ją namówił (przewodnik duchowy? spowiednik?) i wróciła do pracy nie kwapiąc się jednak do zwrotu odprawy. Jej powrót na stanowisko wzbudził entuzjazm ulicy i zagranicy. Pani prezes ma przekonanie, że prawidłowo nominowany sędzia musi być wybrany tylko przez lewicowo – liberalnych internacjonalistów proletariackich. W przeciwnym razie będzie to sędzia upolityczniony, nie gwarantujący sprawiedliwych wyroków. Niestety takie przekonanie pchnęło ją w kierunku anarchizacji państwa, bo czym innym może być wezwanie kilkuset sędziów, by powstrzymali się od orzekania (z perspektywą unieważnienia tysięcy wyroków)?
Za to działalność ta spotkała się z najwyższym uznaniem u Niemców. W maju prof. Gersdorf odebrała nagrodę im. Theodora Heussa za „wzorową niezłomność, jednoznaczną postawę i odwagę cywilną w służbie obrony warunków nieodzownych dla istnienia demokracji konstytucyjnej”, natomiast w listopadzie wyróżnienie "Internationale Demokratiepreis Bonn” za "niestrudzone zaangażowanie na rzecz niezależnego wymiaru sprawiedliwości".
Troska Niemców o demokrację w Polsce ma długą tradycję – Fryderyk Wielki i Katarzyna Wielka uzgodnili, że nigdy nie dopuszczą do likwidacji "liberum veto", aby polskie wolności obywatelskie nie doznały uszczerbku. Właśnie pracą na odcinku polskim ci monarchowie zaskarbili sobie u potomnym na miano "Wielkich"........
…...W MSZ jeszcze dziś pracują wnuki Bieruta i grupa 220 byłych funkcjonariuszy komunistycznych służb. Prawo pracy chroni ich przed zwolnieniem, ale nawet jak przejdą na emeryturę, pozostaną ich dzieci i wnuki. Pewne instytucje są ulubionym miejscem pracy dla wielopokoleniowych klanów rodzinnych. To dlatego w materiałach reklamowych polskich placówek dyplomatycznych znajdują się książki Grossa, czy film "Pokłosie". Można powiedzieć, że obok ciągłości personalnej, ta swoista pamięć instytucjonalna jest "gwarancją mocy i trwałości" władztwa komunistycznego nad Polską. W miarę jak zacieśnia się współpraca Rosji z Białorusią, a Rosja zbliża się do naszych granic, rośnie w siłę Nowa Lewica (pod kierunkiem starych komunistów). Już otrzymali potężny wiatr w żagle i są na fali wznoszącej, choć wydawało się, że po historycznej kompromitacji, ta ideologia wkrótce znajdzie się na śmietniku historii. Przed wojną mniej lub bardziej wrogie mniejszości stanowiły ok. 40 % ludności państwa. Dziś mamy podobną mniejszość, choć jest ona głównie etnicznie polska. Wytworzenie się tej mniejszości to najsmutniejszy rezultat niemal półwiecznej sowieckiej dominacji i zarazem największe osiągnięcie imperializmu rosyjskiego. Choć przypisani do różnych partii, ci ludzie nie mają żadnych zahamowań w szkodzeniu Polsce w każdy możliwy sposób i gdzie się tylko da. Prowokują niepokoje społeczne, wzywają do obcej interwencji i prawdopodobnie woleliby zewnętrzną okupację, niż obecne rządy. Jeden z prominentnych artystów wypowiedział to otwartym tekstem. Jak zachowają się w momencie próby? Czy będą walczyć, czy zbudują bramy powitalne dla wkraczających agresorów? Obserwujemy gwałtowne wymieranie środowisk solidarnościowych, Klubów Gazety Polskiej, Rodzin Radia Maryja – ludzi, którym udało się wywalczyć całkiem duży stopień podmiotowości kraju. Czy to pokolenie będzie miał kto zastąpić? Czy łowcy pokemonów poniosą Polskę?
Wybrane fragmenty: https://niepoprawni.pl/blog/leopold/straznicy-postepu 
29 12 2019 Świat, w którym robak jest ważniejszy od dziecka nie jest normalny.
Histeria ekoideologów po wypowiedzi abp. Jędraszewskiego otwiera ważną debatę. Ideologia ekologizmu tak dalece została wtłoczona do wszechobowiązujących trendów społeczno-politycznych, że jakakolwiek krytyka odwróconego porządku, w którym człowiek musi podporządkować się światu przyrody, spotyka się z natychmiastowym, bezrefleksyjnym hejtem. Ekoideolodzy w swojej zapalczywości niedługo będą chcieli karać więzieniem za głoszenie antropocentryzmu. Oto skutki zawłaszczenia ekologii przez skrajne lewactwo. To człowiek stanowi centrum świata przyrody i jako istota rozumna i wolna, posiada zdolność mądrego i odpowiedzialnego korzystania ze świata stworzonego. Ta podstawowa zasada została przez skrajnych ideologów ekologizmu zdeptana i zastąpiona zupełnie odwróconym porządkiem rzeczy. Człowiek ma w niej zostać podporządkowany bezrozumnej naturze. „Światła” myśl ekoideologów idzie tak daleko, że w ramach troski o planetę, nakazują eliminowanie ludzkiego życia. Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek rozumie, która z tych koncepcji jest normalna. Okazuje się jednak, że nie wolno tego mówić głośno. Abp Marek Jędraszewski przekonał się o tym dotkliwie, gdy w naturalny sposób nazwał rzeczy po imieniu. To jest sprzeczne z tym wszystkim co jest zapisane w Biblii począwszy od Księgi Rodzaju, gdzie jest wyraźnie mowa o cudzie stworzenia świata przez Boga. Bóg się tym światem zachwyca, człowiek jest postawiony jako ukoronowanie całego dzieła stworzenia. W Piśmie Świętym jest wyraźnie napisane „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Adam jest kimś kto nazywa zwierzęta, a więc nad nimi panuje i nie znajduje wśród nich kogoś kto byłby partnerem dla jego życia, dlatego otrzymuje małżonkę. To jest wizja człowieka i świata, którą głosi chrześcijaństwo i która jest także wizją głęboko zakorzenioną w judaizmie. Naraz wszystko się kwestionuje czyli faktycznie kwestionuje się naszą kulturę, odwraca się cały porządek świata zaczynając od tego, że kwestionuje się istnienie Pana Boga - stwórcy, kwestionuje się także rolę i godność każdego człowieka — powiedział w wywiadzie abp Marek Jędraszewski, krytykując „ekologizm”.
Co w tych wypowiedziach niewłaściwego? Skąd ta fala hejtu, która go spotkała? Szaleństwo politycznej poprawności sięgnęło już kompletnego dna absurdu. Obrońcy Matki Ziemi gotowi są wydrapać oczy w jej obronie, nawet jeśli ekologiczne teorie kompletnie degradują człowieka. W istocie godzą się do zdegradowania samych siebie, zanegowania człowieczeństwa. Gdzie tu rozum? Ci sami, którzy gotowi są do strajków głodowych w obronie hurtnicy czarnej czy kornika drukarza, z taką samą zapalczywością protestować będą za zabijaniem dzieci nienarodzonych. Walcząc o ochronę rzadkich gatunków owadów, podpisują się pod koncepcjami depopulacyjnymi, nakazującymi ograniczyć liczbę ludzi na świecie, żeby nie deptali planety. Gdzie tu rozsądek  i  konsekwencja? Histeria, jaką wywołała wypowiedź arcybiskupa Jędraszewskiego jasno pokazuje jak daleko zabrnęła ekologiczna indoktrynacja i jak bardzo potrzebne jest otrzeźwienie. Światowe trendy wtłaczane Polakom za pośrednictwem skaptowanych przez ekoideologów celebrytów, dziennikarzy i polityków, mają zmienić świadomość opinii społecznej. Już dziś słyszymy, że należy wysoko opodatkować mięso i dążyć do całkowitego ograniczenia nie tylko produktów mięsnych, ale i nabiału. Okazuje się, że dla jednych i tych samych ludzi, unerwiony mózg karpia sprawia, że ryba przeżywa i cierpi, ale trzymiesięczne dziecko w łonie matki jest zaledwie nic nieczującym zlepkiem komórek. Czy to szaleństwo ma jakikolwiek sens? Najmniejszego! Lewacka ideologia uczyniła sobie z ekologii własną religię. Ci sami, którzy podważają istotę człowieczeństwa, negują ludzką godność, depcząc fundamentalne wartości cywilizacji łacińskiej, wyznają wiarę w świętość Matki Ziemi, która ma pierwszeństwo przed człowiekiem. Źle ukierunkowana duchowość już dawno przeistoczyła się w histeryczny fanatyzm. Czas na rzeczową debatę o miejscu człowieka w świecie i przywrócenie mądrej koncepcji ekologicznej. Źródło wpolityce.pl
Wow! Ekologizm groźny bo to nowa religia! OK. No a bardzo groźnej religii smoleńskiej jakoś abp nie zauważył!?
Polska to dziki kraj. Kraj w którym rybka, ptaszek, piesek, kotek... mają więcej praw od zwykłego obywatela. Kraj w którym malutka żabka potrafi wstrzymać inwestycję infrastrukturalną wartą miliardy złotych. Jeszcze trochę a bogaci zaczną na tych biedniejszych jak na zwierzęta i to bezkarnie polować Jak długo jeszcze dzikie zwierzęta będą bezkarnie niszczyć samochody na drogach? Jak długo jeszcze dzikie zwierzęta będą miasta traktowały jako swoje tereny?
28 12 2019 „Demokraci” 2019 roku.
Nie masz większych „demokratów” nad tych Trzech Muszkieterów: Kaczyńskiego, Dudę i Morawieckiego! Za kilka dni koniec 2019 roku, więc już czas na podsumowania, rankingi, jakieś listy. Nie chcę być gorsza i sama chętnie dołączę do ogólnonarodowego trendu, tworząc swoją własną, choć zapewne dość subiektywną listę Najwybitniejszych Polskich „Demokratów” mijającego roku.
Pierwsze miejsce przyznaję Jarosławowi Kaczyńskiemu. Skromny to człowiek, nie lubi pchać się do przodu, więc tylko z fotela posła i szefa partii trzyma Polskę w okowach swojej wizji demokracji. Facet nie ukrywa, że ta właśnie demokracja „tak naprawdę w pełni zrealizowana została dopiero wtedy, kiedy doszliśmy w 2015 r. do władzy. A dlatego, że demokracja zakłada, że to, co formacje polityczne prezentują w wyborach, jest rzeczywiście robione. Bo jeżeli nie jest robione, to w gruncie rzeczy mamy do czynienia nie z demokracją, ale z pozorem”. Mało tego, wmawia narodowi, że to PiS i tylko PiS jest gwarancją demokracji. Pan prezes wie, co mówi i żadne „zdradzieckie mordy”, żadni Polacy „drugiego sortu” nie przekonają go, że ta jego demokracja jakaś taka nietrafiona i mało ma wspólnego z tą prawdziwą. Ci, którzy tak mówią to wredne typy i zazdrośnicy, nic więcej.
Drugie miejsce przyznaję prezydentowi RP Andrzejowi Dudzie. Człowiekowi, który święcie wierzy, że stoi na straży polskiej Konstytucji. Cokolwiek pan Duda nie zrobi, nie podpisze, to zawsze zgodnie z literą demokracji. Jak sam uważa, „demokracja to nie rządy elity czy najwyższej kasty. To mają być rządy, które są realizowane dla ludzi” i „ostro pracuje”, by tej zasady się trzymać. Dla dobra narodu i wierny swoim demokratycznym ideałom zgadza się na każdy pomysł partyjnych kolegów, zaprzysięgając miernoty do TK, nie wnikając w szczegóły, jeśli chodzi o deformę sądownictwa, dumnie nazywaną reformą, pozwalając na demolkę polskiego ekosystemu, podpisując ustawę medialną w 2016 roku czy tę o IPN. Ilekroć złapie bezmyślnie za długopis, to wiadomo, że złoży swój podpis pod czymś, czemu do jego demokracji bliziutko. Pan Duda to też prezydent polskich serc, bo w skrytości ducha ma dużo empatii dla osób niepełnosprawnych, nauczycieli wręcz kocha, choć tego nie pokazuje, słyszy, co mówi opozycja i przeżywa męki pańskie, że musi być cicho, by swoim nie podpaść. Oderwany od realiów, pełen wiary w swoje wysokie umiejętności i wiedzę, jeździ sobie po Polsce i świecie, machając wszystkim przed oczyma swoim rozumieniem demokracji i przekonując każdego, że lepszego demokraty od niego samego to nigdzie nie znajdziemy….
Na trzecie miejsce władował mi się premier Mateusz Morawiecki, który świeci najbardziej demokratycznie wśród demokratycznie wybranej elity narodu. Toż to demokrata pełną gębą, co to już w kołysce urywał głowy służbom PRL-u i walczył na wszystkich liniach frontu w imię właśnie tej swojej demokracji. Jak głosi pan premier: „Demokracja w Polsce nigdy nie była tak żywa jak obecnie; prawa obywatelskie są realizowane bez przeszkód, media są bardziej różnorodne, a sędziowie o wiele bardziej niezależni” i mówi to tak przekonująco, że trudno się z nim nie zgodzić. Rzeczywiście wolność słowa w Polsce kwitnie, jesteśmy najbardziej liberalnym państwem w Europie i ogólnie jest świetnie. A co tam, że spadliśmy w rankingu o 41 miejsc, jeśli chodzi o wolność mediów. Co tam nocne przepychanie ustaw, niedopuszczanie opozycji parlamentarnej do głosu, niepublikowanie oświadczeń TK z czasów, gdy Trybunał wciąż był wolny od polityki, niestosowanie się do zaleceń SN, również wciąż jeszcze wolnego od nacisków partyjnych. Świat nas nie rozumie, a tak w ogóle to pikuś, bo ważne jest to, iż lud wierzy w taką demokrację, jaką pan premier mu pokazuje i jest git.
Tak! Nie masz większych „demokratów” nad tych Trzech Muszkieterów. Nikt tak jak Oni nie zadba o to, by w Polsce zasady suwerenności narodu, pluralizmu, podziału władzy, państwa prawa, konstytucjonalizm i praworządność miały się dobrze i były przestrzegane na każdym kroku. Ta demokracja, jaką nam ci panowie fundują, znacznie przewyższa tę, nieco archaiczną zapewne, utrzymującą się w innych państwach. Nasza demokracja to wyższy szczebel, wyewoluowała tak pięknie i pnie się wyżej, coraz wyżej, stając się wzorem dla świata. Szkoda tylko, że znaczna część nas, narodu, nie rozumie i nie docenia pisowskiej demokracji. Może jesteśmy za tępi? Kochani, to już najwyższy czas, by otworzyć swe serca na heroizm dzisiejszych przywódców narodu, którzy nawet wbrew nam, ale twardo i konsekwentnie tę demokrację swoją nam wciskają, bo przecież oni najlepiej wiedzą, co dla nas dobre. Nie buntujmy się więc, uznajmy ich racje, stawiajmy im gdzie się da pomniki, chwalmy ich imię i doceńmy, bo takich demokratów jak my to nie ma nikt. Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl
Powiem to tak za Stalina, Breżniewa była jeszcze demokracja a dziś za Kaczyńskiego cofnęliśmy się do feudalizmu.
Demokracja to nie system sprawowania władzy, a system utrzymujący ludzi w niewoli, i obarczający ich...odpowiedzialnością za tą niewolę. Nie muszę dodawać, że to przynosi zysk nadzorcom (realny i mentalny, tak jak kapo w obozie). I tu jest klucz do rozwiązana tego problemu, który generuje miliony innych problemów, dotykających nas na co dzień. Zatem czym się rożni demokracja od totalitaryzmu?
Obecnie przekonywanie społeczeństwa, że żyją w demokratycznym kraju jest śmieszne jest to jedynie pożywka dla propagandy oszukujących się jednostek. Nasza demokracja nie może liczyć tylko na przetrwanie. Demokracja; rządy ludu, ustrój, w którym źródło władzy stanowi wola obywateli. Gwarantem istnienia demokracji jest Konstytucja. 
20 12 2019 Za takie „przepraszam” to ja dziękuję.
Musimy dalej protestować, nie dawać swojego przyzwolenia na demolkę w wersji PiS. Nawet ci politycy, którzy wczoraj tak nas rozczarowali, nie są w stanie nas zniechęcić. Ależ się porobiło. Nastroje społeczne sięgają zenitu, w całej Polsce odbywają się protesty przeciwko ustawie kagańcowej, która ma ostatecznie zlikwidować niezawisłość sędziów i podporządkować ich jedynej słusznej partii, czyli PiS. Ludzie dwoją się i troją, byle tylko zmusić prezesa i jego kumpli do odejścia od tej demolki, a co robią posłowie? Wyjeżdżają na zasłużony odpoczynek, bo przecież ta uciążliwa kampania wyborcza… Mają do załatwienia jakieś sprawy niecierpiące zwłoki, kiepskie samopoczucie, problemy ze wstaniem na godzinę 9.00… W efekcie nie docierają do Sejmu, w którym akurat trwa głosowanie nad porządkiem obrad, podczas którego była szansa na to, że na tym posiedzeniu ustawa kagańcowa nie byłaby rozpatrywana.
Czyż można się dziwić, że internet aż huczy z oburzenia? Ano – nie można. Ludzie czują się tak, jakby dostali w twarz. Co z tego, że dzisiaj posłowie, którzy zawalili, przepraszają. Co z tego, że dla niektórych nic się nie stało, bo i tak ta nieszczęsna ustawa poszłaby dalej. Jak nie wczoraj, to za kilka dni. Przepraszam, ale to gadanie bez sensu i na pewno nie uspokoi uczestników protestów. Ludzi w różnym wieku, młodszych i starszych. Tych o kulach i na wózkach inwalidzkich, często schorowanych, ale jednak nieodpuszczających, bo to walka o Polskę. Tych w sile wieku, rozumiejących, że jeśli dzisiaj nie zaprotestują, to za chwilę nie będzie już o co zabiegać. Nauczycielom, którzy choć borykają się z własnym problemami, to w ramach „Protestu z Wykrzyknikiem” solidaryzują się z sędziami. Tych, wciąż nielicznych, młodych, dla których Polska to nie puste słowa i mających świadomość, że choć dzisiaj zmiany PiS nie są ostro odczuwalne, to jutro dadzą im nieźle popalić. Aż się prosi, by właśnie dzisiaj zwrócić uwagę na stan polskiej polityki. Myślę, że nie jest to jakaś nadinterpretacja z mojej strony, ale uważam, że w tej dziedzinie sięgnęliśmy już dna. Zero moralności. Zero zasad etycznych. Zero przyzwoitości i dobrze rozumianej odpowiedzialności. Mam już swoje lata, z naiwnością mi nie po drodze i wiem, że nie każdy może się w polityce odnaleźć. Wiem, że polityk to człowiek, który łączy w sobie pęd do zaspokojenia własnych aspiracji i własnego apetytu na władzę z pięknie nazywaną służbą dla państwa i narodu. Jednak w tym wszystkim powinna być zachowana odpowiednia hierarchia wartości, w której ta służba właśnie powinna być na pierwszym miejscu. Najpierw państwo, potem ja – taka powinna być maksyma polityków. Powinna, ale nie jest. Od lat obserwuję, że ta hierarchia jest ostro zaburzona. Politycy nawet nie udają, nawet nie zakładają białych rękawiczek i realizują przede wszystkim własne cele. Pod pozorem dbałości o państwo i los nas, obywateli, kwitnie patologia, kolesiostwo, nepotyzm, korupcja, nieudane programy rozwoju państwa, nietrafione decyzje, lekceważący stosunek do suwerena. I to nie jest problem ostatnich 4 lat, choć właśnie rządy Zjednoczonej Prawicy zupełnie odeszły od tej gry pozorów i lecą równo ku swojej wizji Polski, która dla tak wielu jest nie do przyjęcia. Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Rozłożyliśmy parasol ochronny nad naszymi politykami, uważając, że sam fakt, iż są w kontrze, wystarczy, by w nich wierzyć. Robiliśmy sobie z nimi sweet-focie, zatykało nas z radości i dumy, że są z nami na protestach, wspierają, że mówimy jednym głosem i tacy świetni z nas kolesie. Wierzyliśmy, a może bardzo chcieliśmy uwierzyć, że czegoś się nauczyli. Wysunęli odpowiednie wnioski. Zrozumieli, że to nie naród jest dla władzy, ale władza dla narodu. Byliśmy prawie pewni, oddając swoje głosy w wyborach parlamentarnych, że już nas nie zawiodą, będą autentyczną częścią obywateli, będą służyć demokratycznej Polsce, staną w jednym szeregu, broniąc najcenniejszych wartości – tych, które od lat wyprowadzają nas na ulice. Przywrócą normalność, nadadzą polskiej polityce nową jakość, tę bardziej ludzką, wolną od agresji i z dobrymi perspektywami. A tu pierwszy miesiąc funkcjonowania Sejmu nowej kadencji i taka wpadka. Teraz musimy jakoś przebrnąć do kolejnych wyborów, choć w obecnych realiach, licho wie, czy się odbędą, czy będą uczciwe. Musimy przetrwać, pokładając wiarę w tych polityków, którzy stawiają pierwsze kroki w Sejmie i wierząc, że kieruje nimi ten system wartości, który i nam bliski. Musimy nie tracić wiary w tych, co w polityce od lat, a jednak są „wisienkami” na zakalcowatym torcie. I musimy dalej protestować, nie dawać swojego przyzwolenia na demolkę w wersji PiS. Myślę, że nawet ci politycy, którzy wczoraj tak nas rozczarowali, nie są w stanie nas zniechęcić. Tamara Olszewska. Źródło koduj24.pl
Łyżka dziegciu w beczce miodu: „Gdzie byli państwo posłowie, gdy miało miejsce najważniejsze głosowanie w tej kadencji Sejmu?”. I po po kiego przed sądami demonstrowaliście, jak posłowie was za złotówkę sprzedali!? PiS przegłosował tzw. ustawę represyjną! Wielu posłów opozycji całkowicie zawiodło swoich wyborców i nie pojawiło się na głosowaniu…Wow! Czyżby w kuluarach sejmowych prezydent i premier posłom opozycji karpie za darmo rozdawali plus premię za nieobecność dodawali!? Mało zarabiają to się skusili na te „srebrniki”!? Jaja sobie, posłanki i posłowie opozycji, robicie?! Może na Maderę sobie polecicie? Ludzi na mróz, a wy w domciach? Do zablokowania prac nad projektem zabrakło 10 głosów. W głosowaniu nie wzięło udział 27 posłów opozycji. Byłem w stanie wiele wybaczyć tym ludziom, dziś czara goryczy się przelała, na żadnej demonstracji już mnie nie zobaczycie. 
18 12 2019 SN i dziekani wydziałów prawa jednym głosem o „likwidacji niezależnej władzy sądowniczej”.
Sąd Najwyższy opublikował ponad 40-stronicową opinię do projektu ustawy, która ma wprowadzić zmiany w ustroju sądów powszechnych oraz SN. Pierwsza Prezes SN, prof. Małgorzata Gersdorf wyraziła w nim dezaprobatę dla proponowanych zmian. Zdaniem wnioskodawców projekt ma przeciwdziałać „anarchii” w wymiarze sprawiedliwości, jednak zdaniem SN, w dłuższej perspektywie może on prowadzić nawet do polexitu. Opinia została złożona wczoraj w kancelarii Sejmu. jej treść dziś pojawiła się dziś w serwisie internetowym SN. SN w swojej opinii stwierdza, że „skutki, do których wywołania dąży Projektodawca, pozostają w sprzeczności z zasadą pierwszeństwa prawa Unii Europejskim nad prawem krajowym”. Poza tym, według niego, projektodawca proponowanymi przepisami chce wymusić na sędziach niestosowanie prawa Unii Europejskiej w zakresie, który wynika między innymi z listopadowego wyroku TSUE, dotyczącego organizacji pracy w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Może to, z dużym prawdopodobieństwem prowadzić do wszczęcia przez instytucje UE procedury o stwierdzenie uchybienia zobowiązaniom wynikającym z traktatów, a w dłuższej perspektywie – do konieczności opuszczenia wspólnoty państw europejskich. Na marginesie, choć nie uważa tego za mniej istotne, SN w swojej opinii podkreśla, że projekt został zgłoszony przez grupę posłów, a nie Radę Ministrów, choć – jak wynika z doniesień medialnych – został opracowany w Ministerstwie Sprawiedliwości!  Zabieg te, wielokrotnie już stosowany przez obóz rządzący, ma na celu uniemożliwienie przeprowadzenia rzetelnej dyskusji nad projektem ustawy oraz faktyczne wyeliminowanie udziału ekspertów i społeczeństwa obywatelskiego w procesie tworzenia prawa.
Zdaniem Sądu Najwyższego, proponowane zmiany świadczą o tym, że projektodawcy „nie odpowiadają poglądy reprezentantów większości środowiska sędziowskiego, a także idea samorządności sędziowskiej wykraczającej poza poszczególne sądy i dlatego jej przejawy zamierza po prostu zlikwidować”. W jaki sposób? Wnioskodawcy z PiS dopuszczają m.in. możliwość odsunięcia sędziego od sprawowanej funkcji, jego przeniesienia czy nałożenia na niego kary finansowej. Nowelizacja ma zapobiegać także ocenianiu legalności orzekania jednych sędziów przez drugich. Jednym z przewinień ma być „działalność o charakterze politycznym”, innym – „kwestionowanie stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania”. Takie postawienie sprawy otwiera nieograniczone pole do wywierani nacisków politycznych na „trzecią władzę”. Już teraz mamy tego liczne przykłady, a sam projekt autorstwa PiS jest odpowiedzią na działania kolejnych sędziów, którzy wykonują niedawny wyrok TSUE (jako pierwszy zastosował go sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna). Przypomnijmy: w listopadzie TSUE określił swoje zastrzeżenia do nowej Krajowej Rady Sądownictwa, pozostawiając jednak decyzji SN rozstrzygnięcie czy KRS jest niezależna od polityków. Nic zatem dziwnego, że głos publicznie zdecydowali się zabrać także dziekani wydziałów prawa na polskich uczelniach. „Wyrażamy głębokie zaniepokojenie niekonstytucyjnymi rozwiązaniami proponowanymi w projekcie zmiany ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw” – czytamy we wspólnym oświadczeniu, poświadczonym podpisami większości z nich. Jakie mankamenty projektu w nim dostrzegają? Przede wszystkim dążenie do ograniczenia autonomii samorządu sędziowskiego, a także podstawowych praw i wolności sędziów jako obywateli Rzeczypospolitej Polskiej – w tym ich prawo do zrzeszania się, do prywatności, do krytyki władzy i udziału w życiu publicznym, do pozyskiwania informacji oraz wolność słowa. Projekt wprowadza także odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów za ich zgodną z obowiązującym prawem działalność orzeczniczą i umożliwia usuwanie ze służby tych z nich, którzy będą stosować bezpośrednio przepisy konstytucji lub prawa Unii Europejskiej. Dziekani podkreślają także fakt, że projekt zmienia sposób wyboru pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, na podobieństwo budzącej poważne wątpliwości konstytucyjne procedury wyboru obecnego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. To wszystko, razem wzięte, „może pozbawić obywateli Rzeczypospolitej ich konstytucyjnego prawa do ‚sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd’ (art. 45 ust. 1 Konstytucji RP)” – czytamy w oświadczeniu. Źródło: wyborcza.pl, gazeta.pl
Zacytuję: SN w swojej opinii stwierdza, że „skutki, do których wywołania dąży Projektodawca, pozostają w sprzeczności z zasadą pierwszeństwa prawa Unii Europejskim nad prawem krajowym”. Wielki czas wyjść z cienia Berlina Frau Gersdorf, Herr Tusk!? W UE wszystkie kraje powinny być na równych partnerskich warunkach, na nie na kolonialnej zależności. Polska nie może być tylko rynkiem zbytu, wielkim składowiskiem odpadów, i pralnią brudnych pieniędzy!?
Wolna Polska, demokracja byłaby wtedy, kiedy Naród Polski by decydował o sobie. Tymczasem na ile decydujemy o sobie? Po II wojnie światowej do Polski została wwieziona dyktatura partii. Gospodarczo został nam zafundowany socjalizm dążący do komunizmu. W roku 1989 socjalizm został zamieniony na drapieżny kapitalizm, niszczący na swojej drodze wszystko albo grabiący wszystko. Kapitalizm ten to wybrani ludzie. Ustrój polityczny za to nie zmienił się. Pozostała dyktatura partii. 
16 12 2019 Stuletnie obligacje, czyli jak ugotować Polakom zupę z gwoździa…
Pan minister Kościński, czyli kosherny padawan wysłany wprost z Imperium City of London w celu wypatroszenia każdego polskiego rebelianta z posiadanych środków pieniężnych nie ustaje w pomysłach jakby to poczynić. Po rozeznaniu tematu, że jakoby w polskich skarpetach jest ponad 200 miliardów złotych nie pracujących na Imperium postanawia zaproponować obligacje, które miałyby trwać nawet 100 lat. Innymi słowy Kondominium rosyjsko- niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym (choć jakoś ruskich ostatnimi czasy zupełnie  nie widuję) określone przez ministra Sienkiewicza w restauracji  u Sowy jako ch*j, dupa i kamieni kupa chce wypuścić kosher obligacje, które miałyby status gwarancji państwowej… Sytuacja ta jak żywo przypomina wątek z wiersza Aleksandra Fredry pod tytułem “Cygan i baba”. Że przypomnę, że jakoby przed laty cygan wszedł do wiejskiej chaty i zaproponował chytrej babie (bynajmniej nie z Radomia), że ugotuje jej zupę z gwoździa. A że się jej nawet skłonił  w progu i powitał ją w Bogu…kurdę, a to zupełnie jak rządząca cygańska obecnie kamaryla. No i dalej było już prosto…gwoździa wsadził do kotła, poprosił o sól, łyżkę masła i garsteczkę ino kaszy. Baba chciwa końca doczekać się nie mogła, a finał był taki jak pisze Fredro dalej: “Cygan wtenczas czas swój zgadł, gwóźdź wydobył, kaszę zjadł”. Oczywiście przy ponad już teraz bilonowym zadłużeniu państwa (nawet nie wiadomo specjalnie u kogo), przy rozpasanej do granic możliwości armii urzędniczej i przy dziurze budżetowej, której łatać łatami OFE i innymi sztuczkami finansowymi się już nie da pomysł ze stuletnimi obligacjami na “dopięcie budżetu państwa” zgoła jest nie głupi i chytrzejszy niż 200 miliardów bab z Radomia.
Wszystko będzie zależne, czy polskie łosie połkną haczyk. Wpierw powinne połknąć te, które najbardziej się darły “Jarosław Polskę zbaw” …tutaj nota bene nawiązałbym do sceny z filmu “Ogniem i mieczem”, gdzie Chmielnicki deleguje poselstwo z listem do Wiśniowieckiego. Przetarg wygrywają te mocno nawalone kozaki, które najbardziej darły się, aby uderzyć “na Jaremo”…No więc jak wspomina minister Kościński legislacyjnie kocioł z gwoździem będzie narychtowany jeszcze przed świętami, aby rodzinne spotkania świąteczne, słusznie przez złośliwców nazywane politycznymi grunwaldami mogły przetrawić przy wigilijnych golonkach tematykę pewnego jak w ruskim banku wzbogacenia się na tychże obligacjach. A po świętach, na nowym roku, wszyscy, którzy czują w sercu patriotyzm i którym w duszy gra retoryka żoliborskiego naczelnika, niechże wykupią obligacje ratując ten kraj przed ruskimi…a jak już spełnią swój patriotyczny obowiązek, to wtedy pan premier wszechczasów Morawiecki przypomni im słowa, które wypowiedział w restauracji Sowa i Przyjaciele…cyt: “najlepszym sposobem zawsze była wojna. Wojna zmienia perspektywę w pięć minut.” I przypomnę, że wojna resetuje wszelkie umowy, nawet stuletnie obligacje…”w pięć minut”… Źródło: niepoprawni.pl
PiS znalazł swojego Rostowskiego!? Co łączy Kościńskiego, kandydata na ministra finansów, z Rostowskim, szefem tego resortu w rządzie PO-PSL? Zarówno Kościński, jak i Rostowski urodzili się w Londynie, obaj uczyli się tam ekonomii – Rostowski w London School of Economics, Kościński – w Goldsmiths, University of London. Kościński nie jest całkowicie nową postacią w rządzie, bo ostatnio był wiceministrem finansów, a wcześniej podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rozwoju oraz w resorcie przedsiębiorczości i technologii. Zanim trafił do polityki, pracował w Banku Zachodnim WBK, kiedy kierował nim Morawiecki.
Rządzący chcą sięgnąć do kieszeni Polaków. Nabywcy stuletnich obligacji mieliby satysfakcję z pomocy państwu. Musi być bardzo cienko w kasie państwowej, skoro z tak karkołomnym pomysłem „wyskoczył” nowy PiSowski minister finansów Tadeusz Kościński. Przyjrzał się najpierw naszym oszczędnościom i stwierdziwszy, że Polacy mają w gotówce 220 mld zł, a na rachunkach oszczędnościowych figuruje ponad półtora biliona złotych składa im „propozycję nie do odrzucenia”.
Pamiętam jak bony premiowe, obligacje pożyczki, były wciskane obywatelom na siłę. Zabrali pół wypłaty, premii, a po dwudziestu latach nawet na czekoladę nie starczyło!
Wow! Co to się będzie działo jak Balcerowicz, Rostowski, Morawiecki, Banaś, Tusk, Kaczyński, i sam pomysłodawca etc. rzucą się na proponowane obligacje jak sępy na padlinę, czy na taką epidemię są przygotowane drukarnie!? Satysfakcja z udzielonej pożyczki to jest coś czego pragnę!?
A w „mordę” panie Kościński nie chciałbyś dostać za tego pomysła!?
A czy rząd mógłby się wreszcie od.....dolić od naszych pieniędzy!? Wy z rządu chcecie żyć jak wielkie paniska to weźcie się wreszcie do roboty, bo tylko podnosić podatki i opłaty to dziecko potrafi!?
15 12 2019 Orban: Jesteśmy gotowi zbudować nową Europę Środkową.
Węgry są gotowe zbudować wraz z sąsiadami nową Europę Środkową, w której wszyscy mają pracę - oświadczył premier Węgier Viktor Orban na uroczystości upamiętniającej wybuch rewolucji przeciw dyktaturze Nicolae Ceausescu w Rumunii w 1989 r. "Jesteśmy gotowi, by wraz z sąsiadami, w tym z Rumunią, zbudować nową Europę Środkową, taką, w której nie tylko jesteśmy dostawcami dla Europy Zachodniej, ale też jednym z odnoszących największe sukcesy na świecie i najbardziej konkurencyjnych obszarów" - oznajmił Orban na uroczystości w Timisoarze, gdzie 30 lat temu rozpoczęły się protesty przeciw reżimowi Ceausescu. Europa Środkowa, której wizję nakreślił Orban, to obszar, gdzie "nasze miasta łączą autostrady i szybkie linie kolejowe, gdzie wszyscy mają pracę, gdzie wracają nasi pracownicy, a problemem jest to, co zrobić z chętnymi do pracy zgłaszającymi się z Europy Zachodniej". Premier Węgier powiedział, że widzi wspaniałą szansę na to, by Rumuni i Węgrzy mogli mieć w przyszłości wspólne cele.Podkreślił, że Węgry chcą należeć do tych krajów europejskich, w których "najlepiej żyje się, tworzy i mieszka", gdzie produkuje się przy użyciu najnowocześniejszych technologii, gdzie jest najczystsze środowisko, a także Węgry pragną pozostać jednym z najbezpieczniejszych państw. Ten cel, jak ocenił, łatwiej osiągnąć wraz z sąsiadami. "My, którzy wbiliśmy gwóźdź do trumny komunizmu, gdy było trzeba, zawsze wiedzieliśmy, że w końcu zwyciężymy. Wiedzieliśmy, że dyktatura najpierw zaskrzypi, a potem się rozpadnie. Nie mogło być inaczej" - powiedział. Oddał przy tym hołd ewangelickiemu biskupowi Laszlo Toekesowi, będącemu przedstawicielem mniejszości węgierskiej, który był ważną postacią rumuńskiej rewolucji w 1989 r. 16 grudnia 1989 r. mieszkańcy Timisoary stworzyli żywy łańcuch, by uniemożliwić eksmisję i przeniesienie do innej parafii wówczas jeszcze pastora Toekesa, który otwarcie skrytykował reżim rumuński. Po wywiezieniu Toekesa przez tajne służby tłum wdarł się do siedziby władz regionalnych, paląc portrety Ceausescu. Żołnierze rozpędzili protest, strzelając do tłumu i zabijając kilkadziesiąt osób. Demonstracje rozprzestrzeniły się na całą Rumunię, co doprowadziło do upadku reżimu Nicolae Ceausescu. Przemawiając na sobotniej uroczystości, Toekes powiedział, że nie uważa tamtej rewolucji za ukończoną, i jest przekonany, że trzeba ją pokojowo kontynuować. Oddał hołd tym, którzy oddali życie za wolność i którzy odważyli się w grudniu 1989 r. stanąć do walki z "siłami zła". Poprosił też Węgry o dalsze braterskie wspieranie rozpoczętej przed 30 laty walki o wolność. Źródło: interia.pl
No a gdzie miejsce dla Kaczyńskiego i Polski w wizji Orbana!? No patrzcie taki przyjaciel Jarosława, i wypina się na niego! A co z „Trójmorzem” , Grupą Wyszehradzką, Via Carpataią!?
Z forum: Ziemowit Szczerek ze swoją Via Carpatia sugeruje, że Orban ograł Kaczyńskiego i to Węgry będą tworzyć państwo przewodnie Europy Wschodniej , wytrącając tym samym ster z rąk Kaczyńskiego. Czyżby? Panie Ziemowit , Orban jest pierwszym przykładem demokratycznej dyktatury z podporządkowanym sądownictwem i mediami i tym samym bliżej mu do Erdogana, brakuje mu tylko siły militarnej. Europa Orbana, Putina, Macrona i Salviniego nie przetrwa. Taka Europa zagraża bezpieczeństwu USA i to nie tylko z punktu widzenia interesów gospodarczych. Ale również Niemcy nie są nią zainteresowane. Nikt żadnego Międzymorza z Węgrami , Bułgarią i Rumunią nie zbuduje. Czas rozdzielić Europę Wschodnią na północną i południową. Sankcje na Nord Stream2 stają się faktem, dlaczego? Nie dlatego, że Orban to skuteczny polityk, tylko dlatego, że ktoś wybudował gazoport i ktoś chce amerykański gaz kupować i odsprzedawać. Ten ktoś to Polska, amerykańska kotwica w Europie. Rozbicie rosyjskiego monopolu powoli staje się faktem i krokiem milowym w kierunku zrównoważonego rynku energii. Reasumując, amerykańska polityka wpływu w Europie, pozwoli co najwyżej podnieść główkę takim jak Orban do wysokości klamki od drzwi.
- Polska staje przeciw polityce UE, i ten pseudo sojusz z USA musi się skończyć dla niej tragicznie!? Polska za Kaczyńskiego jako jedyny kraj w Europie kupuje gaz za Oceanem, który nie dość że droższy to jeszcze jest mniej wydajny, kopci i śmierdzi strasznie, a później zdziwienie że podwyżka goni podwyżkę!? Stany Zjednoczone postawiły na Polskę, iż Polska stanie w poprzek zakusom Rosji i w przypadku ataku, nasz kraj podejmie walkę .Samotnie! Wcześniej zakupimy w USA uzbrojenie za kilkadziesiąt lub kilkaset miliardów $ i przez 30 dni dotrzymamy pola, a później wejdą Jankesi. Proste. W zasadzie, na tym można by zakończyć!? Gdyby nie to, iż w przypadku konfliktu z Rosją będziemy sami. Ale pomimo, że istnieje duża dysproporcja siły pomiędzy Polską i Rosją, obecny rząd na czele z Macierewiczem stanie na ubitym polu i nie odpuści. 
06 12 2019 Kolejny kryształ „rozbity w drobny mak”. Stanisław Karczewski wychodzi na prowadzenie – nielegalnie zrobił 400 tys. zł.! „Jeden gangster też myślał że jego działalność jest legalna (a nie była i to co myślał nie miało znaczenia)” – komentuje wpadkę Stanisława Karczewskiego jeden z czytelników portalu wp.pl. Wyszło bowiem na jaw, że były marszałek Senatu w latach 2009-2015 zarobił ponad 400 tys. zł, wykonując płatne dyżury w szpitalu w Nowym Mieście nad Pilicą, gdzie jednocześnie korzystał z bezpłatnego urlopu. W 2009 r. podpisał umowę o dzieło dotyczącą dyżurów i wezwań do szpital – ustalił portal TVN24. Ten sam były już marszałek, który dopiero co zalecał lekarzom „pracę dla idei” brał 65 zł za godzinę pracy w niedzielę, święta i w porze nocnej, 50 zł – w dni robocze i 15 zł za godzinę „pozostawania w gotowości”. Dyrektor placówki początkowo miał ponoć wątpliwości, co do tej formy zatrudnienia Karczewskiego, lecz w pewnym momencie odpuścił uznawszy, że interpretacje kancelarii Senatu – nie wiedzieć dlaczego – przemawiają na jego korzyść. Odmiennego zdania był wówczas resort, który w 2012 r  w odpowiedzi na pytanie dotyczące senatora oświadczyło, że „lekarz przebywający na urlopie bezpłatnym z powodu sprawowanego przez niego mandatu senatora, nie może, celem udzielania świadczeń zdrowotnych na innej podstawie, zawrzeć umowy cywilnoprawnej z tym samym pracodawcą”. Zaleciło też konsultację sprawy z kancelarią Senatu. Widać niewiele się działo, bo Karczewski zarabiał w ten sposób jeszcze do 2015 roku. Prawnik Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie Sebastian Stykowski stwierdził, że to „nietypowy przypadek”. „W tym przypadku możemy mówić o obchodzeniu prawa, bo pełnienie dyżurów faktycznie było bliższe stosunkowi pracy. Umowa o dzieło służy innym celom” – uznał prawnik. Co na to były marszałek Senatu? „Działałem w pełnym przekonaniu, że wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Decyzje o mojej aktywności były starannie konsultowane z prawnikami z kancelarii Senatu i nie znaleziono przeszkód prawnych, bym mógł pracować” – powiedział w rozmowie z tvn24.pl Stanisław Karczewski. Tymczasem adwokat specjalizujący się w prawie pracy Artur Rycak, były sędzia orzekający w sądach pracy twierdzi, że zapisy umów wskazują, iż stosunek pracy zachodził, więc polityk PiS nie mógł na tej zasadzie pracować w trakcie bezpłatnego urlopu. Mało tego ustawa o działalności leczniczej „nie dopuszcza wykonywana zawodu lekarza na podstawie umowy o dzieło”. (…) „Wykonywanie na tej podstawie zawodu jest niezgodne z prawem” – zaznacza ekspert. Źródło: wp.pl/TVN24
Ludzie robicie z igły widły!? Lekarzy brakuje, co tam, że Karczewski zarobił jakieś 400 tys. zł. Być może kogoś wyleczył, uratował mu życie...Ludzie nie wstydźcie się, jeśli jest chociaż jeden taki, niech ma odwagę przyznać się do tego! No parzcież kryształowego marszałka, lekarza trzeba za wszelką cenę ratować!?
Z forum: A zaś tam jakieś „zapisy umów”. Słynący ze skromności i ascetycznego trybu życia Karczewski pracował, zgodnie ze swoimi przekonaniami ( ujawnionymi w czasie protestu rezydentów ) dla idei, a że mu jakiś parszywy wróg przelał 400 tysiaków na konto w banku to doprawdy nie wina jego osoby. Przecież osoba prezesa Kaczyńskiego przed laty tłumaczyła, że właśnie dlatego nie ma konta w banku. Wróg tylko czyha, aby podstępnie dokonać jakichś grubych przelewów na Ich Osób, kryształowych przecie. Od takich spraw są przecież słupy. I to by było na tyle.
P.S. W Wolsce nie ma konkretnych ludzi, z nazwiskiem i imieniem. Są …ich osoby. 
04 12 2019 Konfederacja chce odwołać Czarzastego i składa zawiadomienie do prokuratury.
Mamy do czynienia z sytuacją niecodzienną. Wysoki funkcją w Sejmie polityk nazywa wkroczenie do Polski wojsk wrogo nastawionych do naszej państwowości, wyzwoleniem – powiedział Krzysztof Bosak na konferencji prasowej zorganizowanej w Sejmie. Politycy Konfederacji zapowiedzieli złożenie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. O co chodzi? Otóż wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty na antenie TVP Info, w rozmowie pod koniec listopada powiedział, że Polska zawdzięcza wyzwolenie radzieckim żołnierzom. Oburzona tą wypowiedzią Konfederacja podjęła decyzję o złożeniu zawiadomienia do prokuratury. – „U nas propagowanie ustrojów totalitarnych jest przypomnę przestępstwem nie tylko kodeksowym, ale i konstytucyjnym” – stwierdził z kolei Grzegorz Braun na wspomnianej konferencji prasowej. Wniosek o odwołanie wicemarszałka określił jako – w tej sytuacji – „logiczny”. Krzysztof Bosak, uzasadniając reakcję swoja i partyjnych kolegów, przytoczył także definicję słowa „wyzwolenie”. – „Wyzwolenie” to kres niewoli, odzyskanie niepodległości. „Wyzwolić” oznacza przywrócić wolność, niezależność. Ci, którzy walczyli pod hasłami wolności i niepodległości musieli przez kolejne wiele lat ukrywać się w lasach – przypominał. Jego zdaniem, słowo to użyte zostało przez polityka lewicy błędnie. Konfederacja (ustami Sławomira Mentzena) podkreśla, że „wszyscy trzej liderzy Lewicy okazują jawną sympatię do komunizmu”. Dowody? Analiza wypowiedzi, przytoczona wyżej, a nawet … zdjęć zamieszczanych w sieci przez lewicowych polityków!  Otóż „Robert Biedroń robił sobie zdjęcia, gdzie na jego lodówce były magnesy z Che Guevarą, czy też odpowiedzialnym za śmierć milionów osób, przewodniczącym Mao. Adrian Zadberg robił sobie zdjęcia w koszulce z Karolem Marksem” – emocjonował się polityk. Mentzen jest przekonany, że „ewidentnie do Sejmu weszły siły jawnie komunizujące. Wielkim nieszczęściem jest to, że głosami posłów PiS, jeden z tej trójki, czyli Włodzimierz Czarzasty, został wicemarszałkiem Sejmu” – podkreślił. Czy teraz będziemy cenzurować własne lodówki? Źródło: wprost.pl
Dzięki polityce w okresie PRL, Polska wolno, bo wolno, ale odzyskiwała niepodległość i nie została republiką sowiecką ani nie dopuściła do rozbioru naszego kraju w okresie Solidarności. Ten, kto tego nie rozumie to jest analfabetą politycznym. Dzisiaj w "wolnej" Polsce możemy sobie pogdybać "co by było gdyby" i chwalić "żołnierzy wyklętych" a odmawiać patriotyzmu i polskości tym żołnierzom, potomkom zesłańców oraz tym którzy służyli w Ludowym Wojsku Polskim. Ta obecna polityka dyskryminacji PRL jest hańbą narodową a dygnitarze PiS to zwyczajni fanatycy nie wiadomo czego, prowadzący nasz kraj po krawędzi bezpieczeństwa w kierunku upadku państwowości. Będąc teoretycznie państwem niezależnym skażemy się na samozagładę ale to Kaczyńskich, Błaszczaków, Morawieckich i Dudów nie obchodzi, są ślepi i nie widzą końca tej drogi. Za PRLu nie było tak źle pomimo że wszystkiego brakowało zwykli robotnicy domy budowali i z głodu nie umierali. Co z tego że dzisiaj sklepy są pełne luksusowych towarów jak tylko wybrańcy mogą je kupować. Za PRLu urzędnik zarabiał mniej od wykwalifikowanego robotnika. A dziś?
Dzisiaj im dalej od PRLu nasila się ujadanie na nasze pokolenie, które samo ciężką pracą odbudowało Polskę z wojennych ruin i przedwojennej biedy i nędzy, analfabetyzmu itd...Przez 35 lat (45-80) socjalizmu, odbudowano Polskę, zbudowano tysiące szkół, żłobków, przedszkoli, huty, fabryki, lotniska, stocznie, zelektryfikowano cały kraj, prawie wszędzie docierały pociągi i autobusy, większość miast, miasteczek, a często i wsi miało kina, remizy, boiska sportowe... Owszem, nie żyło się ludziom lekko, ale mieli pracę i wspólny podobny los, mieli zapewnione emerytury i opiekę szpitalną, mieli wolny dostęp do sal koncertowych, kółek zainteresowań, modelarni i aeroklubów. Milicja mimo wynaturzeń SB, przewodniej roli partii, szpiegowania obywateli i więzień za przekonania miała realną siłę i bali się jej pospolici przestępcy, nasze wojsko było w stanie bronić kraju przed atakiem z zewnątrz. Zniknął analfabetyzm, pańszczyzna i sanacyjne sobiepaństwo, kraj nie był zadłużony i wyprzedany. Teraz mamy 30 lat wolności, kapitalizm i demokrację. Emeryci żyją z dnia na dzień gorzej, za kilka lat nie będą mieli za co żyć. Szpitale nie chcą leczyć, bo nie mają pieniędzy, mamy wolność i pełne półki, ale tylko nielicznych stać na kupowanie za swoje... 
29 11 2019 Panie Sławku proszę wyjaśnić .....
Istnieją ludzie, którzy lubią jak się z nich robi idiotów i sami próbują robić idiotów z innych. W każdej sprawie oddzielajmy ziarno o plew, czy to Banaś, czy Grodzki. PIS i PO to nie jest to samo !!! Panie Sławku proszę wyjaśnić dlaczego Banaś nie szkodzi PiS, a Grodzki PO? Po czym rozpoznaje się nudę w polityce? Po serwowaniu odgrzewanych kotletów, jeśli widzisz na akranie TVN „zadzwoń do Banasia”, a na ekranie TVP „taśmy Sowy” to wiedz, że wyczerpał się limit politycznych sensacji. Opisane zjawisko jest jednocześnie jednym z wielu elementów szerszej doktryny, którą przedstawił nie kto inny, tylko Sławek Neumann. Doktryna Neumanna dotyczy każdej większej partii i zwolenników partii. Przypomnijmy zatem polityczną mantrę pana Sławka składającą się trzech najważniejszych punktów. Po pierwsze dopóki jesteś w naszej partii będą cię bronił jak niepodległości, gdy odejdziesz, zdradzisz, to mam cię w d… Po drugie robiliśmy badania i zawsze wychodzi, że atakowanie naszych przy pomocy zarzutów CBA, prokuratury itd., nie działa na nasz elektorat, a jeśli już działa to na korzyść partii. I wreszcie po trzecie, sądy nie ruszą naszych spraw do wyborów i ta część doktryny pana Sławka dotyczy tylko partii pana Sławka oraz pochodnych lewicowo-liberalnych grup przestępczych, w pozostałych przypadkach przenosi się na podległe władzy instytucje. O ile pozbędziemy się na moment politycznych sympatii i antypatii, to znajdziemy wiele elementów wspólnych w tak zwanych sprawach Banasia i Grodzkiego, chociaż sam sposób pokazywania tych spraw przez media jest skrajnie różny. Punkt pierwszy doktryny odnosi się do obrony swojego i to najłatwiej udowodnić, wystarczy obserwować reakcje wyborców. Normalnie żaden wyborca PiS nie szukałby po Internecie pokojów wynajmowanych na godzinę, aby udowodnić, że w pewnym krakowskim hotelu ludzie sobie odpoczywają po podróży i wcale nie prostytutki wynajmują pokoje na swoje usługi. Wyborca PiS nie pisał by też, że jeśli nie ma zarzutów prokuratury, to biznes z gangsterami nie stanowi problemu i śmiałby się ze wszystkich „wyjaśnień”, które odnoszą się do „zaszczuwania”, „niszczenia człowieka” i tak dalej. Dlaczego w przypadku Banasia wszystko działa odwrotnie? Pan Sławek wyjaśnił, dopóki Banaś jest kojarzony z PiS, cześć wyborców będzie Banasia bronić jak niepodległości, nie zważając na śmieszność, hipokryzję i w końcu szkodliwość tej obrony, przyjmującej tak kuriozalne formy. Proszę jednak nie mylić bezmyślności niektórych wyborców z prostowaniem kłamstw medialnych i racjonalizowaniem całej sprawy, która wcale prosta nie jest i w pewnych obszarach Banasia wręcz trzeba bronić. Punkt drugi to polityczny skarbiec, skoro elektorat życzy sobie tego lub tamtego, to polityk z oczekiwaniami elektoratu nie dyskutuje. Dodatkowo dochodzi syndrom stada, dziś atakują Banasia, jutra zajmą się mną, jesteśmy jedną drużyną i kibicujemy jednej drużynie. Mało finezyjne, jednak zawsze działa. Tak jak spory kawałek elektoratu PiS sam siebie przekonuje, że biznesy z gangsterami nie są niczym złym, tak elektorat PO jest święcie przekonany, że Grodzki to jedyny lekarz i ordynator w Polsce z kilkudziesięcioletnim stażem, który w życiu nie widział koperty w swoim gabinecie. Rzecz jasna nikomu nie trzeba tłumaczyć, że zmiana nazwisk przypisanych do konkretnych sytuacji całkowicie odwraca reakcje. Gdyby Grodzki był kojarzony ze sprzedażą kamienicy gangsterom, gdzie wprawdzie nie prowadzi się domu publicznego, ale biznes moralnie też jest daleki od ideału, to wyborcy PiS rozszarpaliby Grodzkiego na strzępy. Taki sam los spotkałby „ordynatora” Banasia i to po jednym niesprawdzonym zarzucie o przyjęcie łapówki. Ostatni punkt doktryny pana Sławka w przypadku PO i pochodnych realizuje się na salach sądowych, no i te wszystkie wyroki Najsztuba, działaczy KOD, czy bezprawie „kasty” w obronie kasty widzimy prawie codziennie. W przypadku PiS działa to trochę inaczej, tam gdzie da się pewne procedury opóźnić, utajnić, by w konsekwencji kupić czas na poszukanie politycznego rozwiązania, to się po takie zabiegi sięga. I tak z grubsza wygląda polityka widziana w miarę obiektywnym okiem. Pozostaje nieśmiało zapytać, czy przypadkiem hasło PiS - PO jedno zło, nie ma uzasadnienia? Nie ma, z bardzo prostego powodu, którym jest skala i skutki obrony swoich.
Co by o Banasiu nie mówić, jedno jest pewne, zalazł za skórę największym mafiom, w tym mafiom medialnym, a to jest bardzo mocny argument po jego stronie. Działania Banasia w rządzie przyniosły konkretne wyniki finansowe i nie „sprywatyzowano” nawet stodoły. Pomijając względy estetyczne i etyczne, na tym co Banaś przez cztery lata robił Polacy zyskali, nie stracili. Banaś nie jest też regułą, czy standardem, ale incydentem. W przypadku pana Sławka i jego kolegów sprawy przedstawiają się dokładnie odwrotnie. Źródło: niepoprawni.pl
28 11 2019 Problem ze śmieciami.
"Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju! Inna wersja: Socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju. Znaczenie: Chodzi tutaj o trudności, które socjalizm sam sobie stwarza.".Mimo upływu 30 lat od końca PRL w III RP jest wciąż pełno socjalizmu. Najwyraźniej widać to na przykładzie kłopotów ze śmieciami. Śmieciowy absurd: Mamy wykonywać pracę za innych (segregacja), za którą dodatkowo musimy płacić coraz więcej!
Z całej Polski napływają informacje o podwyżkach opłat za wywóz śmieci, jakie szykują nam lokalne samorządy. Niekiedy wzrost będzie naprawdę drastyczny, bo sięgający 100-200 proc. Wszystko dzięki przyjętej w 2013 roku ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Nieco upraszczając: w myśl tej ustawy na mieszkańców może być nałożony obowiązek wykonywania bezpłatnej pracy polegającej na segregowaniu odpadów na 5 typów. Mimo wykonywania tej pracy mieszkańcy muszą płacić za wywóz segregowanych śmieci więcej, niż płacili gdy śmieci nie trzeba było segregować. Przypomnijmy - przyjęta w 2013 roku ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach miała wprowadzić prawdziwą rewolucję w zakresie recyklingu śmieci w Polsce. Ustawa nałożyła na gminy obowiązek przygotowania oraz wdrożenia systemu, który zapewni selektywne zbieranie odpadów, doprowadzi do ograniczenia składowania i w konsekwencji umożliwi jak najlepsze ich zagospodarowanie, zapobiegając nielegalnemu pozbywaniu się śmieci. (...) Warto odnotować, że po dwóch latach obowiązywania nowej ustawy śmieciowej (2015 r.) NIK wydała krytyczny raport, w którym stwierdziła, iż żaden cel tej ustawy nie został w praktyce zrealizowany. W 2017 r. NIK wydała kolejny krytyczny raport o gospodarowaniu odpadami komunalnymi. Kontrolerzy nie mieli wątpliwości - działania organów administracji publicznej na rzecz prawidłowego zagospodarowania odpadów komunalnych są niedostateczne i nieskuteczne, a nieprawidłowości stwierdzono na wszystkich szczeblach funkcjonowania systemu gospodarki odpadami.(...)
W Polsce sytuacja wygląda tak, że obowiązek pracy związany z segregacją odpadów na 5 typów wykonywany jest bezpłatnie przez nas samych. Owoce tej pracy trafiają do właścicieli lokalnych firm zajmujących się wywozem i recyklingiem odpadów, którzy jednak za obsługę poszczególnych gmin chcą coraz większych pieniędzy. W efekcie wykonujący nieodpłatną pracę przy segregacji odpadów mieszkańcy gmin muszą płacić coraz większe rachunki (bowiem gminy przerzucają roszczenia firm na mieszkańców). Podwyżki, jakie będą funkcjonowały od przyszłego roku, będą naprawdę drastyczne. W niektórych przypadkach mowa o wzroście rzędu 100 - 200 proc. Powstaje pytanie - czy ten szalony rajd kosztów wykonywania usług komunalnych w końcu wyhamuje?".Można było mieć nadzieję, że dzięki temu uzyskano więcej cennych surowców.  Tak jednak nie jest. W kwietniu 2019 w Salonie24  można było przeczytać: "z raportu Najwyższej Izby Kontroli, opublikowanego jeszcze w 2017 roku wynika, że w latach poprzednich odpowiedzialne instytucje nie poradziły sobie z wyzwaniami związanymi z segregowaniem i recyklingiem odpadów. (...) Kolejny raport NIK z 2018 roku tylko potwierdził istniejące wcześniej problemy. Statystyki wskazują wręcz na negatywny trend: jak wspomniano wyżej, zgodnie z wymogami unijnymi Polska w 2020 r. powinna osiągnąć 50-procentowy poziom przetwarzania papieru, metali, tworzyw sztucznych i szkła. Ale w 2015 roku recykling wynosił 35,7 proc., a w 2016 roku - 31 proc." W obliczu takiego fiaska w lipcu 2019 zaostrzono ustawę, nakładając na wszystkich obowiązek segregacji śmieci. Zrobiono tak, mimo że społeczeństwo było przychylne idei segregacji.
W czym problem, różnica między opłatą za odpady segregowane i niesegregowane powinna być większa. Będzie to jednak możliwe, gdy zagospodarowanie strumienia odpadów posegregowanych będzie znacząco tańsze od zagospodarowania odpadów nieposegregowanych. A to ma szansę powodzenia dopiero po wprowadzeniu zmian w technologii zarówno zbierania, jak i zagospodarowywania odpadów – tłumaczy ekspert ZMP.".
I oto właśnie chodzi.  Pospolite ruszenie mieszkańców nie jest w stanie prawidłowo posegregować śmieci i uzyskać przydatnych surowców.  Tym powinny zajmować się profesjonalne sortownie i sprzedawać swój produkt na wolnorynkowych zasadach.  Utworzenie gminnych "monopoli śmieciowych" [socjalistycznych z ducha] - tylko pogarsza sytuację.  Zagonienie wszystkich do pracy przymusowej przy segregacji śmieci kompromituje pomysł recyklingu. Źródło: niepoprawni.pl
Śmieci drożeją i to znacznie, policzyłem, że bardziej opłaci mi się samemu je na wysypisko wywozić, a przy okazji sprzedam te segregowane w punktach skupu! Ba jestem gotów od sąsiadów je zabierać, tylko niech mi władza na to pozwoli, skoro miasto na tym nic nie zarabia!? Morawiecki w ten sposób chce załatać dziurę budżetową w samorządach! Po sprawiedliwemu byłoby płacić od kilograma śmieci! No tak ale władza mówi, że będziemy je spalać.......... to niech lepiej na wypiskach spłoną!? 
25 11 2019 Szyderczy uśmieszek szatniarza na twarzy Kaczyńskiego.
Nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie? – zdawał się pytać prezes. Jednak tym razem ta buta to pozór. Kamuflaż. Wódz słabnie i wie o tym. Wiele osób sądziło, że po porażce, jaką w gruncie rzeczy był dla PiS wynik wyborów, Jarosław Kaczyński złagodzi kurs. Po doświadczeniach nocy z czwartku na piątek są mocno zaskoczeni: jak to?! Znów zobaczyli to samo szyderczo wykrzywione oblicze „dobrej zmiany”, które tak dobrze znają z minionej kadencji. Znów byli świadkami, jak zgraja kreatur prezesa bezceremonialnie przepycha na eksponowane stanowiska w państwie najgorsze szumowiny, pozbawiając oponentów jakiegokolwiek wpływu na sprawy publiczne. W głosowaniu coś „nie stykło”? Moglibyśmy je przegrać? A cóż za problem, zagłosujemy jeszcze raz… Dobrze zapamiętajmy twarz Jarosława Kaczyńskiego, ten jego szyderczy uśmieszek szatniarza: nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie?
Pozornie uśmieszek i bezczelność była taka sama, jak w minionych czterech latach, kiedy „dobra zmiana” prezentowała butę i ignorowała każdy głos sprzeciwu. To była metoda Kaczyńskiego na radzenie sobie z oponentami. W państwach praworządnych i demokratycznych władza musi się liczyć z opiniami opozycji i społeczeństwa, uwzględniając je w swoich działaniach. A Kaczyński demonstracyjnie się z nimi nie liczył. Przetrzymał falę wielkich demonstracji, przetrzymał oblężenie parlamentu, przetrzymał strajki niepełnosprawnych, nauczycieli i innych grup społecznych. Wyrobił w obywatelach przekonanie, że władza nie reaguje na nic, więc nie ma sensu protestować, bo to i tak nic nie da. Na pierwszy rzut oka czwartkowa noc była ciągiem dalszym tego samego spektaklu. A jednak coś się zmieniło.
Kilka dni wcześniej uformowało się zdominowane przez opozycję prezydium Senatu, które już zapowiada powołanie komisji, mającej zbadać sprawki pisowskiego szefa NIK. Na początku tygodnia PiS musiał jak niepyszny wycofać się z planu zniesienia tzw. limitu 30-krotności w składkach ZUS. Expose premiera spotkało się z miażdżącą krytyką ze wszystkich stron. Koalicjanci się burzą i żądają większego udziału we władzy, biskupi domagają się zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. I nawet Jacek Kurski musiał się wycofać z sylwestrowych planów TVP. Wszystko to razem stwarza wrażenie słabości. Widać wyraźnie, że władza straciła pełną kontrolę nad sytuacją i w wielu kwestiach znalazła się w defensywie. I właśnie taki jest kontekst czwartkowego spektaklu w Sejmie.
W poprzednich czterech latach PiS demonstrował siłę, którą rzeczywiście posiadał. Teraz jednak demonstracja siły była kamuflażem, zasłoną dymną, mającą ukryć erozję władzy Kaczyńskiego. Prezes pilnie potrzebował takiego spektaklu, by podtrzymać entuzjazm i zmotywować swych żołnierzy. Autorytet, jakim się cieszy, jest bowiem pochodną przekonania jego wyznawców, że wódz nigdy się nie myli, nigdy nie przegrywa i prowadzi swój lud od jednego chwalebnego triumfu  do następnego. Tę wiarę trzeba w ludzie pisowskim podtrzymywać – i temu właśnie służył czwartkowy pokaz buty i szyderczy uśmieszek na twarzy wodza: nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie? Otóż, zrobimy, panie prezesie. Wkrótce się pan przekona. 
Wojciech Maziarski Źródło koduj24.pl
Z forum: Panie Wojtku, jest Pan optymistą! Niestety, ale z jakiegoś powodu Piotrowicz i Pawłowicz są Kaczyńskiemu w TK bardzo potrzebni i aż boję się myśleć, do czego. Z racji tego, że opozycja przejęła Senat, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Kaczyński kazał im unieważnić Konstytucję i wprowadzić rządy prezydenckie. Jednocześnie pozbyłby się aż kilku wielkich problemów: unieważniłby Senat, zapewniłby rządy Dudy na wiele lat (zapewne wybory prezydenckie by anulował, albo zapisał wybory prezydenta przez Sejm, a że większość ma PiS to wynik łatwy do przewidzenia), unieważniłby ostatecznie trójpodział władzy, zlikwidowałby opozycję, a wisienką na torcie jeszcze byłoby unieważnienie naszego członkostwa w UE. Jeden werdykt ogłoszony przez pisowski skład TK z kucharką i tą dwójką załatwiłby aż tyle spraw zapewniając mu rządy aż do śmierci! Że lud mógłby wyjść na ulice? Już pokazał, że wszelkie demonstracje ma głęboko tam, gdzie słońce nie dochodzi. A gdyby naród bardzo się wkurzył to przecież ma do „uspokojenia narodu” odpowiednio przeszkoloną i wyposażoną Obronę Terytorialną (przypominam, że punkt 1 Statutu głosi, że OT została powołana do obrony demokratycznie wybranych władz RP przed nielegalnymi demonstracjami) oraz chłopców z ONR, nad którymi PiS roztoczył parasol ochronny, a którzy „nie mogą się już doczekać, kiedy sobie postrzelają do tego parszywego lewactwa”. I wszystko to z błogosławieństwem hierarchów polskiego kościoła, którzy od miesięcy wprost nawołują do „świętej wojny religijnej w obronie wiary i kościoła” i którzy mają zawarty sojusz z Kaczyńskim o wzajemnym wspieraniu się w każdej sytuacji (te peany hierarchów na cześć Kaczyńskiego przecież o czymś świadczą, jak również peany w odwrotnym kierunku). To wszystko doprowadzi do rozlewu krwi i do kompletnej izolacji Polski w świecie, ale zapewni rządy Kaczyńskiemu i jego akolitom na lata. I jestem przekonana, że Kaczyński ma już wyznaczonego następcę i jest nim wg mnie Ziobro. To właśnie on ma największą władzę po Kaczyńskim i jest dokładną kopią Kaczyńskiego, ale o prawie połowę młodszą. 
19 11 2019 Morawiecki: „Brałem udział w tych wydarzeniach jako młody chłopak”. 
„Czekamy na opowieść o tym jak uczestniczył w zdobyciu Bastylii”. Urzędujący premier znów fantazjuje. Polityk zasugerował, że miał osobisty udział w czechosłowackiej rewolucji. Wszystko przez Przegląd Niezależnej Sztuki Czechosłowackiej, który odbył się w listopadzie 1989 r. we Wrocławiu i – rzekomo – odegrał dużą rolę w demokratycznych przemianach. Jednym z uczestników wydarzenia był nastoletni Mateusz Morawiecki. Szef rządu podzielił się swoimi przemyśleniami za pomocą Facebooka. „Trzydzieści lat temu Czesi powiedzieli STOP komunizmowi. Brałem dzisiaj udział w oficjalnych uroczystościach w Pradze, które upamiętniały tzw. Aksamitną Rewolucję. Muszę przyznać, że mam do tamtych wydarzeń bardzo osobisty stosunek, ponieważ obserwowałem z bliska, we Wrocławiu, swoiste preludium Aksamitnej Rewolucji. To będzie dłuższa opowieść, ale zacznijmy od początku” – rozpoczął polityk. Morawiecki odwołał się do wydarzeń z jesieni 1989 r., kiedy Czesi i Słowacy masowo wyszli na ulice i zaprotestowali przeciwko komunistycznemu reżimowi. Prawdziwa rewolta rozpoczęła się po tym, gdy służba bezpieczeństwa zaatakowała protest upamiętniający 50. rocznicę zamknięcia czeskich uczelni przez hitlerowskie władze okupacyjne. Twarzą wolnościowego zrywu był legendarny dysydent Vaclav Havel, przyszły prezydent Czechosłowacji.
„17 listopada 1989 roku rozpoczęła się „Aksamitna Rewolucja”, która nie tylko obaliła rząd komunistyczny, ale zapoczątkowała proces rozpadu Czechosłowacji na Czechy i Słowację. Twarzą tamtych wydarzeń był Vaclav Havel, późniejszy ostatni prezydent Czechosłowacji i pierwszy prezydent Czech. Ale nie byłoby tamtych przeobrażeń, gdyby nie narodziny „Solidarności” w Polsce w 1980 roku i późniejsze kontakty polskiej i czechosłowackiej opozycji” – kontynuował swój wywód Morawiecki. W dalszej części poruszył temat „Solidarności Walczącej” (radykalnej organizacji antykomunistycznej założonej przez Kornela Morawieckiego – przyp. red.), która – jego zdaniem – odegrała dużą rolę w koordynacji działań czechosłowackiej opozycji. „O działaniach Solidarności Polsko- Czechosłowackiej sporo już wiadomo, natomiast mniej mówi się o działaniach Solidarności Walczącej. A przecież od 1982 roku, a więc od samego początku SW, drukowaliśmy pismo „Nazory”, które było przemycane przez granicę przez polskie pracownice czeskich zakładów włókienniczych. Te same dzielne kobiety przewoziły do Polski płótna szyfonowe potrzebne w podziemnej poligrafii” – napisał premier. Morawiecki doszukał się nawet „wstępu” rewolucji w Czechosłowacji. Polityk uważa, że był nim wrocławski Przegląd Niezależnej Sztuki Czechosłowackiej, który był imprezą współorganizowaną przez opozycyjnych twórców kultury. „Wstępem do Aksamitnej Rewolucji był Przegląd Niezależnej Sztuki Czechosłowackiej, odbywający się we Wrocławiu w dniach 3 – 5 listopada 1989 roku. Wrocław stał się wówczas miejscem, gdzie czechosłowaccy twórcy mogli zaprezentować swoje prace – niestety, nie wszystkie, bowiem część z nich została zarekwirowana przez czechosłowacką straż graniczną przy wjeździe do Polski. Nie wpuszczono wówczas także aktorów z Brna, którzy mieli przygotowany spektakl do sztuki Havla pt. „Audiencja”” – kontynuował szef Rady Ministrów.
Znany z mitomanii Morawiecki nie omieszkał dodać, że osobiście brał udział w prodemokratycznej imprezie. Polityk, choć miał wtedy kilkanaście lat, pamięta całą imprezę ze szczegółami. „Brałem udział w tych wydarzeniach jako młody chłopak. Szczególnie zapamiętałem wspaniały koncert Karela Kryla w Teatrze Polskim. Widownia była pełna, sporo osób siedziało na podłodze lub stało. Czeski Artysta rozpoczął koncert od powitania: „Dobry wieczór po 20 latach”, po czym wybuchła wrzawa oklasków. Podobnie, jak po pierwszych taktach utworu „Morituri te salutant”. Później, podczas przerwy, bard powiedział: „Miałem przygotowane długie przemówienie powitalne, ale nie mogłem, nie byłem w stanie tego wszystkiego powiedzieć. To był dla mnie szok, ale przyjemny szok po tych 20 latach, to była taka nagroda”. Natomiast po odegraniu przez Jaroslava Hutkę piosenki „Namesti” („Rynek”) widownia w Teatrze wzniosła dwa palce w górę w znanym wszystkim znaku V – Victoria, Zwycięstwo. Później, utwór ten stał się jednym ze sztandarowych pieśni Aksamitnej Rewolucji. Pamiętam też, jak publiczność skandowała po czesku „svobodu, svobodu”, czyli „wolności”. To były niezapomniane chwile” – przechwalał się PiS-owski dygnitarz.
Jak się okazuje, Morawieccy i ich znajomi przyczynili się do utworzenia Trójkąta Wyszehradzkiego. Wszystko przez… nocne rozmowy działaczy „Solidarności Walczącej” z opozycyjnymi aktywistami z Czechosłowacji. Fantazja premiera zdaje się nie znać granic. „W Festiwalu nie mógł brać udziału m. in. Stanislav Devaty, który ukrywał się we Wrocławiu u Leszka Machnika i Jerzego Pietraszki (ps. „Pedro”, działacza Solidarności Walczącej). Czesi przebywający we Wrocławiu zamieszkali w prywatnych mieszkaniach, przygotowanych przez Wrocławian. Także przez nasze mieszkanie, przy ul. Kilińskiego, przewinęły się tłumy Czechów, którzy szukali dla siebie lokum lub chcieli dostać informacje o programie Przeglądu. Organizowaniem lokum dla nich zajmowali się m. in. moja siostra Ania, Jarek Broda, Alicja Grzymalska oraz inne osoby. Niekończące się rozmowy nocne, dyskusje, plany – to wszystko toczyło się w polsko-czeskim języku, na szczęście oba języki są słowiańskie, więc było łatwo się porozumiewać. Takie dyskusje były źródłem późniejszej współpracy m. in. w ramach Trójkąta Wyszehradzkiego” – zakończył swoją historyjkę Morawiecki.
Wpis Morawieckiego wywołał rozbawienie internautów. Użytkownicy sieci mają dość megalomanii i mitomaństwa przedstawiciela Zjednoczonej Prawicy. „Nie trudno się domyślać, znając jego życiorys… Zakończeniu rewolucji w Polsce, pojechał do Berlina rozwalać mur, a zaraz potem pociągiem bezpośrednim, na studenckim bilecie pojechał do Pragi, aby spotkać się z Havlem i zaplanować kolejne zdarzenia. Lepszy niż ojciec” – napisał Juliusz Witold z Twittera. „Yes, yes, yes – założyłem się dzisiaj ze szwagrem, że Morawiecki powie, że współuczestniczył w Aksamitnej Rewolucji w Czechosłowacji. I się ku…a nie zawiodłem” – dodał inny użytkownik serwisu.
Czego jeszcze się dowiemy? Może tego, że nastoletni aktywista „Solidarności Walczącej” odebrał Pokojową Nagrodę Nobla i wygrał pierwsze demokratyczne wybory? A może jednak obalił mur berliński? Chyba nic już nas nie zaskoczy… Źródło: wpolityce.pl, tvp.info, Twitter
Kochamy Morawieckiego juniora, za to że Hendrixa uczył na gitarze grać, za jego przebój „Wyrwij murom zęby krat. Zerwij kajdany podnieś VAT”. Morawiecki to geniusz, który jako jedyny na świecie rozbił młotkiem atom!? I zaraz zrodził się w jego genialnej głowie pomysł na milion aut elektrycznych na polskich drogach. Nie mamy co się martwić prądu do samochodów nie zabraknie, wystarczy kowadło i młotek i już mamy reaktor atomowy!?
Morawiecki zapomniał dodać, że brał pan udział w Praskiej Wiośnie w sierpniu 1968 i sikał na rosyjskie czołgi, które zaprowadzały porządek w Czechosłowacji!? A złapany przez nieprzyjaciół uwięziony został, i żywym ogniem był palony. Dopiero Antoni Ketling wraz z Małym Rycerzem z niewoli go uwolnili!? 
18 11 2019 Godność też nam ukradli.
Na szacunek i uznanie zasługują tylko ci, którzy podzielają nasze wartości i wierzenia. W niealfabetycznym słowniku rządzących hasło „Godność” zajmuje ważne miejsce, gdzieś między Bogiem, Honorem i Ojczyzną. Godność według Kaczyńskiego jest tym czymś, czego dotąd społeczeństwu brakowało jak tlenu, ale przyszedł PiS, odkręcił zawór na cały regulator i teraz obywatele inhalować się mogą do woli podmuchami godności. Nie każdy wszakże zasługuje na tę ożywczą wentylację. Nie tak dawno na finansowaną ze środków publicznych konferencję zatytułowaną „Solidarność: od godności człowieka do ponadnarodowej współpracy”, nie wpuszczono zaproszonych uprzednio dziennikarzy Gazety Wyborczej i TVN, bo po namyśle organizatorzy uznali ich za niegodnych i nienadających się do żadnej współpracy. Z honorami powitano natomiast arcybiskupów Sławoja L. Głódzia oraz Marka Jędraszewskiego, znanych organizatorom z wyjątkowego poszanowania godności swoich podwładnych i zawsze gotowych do życzliwej współpracy z osobami o odmiennych poglądach. Przed listopadowym świętem Jarosław Kaczyński zawiadomił swoich fanów, że marsze smoleńskie okazały się „przełomowe dla godności narodu” – i w rzeczy samej owo forum nienawiści i szokujących kłamstw, które raziły przyzwoitych ludzi salwami oszczerstw i kalumnii, już dawno przełamało narodową godność na pół. Niedługo potem, podczas narodowej fety, prezydent RP rozwinął myśl swego przełożonego o selektywnej godności, a przy okazji uniósł się patriotycznie, nawołując sam siebie do zgody i jedności. Tego samego dnia w Świątyni Opatrzności Bożej również biskup Józef Guzdek głosił szacunek dla godności i praw Polaków, nie precyzując jednak, ile owej godności ma być udziałem stanowiących prawa, a ile jej przysługuje tym, którzy tworzonemu prawu muszą się podporządkować.
„Nie ma wolności bez godności” zrymował sobie pan premier, występując na inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu w nowym składzie. Był chyba w wyjątkowo radosnym nastroju, bo z mównicy frunął żart za żartem. A to, że również „nie ma wolności bez wiarygodności”, a to, że w Polsce „demokracja ma się tak dobrze jak nigdy wcześniej”, a to, że wbrew krakaniu opozycji budżet kraju jest w stanie pełnej równowagi…  A kiedy już wysechł mu gejzer dowcipów, to o godności , od której rozpoczął wystąpienie, słowem już nie wspomniał. Bo wredne niepolskie media zaraz zaczęłyby pytać o godność pacjentów oczekujących na ratowanie życia w wielomiesięcznych i wieloletnich kolejkach, albo o godność nauczycieli pokaleczonych odłamkami wysadzonego w powietrze systemu oświatowego, czy o godność prokuratorów dociskanych buciorem Ziobry oraz sędziów opluwanych i sekowanych przez partyjnych nominatów. A jak miałby pan premier odpowiedzieć na pytanie, dla kogo trzyma wolny stołek ministra sportu i czy godne jest korumpowanie senatorów stanowiskami, które powinni obejmować fachowcy po konkursowym naborze? Nie mówiąc już o najtrudniejszym pytaniu o godność niepełnosprawnych, którym pan premier zabrał właśnie pieniądze, by ufundować emerytom wyborczą kiełbasę, na którą budżetu nie było stać ani teraz, ani w chwili, gdy „trzynastkę” obiecywał.
„Godność” to w znaczeniu słownikowym poczucie własnej wartości, szacunek do siebie, a także oczekiwanie od innych szacunku i sprawiedliwej oceny walorów duchowych, moralnych czy społecznych zasług.  Polska Konstytucja już w preambule potwierdza istnienie przyrodzonej godności człowieka, a w art. 30 definiuje ją jako niezbywalne i nienaruszalne źródło wolności i praw człowieka i obywatela, jako wartość, której ograniczać nie wolno. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ stwierdza w preambule, iż „uznanie przyrodzonej godności oraz równych i niezbywalnych praw wszystkich członków wspólnoty ludzkiej jest podstawą wolności, sprawiedliwości i pokoju świata”. Ale co obchodzi Jarosława Kaczyńskiego słownik, Konstytucja, ONZ, a nawet prawo kanoniczne, które od Soboru Watykańskiego II godność człowieka ustanawia fundamentem prawa? Wszystkie te dokumenty musieli wymyślić jacyś lewacy, którzy wszędzie, gdzie mowa o godności, dopisali, że przysługuje ona KAŻDEMU człowiekowi. A jakąż przyrodzoną godność mogą mieć uchodźcy roznoszący choroby i pasożyty, albo wrogowie Polski z coraz liczniejszych nieprzyjaznych Polsce krajów świata, czy naprawiacze świata o komuszej proweniencji, nosiciele wirusa Gender, homoseksualiści i inni pedofile, ideolodzy LGBT, wrogowie Kościoła i w ogóle wszyscy, którzy myślą inaczej i przeciwstawiają się władzy PiS? Czy oni mogą mieć jakąkolwiek godność? No przecież to niemożliwe!
Aparat propagandowy obecnej władzy sugeruje nam nieustannie, że Polacy są narodem wybranym. Niestety – wybranym tylko przez Kaczyńskiego i narodowców ścigającym się z prezesem na radykalizm patriotyczny, co powoduje, że przestajemy się liczyć w świecie i coraz częściej stajemy się obiektem drwin. Bo też i trudno o inny kraj, gdzie godność owinięta jest tak szczelnie narodową flagą, a narrację publiczną tak gęsto naszpikowano narodową dumą w wersji podkreślającej wyższość polskiej nacji. Polityka zagraniczna PiS sprowadza się do głoszenia tezy, że Polsce należy się szczególne miejsce na arenie światowej, bo nasi przodkowie ginęli i cierpieli. Narody świata winne są Polakom szacunek i uznanie bez względu na to, gdzie polskie władze mają praworządność i demokrację. MSZ nie reaguje na opinie zamroczonych polityków z PiS i okolic, którzy głoszą, że fundusze unijne nam się po prostu należą jako zapłata krajów Zachodu za sprzedanie Polski Stalinowi, że unijna kasa to tylko wabik, bo tak naprawdę Zachód chce nas podporządkować ekonomicznie, potem kulturowo, a na końcu eksterminować, albo że Polskę atakuje światowe lewactwo, Gender i LGBT, a katolicy prześladowani są przez postkomunistyczne bojówki opłacane przez wrogie zagraniczne ośrodki.
W popularnym znaczeniu godność jest właściwością człowieka godnego, czyli przyzwoitego, zasługującego na godne traktowanie.  W nie tak odległych czasach nieznanym ludziom już na dzień dobry przysługiwał szacunek i podstawowa doza zaufania.  Kulturalni Polacy, którzy chcieli poznać czyjeś nazwisko, pytali: – Jak Pańska/ Pani godność? Było, minęło.  Wskutek licznych zabiegów Kaczyńskiego i jego ekipy stajemy się coraz bardziej nieufni. Ludzie obcy, spoza ferajny, to osobnicy niebezpieczni, a co najmniej podejrzani. Na szacunek i uznanie zasługują tylko ci, którzy podzielają nasze wartości i wierzenia. Godność stała się dobrem limitowanym i przyznawanym automatycznie jedynie członkom własnego plemienia, a jej szafarzami zostali ci, którzy nam godność odbierają. Może nawet już ją nam ukradli, tak jak demokrację, prawo i sprawiedliwość. Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl 
Czy Kaczyński jedynie testuje reakcję Polaków, co wcześnie wielokrotnie czynił, i w ostatniej chwili wyciągnie z kapelusza czyste, białe króliczki, albo kandydatury należy traktować zupełnie serio, jako wyraz abnegacji pana na Nowogrodzkiej!? Pawłowicz była posłanka znana jest z wulgarnych, napastliwych wystąpień zarówno w Sejmie, jak i w mediach społecznościowych. „Chlew”, „zamknij się”, „zamknijcie mordy tak, jak prezes powiedział”, „bydło poselskie” – pokrzykiwała na posłów PO podczas jednego z posiedzeń Komisji Sprawiedliwości i z mównicy sejmowej. „A ruda BESTIA krąży (…) mizdrzy się, kłamie, knuje” – pisała o Donaldzie Tusku, „Pani Janda jest głosem ulicznic, które na manifestacjach pokazują narządy rodne kobiet” – komentowała wystąpienie znanej aktorki. O fladze unijnej mówiła „szmata”, „kojarzy mi się z czymś złym, niedobrym, brudnym”. Czy doktorat uzyskany na komunistycznej uczelni przez panią Pawłowicz w 1986 roku nie powinien zostać zdekomunizowany i odebrany? To wstyd dla polskiej inteligencji!
Krystyna Pawłowicz idealnie wręcz weszła w rolę „starej dewoty” z kółka różańcowego, słynnej już „starej ciotki na imieninach”, która w imię katolickiej nauki społecznej miesza się we wszystkie sprawy życiowe szczególnie młodych członków rodziny bo jej samej życie od dawna nie daje jej satysfakcji więc trzeba je też zatruć innym.
Piotrowicz jest jednym z bardziej „zasłużonych” posłów PiS. To on stoi za reformą sądów, był przewodniczącym Komisji Sprawiedliwości w mijającej kadencji Sejmu. W latach 1978-2002 pracował jako prokurator. Choć sam deklaruje, że „ma piękną przeszłość”, to jego działalność w czasie stanu wojennego budzi poważne wątpliwości. Pod koniec swojej działalności prokuratorskiej w 2001 zasłynął obroną księdza-pedofila z Tylawy. Czy w szafie Piotrowicza znajduje się teczka Kaczyńskich, że dziś ma taką dużą władzę? Piotrowicz czuje się pokrzywdzony przez komunizm. „Był ofiarą poprzedniego systemu” I to jest szczera prawda! Przyjeżdżali do niego zawsze w trzech, dwóch trzymało a ten trzeci bestialsko wbijał mu w klapę Krzyże Zasługi. Ileż on musiał wycierpieć. No i patrzajta i podziwiajta dziś po tylu latach, okazuje się że to Piotrowicz donosił opozycji na SB, a Wałęsa donosił SB o Solidarności.  O Chojnej-Duch. W ostatnich miesiącach wypowiedzi publiczne Chojny-Duch zbiegały się z narracjami partii rządzącej. Przy okazji afery KNF stwierdziła m.in., że „były szef KNF Marek Ch. działał sam” i „był czarną owcą”. Wydarzenie te sprawiły według niej, że „Adam Glapiński jest w szoku”.
05 11 2019 Co i jak prywatyzowano w latach 90-tych i kolejnych?
Ileż to już razy słyszeliśmy frazę "złodziejska prywatyzacja", która odnosi się do pierwszych lat "balcerowiczowskich reform" po 1989 roku. To właśnie wtedy intensywnie rozsprzedawano majątek naszej Ojczyzny wypracowany przez lata. Ekonomiści wskazują, że ta wyprzedaż była dla nas tragedią gospodarczą i finansową, bo przedsiębiorstwa zostawały oddawane średnio za 30% ich wartości i to niezależnie od księgowych aktywów, ale też możliwości generowania przyszłych zysków. Często też polskie firmy były kupowane za przysłowiową złotówkę w zamian za jakiś mityczny "know-how", czyli tzw. transfer przez zachodni biznes technologii i sposobów zarządzania firmą. Po części można uznać, że ten "know-how" był potrzebny aby zwiększyć konkurencyjność polskich firm, natomiast nie trzeba było od razu "prywatyzować za grosze" i uznawać, że wszytko tak czy inaczej zostanie unormowane przez tzw. "niewidzialną ręką rynku", która na świecie nie występuje nigdzie i a'priori winna być traktowana jako utopia (zresztą podobnie jak marksistowski sposób ekonomicznego oglądu procesów gospodarczych). Właśnie tak naprawdę korporacjom globalnym zależało też na tym, aby się pozbyć polskiej konkurencji i nieraz przy narodowej pomocy władz państwowych - siedzibie określonych firm - spokojnie tego przejęcia polskiego przemysłu dokonywały. Bardzo często też przejmowały one tylko znak słowno- graficzny (markę), co kończyło się likwidacją polskich firm i tworzenia z nich tylko i wyłącznie magazynów na produkty zagraniczne. Tak zrujnowano lub odsprzedano niemal wszystkie gałęzie (sektory) produkcyjne, czyli te, które tak naprawdę tworzą fizyczną wartość dodaną w gospodarce całego kraju. Oczywiście nie obyło się też bez przejęcia niemal całego sektora bankowo-ubezpieczeniowego, handlowego i medialnego. W naszych rękach zostało kilka banków, co prawda dużych jak PKO BP czy też BGK, ale to chlubne wyjątki a np. BGK ma trochę inne, państwowe zadania niż finansowanie kredytów i zarabianie na ich udzielaniu. Rynek handlowy jest niemal w całości opanowany przez wielkie korporacje ponadnarodowe, podobnie jak sektor medialny. Wielkie sieci handlowe budowane w centrach miast (a nie na ich obrzeżach jak to jest w cywilizowanych ekonomicznie państwach) doprowadziły do upadku tysięcy polskich małych sklepów. Media zostały też przejęte, choć nie wszystkie (jak TVP czy Polsat), ale np. regionalny rynek prasowy jest pod władaniem takich korporacji (80% tegoż rynku). Zrujnowano także rolnictwo i dopiero od niedawna jest z tym nieco lepiej, ale lata 90-te były dla rolników koszmarem...Oczywiście to przejmowanie polskich firm w większości odbywało się etapami, co zostało zagwarantowane przy Okrągłym Stole i w Magdalence: wpierw uwłaszczenie postkomunistycznej nomenklatury a dopiero później przejęcie firm przez owe zagraniczne koncerny. I tak to trwało - z małymi wyjątkami - do 2015 roku. Ale warto sobie zadać pytanie... O co chodziło tym międzynarodowym firmom, że tak usilnie zabiegały o podporządkowanie sobie gospodarki polskiej? Przecież, żeby można było coś prywatyzować,  to musiały być jakieś polskie zasoby i przedsiębiorstwa.  Innymi słowy, musiało być coś do  sprywatyzowania. I wiem, że narażę się na krytykę części moich Czytelników, jeżeli powiem, że z ochotą prywatyzowano to, co stworzył gospodarczo E. Gierek w latach 1970-1976, bo w czasach W. Jaruzelskiego gospodarka była traktowana po macoszemu a sam "Wolski" nic z niej nie rozumiał. To właśnie w owym okresie lat 70-tych powstawały duże polskie firmy, które z taką ochotą przejmowali globalni inwestorzy. I to jest fakt niezaprzeczalny. Pomijam tutaj ideologiczną, sowiecką i polityczną zależność od ZSRR, ale  jednego E. Gierkowi nie można zarzucić: dbał o polski rodzimy przemysł i to przemysł w sektorach produktywnych. Dodatkowym elementem zachęcającym do przejmowania polskich firm był (i jest) ogromny rynek sprzedaży (popyt efektywny), wyrażający się choćby wielkością naszego państwa jak i jego liczebnością wraz z położeniem geostrategicznym.
Nietrudno zauważyć, że zachodnie firmy stosowały wobec Polski mix tych strategii wobec polskich konkurentów. Mix ten polegał z jednej strony na oferowaniu dóbr, które wcześniej w Polsce były niedostępne a z drugiej strony na walce kosztowej, co było dość proste ze względu na wielkość korporacji międzynarodowych - była też przez nie stosowana w wielu przypadkach cena dumpingowa, której nie mogli sprostać polscy przedsiębiorcy. W przypadku zaś charakteru i stosunku przedsiębiorstw zachodnich do przedsiębiorstw polskich była po prostu strategi frontalnego ataku, polegająca w skrócie właśnie na owej prywatyzacji "za grosze", co mogło się wydarzyć jedynie wtedy, gdy było na to przyzwolenie polskich władz państwowych. A takie przyzwolenie zawarte zostało w tzw. "Planie Balcerowicza" a tak naprawdę Sachsa, Sorosa, Lipmana opartym na tzw. Konsensusie Waszyngtońskim.
Dzisiaj są już inne warunki. Próbuje się reprywatyzować firmy przejęte przez korporacje międzynarodowe, choć to jest trudne a w wielu przypadkach niemożliwe. Zmarnowaliśmy 30 lat i winę za to ponoszą Ci pierwsi i kolejni władcy III RP. Osobiście uważam, że taki L. Balcerowicz czy taki J. Lewandowski winni dziś oglądać świat zza krat a później winni mieć zakaz angażowania się w sprawy publiczne dotyczące Polski i narodu polskiego. 
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
Źródło: https://niepoprawni.pl/blog/krzysztofjaw/co-i-jak-prywatyzowano-w-latach-90-tych-i-kolejnych
Balcerowiczowi wszelkiej maści cwaniacy, spekulanci, hochsztaplerzy z całego świata. powinni w dowód wdzięczności wznieść pomnik o wysokości Wieży Eiffla i to ze szczerego złota. Koszt budowy takiego pomnika, byłby niewielkim ułamkiem tego co w Polsce zarobili. Przywozili oni do Polski wagony dolarów, by kilkanaście miesięcy później wywieźć dwa i pól raza tyle (prawie 250%). Zaś hrabiemu von Rostowskiemu wybudować autostradę z Polski do Anglii i to ze
szczerego złota. Lewandowski zasłużył jak nikt inny na Pałac Kultury ze szczerego złota w każdy mieście wojewódzkim. Wszak to współczesny Midas posiadający niezwykły dar rozdawania majątku narodowego w ręce spekulantów, hochsztaplerów z całego świata. W efekcie tego zamiast zarobić na prywatyzacji ponieśliśmy olbrzymie straty. No ale Lewandowski i jego rodzina nie ma co narzekać trafił im się interes życia. Co wybudują Morawieckiemu, w dowód wdzięczności cwaniacy, spekulanci, hochsztaplerzy z całego świata, wieże World Trade Center, ze szczerego złota ozdobione brylantami i perłami?

Polska zapłaciła wysoką cenę za wolność ufając bezwzględnie Balcerowiczowi a zaprzepaściła szansę rozwoju gospodarczego powierzając finanse państwowe Rostowskiemu. Dziś Polska płaci podwójnie bo Morawiecki tak uszczelnił system podatkowy, że firmy i zwykli szarzy obywatele nie mają czym oddychać. Natomiast klasa posiadająca władzę żyje w ponadprzeciętnym luksusie i co najważniejsze nie płaci podatków. Praca na dwa etaty i kupa kredytów do spłaty tak żyje zdecydowana większość Polaków mieszkających w Polsce. Około 30 lat gospodarki rynkowej i tylko raz bez deficytu. Było to za Balcerowicza, kiedy na hura bura zaczął sprzedawać najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa państwowe za przysłowiową złotówkę. 
01 11 2019 Demokratyczna zawiść.
Chciałbym zwrócić uwagę na następujący artykuł: „Problem zawiści w masowej demokracji”. Tekst ten powstał w 1957 roku i jest w nim mowa o Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Ale w Polsce ten problem jest dużo wyraźniej widoczny - głównie dlatego, że nasza obecna Druga Komuna jest kontynuatorką Pierwszej, czyli PRL-u. Zawiść była silną motywacją do wymordowania przedwojennych elit - na tej zawiści i mordach z nią związanych zbudowano PRL. Dziś już nie mordują, ale zawiść została. W dzisiejszej Polsce łatwo można zbijać kapitał polityczny na straszeniu bogatymi oraz na programach politycznych, które sprowadzają się do głoszenia odbierania bogatym i dawaniu biednym. Kiedyś premier Tusk powiedział tak: „Jeśli jeden lekarz zarabia 4 tysiące złotych, a drugi 25 tysięcy złotych, to komu ja mam dać podwyżkę?”. A tragicznie zmarły prezydent, Lech Kaczyński powiedział tak: „Jeżeli do walki z kryzysem niezbędne byłoby podniesienie podatków to powinno dotyczyć ono jedynie najzamożniejszych obywateli”. Obie te wypowiedzi odwołują się do ludzkiej zawiści. A politycy SLD, PSL-u, Razem czy Wiosny tak mówią na okrągło. Demokracja to wzbudzanie zawiści i szczucie ludzi na siebie - biednych na bogatych, chorych na zdrowych, niewykształconych na wykształconych, głupich na mądrych, brzydkich na ładnych etc… Wpaja się nam lewicowy, fałszywy dogmat, że jak jeden ma więcej, to kosztem tego, że inny ma mniej - dotyczy to nie tylko majątku, ale też wykształcenia, dostępu do różnych usług, a nawet zdrowia. Według lewicy mamy w świecie stały wolumen dóbr, które na wolnym rynku byłyby rozdzielone niesprawiedliwie, czyli w rozumieniu lewicy nie równo - bogaci by wszystko zgarnęli, a biedni nie mieliby dostępu nawet do służby zdrowia i edukacji. Dlatego potrzebne jest państwo, by to wszystko równo rozdzielić przy użyciu przemocy - by tym, którzy mają dużo, tym, którym zazdrościmy, odebrać i dać nam, którzy zawsze mamy za mało. Po to wymyślono demokrację i socjalizm by realizować redystrybucję. Demokracja żywi się taką propagandą zawiści i żeruje na ludzkich niskich instynktach, występując przeciwko dziesiątemu przykazaniu. Prowadzi to do tego, że ludzie nawet godzą się na biedę, ale pod warunkiem, że wszyscy dookoła też tacy będą jak oni. Sprawiedliwość społeczna opiera się o zawiść i w efekcie prowadzi do równania w dół, do tego, że większość jest biedna, głupia, chora i brzydka - bo gdy się takim nie jest, to się jest kimś złym. W państwach demokratycznych powszechnie uważa się, że każdy, kto jest bogaty, mądry, zdrowy czy przystojny, musiał do tego dojść nieuczciwie, na krzywdzie innych. Bo w demokracji rządzi zawsze lewica, a lewica musi szczuć i pielęgnować negatywne emocje - bo na tych uczuciach wyrosła, dzięki nim zdobyła władzę i ją utrzymuje od dziesiątek lat. Zawiść to występowanie przeciwko dziesiątemu przykazaniu, to niemoralne pożądanie. Lewica dzięki demokracji wzmacnia ten ludzki grzech, upowszechnia go, czyni z niego cnotę w swojej nowej moralności. Jeśli lewica wmawia ludziom, że do bogactwa materialnego, czy wszelkiego innego, dojść można tylko nieuczciwie, tylko kradnąc, oszukując i dając łapówki, to ludzie tak robią. I koło się zamyka. Po pewnym czasie wszyscy wszystkim zazdroszczą i wszyscy wszystko zdobywają nieuczciwie. I w ten sposób osiągamy lewicowy egalitaryzm - wszyscy równo grzeszą, ogarnia nas wszechogarniająca równa zawiść - i wszyscy jesteśmy równo nieszczęśliwi. W Polsce ciągle rządzi lewica - obecne rządy są ewidentnie lewicowe - bo zostały wybrane głosami ludzi, którzy zostali zindoktrynowani sowiecką, lewicową zawiścią, nienawiścią do wolnego rynku, pogardą dla kapitalizmu, chęcią równania w dół, nieposzanowaniem własności prywatnej, niechęcią dla ludzi sukcesu. Po prostu rządzą nami dzieci PRL-u. Grzegorz GPS Świderski Źródło: niepoprawni.pl
Wszystkim po równo, jakie wtedy życie byłoby nudne, znikłaby ciągła rywalizacja, zatem cywilizacja przestałaby się rozwijać. To byłoby gorsze od bomby atomowej!? „ Rozbierz rodzaj ludzki zupełnie do naga, a stanie się rzeczywistą demokracją. Lecz jeśli okryjesz się choćby kawałkiem tygrysiej skóry czy krowim ogonem, stać się to może oznaką wyróżnienia i początkiem ustanowienia monarchii. Mark Twain.

01 11 2019 Prezes Jacek na tropie eufemizmów
Jacek Kurski odmówił emisji spotu kampanii, przygotowanej przez lekarzy „Polska to chory kraj”. Według niego, był „niezgodny z linią programową TVP”! Co to takiego „eufemistyczny wulgaryzm”? Coś, co z pewnością nie jest wulgaryzmem nieeufemistycznym. Bo kiedy na przykład naczelny satyryk prawicy Jan Pietrzak mówi o Klaudii Jachirze, że to „wynajęta zdzira”, to jest to wulgaryzm bezprzymiotnikowy, inaczej mówiąc – zwyczajny. Z podobnym, swojskim, by nie rzec „narodowo-katolickim” wulgaryzmem mamy do czynienia, gdy poseł Tarczyński (z PiS, gdyby ktoś miał ewentualne wątpliwości) wyraża się o zwolennikach „damskich końcówek” per „dewianci”. Jaka prawica, takie jej wulgaryzmy…Co innego wykształciuchy. Wulgarne są i agresywne jak wszyscy, ale perfidne zarazem. Nie nazywają rzeczy po imieniu, tylko – nawet przeklinając – pragną się wywyższyć ponad zwyczajnego suwerena. Elity gorszego sortu nie powiedzą więc, że to, co się dzieje w służbie zdrowia to „burdel, granda i skandal”. Skądże znowu…Żeby chociaż zacytowali klasyka, nazywając problem „dżumą” lub – swojsko – „cholerą”, co bierze zwykłych ludzi po dobie na SOR-ze. Ale nie. Mówią o „chorobie”. A po cichu życzą sobie, by zainfekowała architektów „dobrej zmiany”. Żeby dramatyczne sceny z przychodni i szpitali przełożyły się na krytykę rządu i jego zwolenników. I w ten sposób, w ustach autorów spotu, którego emisji odmówiła TVP, określenie „chory” zmienia się w „eufemistyczny wulgaryzm”. I staje się narzędziem agresji. Tak przynajmniej uzasadnił cenzurę inkryminowanego materiału szef publicznej telewizji Jacek Kurski, w ten sposób stając do rywalizacji z samym panem prezesem o status Największego Językoznawcy „dobrej zmiany”. I miał rację, że zakazał emisji. Nie ma powodu rozpowszechniać eufemistycznych wulgaryzmów, skoro śmigają one teraz w powietrzu nawet częściej, niż te swojskie i zwyczajne. Pewnie wszyscy pamiętają jeszcze, jak już dawno temu poseł Szczerba wygłosił swoje słynne „panie marszałku kochany!” Jaki „panie”? Jaki „kochany”? I co to w ogóle były za ukryte sugestie? Chamstwo, prowokacja i wezwanie do puczu, po prostu…Co innego „mordy zdradzieckie”. Takich właśnie prostych i z sercach płynących wulgaryzmów oczekuje naród od swojego przywódcy. I za to – między innymi – pan prezes jest kochany wśród swojskiego elektoratu kto wie, czy nie bardziej niż za liczne Plusy i trzynastą emeryturę. Bo i suweren w co drugim zdaniu zwykł – w miejsce kreślenia: „niewiasta lekkich obyczajów” — używać słowa na „ka”, jakże niesłusznie uchodząc w związku z tym za prostaka. Ale teraz – dzięki posłom, kierownikom i prezesom od pana prezesa – już nie musi się wstydzić. A zresztą co niby miałby mówić w zamian? „O, pani… jak – nie przymierzając – mops w reklamie Voltarenu”? Toteż jest pełna zgoda, że – jak sugeruje prezes TVP – mówienie o „chorobie” tam, gdzie bardziej stosowna byłaby swojska (i też medyczna) „kiła i mogiła”, a w ostateczności „zaraza” (ta od „tęczowej zarazy”), to „naruszanie dobrych obyczajów”, które „stoi w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego”. Jasne, że narusza i że stoi, skoro normalny wyborca obu panów prezesów wyraża się całkiem inaczej. Toteż takie językowe ewolucje „godzą w jego wrażliwość”, czemu Jacek Kurski powiedział – cenzurując spot o służbie zdrowia – swoje stanowcze „nie”. Znaczy – spełnił misję kulturową i stanął na straży dobrych obyczajów. Brawo ten pan!
Natomiast wracając do stanu służby zdrowia po czterech latach rządów PiS, to należało raczej odwołać się do narodowej tradycji i posłużyć cytatem z Sienkiewicza: „ch..j, d..a i kamieni kupa”. Każdy by zrozumiał. Sienkiewicz wprawdzie nie ten, ale wrażliwość stosowna, no i wzmiankowaną frazę trudno posądzać o eufemizm. Bożena Chlabicz-Polak Źródło koduj24.pl 
29 10 2019 Skończyło się „rumakowanie”. Główni koalicjanci Ziobro i Gowin – wyśmiani przez Kaczyńskiego jak szczeniaki.
„Kaczyński uwielbia poniżać i upodlać ludzi publicznie”; „Ziobro i Gowin wyśmiani jak szczeniaki” – oceniają internauci przecieki z tajnej narady polityków PiS, która odbyła się w czwartkowy wieczór w hotelu Mazurkas w Ożarowie Mazowieckim. Nawiązując do nich „Gazeta Wyborcza” sugeruje, że po ostatnich sukcesach wyborczych formacje Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry stanęły w koalicji, do walki o wpływy. Politycy biją się o stołki nie tylko w rządzie, ale również w spółkach skarbu państwa, i w innych instytucjach państwowych. Rozdziałowi powyborczych łupów towarzyszy niemałe napięcie.
Rozmówca GW – poseł PiS, opowiedział jedną ze scen, która rozegrała się, gdy Jarosław Kaczyński zapowiedział, że kandydatem PiS w wyborach prezydenckich będzie Andrzej Duda. Zamilkł i odwrócił się w stronę Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina:„Chyba że panowie macie inne zdanie, innych kandydatów, może któryś z was wystartuje?” – zapytał, co sala skwitowała głośnym rechotem. Ponoć Gowin tylko uśmiechnął się pod nosem, a Ziobro pokazał twarz-maskę. Podobnie było w momencie przydzielania miejsc… Dla Ziobry nie znalazło się krzesło u boku prezesa, a między Morawieckim i Gowinem. Prawdziwą próbę nerwów przyszło mu też przeżyć podczas gdy Kaczyński prezentował kandydatów na najważniejsze stanowiska w państwie.
Wymienił dotychczasowych marszałków Senatu i Sejmu, którzy ponownie mają być kandydatami PiS na te stanowiska. Ogłosił, że premierem pozostanie Morawiecki. O Ziobrze zaś… ani słowa. 
Źródło: wyborcza.pl
Jak długo jeszcze Kaczyński będzie w „kącie” stawiał Gowina i Ziobro!? Wreszcie miarka się przebierze i koalicja pęknie!
Z forum: - Może Gowin zrozumie w końcu, że Kaczyński to taki Hitlerek w polskich warunkach i zastanowi się nad przejściem do demokratycznej opozycji. Gdyby jego 18- stu posłów poczuło się urażonych to PiS traci większość i nawet cała konfederacja mu nie pomoże. Nie byłaby to dobra dla Polski większość „demokratyczna”, ale lepsza taka niż faszystowsko-katolicka większość prawicowo-pisowska.
- W Gazecie prawnej jest wielki wywiad z Gowinem. Nie ma co liczyć, że przejdzie do opozycji. Powiedział w nim jasno, że absolutnie nie ma tam dla niego miejsca „obok lewicowego Zandberga, obok popierającego komunistów i esbeków Czarzastego, obok Śmiszka wyznającego ideologię LGBT”. Jak powiedział, „rządy opozycji byłyby dla Polski czasem dużego regresu”, więc rządy PiS muszą trwać latami. Dodał też, że absolutnym celem numer 1 jest ponowne wybranie Dudy na prezydenta, żeby wszystko mogli uchwalać taśmowo. Jeszcze potrzebują większość w senacie, ale o to zatroszczą się już w środę pisowscy sędziowie.
- Ciekawość, który z nich będzie Brutusem ?
- Obstawiam Ziobrę. Jest żądny władzy, pamiętliwy i mściwy do szpiku kości. To młodsza wersja Kaczyńskiego. I ma w swoich rękach wszystkie służby, czyli haki na każdego pisowca, z samym Kaczyńskim włącznie. W odpowiedniej chwili zaatakuje, żeby przejąć całkowitą władzę nie tylko nad PiS, ale i nad całą Polską. A ten czas może nadejść, jak Kaczyński pójdzie wreszcie na te operacje kolan, czyli pewnie po wyborach prezydenckich, bo po operacjach będzie wyłączony na dobry rok (sama operacja kilka dni w szpitalu, ale potem co najmniej pół roku rehabilitacji na każde kolano – znajomy miał taką operację, a był wtedy o połowę młodszy od Kaczyńskiego, przy czym im człowiek jest starszy, tym operacja i rehabilitacja są bardziej skomplikowane).

29 10 2019 Rydzyk narzeka na niskie ofiary a nadchodzi nawała „międzynarodowych sił diabelskich” i „tęczowej zarazy”.
Redemptorysta podzielił się swoimi obsesjami w rozmowie z prawicowym tygodnikiem „Sieci”. Rzymskokatolicki duchowny w rozmowie z Michałem Karnowskim żalił się na niskie dochody z ofiar, w tym te przekazywane przez zwolenników „Radia Maryja”. „Weźmy pielgrzymkę Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę. Często to i ponad 200 tys. ludzi. Tych, którzy czują więcej, którzy rozumieją sprawy, o których mówię. A ilu składa ofiarę? Jak 20 tys., to bardzo dobrze. Wiemy, bo prosimy, by koperty z ofiarami były podpisane, by można później podziękować” – żalił się zakonnik.Dalsza część rozmowy zeszła na tematy stricte polityczne. Rydzyk ujawnił swoje (znane od dawna) sympatie polityczne i zadeklarował, że w najbliższych wyborach prezydenckich zagłosuje na Andrzeja Dudę (choć środowiska związane z Radiem Maryja wielokrotnie go krytykowało). „Jest jedna ojczyzna nasza, jedna Polska. Komu zależy na tym, żeby to zniszczyć? Czuję wielki niepokój” – grzmiał kapłan w kolejnym etapie wywiadu. Jak się okazało, niepokój Rydzyka związany jest z nadchodząca „falą propagandy lewicowej”.
„(…) Idą międzynarodowe siły, diabelskie. Robią wszystko, żeby zniszczyć rodzinę, zniszczyć człowieka, wiarę Kościół. To jest ta nowa lewica, jak to niektórzy nazywają. W tym ideologia gender, bardzo niebezpieczna” – mówił przerażony duszpasterz narodowej prawicy. Karnowski dopytał o to, czy redemptoryście chodzi o niesławne słowa abp. Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”. Rydzyk potwierdził to. „Tak, ks. abp Marek Jędraszewski nazwał to bardzo dobrze. To wybitny filozof i teolog, znawca zjawisk społecznych. Jego doktorat przeczytał Jan Paweł II, wiem o tym od kogoś, komu papież o tym wtedy mówił. Ten atak na ks. abp. Jędraszewskiego odbieram jako coś wstrętnego, próbę stłamszenia człowieka, pasterza Kościoła, wreszcie zablokowania wolności. Ale wierzę, że się nie da. Musimy przy nim trwać i dziękować Panu bogu za tak odważnego pasterza” – odpowiedział Karnowskiemu duchowny.
Rydzyk odniósł się również do artykułu Szymona Hołowni, który ukazał się na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Katolicki dziennikarz pisał: „Niech jak najszybciej opustoszeją te kościoły, w których Pan Jezus jest członkiem PiS-u” – te słowa wyjątkowo nie spodobały się gościowi „Sieci”. „To bzdura. To chore. Nic takiego nie ma ani nie miało miejsca. Może autor tych słów chciał zaistnieć medialnie? Może pragnie skandalu? Ja też jestem w Kościele. I co – nie mam prawa powiedzieć, na kogo głosowałem. Mam. Głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość. A na kogo miałem głosować? Ale nie na całą partię PiS, lecz na ludzi, których jestem pewny, których znam, którzy byli na listach akurat tej partii. Tam są różni ludzie, a program ugrupowania jest najbliższy cywilizacji chrześcijańskiej” – skomentował Rydzyk. Rydzyk, w wywiadzie, nie omieszkał skrytykować także działań PSL, ultraprawicowej Konfederacji i wspomnianej już Lewicy. „Niektóre partie wydawały mi się bardziej rozumne. Zostawiam już tych szaleńców bardziej lewicowych, to często pokolenie tych, którzy działali przeciwko Polsce, gdy m.in. w 1920 roku bolszewicy szli na Warszawę. Myślałem, jednak, że PSL jest bardziej propolskie. Albo Konfederacja – myślałem, że coś bardziej wartościowego z tego będzie. Ale jestem bardzo, bardzo rozczarowany. Sądziłem, że są bardziej za Polską, bardziej propolscy. A tu raczej widzę szkodzenie Polsce”.
Ostatnie wybory okazały się sromotną klęską ojca Rydzyka i jego stronników. Do Sejmu nie dostali się kandydaci przez niego promowani, np. Anna Sobecka i Stanisław Piotrowicz. Ojciec biznesmen ma więc powody do zmartwień…Źródło: tygodnik Sieci
Dzień dobry z Rana
Tadeusz Rydzyk w Toruniu mieszka
czarną sukienkę ma ten koleżka.
Uczy prostaczków noce i ranki
ze swej maryjnej radioczytanki
Leje na serce miód swoim gościom
beret z antenką czesząc z lubością.
Żyda, masona czuje z daleka
niewiernych ściga niczym bezpieka.
Kościół do góry nogami wywraca
Psoci, figluje - to jego praca.
Glemp traci nerwy: "Rydzyk - łobuzie",
Tadzio z uśmiechem nadyma buzie.
Pieronek błaga: "Daj na wstrzymanie",
a on rozkręca nowa kampanie.
Życiński prosi: "Trwam odpuść sobie",
a Rydzyk: "z Maria co zechce - zrobię".
Rząd go popiera, prezydent chwali
Sam Krzywousty pokłony wali.
A gdy mu zamknąć twarz ktoś próbuje
armie beretów mobilizuje.
Mohery wielbią swego pasterza
Bez jego radia - nie ma pacierza
I mnie już Tadziu zamącił w głowie
Wspieram go w myślach, uczynku, mowie
I wciąż pracuje na swe zbawienie
Pompując rentę i emeryturę w jego kieszenie.

Z forum: On „widzi szkodzenie Polsce” – odezwał się największy szkodnik, złodziej i manipulator. Studnia bez dna – okradł stocznię, dostał od pisuarów grubo ponad 200 milionów złotych, czyli na tyle okradł polskie społeczeństwo, okrada emerytów i jeszcze wsadza ryja (tego od radia też) do polityki. Widok tego ryja budzi u mnie odruch wymiotny. 
25 10 2019 Ksiądz o abp Głódziu: „Publiczne poniżanie – on jest w tym naprawdę niezły”
We wstrząsającym reportażu wyemitowanym w programie „Czarno na białym” TVN24 pokazano, jak abp Sławoj Leszek Głódź traktuje swoich współpracowników i podległych mu proboszczów. Publiczne poniżanie przez niego księży, psychiczne znęcanie, wulgaryzmy, wymuszanie pieniędzy są na porządku dziennym. Reporterzy TVN24 dotarli do listu ks. Piotra, który wysłał on w 2015 r. do nuncjusza papieskiego w Polsce. Ksiądz przez kilka tygodni pełnił tzw. posługę w rezydencji Głódzia. – „Pomijając cały szereg sytuacji, wymienię znamienną: kilka godzin po śniadaniu, podczas wprowadzenia relikwii św. Jana Pawła II do parafii w Kiezmarku – uroczystości podniosłej (w obecności abpa Lwowa) – arcybiskup podszedł do mnie w zakrystii i nie wiadomo dlaczego skomentował poranny „incydent”, ze źle (jego zdaniem) przyrządzonym jajkiem: „nie potrafią jajka ugotować”… – i tu dodał określenie – „cio…y pie…ne! Zorientowałem się po kilku dniach, że posługa kapelana nie ma sensu. Poza tym po raz pierwszy usłyszałem, iż mam złożyć przysięgę, że wszystko co widzę i słyszę wewnątrz rezydencji – nigdy nie wyniosę na zewnątrz” – napisał ks. Piotr. A oto kolejny fragmenty listu ks. Piotra, cytowane w materiale TVN24: – „Moim zdaniem niedopuszczalnym było również wydarzenie, w którym ks. arcybiskup któregoś dnia przyniósł wagę, „poprosił” o wejście mnie i drugiego kierowcę, po czym powiedział: „Jak przytyjesz kilogram, wypi…lę cię po roku” oraz – „Najbardziej jednak zapamiętałem zdanie, które przytoczyłem księdzu arcybiskupowi podczas późniejszego przesłuchania kanonicznego – „Sub secreto – dupku jeden – jesteś gówno, jesteś jak to opakowanie, beczkę soli musisz jeszcze zjeść…”. Ks. Piotr nie pojawia się w reportażu, ale potwierdził, że wszystko, co opisał w swoim liście jest prawdą.  – „W mojej ocenie to bardzo prawy, rzetelny, uczciwy ksiądz. Tym bardziej mi przykro, że spotkała go taka sytuacja” – powiedział o ks. Piotrze ks. prof. Adam Świeżyński z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.Inni księża – cytowani przez dziennikarzy TVN24 – też dają podają przykłady gorszących zachowań abpa Głódzia. Opowiadali m.in. o paraliżującym wręcz strachu przed każdą wizytą metropolity gdańskiego w danej parafii. – „Poniżanie, publiczne poniżanie. To wzbudza lęk i on jest w tym naprawdę niezły” – powiedział jeden z księży. A inny dodał: – „Przemoc, niszczenie, destrukcja”.Równie wstrząsająco brzmią relacje księży, którzy twierdzą, że abp Głódź wymusza na proboszczach pieniądze, np. za przyjazd na bierzmowanie. – „Za przewodniczenie uroczystości trzeba przyjechać do kurii i podziękować” – powiedział jeden z rozmówców TVN24. To „podziękowanie” wynosi kilka tysięcy zł. Ci, którzy – zdaniem Głódzia – przynoszą za mało spotykają się z publicznym upokarzaniem. Ani abp Głódź, ani nuncjusz apostolski w Polsce nie odpowiedzieli na pytania dziennikarzy TVN24.  Źródło: tvn24.pl
Z archiwum: 22 03 2013 r. Przepych i rozmach zamiast pokory i skromności. 
Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź od 2011 r. żyje w okazałej rezydencji. Po ogrodach okalających pałac spaceruje nawet stado danieli! O komfort biskupa zatroszczyły się władze Gdańska, które działkę otaczającą jego nową posiadłość (3,3 tys mkw) oddały Kościołowi za 4,5 tys. złotych (za takie pieniądze w Gdańsku można kupić co najwyżej metr kwadratowy mieszkania!), mimo że wyceniana była na 457 tys. zł. Czy to właśnie tu odbywały się libacje, o których pisał ostatnio „Wprost”? Tygodnik dotarł do księży, którzy zarzucają arcybiskupowi dyktatorski styl władzy, hulaszczy tryb życia i słabość do mocnych trunków. Po alkoholu Głódź miał też swych podwładnych poniewierać. – Co ty, k..., nawet nalać nie potrafisz! „Wprost" opisuje historię jednego z księży, którego arcybiskup budził w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Rano na kacu wzywał go, żądając „actimelka” i krzycząc: „Bądź moim actimelkiem!”. Upokarzał, wyzywał go, pomstował na jego rodzinę przy swoich gościach, często słynnych politykach różnych opcji. Ten skandal ciągnie się za Aleksandrem Kwaśniewskim do dzisiaj. Ale dopiero po latach wyszło, kto przyczynił się do tego, że ówczesny prezydent w 1999 r.
chwiał się nad grobami polskich oficerów. Leszek Miller, wówczas premier, oskarża o to arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia. 
Nie wiem, który ile wypił, ale po Kwaśniewskim było widać, a po Głodziu nie – wyznał Miller.  Abp Głódziowi nadano ksywę ”flaszka „. Jest aż niewiarygodnym, że taka osoba jak abp Głódź, pełniła funkcję biskupa polowego w stopniu generała dywizji.  Abp Głódź będąc jeszcze biskupem polowym, jest wspominany przez znających go oficerów jako „degustator” mocnych trunków, gdzie niemal każdy zasiadający przy stole odpadał przez tempo narzucone przez abp Głódzia podczas organizowanych przez niego imprez alkoholowych. Diecezja gdańska zarządzana przez abp Głódzia praktycznie stoi na skraju bankructwa : ” 70 mln złotych – tyle długu zostawiło po sobie wydawnictwo kościelne. Stella Maris. 21 mln złotych – na taką kwotę jest obciążana przez komornika hipoteka bezcennej archikatedry oliwskiej”. Pomimo takich długów abp Głódź lekką ręką wydaję parę milionów na renowację dworku w którym urzęduje.
21 10 2019 Testy na wiarygodność PiS.
W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie. Wiodącym hasłem kampanii wyborczej PiS była WIARYGODNOŚĆ. Sformułowanie to tak bardzo spodobało się rządzącym, że używają go do dzisiaj przy każdej okazji. Wiarygodny zatem jest dla nich prezes, prezydent, premier i cała partia władzy, która dzięki wiarygodności właśnie wygrała wybory do Sejmu (w odróżnieniu od opozycji, która wiarygodności nie ma za grosz, a jednak odbiła Senat). Słowo „wiarygodność” wypowiadane jest przez funkcjonariuszy partii władzy ze śmiertelną powagą i namaszczeniem dowodzącym, że tej definicji nauczyli się na pamięć. Tymczasem nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że sformułowanie „wiarygodność PiS” to tylko przygodna koincydencja dwóch słów, z których pierwsze pochodzi ze słownika języka obcego całkowicie funkcjonariuszom Prawa i Sprawiedliwości. „Wiarygodny PiS” brzmi równie żartobliwie jak przypadkowe zbitki słów: „demokrata Kaczyński”, „praworządny prezydent Duda”, „prawdomówny premier Morawiecki”, czy „uczciwy najwyższy kontroler Banaś”.
Lista niezrealizowanych zapowiedzi Kaczyńskiego jest równie długa jak spis jego niezapowiedzianych i niespodziewanych realizacji, demolujących państwo bez upoważnienia wyborców ani konstytucji.  Szczególarze obliczyli, że wszystkich publicznych obietnic prezesa i jego dworu padło już prawie dwieście, a wykonano ledwie kilkanaście, w tym część jest dopiero „w trakcie” . Pozostałe są bez szans. Wyborcy wybaczali dotąd rządzącym rozmaite fantasmagorie, choć z trudem łykali wyjaśnienie, że realizację obietnic blokuje totalna opozycja, jakby w państwie PiS opozycja miała cokolwiek do gadania. Wygląda jednak na to, że mimo sowitych transferów socjalnych tolerancja wyborców powoli się wyczerpuje. Sam prezes przyznał w pierwszym powyborczym komentarzu, że jego partia przelicytowała, że w porównaniu z nakładem i kosztem kampanii wynik powinien być dużo lepszy. Kaczyński sprawia wrażenie jakby wpadł w lekki popłoch. Przed wyborami gotów był obiecać Polakom gwiazdkę z nieba za większość konstytucyjną, która zapewniłaby mu pełnię autokratycznej władzy, uwalniając jednocześnie od konieczności realizowania nierealnych zobowiązań – na wzór kierownika szatni, który powinien mieć twój płaszcz, ale go nie ma i co mu zrobisz.  Po wyborach to marzenie prysło, prezes wbrew swej naturze musi być znowu sympatyczny i koncyliacyjny. W obawie, że nie zdąży dokończyć zawłaszczania Polski, zanim Unia całkiem straci cierpliwość, zmuszony jest teraz apelować do „wściekłej opozycji” o zgodę, kompromis i wspólną pracę nad ustawami „dobrej zmiany”. Przywykły, że do jego partii garną się tłumnie politycy skuszeni stanowiskami i apanażami, które ludziom PiS po prostu się należą, musi teraz żmudnie i z marnym dotąd skutkiem poszukiwać dwóch brakujących senatorów podatnych na korupcję. Co gorsza – wbrew swemu głębokiemu przekonaniu, że demokracja jest zjawiskiem mocno przereklamowanym – Kaczyński zmuszony został nawet do deklaracji, że teraz „będziemy musieli postępować zgodnie z prawem!”. Z pewnością wiarygodności mu to nie poprawiło.
A to dopiero początek. W najbliższym czasie można się spodziewać serii testów na wiarygodność Prawa i Sprawiedliwości. Jednym z nich jest budżet – zdaniem premiera sensacyjny na europejską skalę, bo po raz pierwszy wydatki i wpływy zbilansują się tam co do złotówki.  Premier nie byłby Mateuszem Morawieckim (i odwrotnie), gdyby nie nagiął rzeczywistości w kierunku oczekiwanym przez prezesa Kaczyńskiego. Bo po pierwsze jakaż to sensacja, jeśli większość krajów unijnych pochwalić się może zrównoważonym budżetem, a czternaście państw miało nawet budżetową nadwyżkę? A po drugie i przede wszystkim – wizja „zero zadłużenia” jest tylko przedwyborczą projekcją, bo na sto procent w przyszłym roku polski budżet będzie na minusie. Chyba że Kaczyński wycofa się z obietnic, którymi w ostatniej chwili starał się kupić konstytucyjną większość.
Już nie tylko przewidywania, ale twarde fakty dowodzą, że kończy się okres światowej prosperity. Unia rozważa dalsze ograniczenie już wcześniej zmniejszonego budżetu. I trudno oczekiwać jakichś specjalnych względów dla Polski, skoro nasza dyplomacja nie ma dobrej odpowiedzi na pytania o praworządność, już prawie na pewno powiązaną z wypłatami dotacji. Jak można liczyć na powtórzenie sukcesu negocjacyjnego Platformy w poprzednim rozdaniu, jeśli rząd PiS – zamiast prezentować potrzeby i pozytywne skutki zwiększenia dotacji – jedynie powtarza jak mantrę: „płaćcie więcej, bo nam się należy!”. Wszystko wskazuje na to, że pieniędzy z Unii będzie mniej, niż oczekiwał premier Morawiecki, który w dodatku założył, że światowe spowolnienie gospodarcze nie dotyczy polskich firm, bo nasz przemysł będzie się rozwijał nawet szybciej niż dotąd i do budżetu wpłynie o 5 miliardów więcej w podatku CIT. A na dokładkę – spytać trzeba czy jeśli PiS uchwalił skokowe podwyżki wynagrodzeń, to przedsiębiorstwa będą zwiększać produkcję i inwestować – czy raczej hamować, zwalniać ludzi i oszczędzać?
Jeszcze bardziej spektakularną hucpą niż dochody są budżetowe wydatki.  W zrównoważonym rzekomo budżecie nie ma śladu po dziesięciu miliardach niezbędnych na wypłatę trzynastej emerytury w marcu przyszłego roku, nie wspominając o trzynastej i czternastej emeryturze w roku kolejnym. Nie ma też śladu „piątki Morawieckiego” – obietnicy wsparcia małych i średnich firm za ok. pięć miliardów rocznie. Nie ma też ani grosza na „szybką i znaczącą poprawę” funkcjonowania służby zdrowia. Tych wydatków (i kilku innych, wynikających z obietnic rzucanych bez opamiętania) ukryć się nie da. Zaoszczędzić też nie ma na czym, bo zamiłowanie obecnie rządzących do luksusów jest nieodwracalne, a po wyborach jeszcze przybyło oczekujących na intratne posady, apanaże, wypasione samochody, służbowe wycieczki turystyczne po świecie, a także przybyło krewnych, zatrudnianych na stołkach mnożonych ponad rozsądek i potrzeby. Nie da się również dokonać przesunięć w budżecie, bo wszystkie jego sektory i tak już ledwo się spinają, wiązane na drucik, gumkę i słowo honoru premiera.
Kaczyński ogłosił, że nasza gospodarka ma się tak świetnie jak nigdy dotąd oraz że PiS posiada najlepszą kadrę zarządzającą i dysponuje nową elitą ekonomistów, o których opozycja może tylko pomarzyć. Wiarygodność takiej opinii weryfikuje nie tylko niewiarygodny budżet, ale również zagrożona ocena ratingowa Agencji Moody’s, która dostrzega i budżetowe dziury, i kryzys w stosunkach z UE, i zawłaszczanie sądownictwa przez partię rządzącą, a także tromtadrackie przechwałki ojca, wujka i szwagra narodu. Ciekawe, że 11 października, tuż przed wyborami, Ministerstwo Finansów informowało, że agencja Moody’s wcale nie dokonała rewizji ratingu Polski i nie opublikowała żadnego raportu na temat Polski, a PAP zawiadomił, że  „ocena ratingowa Polski pozostała niezmieniona na poziomie A2/P-1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej i krajowej z perspektywą stabilną”. PiS sam zapędził się do narożnika. Albo nie zrealizuje obietnic wsparcia zamierzeń i tych grup ludzi, którym obiecał konkretne pieniądze w ustalonym czasie, albo nie dotrzyma najważniejszej obietnicy – że wszystkie plusy rozdawane Polakom przez Kaczyńskiego nie grożą zapaścią kraju na wzór grecki. Warto pamiętać, że w Grecji przed kryzysem mówiono ludziom dokładnie to samo, co PiS mówi Polakom: że jest dobrze, że się należy, że zasługujemy na więcej, że damy radę i że wystarczy nie kraść.
Prokurator stanu wojennego Piotrowicz kończąc swoją karierę poselską radośnie oznajmił zdumionym dziennikarzom: „- Przeszłość mam piękną!”. W polskiej praktyce parlamentarnej coraz częściej rzeczywistość kreowana jest oświadczeniami i uchwałami, jakby rozmaite niedomogi życia publicznego można było uleczyć ustawami nakazującymi likwidację problemu . W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.  Gdy państwo PiS zacznie się sypać, gdy już nie da się ukryć niekompetencji rządzących, gdy obietnice wyborcze dla wszystkich okażą się oszustwem i nie będzie już wątpliwości, że król (i naród) jest goły – wtedy pozostanie tylko przegłosować w parlamencie, że po pierwsze Polska ma się znakomicie, a po drugie – że uczciwość i prawdomówność PiS oraz wiarygodność ich przedstawicieli nie budzą najmniejszych wątpliwości. Andrzej Karmiński
PS. Zdarzyło mi się głosować w berlińskim Instytucie Polskim, gdzie maleńka karteczka na szybie wystawowej informowała o siedzibie polskiej komisji wyborczej, natomiast wielkie litery krzyczały do przechodniów: Es ist also Krieg! (A WIĘC WOJNA!) – reklamując już drobnym drukiem obok wystawę plakatów w 80 rocznicę wybuchu II wojny. Liczni turyści zagraniczni oraz berlińczycy trzeciego i czwartego pokolenia powojennego przystawali zdezorientowani, ale ambasador Przyłębski święcił tryumfy, Polska wstawała z kolan, a zaatakowani wyborcy czuli się jak w domu, w klimacie wojennej, agresywnej retoryki PiS.  Źródło koduj24.pl
Z forum: Czeka nas świetlista przyszłość!
Niech żyje nam Jarosław Stalin, co usta słodsze ma od malin,
niech żyje kotka Jarka Ka, co wdzięcznie do kuwety sraaa.

- Reżim pójdzie na zwarcie! Prowokacje, sądowe oskarżenia, zastraszanie niezależnych redakcji i dziennikarzy, Masowa inwigilacja. Ludzie już są zastraszeni, dusi nas ta atmosfera, wielu zastanawia się nad emigracją. Świat widzi naszą tragedię, niszczenie kraju, gospodarki, sądów i konstytucji! Milczy! Zorganizujmy demonstracje w obronie Demokracji w Polsce! W Londynie! W Brukseli czy Paryżu!!! Zorganizujmy demonstracje w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku! Brońmy Polski i Demokracji! 
20 10 2019 Nadciąga jesień „dobrej zmiany”.
Okazuje się, że ani podlizywanie się prezesowi, ani ślepe posłuszeństwo już nie gwarantują kariery. Przed wyborami Jarosław Kaczyński żył w świecie własnych urojeń i iluzji podsycanych przez spin doktorów z jego otoczenia. Chyba naprawdę wierzył, że PiS zwycięstwo ma w kieszeni, a pytaniem jest tylko jego skala. Czy uda się zdobyć większość pozwalającą obalić weto prezydenckie? A może wręcz – kto wie – większość konstytucyjną? Wynik wyborów – dla ludzi trzeźwo myślących łatwy do przewidzenia – przyniósł mu srogi zawód. Jak to, tylko tyle nam daliście?! Przecież zasługujemy na więcej. Nie tylko Jarosław Kaczyński doświadczył tego rozczarowania. Zawiedli się też ci, którzy ślepo podążali za wodzem, wierząc, że prowadzi ich od jednego oszałamiającego sukcesu do kolejnego. „Trzymajmy się z Kaczyńskim, on wie, co robi” myśleli, zatykając uszy na wszelkie argumenty. Odwracając oczy od ewidentnych naruszeń prawa i standardów przyzwoitości. Zatykając nosy, by nie czuć moralnej zgnilizny. „Nie ciesząc się”, ale głosując za ustawami sprzecznymi z Konstytucją. Tak działa psychologia systemu wodzowskiego – dopóki wódz odnosi sukcesy, dopóki roztacza aurę chwały i triumfu, dopóty tłum ochoczo drepcze za nim, bijąc brawo i rywalizując o to, by znaleźć się jak najbliżej umiłowanego przywódcy. Gdy jednak dobra passa się kończy, w szeregi obozu wkrada się zwątpienie, a gumowe kręgosłupy sztywnieją. Zaczadzeni entuzjazmem zaczynają trzeźwieć i dyskretnie rozglądać się na boki, wypatrując wyjścia ewakuacyjnego. Bo jakby co…Dziś właśnie znaleźliśmy się w tym miejscu. Nie tylko strata Senatu okazała się zimnym prysznicem. Indywidualne losy takich ludzi jak Stanisław Piotrowicz, który nie załapał się do Sejmu, pokazały, że wierność Kaczyńskiemu nie gwarantuje kariery. Ten sam los spotkał Annę Sobecką, Bernadetę Krynicką i Krzysztofa Czabańskiego. Ba, do Senatu nie wszedł nawet ojciec prezydenta Jan Duda. Szczególne znaczenie może mieć porażka w wyborach byłego posła Zbigniewa Gryglasa, który w poprzedniej kadencji został wybrany z ramienia Nowoczesnej, ale później przeszedł do PiS. Teraz nie dostał się do Sejmu – i to niewątpliwie będzie nauczką dla jego potencjalnych naśladowców. Przy ocenie korzyści i strat płynących z przyjęcia politycznej łapówki punktem odniesienia nie jest już tylko wicemarszałek województwa śląskiego Wojciech Kałuża, platformerski renegat, za którego sprawą to województwo przypadło PiS-owi, lecz także były poseł Zbigniew Gryglas, który znalazł się na lodzie. W tym samym czasie gruchnęła sprawa Mariana Banasia, który tym, że odmówił podania się do dymisji, okazał nieposłuszeństwo prezesowi. A prezes nic nie może na to poradzić. Co więcej, nie tylko jest to demoralizujący przykład indywidualnej niesubordynacji, lecz także można przypuszczać, że pozostanie Banasia na stanowisku oznacza dla PiS utratę politycznej kontroli nad NIK. Jest prawdopodobne, że prezes Izby będzie teraz próbował się podlizywać opozycji, licząc na łagodniejsze potraktowanie, gdy już przestanie mu przysługiwać immunitet. Z obozu „dobrej zmiany” dochodzą pierwsze trzaski sygnalizujące, że niedawny monolit monolitem być przestaje. Oto Jarosław Gowin zapowiada, że jego posłowie (których teraz ma więcej niż w poprzedniej kadencji) nie zagłosują za ustawą znoszącą w składkach ZUS barierę tzw. 30-krotności. To problem dla premiera Morawieckiego i dla budżetu państwa. Oto Zbigniew Ziobro, który teraz też ma więcej posłów niż w poprzedniej kadencji, domaga się dodatkowych tek w rządzie i stanowiska wicepremiera dla siebie…W szeregi karnego wcześniej obozu wkraczają chaos, rywalizacja i niesubordynacja. A mit niezwyciężonego Prezesa Tysiąclecia, który prowadzi swój lud ku władzy i chwale, zaczyna się kruszyć. Oczywiście Kaczyński będzie dokładał starań, by zatrzeć to wrażenie, możemy więc z jego strony spodziewać się kroków brutalnych, mających ratować jego wizerunek. Jednak jeśli nawet będzie to bolesne dla opozycji, społeczeństwa obywatelskiego i polskiego państwa prawa, miejmy świadomość, że apogeum PiS-owskiego autorytaryzmu jest już za nami. Weszliśmy w jego okres schyłkowy. Wojciech Maziarski Źródło koduj24.pl
Tusk i Kaczyński przejedli mi się, wielki czas by zniknęli z polityki. Kaczyńskiego czeka operacja kolana, ja już w tej intencji zamówiłem u proboszcza mszę świętą! Mam nadzieję że lekarze operujący kolano prezesa zasłużą na niedozgonną wdzięczność narodu, znaczy się tej gorszej jego części!? 
19 10 2019 NFZ - ale jak to przeżyć ?
Narodowy Fundusz Zdrowia funkcjonuje już od 2004 r. jest płatnikiem, za nasze składki, świadczeń zdrowotnych. System okazał się niestety chory na chorobę nieuleczalną. Co to jest i jak działa NFZ? Na temat Narodowego Funduszu Zdrowia napisano już wiele publikacji, media niemal codziennie wypowiadają się na temat funkcjonowania tego systemu ochrony naszego zdrowia. Każdy pracujący i niepracujący (emeryt, rencista) Polak płaci składki dożywotnio na NFZ w skali całego kraju to już są duże sumy pieniędzy. I co za taką kasę otrzymujemy my jako zwykli pacjenci. Odpowiedz, jak pokazuje życie, jest proste płacimy za złoto, a otrzymujemy złom. Polski system ochrony zdrowia jak był chory tak chory został, a choroba powiększa się bez możliwości jej wyleczenia. Pieniądze odprowadzane w ramach obowiązkowych składek od społeczeństwa powinny trafić do kasy państwowej na zabezpieczenie naszego zdrowia i co się zatem z nimi dzieje? Odpowiedź na to pytanie zaprezentuję pytaniami: czy ktoś widział biurowiec NFZ  odróżniający się od innych bogactwem jego wyposażenia czy wyglądu? Czy ktoś widział jak urzędnicy NFZ jeżdżą środkami komunikacji miejskiej przy załatwianiu spraw służbowych w danej miejscowości. Czy ktoś widział wynagrodzenie pracowników NFZ poniżej średniej krajowej? Widział, ale nie w Polsce! Potrójny podatek? To ile właściwie realnie płacimy na NFZ czy ktoś to policzył? Co NFZ oferuje w zamian?
Za ciężko zarobione i wyrywane jako podatek prawie 40 proc. (jak zliczymy wszystko) z naszych uposażeń, sum pieniędzy na nasze zdrowie otrzymujemy:
1. Gigantyczne kolejki do lekarza rodzinnego (tygodniowe lub dwutygodniowe  wcześniejsze wyprzedzające zapisy), gratuluję czekać z temperaturą, bólem itp. przez ten okres czasu. Zapisy do specjalisty ze wskazania lekarza rodzinnego - to już terminy "jak z kosmosu" z wyprzedzeniem roku gwarantujące na wstępie diagnozę oczywistą - pacjent może nie dożyć takiej wizyty u lekarza. A ja dopowiem - na bank nie dożyje nie ma szans, chyba że zapłaci po raz kolejny za tę samą czynności i pójdzie prywatnie - wtedy ma szansę, ale czy ma kasę?
2. Pobyt szpitalny to już nie komedia ani farsa - to czyste szaleństwo. Zanim dostaniemy się do szpitala na zabieg, to czas oczekiwania na przyjęcie wręcz wyklucza przeżycie, nie mówiąc  już o wyzdrowieniu. Jak się uda termin skrócić to jak trafienie w milion w Totolotku. Chyba, że prywatnie, a proszę - to od ręki. Mały kredycik w banku i przeżyjesz ale zbankrutujesz, inaczej operacja się udała, lecz pacjent nie wytrzymał roku czekania.
3. Badania specjalistyczne to jak lot w kosmos. Chętni są  - rakiety brak. Proponuję zapisać się na tomograf komputerowy czy rezonans magnetyczny - termin za rok! W tym roku oczywiście TAK ale za kasę. Po roku takie badania już niepotrzebne, bo pacjenta zabraknie. Ale statystyki się poprawią i NFZ jest potrzebne. Ważniejsze papierki od człowieka.
4. Sanatorium to już w czystej postaci kabaret, zanim chętny na taki wyjazd przebrnie przez biurokratyczne sito, bieganie z papierkami po ulicach (trzeba mieć końskie zdrowie), kiedy upora się z proszeniem prawie na kolanach urzędników to z łaski dostanie i na wyjazd sił już nie starczy. A sanatorium nie jest całkowicie darmowe. A jak wyglądają takie obiekty, w co się wyposażone wszyscy wiemy. Bezpieczniej zostać w domciu.
5. Świadczenia zdrowotne za granicą, to jesteśmy już w Białorusi. Na dowód osobisty możemy podróżować po niemal całej Europie, ale jak chcemy pójść do dentysty np. w Niemczech potrzebny jest dodatkowy papier - europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego. Stoimy zatem w kolejnej długiej kolejce wypełniamy dodatkowe papierki. Aż wyjazdu się odechciewa kompletnie, a może taniej będzie prywatnie?
Propozycja
Niech państwo nasze kochane obliczy ile daniny od nas złupiło przez te wszystkie lata na państwową ochronę zdrowia i te kasę nam odda wprowadzając prywatne świadczenia zdrowotne. Wtedy się ubezpieczymy jak na zachodzie Europy, i będziemy faktycznie leczeni bez kolejek w czystych i pachnących przychodniach i szpitalach. A kasa, która nam jeszcze zostanie po takiej operacji na pewno starczy na godne życie do jego zakończenia. Tylko urzędnicy zbankrutują, ale to już inna bajka. Źródło: niepoprawni.pl
Odkąd powołano Kasy Chorych publiczna służba zdrowia stacza się po równi pochyłej! Zamiana niewydolnych Kas Chorych na NFZ( Narodowe Formacje Zabijania) tylko pogorszyło sytuację, to już nie jest równia pochyła ale przepaść z kosztami pochłaniającymi składki na ubezpieczenia. Lekarze stali się urzędnikami NFZ, zasypani stosami procedur, sprawozdań etc, i zamiast leczyć wypełniają formularze i czytają kolejne instrukcje!? Ciekawe co powiedzą lekarze jak pozamykają publiczne placówki zdrowia!? W prywatnym gabinecie nie wykona się specjalistycznych badań, zabiegu, nie przeprowadzi się operacji!? Kolejki to bajka dla biednych pacjentów, których nie jest stać na wizytę w prywatnym gabinecie lekarskim ordynatora, jego zastępców, lekarza specjalisty!? Na całym świecie lekarz walczy o pacjentów tylko w Polsce pacjenci walczą o miejsce w kolejce do lekarza. Jak zachoruję to prywatnie się leczę, to po kiego mi jakaś publiczna służba zdrowia z wiecznie głodnym NFZ!? 
Dziś w prywatnych gabinetach do lekarzy specjalistów czeka się od tygodnia wzwyż! Dziwne to jest, tłum ludzi przed prywatnym gabinetem, kasy co nie miara i taki specjalista pracuje w publicznej placówce zdrowia, po kiego!? 
11 10 2019 Co obalił Lech Wałęsa?
Zacznę od stwierdzenia, że to nie Lech Wałęsa obalił komunę. Lech Wałęsa a w gruncie rzeczy agent bezpieki TW Bolek – uratował w Polsce komunę, zgodnie ze scenariuszem szefa komunistycznej bezpieki gen. Czesława Kiszczaka. Wielu z nas a także hierarchowie Kościoła dało się nabrać na „pokojowe” przejęcie władzy od komunistów. Wkrótce jednak – bo w 1992 roku okazało się, że jest to niemożliwe: Lech Wałęsa dokonał jedynego, udanego obalenia: obalił pierwszy, prawdziwie niekomunistyczny rząd premiera Jana Olszewskiego. Od tego czasu komuna tak się umocniła, że wychodzi na to, że w 2019 roku będzie trzecią siłą w Parlamencie. Komuna wszystko może zawdzięczać agentowi Bolkowi, którego wsparcie dla „lewej nóżki” sprawiło, że komunistyczna hydra znowu się odrodziła. Ona się odrodziła we wszystkich tzw. opozycyjnych partiach – poczynając od Platformy Obywatelskiej, zjednoczonej pod nazwą Koalicji Obywatelskiej – przez PSL, SLD a także Konfederację. Lider tej ostatniej formacji opowiada się otwarcie za sojuszem z Rosją, a jego częste wyjazdy do Moskwy sugerują, że stamtąd przywozi miłość do odwiecznego wroga Polski.Nie ma najmniejszej wątpliwości, że rozpad ZSRR i Bloku Socjalistycznego był dziełem prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana. Doprowadzenie Związku Radzieckiego do upadku zajęło Ronaldowi Reaganowi zaledwie kilka lat. I to w czasach, gdy żaden polityk nie zakładał, że jest to możliwe. Kiedy pierwszy raz zebrała się Rada Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Council – NSC), jej przewodniczący Richard V. Allen oświadczył członkom gremium, że „prezydent jest zdecydowany zrobić wszystko, co możliwe, by zniszczyć blok sowiecki i zwycięsko zakończyć zimną wojnę”.Rozprawa gen. Jaruzelskiego z NSZZ „Solidarność” i wprowadzenie stanu wojennego dały prezydentowi USA znakomity pretekst do ogłoszenia sankcji uderzających bezpośrednio w Związek Sowiecki. Pomimo oporu Niemiec i Francji - natychmiast zakazał samolotom Aerofłotu lądowania na terytorium USA, zerwał negocjacje w sprawie nowych dostaw zboża do ZSRR i przede wszystkim zabronił dostarczania urządzeń oraz materiałów potrzebnych do budowy gazociągu z Półwyspu Jamalskiego. Zaskoczył tym nie tylko Kreml, ale też sojuszników...Stany Zjednoczone zaczęły też radykalnie zwiększać wydatki na zbrojenia, inwestując ogromne kwoty w nowoczesne technologie. Aby dotrzymać kroku przeciwnikowi, Kreml musiał wydawać na armię już nie 19 proc., lecz ponad 40 proc. budżetu!  Najbardziej jednak zabolał pomysł Inicjatywa Obrony Strategicznej (SDI), na który wpadł Reagan pod koniec marca 1983 roku. Prezydent postanowił, że USA stworzą system obrony zdolny niszczyć sowieckie rakiety balistyczne tuż po starcie. Elementem SDI miały być laserowe działa ulokowane na orbicie okołoziemskiej. Ponadto w Europie Zachodniej NATO zaczęło rozmieszczać pociski Cruise i rakiety Pershing II, pomimo licznych protestów i demonstracji zwolenników rozbrojenia w Niemczech, Włoszech i w Wlk.Brytanii. Na Kremlu panowały nastroje defetystyczne. Sowiecka gospodarka waliła się w gruzy i całą nadzieję pokładano w nowym I sekretarzu. W marcu 1985 r. objął to stanowisko Michaił Gorbaczow - który wkrótce otrzymał od Reagana cios nokautujący. Gwoździem do trumny ZSRR a zatem i do trumny Bloku Wschodniego stały cię ceny ropy. Reagan doskonale wiedział, że gospodarka ZSRR utrzymywana jest dzięki wysokim cenom za eksport ropy. Na skutek nacisków Reagana w lipcu 1985 roku do Waszyngtonu dotarła dyskretna wiadomość, że Arabia Saudyjska planuje gwałtowne zwiększenie wydobycia ropy naftowej z 2 mln baryłek dziennie do 6 milionów. Jesienią wydobycie wzrosło do 9 mln baryłek dziennie, a cena za baryłkę ropy nagle spadła z 31 do zaledwie 9 dolarów. Ten cios znokautował Związek Radziecki. Mający zawsze nadwyżkę w handlu z Zachodem kraj musiał nagle radzić sobie z deficytem, którego nie miał z czego pokryć. Trzeba było wstrzymać dziesiątki rozpoczętych inwestycji przemysłowych, wyprzedawać zapasy złota, aby kupić zboże na Zachodzie. „Obniżka cen ropy była rujnująca, po prostu rujnująca. Była to katastrofa” – zapisał Jewgienij Nowikow, członek Komitetu Centralnego KPZR. Gdy koniec ZSRR był bliski, postanowiono przynajmniej w Polsce uratować komunistów. Zrobiono to przy pomocy agenta Bolka, którego gen.Kiszczak internował w Arłamowie. Jak ciężka była to kaźnia przyznał sam Wałęsa: utył w Arłamowie 15 kilo, gdzie codziennie obalał z esbekami wódę, szampany i piwo i obżerał się czym tylko chciał. Gdybyśmy już wtedy wiedzieli, że Wałęsa to agent Kiszczaka (który zostawił w spadku po sobie teczki swojego najwierniejszego agenta Bolka) i gdybyśmy nie uwierzyli w „pokojowe oddanie władzy” przez PZPR – komunistyczni zbrodniarze skończyli by na wygnaniu, tak jak przywódca NRD Erich Honecker, lub skazany w Bułgarii na więzienie Teodor Żiwkow. Nie wspominam o końcu Nicolae Ceaușescu - sekretarza generalnego Rumuńskiej Partii Komunistycznej. W Polsce zbrodniarzy pochowano z honorami wojskowymi, a agent Bolek był w gronie żałobników po twórcach postkomunistycznej Polski.Źródło: niepoprawni.pl
07 10 2019 Z Unii na Białoruś czyli głosuj na PiS.
Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać może ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy. Program PiS ma 232 strony. Ponad 90% tego tekstu to propagandowe opowiastki o niebotycznych osiągnięciach partii Kaczyńskiego, która podniosła Polskę z kolan, dźwignęła kraj z marazmu gospodarczego i ratuje nas przed moralną degrengoladą. Jeśli na cokolwiek warto tu zwrócić uwagę, to na wyjątkowo bezczelne nicowanie rzeczywistości i przypisywanie oponentom swoich własnych ułomności. Bo okazuje się, że to rządy PO-PSL zniszczyły dobre obyczaje parlamentarne, które PiS stara się pieczołowicie chronić. Poprzednia władza zawłaszczyła też media publiczne, ograniczała wolność słowa, manipulowała propagandą, szczuła na politycznych przeciwników i była siedliskiem wszelakich afer, które przy uczciwej obecnej władzy zdarzyć by się nie mogły, bo obecnie wszelkie naruszenia prawa (ludzie są ułomni) tępione są w zarodku. W powodzi półprawd i zwykłych kłamstw trafiają się sformułowania prawdziwe – jak choćby takie, że podczas rządów PiS dobór kadr na kluczowe stanowiska „zyskał nowy standard”. Rzeczywiście – takich standardów polityki personalnej nigdy dotąd w Polsce nie było. Nawet za komuny, która utworzyła tzw. „nomenklaturę” obsadzającą towarzyszami wszystkie ważne stanowiska w gospodarce i administracji, nie było tylu bezczelnych cyników, pazernych kombinatorów i niedouczonych amatorów jak obecnie. Jedynie 12 stron programu PiS nie zawiera propagandowego bełkotu. W części jest to jakby mapa drogowa powrotu do planowej gospodarki PRL. Projektowany jest więc rozwój przemysłu ciężkiego, inwestycje w zakłady zbrojeniowe, repolonizacja (czyli po raz kolejny nacjonalizacja) banków, reindustrializacja przemysłowa i wsparcie dla wybranych terenów kraju – tym razem nie Górnego Śląska jak w epoce Gierka, ale jednak rejonów, gdzie partia rządząca cieszy się największym poparciem.   Dalszą część fragmentu, zawierającego rzeczywiste tezy programowe PiS, nazwać można listą przyczajonych zagrożeń demokracji. Te niebezpieczeństwa trafnie zidentyfikował prof. Wojciech Sadurski, publikując w Wyborczej swoje „Ostatnie poważne ostrzeżenie przed wyborami parlamentarnymi”. Pomysły partii Kaczyńskiego nie są groźbami wprost i na pierwszy rzut oka miewają nawet pozory sensu. Od dawna mówiło się na przykład o ograniczeniu immunitetu posłów i senatorów, którzy czasem łamią przepisy drogowe, wszczynają awantury, stosują przemoc domową i nie ponoszą za to konsekwencji, bo koledzy mają sejmową większość i nie pozwolą odebrać swojakowi przywileju nietykalności. Program PiS przewiduje teraz, że o odebranie immunitetu występował będzie prokurator generalny. A zatem to Zbigniew Ziobro oceni, czy np. w wystąpieniu Michała Szczerby („panie marszałku kochany”) lub śledczego posła Krzysztofa Brejzy zawarte było coś karygodnego, jakieś – powiedzmy – pomówienie. Kiedy minister wytypuje już odpowiedni paragraf, wystąpi z wnioskiem do Sejmu, gdzie większość stanowią ludzie alergicznie reagujący na obu wymienionych parlamentarzystów. Po przewidywalnym głosowaniu przeciwnik polityczny stanie bezbronny przed obliczem prokuratora, wyznaczonego przez prominentnego polityka partii rządzącej i przypadkowo prokuratora generalnego. Prokurator uszczęśliwiony zadaniem zleconym mu w zaufaniu przez głównego szefa, podejmie właściwą decyzję. Ściganych przez Ziobrę opozycjonistów może uniewinnić sąd, ale droga na salę rozpraw może być tak długa, że i do końca kadencji niewygodny parlamentarzysta chodzić będzie z etykietką OSKARŻONY.
Podobny bat kręcony jest na nieposłusznych sędziów i prokuratorów, których zakres ochrony prawnej również budził dotychczas pewne wątpliwości. Na oko zmiana nie wygląda groźnie: prokurator generalny kieruje wniosek o pozbawienie immunitetu do Sądu Najwyższego i ostateczną decyzję o ewentualnym odebraniu przywileju podejmą sędziowie. Haczyk jest w tym, że wniosek prokuratora Ziobry, oskarżającego np. znienawidzonego przez funkcjonariuszy „dobrej zmiany” sędziego Tuleję, nie trafi pod obrady „plenarne” Sądu Najwyższego, ale do Izby Dyscyplinarnej SN, gdzie sprawy nie rozpatrzą niezależni sędziowie, ale prokuratorzy i ministerialni prawnicy, którymi wiceprezes PiS Zbigniew Ziobro obsadził ten nowy niekonstytucyjny organ.
Przeszkodą w zagarnięciu pełni władzy są wolne media – w większości spółki z kapitałem zagranicznym. Nie udało się ich „zrepolonizować”, bo nawet sojusznik zza oceanu stanął sztorcem przeciw przejęciu amerykańskich firm przez partię rządzącą w Polsce. Kaczyński wymyślił więc inny sposób na okiełznanie dziennikarzy. W programie sformułował to niewinnie: dla podkreślenia rangi i specyficznej misji zawodu dziennikarze powinni się stowarzyszyć w nowej organizacji, która dbałaby o status profesji i rzetelność publikacji. Ot, taka samoregulacja poprzez dziennikarski samorząd. Tyle tylko, że jeśli wczytać się w treść projektu, to okazuje się, że wcale nie chodzi o to, by ów samorząd wprowadził jakieś tam regulacje wymyślone przez dziennikarzy. Regulacje mają być TAKIE, które wykluczą stosowanie art. 212 KK przewidujący karanie za pomówienie. Wyraźnie zapisano: regulacje nowego samorządu muszą być takie właśnie, a zadaniem nowej korporacji MUSI być zwalczanie pomówień, a w praktyce tego, co władza za pomówienie uważa. Oczywiście przynależność do tej rządowej korporacji będzie dobrowolna, ale wyobrazić można sobie sto sposobów, by dziennikarzom nie opłacała się nieobecność w szeregach stowarzyszenia.
Prof. Sadurski, a także inni obserwatorzy życia politycznego zaniepokojeni są szczególnie enigmatycznym sformułowaniem z programu PiS, że „dokończona zostanie reforma sądownictwa”. Bo jest się czego bać. Wystarczy uświadomić sobie dotychczasowe skutki owej pożal się Boże reformy, która miała na celu skrócenie procedur, sprawniejsze zarządzanie i transparentne, bardziej sprawiedliwe orzecznictwo. Po czterech latach wdrażania szalonego projektu skutek jest odwrotny: procedury i procesy trwają znacznie dłużej , nowi prezesi bez doświadczenia i kwalifikacji mnożą bezsensowne decyzje konfliktując się z sędziami, a obywatele obawiają się, że wyroki zależą od tego, czy sądzi „normalny” sędzia, czy funkcyjny nominat ministra. Prawdziwym celem niby reformy okazało się podporządkowanie sądów woli partii rządzącej, na wzór wcześniej przejętej przez PiS prokuratury. Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać więc może jedynie przejęcie przez rządzących pełnego nadzoru nad wymiarem sprawiedliwości, dokończenie procesu obsadzenia „swoimi” wszystkich stanowisk w wymiarze sprawiedliwości i ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy. Groźba kontynuacji pseudoreform ustrojowych jest moim zdaniem największym zagrożeniem dla Polski. Kaczyński nie jest człowiekiem niepoczytalnym ani ostatnim durniem, już wie, jak reaguje Unia na osłabianie praworządności, i musi przewidywać, co czeka Polskę, jeśli nie zawróci z drogi wiodącej od demokracji do dyktatury. Jeśli mimo to w ogłoszonym publicznie programie otwarcie planuje kontynuację demolki państwa prawa, to znaczy, że już się zdecydował pójść z Unią na zderzenie czołowe. Choćby teraz sto razy deklarował swoje najgłębsze przywiązanie do członkostwa w UE, choćby na spotkania w terenie jeździł spowity szczelnie w błękitną gwiaździsta flagę, to mało kto uwierzy, że nie planuje wyprowadzenia Polski z zachodniej wspólnoty cywilizowanych krajów europejskich – gdzieś na wschód, bliżej Azji. Między Rosję, której Kaczyński jakoś się nie czepia i nie żąda od niej reparacji, a Białoruś, gdzie chętnie jeździli funkcjonariusze PiS i wracali z przeświadczeniem, że tym ciekawym krajem rządzi „miły, ciepły człowiek”. Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl
06 10 2019 Bez wizy do USA? Fajnie, ale to już bez znaczenia.
Polacy mentalnie przenieśli się do Europy, bo korzyści z życia w Unii Europejskiej sprawiły, że podróż za chlebem do USA straciła sens. Na półtora tygodnia przed polskimi wyborami parlamentarnymi Donald Trump ogłasza, że Polacy będą mogli latać do USA bez wiz. Niewątpliwie możemy to uznać za życzliwy gest amerykańskiego prezydenta dla ekipy rządzącej w naszym kraju. Ot, taki mały prezencik przedwyborczy. Przecież Trump nie musiał zapowiadać tego właśnie teraz. Gdyby nie chciał się wpisywać w polską kampanię, mógł z tym poczekać parę dni. Nie poczekał. Jednak zarazem jest to dla Kaczyńskiego nagroda pocieszenia po odwołaniu udziału amerykańskiego prezydenta w uroczystościach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Przed 1 września „dobra zmiana” nadmuchiwała balon oczekiwań, szykując się do propagandowego zdyskontowania przyjazdu Trumpa do Polski – a tu nici. Przywódca USA wytłumaczył, że nie może przylecieć, bo musi się spotkać z huraganem Dorian na południu Stanów Zjednoczonych. Po czym grał w golfa. Jeśli dodamy do tego fakt, że wcześniej wpływowe ośrodki i liczący się publicyści apelowali do Trumpa, by nie przylatywał do Polski i nie legitymizował swą obecnością w Warszawie polityki PiS, stanie się oczywiste, że odwołanie wrześniowej wizyty było jak cios kijem. Obecna zapowiedź zniesienia wiz to marcheweczka zaserwowana na osłodę i dla ukojenia bólu. Propagandyści „dobrej zmiany” próbują ją teraz wykorzystać w agitacji przedwyborczej. „Nie dajmy sobie wmówić, że zniesienie wiz do Ameryki było wyłącznie kwestią techniczną” – apeluje Konrad Kołodziejski na portalu wPolityce.pl. „Zniesienie wiz nie jest tylko skutkiem bezosobowych procedur – pisze. – To również rezultat wielu działań politycznych podejmowanych przez władze polskie i środowiska polonijne w Ameryce. Obecna ekipa może z czystym sumieniem przypisywać sobie dużą część zasług i będzie to w pełni uprawnione”. Oczywiście Kołodziejski fałszuje obraz rzeczywistości, bo za gest polityczny ze strony Trumpa możemy uznać tylko wybór terminu, w którym ogłosił decyzję. Samo zniesienie wiz nie było zasługą władz – ani polskich, ani amerykańskich – a jedynie konsekwencją spadku odsetka odmów udzielanych polskim wnioskodawcom do poziomu poniżej 3 proc. w skali roku. Większość Polski już dawno temu zeszła poniżej tego progu, jednak statystyki pogarszało Podkarpacie, które tradycyjnie jest zagłębiem emigracji do USA. Dopiero teraz cały kraj zszedł poniżej linii krytycznej. No więc dobrze, w takim razie spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: skoro nie polskim i nie amerykańskim władzom zawdzięczamy zniesienie wiz, lecz samym sobie, to co sprawiło, że gorzej sytuowani obywatele przestali masowo ubiegać się o wizy USA, by pracować za oceanem na czarno? By mieć całkowitą pewność, trzeba by przeprowadzić badania i ankiety socjologiczne, ale intuicja podpowiada odpowiedź dość prostą, wręcz narzucającą się: to Unia Europejska. Możliwość legalnej pracy w zamożniejszej części Europy sprawiła, że nielegalna praca w USA przestała być atrakcyjna. Po co wyprawiać się za ocean, ukrywać się przed tamtejszymi służbami imigracyjnymi, pracować w warunkach niemal konspiracyjnych bez opieki medycznej i zabezpieczeń socjalnych, narażać się na ryzyko deportacji i zakaz wjazdu, skoro całkiem legalna praca czeka na nas dosłownie za płotem? We wsi w południowej Polsce na Żywiecczyźnie, w której mam chałupę, liczni moi sąsiedzi nie tylko zatrudnili się w Niemczech, ale wręcz zarejestrowali tam działalność gospodarczą. Remontują mieszkania, układają glazurę, budują domy. Płacą podatki, nikt ich nie ściga, żyją jedną nogą w Polsce, a jedną w Niemczech, bo przyjazd do kraju choćby na weekend nie jest problemem. Wszyscy się już dawno podorabiali samochodów, a podróż autostradą A4 trwa tylko kilka godzin. W ten oto sposób Europa zajmuje w życiu Polaków miejsce dawniej zarezerwowane dla Ameryki. Realne korzyści płynące z Unii Europejskiej wypierają ze świadomości obywateli mit Stanów Zjednoczonych. I właśnie z tego powodu zniesienie wiz zapewne nie okaże się w kampanii wyborczej PiS wielkim atutem – wielu Polaków amerykańska wiza po prostu przestała obchodzić.
Pojawił się natomiast nowy problem, którego wielu obywateli do końca sobie jeszcze nie uświadamia: w czasie gdy Polacy mentalnie i praktycznie przenieśli się z USA do Unii Europejskiej, rząd odbył podróż w przeciwnym kierunku. Dzisiejsze władze weszły w role bezkrytycznego i służalczego wasala administracji Donalda Trumpa, a jednocześnie skłócają Polskę z Europą i pogarszają jej pozycję w UE. Kwestią czasu – i to niestety raczej niezbyt długiego – jest to, kiedy negatywne konsekwencje tej polityki odczują przeciętni obywatele.
Wojciech Maziarski. Źródło koduj24.pl
To nie PiS załatwił ruch bezwizowy, tylko Polacy olali wyjazdy do USA! Bez wiz do USA w zamian za udział polskiego żołnierza w w wojnie z Iranem, w obronie interesów Izraela i USA!?
03 10 2019 Ardanowski ostro krytykuje ARiMR. „My prężymy muskuły i mówimy, jakim jesteśmy sprawnym państwem”.
Do mediów wyciekło nagranie ze spotkania Jana Krzysztofa Ardanowskiego, ministra rolnictwa, z kierownictwem ARiMR. Szef resortu wyjaśniał na nim powody nagłego odwołania pod koniec sierpnia dotychczasowej prezes agencji, Marii Fajgier. Kierownictwo agencji usłyszało przy tej okazji wiele gorzkich słów i wiele zarzutów odnośnie do pracy ARiMR. – Sensem agencji płatniczej jest obsługiwanie procesów unijnych i krajowych, i sprawność realizacji polityki państwa i UE. Żadnych innych celów utrzymywania tej instytucji nie ma – mówił minister Ardanowski. Tymczasem w jego opinii ARiMR to instytucja chora, bo niesprawna. Minister podkreślił, że obecne kierownictwo ARiMR, rekomendowane w końcu przez PiS, „powinny być sprawniejsze od poprzedników” – czytamy w portalu „Rzeczypospolitej”. W tym właśnie celu jest zatrudniono świetnie opłacaną kadrę, argumentował, tymczasem zaległości w rozpatrywaniu wniosków obejmują lata. Powiedział przy tym, że nieudolnym pracownikom nie pomoże „miejscowy poseł”, a włączenie się w kampanię wyborczą nie może tłumaczyć wielomiesięcznych opóźnień. – Czym wytłumaczyć zaległości w obrabianiu wniosków [na dofinansowanie modernizacji gospodarstw], które przybierają monstrualny charakter – które osiągają nie miesiące, a lata? – pytał minister. Trafiające równolegle do resortu wnioski kierownictwa ARiMR o przedłużenie terminów rozliczeń wniosków uznał za „kpinę z rolników”. Do dyrektorów zwrócił się słowami: „W lutym wnioski przyjęte i żaden nierozpatrzony, absolutny skandal”. Podobny los podzieliły wnioski o rolniczy handel detaliczny. – Jesteśmy na etapie realnego zagrożenia wykorzystania środków publicznych i zasada N+3 może nie wystarczyć. Jeśli nie nastąpią rewolucyjne zmiany, to utracimy pieniądze z programu ryb – mówił Ardanowski. Jak przypomina cytowany portal, zasada N+3 odnosi się okresu rozliczeń projektów finansowanych z Funduszy Europejskich – z funduszy przyznanych w ramach perspektywy finansowej 2014–2020 faktycznie można korzystać do roku 2023. Dopiero gdy krajowi nie uda się do roku 2023 wykorzystać przyznanych środków, będzie musiał zwrócić niewykorzystaną nadwyżkę do budżetu UE. Ardanowski skrytykował też nieudolne wprowadzanie innowacji do rolnictwa. Chodzi o tworzenie mieszanych grup naukowców, doradców, rolników, którzy mają znaleźć nowe rozwiązania poprawiające wsi i rolnictwa jest zadaniem na najbliższy czas. W Unii Europejskiej 1300 grup, w Polsce zero. A my prężymy muskuły i mówimy, jakim jesteśmy sprawnym państwem – kpił wzburzony minister. Ardanowski skrytykował także fakt, że działy prawne agencji blokują obecnie wypłacanie pieniędzy rolnikom. Skrytykował też przedłużanie procesów sądowych i składanie bez potrzeby apelacji, „zwłaszcza gdzie agencja nie ma racji”, a wszystko to po to, by udowodnić beneficjentom, że mają oddawać pieniądze sprzed kilkunastu lat. Podkreślił, że tego typu błędne decyzje ARiMR nie są niczym dziwnym i podobne rzeczy zdarzają się we wszystkich krajach, ale takie prawnicze działania są często przeciwskuteczne, bo nie wychwytują poważnych uchybień. A takie miały miejsce w przypadku „wyprowadzania miliardów na grupy owocowo–warzywne”. Minister zarządził prace „nawet w soboty i niedziele, gdy będzie trzeba”. Nowo powołany prezes, Tomasz Nowakowski, ma mu wysyłać co tydzień raport z postępu rozliczeń wniosków. Zagroził dalszymi zwolnieniami wśród oddziałów wojewódzkich. Źródło: rp.pl
Ardanowski na Rumcajsa pasuje, a nie na ministra rolnictwa. Ale zakapior! Rolnictwo przed takim ministrem ucieka!? A co z tym sprzed ponad roku? : Rząd pozwolił na produkcję konserw z mięsa świń ze stref ochronnych ASF, które miały trafić m. in. do szpitali i wojska lub na cele charytatywne. Świnie były skupione interwencyjnie i zostały przerobione. Czy da się rozmawiać z ministrem, który jest przekonany, że jedyne czego pragnie wieś, to absolutna władza PiS-u? I na dokładkę nie przyjmuje do wiadomości niczego innego.
Z forum: - Kto rozp………lił ARiMR? Daniel Obajtek na polecenie Jurgiela ps.”Śpioch”. Debil nie umiejący się wysłowić powołał na prezesa malwersanta z Pcimia. Obajtek w ciągu jednego dnia wywalił na zbity łeb 314 kierowników biur powiatowych i 16 dyrektorów oddziałów regionalnych. Na ich miejsce powołano samych pisowskich przydupasów bez wiedzy, bez kwalifikacji. To, że to wszystko się nie zawaliło, zawdzięczać należy szeregowym pracownikom, głównie biur powiatowych. A teraz wychodzi ten cham i narzeka. A co robiliście sukinsyny przez 4 lata?
- Kariera Obajtka żywcem przypomina awans Anioła z Alternatywny 4. Anioł narobił kwasu i za karę z ciecia awansował na kierownika osiedla. Ten cwaniak z PiSu rozwalił ARIMR i za karę został prezesem Orlenu. Takich karier w PiS-ie jest bez liku. Choćby całe stado euroosłów. To nad wyraz czytelny sygnał że PiSowi chodzi o to aby rozwalić Polskę. Sprężyna oczywiście na wschodzie ale i w bucie Europy. Po co najeżdżać i niszczyć jak można uruchomić swoich ludzi w Polsce którzy rozwalą nasz kraj od środka a potem po prostu przejąć do spółki z Watykanem. 
30 09 2019 Przegrywają wszystko, propagandę też......
Odnośnie tego spotu PO. Błąd logiczny. Spot nazwano "zwykła polska rodzina", a chłop z chłopem to zapewne "niezwykła polska rodzina". Nagle się okazuje ze normalna rodzina to jednak baba z chłopem? Nie dwie baby czy dwóch chłopów? I jeszcze krzyż na ścianie wisi a dziadka trzymają przy stole a nie w domu starców..No powariowali. Mówiło się i całkiem słusznie, że 8 lat rządów PO, najpierw Tuska, potem Kopacz, cała ta „liberalna” zbieranina przetrwała tylko dzięki PR, czyli propagandzie. Prawda, sama prawda, ale warto pokusić się o małe uzupełnienie. Niektórzy twierdzili, że to była wyższa szkoła marketingu politycznego, mitologizowano i demonizowano też rolę Ostachowicza, uchodzącego za Rasputina na dworze Tuska. Z tym się zgodzić nie mogę, to była bardzo toporna robota, czysty populizm, same atrakcje, które się zawsze publice podobały. Takie hasła, jak kastracja pedofilów, walka z dopalaczami, czy nie róbmy polityki, budujmy mosty, to nic innego, jak polityczne disco polo. Ostachowicz sam się przyznał, jak to działało, po prostu robili badania, co myślą Polacy o konkretnym problemie, gdy wychodziło, że 60% akceptuje proponowane rozwiązanie, to się wdrażało jakieś pierdoły typu „Orliki” i robiło z tego „zieloną wyspę”. Gdy w badaniach wychodziło pół na pół lub mniej, wtedy Tusk się zadawalał ciepłą wodą z kranu. Przeczą tej technice dwa największe przekręty Tuska, mowa o podniesionym VAT i wieku emerytalnym, ale tutaj po prostu nie mieli wyjścia, musieli Polaków okraść, inaczej wszystko by się zawaliło. Poza tym, w podobnych przypadkach uruchamiano autorytety i tematy zastępcze, najczęściej Palikot prowokował Smoleńskiem. Strasznie to wszystko od cepa robione, jednak działało, tak? Tak! To po co się czepiać, drążyć i szukać niuansów? Ponieważ POKO nie ma nic wspólnego z tamtą skutecznością przekazu. Schetyna i cała reszta przegrywa na wszystkich frontach, również na tym, który był ich ulubionym i właściwie jedynym zwycięskim. Trudno opowiedzieć jednym zdaniem, co konkretnie się załamało, to mimo wszystko proces złożony, gdzie poczesne miejsce zajmuje kompletna utrata wiarygodności. Nie da się jednak pominąć choćby takich elementów jak głęboka frustracja i szok po porażce, a teraz doszła depresja wywołana kolejnymi prażakami i fatalnymi notowaniami sondażowymi. W podobnym stanie ducha bardzo ciężko się pozbierać, zgodnie z zasadą jak nie idzie to nie idzie, wszelkie wysiłki przekształcają się w groteskę. Tak też się stało z najnowszymi pomysłami propagandowymi POKO i tutaj wystarczy użyć jednego słowa – Bronek. Wychodzą im klasyczne Bronki i to nie jest żadna złośliwość z mojej strony, tylko naprawdę zdystansowana ocena, którą bez problemu podeprę dowodami. Pewnie dało się wyczuć między wierszami, że zmierzałem do spotu „Typowa rodzina”, to mój roboczy tytuł, jak się faktycznie nazywa ten gniot nie mam pojęcia. Oczywiście, że zmierzałem, bo to jest doskonały przykład na utratę zdolności do trzeźwej oceny położenia, w jakim się POKO znalazło. Co robi partia, której największym problemem jest utracona wiarygodność? Nakręca nieprawdopodobnie zakłamane gówno, przepraszam, za dosadne określenie, ale ciężko znaleźć coś bardziej adekwatnego. Scenariusz tego filmiku to wpadka za wpadką, może się wydawać, że pomysł z dziękowaniem Morawieckiemu za 500+ jest oryginalny, obiektywizm i tak dalej. Nic bardziej mylnego, w polityce konkurencji nigdy się nie dziękuje, zwłaszcza w tak nieprzemyślany sposób. Za chwilę z filmiku zostanie wycięta ta jedna fraza i będzie hit Internetu pod tytułem „POKO dziękuje rządowi PiS”, a to dopiero początek porażki. Rodzina rozmawia o swoich problemach, głównie finansowych i jak zwykle w takich filmikach mamy przegięcie wajchy. Niby na chleb mają, ale na wizytę do lekarza już nie. Co robią widzowie? Natychmiast wychwytują na stole telefon za 3000 zł, niby detal, jednak ewidentnie świadczący o pełnej amatorce i robieniu czegoś na kolanie. W finale ludzie rozpoznają twarze aktora i jakiejś hostessy disco polo, co przecież było pewne. Po rozpoznaniu po Internecie krążą zdjęcia z wakacji pani od disco polo i aktorskie popisy „ojca rodziny”. Kompletna katastrofa szczególnie w kontekście wiarygodności. POKO chcąc odzyskać wiarygodność nakręca kilkuminutowy spot, który w każdym kadrze ośmiesza ich zakłamanie i prymitywną propagandę. Tak wygląda kondycja niegdysiejszej potęgi propagandowej i tu żadna żydowska agencja, ani nawet Bóg PR-u nie pomoże. Kwestią otwartą pozostaje jedynie rozmiar porażki, a w moim przekonaniu klęski.
ps.Próba wyrzucenia starych złodziei z polityki jest jak próba przegonienia much z gówna. Startują, robią kółko i lądują ponownie. 
Źródło: niepoprawni.pl
28 09 2019 PROCEDURY.
W licznych rozmowach z przyjaciółmi i znajomymi, tymi autentycznie wspierającymi rozwój kraju i dążenie do wzrostu siły państwa i dobrobytu Polaków, często pojawia się wyraźna nuta rozgoryczenia, a wielokrotnie nawet wściekłości. Mówią wprost: - Dlaczego kurcze w końcu nie ukarze się tych przestępców i złoczyńców?! Proste poczucie sprawiedliwości i przyzwoitości tego wymaga. To jest dla wszystkich obywateli konieczne, po to chociażby, by wreszcie osiągnąć efekt spełnienia i satysfakcji. A tu nawet ewidentni, udokumentowani przestępcy nie wyrażają skruchy i śmieją się nam wszystkim prosto w twarz. To jest praworządność? To jest parodia! A sprawa jest trywialna: oprócz kontekstów międzynarodowych i faktu, że właśnie teraz w Europie panuje kryptokomunistyczna neoliberalna lewica – wroga wobec polskiego rządu, decydującą rolę w tym ślimaczeniu władzy odgrywają wszechobecne PROCEDURY. Kurczowe trzymanie się procedur, dopuszczenie, by to one były wyznacznikiem dobra i skuteczności, jest idiotyzmem, które stworzyło Bizancjum, a do czasów współczesnych przeniosły Prusy, kolejno zarażając swego następcę – Niemcy, a potem całą Europę.
Nawet ZSRR i jej dziecko Rosję.
Do czego idiotyczne trzymanie się procedur może doprowadzić, pokazał w sposób przeraźliwy, właśnie nagrodzony serial"Czarnobyl". Momenty nas dzieliły od chwili, gdy potężna część Europy stałaby się martwą, radioaktywną pustynią bez ludzi i prawie całego życia na długie stulecia. Gdy 11 września 2001 roku, osiemnaście lat temu, jak sparaliżowany gapiłem się w telewizor, gdzie na żywo relacjonowano atak terrorystów na USA, głównie na Nowy Jork, to przemknęła mi dosyć szybko, mimo dramatyzmu tej tragedii, niepokojąca myśl: - to już koniec wolności; teraz wszystko będzie się działo zgodnie z tym, co mędrcy wydumają i zapiszą na papierze. Tak oto zapanowała Era Procedur. I faktycznie. Niewiele czasu minęło, gdy w naszej morskiej pracy zostaliśmy wprost zarzuceni przeróżnymi procedurami, gdzie na tak zwanych check lists (listy kontrolne), punkt po punkcie wyszczególnione były, krok po kroku, kolejne czynności, które po wykonaniu należało poświadczyć podpisem, a potem kopię przesłać do biura, a orginał zachować w archiwum. Zostaliśmy zatopieni papierami, a każda procedura poprzez tę biurokrację wydłużyła się o 50%. Były więc listy na mostku na odcumowanie i rozpoczęcie podróży. A równolegle odpowiednie listy w maszynowni. Listy na każdą operację – wchodzenie do portu, załadunek, wyładunek, zatankowanie paliwa i olejów, zdanie śmieci i odpadów na ląd. Codzienne raporty spalania oleju napędowego, olejów smarnych i wody pitnej i sanitarnej. Nawet odczyty temperatur w chłodniach prowiantowych są teraz codziennie kontrolowane i odnotowane jako kolejny dokument. Dosłownie każda czynność ma swój papier. A przez kilkaset lat w urzędach, sądach, arbitrażach wystarczyło jedno mądre zdanie – zgodne z dobrą praktyką morską. Tak już jest wszędzie. Widzę to nawet w pracy ludzi w Biedronkach, czy Lidlach. Widzę to w ciężkiej pracy rolników i najmniejszych przedsiębiorców. Obowiązkowe procedury trafiły pod strzechy. To co mnie najbardziej przerażało w II WŚ to doprowadzone do perfekcji przez hitlerowskie Niemcy stosowanie procedur. Najbardziej przerażającym przykładem były struktury i organizacja obozu zagłady Auschwitz. To co zobaczyłem już jako dziecko, a co długo dręczyło mnie w koszmarach sennych, było zorganizowane, właśnie proceduralne, z niemiecką precyzją ludobójstwo. Tę zgrozę labiryntu urzędu chyba najlepiej przedstawił Franz Kafka w "Procesie". Pokazał absurd ulegania władzy procedur, co zamieniają świat w koszmar senny. Jak widać wyraźnie dzisiaj, to podejście Niemiec do metod działania na wszystkich polach życia człowieka, niewiele odbiegło od nazistowskich czasów, mimo że gęby pełne są gadania o wolności i swobodzie. "Nie będziecie przyjmować od nas uchodźców, to będziecie płacić karę, za każdego jednego 25 000 euro. I już". Oto typowe niemieckie załatwianie spraw. Obłęd. W niewypowiedzianym, milczącym porozumieniu, stosy różnorakich procedur wprowadzano dla niewolników, a dziś robi się dla quasi-niewolników, za których arbitralnie uważa się ludzi niezbyt mądrych, którym wszystko trzeba dokładnie tłumaczyć i wyjaśniać, a najlepiej zapisać na kartce. Ponieważ jest równość i demokracja, to się społeczności nie segreguje, tylko już na wstępie zakłada się, że hipotetycznie wszyscy są głupcami i wszyscy potrzebują do życia Check listy na każdą czynność. To nie głupi żart, ale autentyczny fakt, że w armii amerykańskiej rekrutowi wręcza się mundur ze stosem kart, gdzie jedna z nich instruuje jak należy prawidłowo podcierać tyłek ( MILITARY CUSTODIAL SERVICES MANUAL TM 5-609 DEPARTMENTS OF THE ARMY AND THE NAVY NO. 1 WASHINGTON, DC, 17 October 1977). Natomiast strasznie żenującymi dla mnie są praktyki stosowane nagminnie w korporacjach. I autentycznie współczuję tamtym pracownikom. Tam obowiązkowe trzymanie się procedur, daleko wykraczające poza obszar pracy, jest bezwzględnym pozbawieniem naturalnej wolności. Czasami myślę, że ten mój kompulsywny sprzeciw wobec wszechogarniających procedur wiąże się z moim buntowniczym, anarchizującym charakterem. Miałem z tym pod sam koniec pracy na morzu i w stoczniach, po sławetnym 9/11, duży problem. Bardzo się buntowałem na obowiązkowy ubiór roboczy. Czy to miało jakikolwiek sens, czy nie, w pracy na pokładzie, czy w maszynowni, zgodnie z instrukcją musiałeś nosić: buty robocze z metalowymi czubkami ( bo co, jak w mojej dziedzinie pracy, spadnie na stopę śrubokręt i zrani cię dotkliwie), kombinezon roboczy, certyfikowany kask ze słuchawkami ochronnymi, okulary ochronne i rękawice ochronne. Jak można grzebać w elektronice mając na dłoniach rękawice ochronne? Jak można pracować na czubku masztu, albo w zenzach, zadzierając głowę z kaskiem i słuchawkami? Kim był ten człowiek, kto zatwierdził te idiotyzmy? Wiem, wiem – to dla mojego bezpieczeństwa. Ale jak to się ma do jakości i komfortu pracy? No cóż, taka jest procedura i koniec dyskusji. Na statkach naukowo – badawczych, gdzie mamy na burcie od 50 do często 100 osób, był nawet facet, specjalny kontroler obserwujący przestrzegania procedur. Co więcej, a według mnie skandal, byliśmy zachęcani do donoszenia, gdy zauważyliśmy, że kolega łamie procedury. Wyobrażacie sobie jakie to tworzy pole dla wrogości, nieufności i osobistych wendet? Ale może właśnie o to chodzi w tej epoce procedur? Tak oto mamy procedury w kontrze do zdrowego rozsądku – słynnego angielskiego, czym tak się chełpią – common sense.
Jednakże świat procedur na każdą okazję ma również swoją bardzo brzydką stronę. Za procedurami mogą się ukryć szubrawcy i złoczyńcy. Wobec dokonanego, ewidentnego przestępstwa mówią: - Proszę bardzo, ja przestrzegałem wszystkich procedur, więc nie uda się czegokolwiek do mnie przylepić. W procesach sądowych częściej zamiast oczywistego przestępstwa, czy choćby przewinienia, rozważa się, czy procedury były przestrzegane i realizowane. Tomasz Arabski, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w sprawie Tragedii Smoleńskiej został skazany na 10 miesięcy w zawieszeniu, nie za to, że był złośliwym wrogiem prezydenta Kaczyńskiego, co rusz rzucającym mu kłody pod nogi, co było ostentacyjnym, ciągłym działaniem Kancelarii, lecz tylko dlatego, że nie dopełnił procedur, które nakazywały mu wstrzymanie lotu do Smoleńska.
Gdyby był on sądzony przez w pełni uczciwy sąd, to za całokształt działań i swoją postawę wobec głowy państwa, dostałby wielokrotnie wyższy wyrok i to bez zawieszenia. Przecież między innymi przez niego zginęła potwornie prawie setka najważniejszych osób w państwie. To się w procesie sądowym, w imię sprawiedliwości nie liczy? Oczywiście, że nie – ważne są procedury. Bardziej drastycznym przykładem chowania się za procedurami jest niedawna katastrofa warszawskiej oczyszczalni ścieków – potężna na skalę światową awaria. Przekonany jestem, że w tym incydencie nikt nie zostanie skazany. Bo wszelkie procedury zostały zachowane. No, może jakiś biedny inżynier, słynny kozioł ofiarny, zostanie złapany na fakcie, że nie wypełnił jakiegoś papierka, coś przegapił, albo na coś, czego nie powinien robić, pozwolił. Natomiast autentyczni winowajcy, licząc od premiera, poprzez prezydenta miasta, aż po skorumpowanych urzędników i dziadowskich wykonawców, kradnących pieniądze poprzez zaniżanie jakości inwestycji, mogą spać spokojnie. Przestrzegano wszystkich przepisów, wyłudzone pieniądze zostały już wykorzystane, więc do czego można się przyczepić? Papierek, słowo zapisane z pieczęcią i podpisem więcej znaczy, ma większą wagę niż rozum i cała mądrość człowieka. To jest absurd. Sztucznie stworzona władza biurokracji, ważniejsza od wolności i naturalnych swobód człowieka. Procedurami i interpretacją przepisów, bo takie prawo dano nawet podrzędnym urzędnikom, można człowieka zabić, lub choćby pozbawić majątku, jak to było w przypadku zdolnego przedsiębiorcy Romana Kluski. Można odebrać rodzicom dzieci decyzją sfrustrowanej paniusi urzędniczki, bo matka i ojciec w swojej biedzie "nie dochowali standardów czystości i porządku". Nie mogę uczciwie powiedzieć, że procedury i trzymanie się procedur jest złem. Nie jest, lecz tylko wtedy, gdy jest to pomocą, a nie to, że decydują one o wszystkim. Piloci przed startem powinni drobiazgowo wykonać check listę, odhaczając w tabeli punkt po punkcie, mimo, że w najnowocześniejszych maszynach komputer sam wszystko sprawdza. Lecz kto powie, że komputery zawsze są nieomylne. Więc dobrze, że ludzie nadal wykonują procedury startowe. Lecz ta biurokratyczna wizja świata poprzez procedury powoduje, że tysiące nieistotnych spraw usiłuje się wepchnąć w sztywne ramy standaryzacji. Ile to walki było w Unii, zanim urzędnicy zrozumieli, że słynne tradycyjne sery, nigdy nie będą dobre, jeżeli zmusi się wytwórców do produkowania ich z pasteryzowanego mleka.
Sądzę, że po pewnym czasie powróci równowaga pomiędzy zdrowym rozsądkiem, tradycją i mądrością wspólną a nieuniknioną standaryzacją kodeksów i procedur, wyrzucając niebezpieczną możliwość interpretacji, oraz obcinając głupie i bezsensowne instrukcje, jak coś zrobić, aby to się podobało biurokratom. A procedury będą ludziom pomagać, a nie utrudniać życie. I nie będą żadnym usprawiedliwieniem już nigdy.
Źródło:niepoprawni.pl
Inspektor BHP, z PIP- u nie jest bogiem!? Procedurami rodziny nie nakarmię, tak odpowiedziałem „pisarzowi” z PIP. Ostatecznie to ja ryzykuję a nie zakochany w przepisach BHP inspektor PIP . Ode mnie wymaga się przestrzegania procedur, a taki inspektorzyna robi sobie fotki wbrew RODO i ogranicza moje swobody obywatelskie zabraniając mi wszystkiego bez jego zgody! Zgodnie z ich procedurami nie wolno mi wyjść na ulicę bez kasku, butów z metalowymi noskami, okularów ochronnych, maski, specjalnego zezwolenia, specjalistycznych uprawnień. Można odebrać rodzicom dzieci decyzją sfrustrowanej paniusi urzędniczki, bo matka i ojciec w swojej biedzie "nie dochowali standardów czystości i porządku".
25 09 2019 PiS mistrzem niezrealizowanych obietnic.
Zbliżające się wybory to świetny czas na podsumowanie 4-letnich rządów PiS. Takiego zadania podjął się Michał Wróblewski na portalu wp.pl i trzeba przyznać, że zrobił to bardzo sprawnie. Odniósł się do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 18 września, który z dumą podkreślał, że „Myśmy przed wyborami, ale także w trakcie kadencji, wiele obiecali i każdy musi powiedzieć, że przynajmniej miażdżąca większość tych obietnic została wykonana”. Pan prezes całkowicie minął się z prawdą. Na 100 złożonych obietnic jego partia zrealizował 33, 4 weszły w życie ze znacznym opóźnieniem, 25 zostało częściowo zrealizowanych, 2 zamrożone, a 36 obietnic utknęło gdzieś, w niepamięci. Portal DEMAGOG przygotował raport dotyczący właśnie tych obietnic. Z jednej strony autorzy raportu zebrali „setkę, w naszej ocenie, najistotniejszych obietnic złożonych przez kluczowych polityków Zjednoczonej Prawicy w trakcie kampanii wyborczej, a także już podczas samych rządów. Zależało nam na tym, aby obejmowały one zróżnicowane tematy, aby odnosiły się one do rozmaitych, ale za każdym razem istotnych z punktu widzenia obywateli, dziedzin życia. W przypadku obietnic zrealizowanych, interesowała nas nie tylko sama droga ich realizacji, ale także – ich namacalne efekty, ocena zmian, które zostały w ich wyniku wprowadzone w życie”, z drugiej zaś odnieśli się do exposé wygłoszonych przez premier Beatę Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego oraz deklaracji innych polityków partii rządzącej. Pod lupą znalazła się służba zdrowia, w której mimo obietnic, nie zlikwidowano NFZ i nie skrócono kolejek do lekarzy. Nie zrealizowano obietnicy darmowych leków dla kobiet w ciąży, a kondycja finansowa szpitali woła o pomstę do nieba. Kompletną klapą okazał się Program Mieszkanie Plus. Miało być 100 tysięcy mieszkań, a do tej pory zakończono budowę 867 i kolejne 663 mieszkania są w trakcie budowy. Nie wprowadzono zerowego VATu na ubranka dziecięce, bonu na zajęcia sportowe i kulturalne dla młodzieży, darmowego wstępu do muzeum czy darmowych posiłków w szkołach. Zrezygnowano z utworzenia Narodowego Forum Przedsiębiorców, Narodowego Instytutu Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników, Ministerstwa Integracji Europejskiej, Centrum Współpracy Polska-Wschód ani województwa warszawskiego. Pomysł nowego finansowania mediów publicznych poszedł do lamusa, podobnie jak dekoncentracja mediów, głośno zapowiadana ustawa „anty-fake news” czy reprywatyzacyjna.
Nie zapominajmy też o tym, że nie obniżono VAT-u do 22%, nie wprowadzono premii za szybkie urodzenie drugiego dziecka, nie zwiększono nakładów na naukę i inwestycję, nie skrócono czasu oczekiwania na rozprawę sądową, nie zakazano hodowli zwierząt futerkowych. Mimo obietnic, nie zlikwidowano gabinetów politycznych, a zatrudnienie w państwowej administracji znacznie wzrosło. Nadal ludzie pracują na umowach śmieciowych, nawet w ministerstwach, A frankowicze poszli całkowicie w zapomnienie.
No tak… miał być wprowadzony pakiet demokratyczny, a nastąpiło ostre ograniczenie praw opozycji w Sejmie i utrudnienie pracy dziennikarzom. Miała być Polska praworządna i sprawiedliwa, a to, co serwuje nam Jarosław Kaczyński znacznie odbiega od tej obietnicy. Prezes PiS próbuje zaklinać rzeczywistość, konfabuluje, patrząc Polakom w oczy, ale fakty mówią swoje. Kaczyński nie rozumie, że nie da się zbudować władzy na długie lata, opierając się na gołosłownych obietnicach i mamieniu społeczeństwa. Przyjdzie czas, że jego partia zostanie rozliczona za każde, niezrealizowane zobowiązanie i będzie to na pewno bardzo bolało…
Twitter: - Zwróciliście uwagę, że wszystkie nowe obietnice PiS są "gotówkowe"? W sensie już totalnie spasowali z jakichś przekopów, elektryków, lotnisk, ba, ze służby zdrowia, bezpieczeństwa, innowacji czy edukacji. Gotóweczka. Do kieszeni.
- Może tego nie widać, ale to jest dopiero pokwaszony turboliberalizm. Nie że państwo, jako wspólnota, coś ulepszy, zorganizuje, zaproponuje, zaopiekuje się. Masz tu kasę Pawełku i kup se lody. Tamara Olszewska Źródło: wp.pl
Jakim cudem PiS jest jeszcze na czele sondaży!? Aż tak bardzo lubimy być kuszeni obiecankami bez pokrycia, a przy okazji bezlitośnie ograbiani ze wszystkiego? Lanie wody jest ponad wszystko?
Dobra Zmiana to Dojna Zmiana i i niezwykle Droga Zmiana. Ale to mafia vatowska podnosi ceny energii, chleba, masła, mięsa i leków? Było drogo, będzie jeszcze drożej, bowiem premier Morawiecki obiecuje nam warunki życia takie jak na zachodzie. Warunek musimy zapi....za miskę ryżu. To chyba najlepszy komentarz do ostatnich czterech lat rządów Pogardy i Sprzeniewierzenia w Polsce.
Jak na razie to pisowcy tylko mówią jak nakręcana katarynka. Festiwal obietnic wystartował: Nikt ci tyle nie da, ile ja mogę obiecać. Tylko ja mogę Wam dużo więcej obiecać niż kto inny dać!?
Nam PiS..da. Sobie też
Bo to życie takie jest
Tobie weźmie. Sobie da
Nam zostanie wciąż PiS..da 
14 09 2019 Łatwo kupić Polaków, dla których liczy się tylko to, co dzisiaj.
Za populizm i demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie zapłacić nam wszystkim. PiS w tej kampanii wyborczej idzie szlakiem utartym już 4 lata temu. Wówczas, po dogłębnych badaniach nastrojów Polaków, znalezieniu grup docelowych, do których mógł śmiało uderzyć ze swoim populizmem i obietnicami, wygrał i zafundował nam niezłą karuzelę w postaci „dobrej zmiany”, której celem demolka wszystkiego, co się dało. Dzisiaj robi to samo. Znowu szczegółowe badania i pod lupą znaleźli się pracownicy kiepsko zarabiający, emeryci oraz rolnicy. Ogarnijmy więc to jakoś i zobaczmy, kto i dlaczego również w tym roku postawi na prezesa. Część rodzin z dziećmi udało mu się kupić za 500 Plus. Zwłaszcza te, które poprzednio borykały się z dużymi problemami finansowymi i korzystały z pomocy społecznej oraz te, dla których pieniądze na dzieci stały się podstawowym źródłem utrzymania. Do tego PiS dorzucił wyprawkę szkolną w wysokości 300 zł. Pytanie tylko, jeśli jest tak dobrze, to dlaczego wzrosła liczba rodzin z dziećmi, żyjących w ubóstwie? Jak podaje GUS, w 2018 roku wśród gospodarstw domowych z jednym dzieckiem wzrost ten sięgnął ponad 6 %, a gospodarstwach domowych z co najmniej trójką dzieci ok. 10%. Mało tego, efektem tego programu jest spadek aktywności zawodowej kobiet, co odbije się na nich ostro, gdy dojdą do wieku emerytalnego i znajdą się w finansowej dziurze. No, ale to jakaś tam przyszłość, a przecież żyje się dzisiaj i to dzisiaj właśnie jest ważne. Prezes nieustannie przypomina, czym dla niego jest Rodzina, jak będzie o nią walczył i dbał. Wytyka poprzedniej władzy, że nie dbała o rodziny, że odbierano kochającym rodzicom dzieci tylko z powodu biedy w domu, a teraz, gdy rządzi jego partia, jest zupełnie inaczej. Fakt, jest, bo nigdy wcześniej nie czytałam tylu newsów o maltretowaniu dzieci, zaniedbaniach prowadzących do kalectwa, a nawet śmierci. Mało tego, jak podaje wp.pl jego partia może chcieć zaostrzyć przepisy aborcji eugenicznej, bo przecież trzeba chronić Rodzinę i związane z nią życie poczęte. Kobieta, w imię tej partyjnej „miłości”, będzie więc rodziła ciężko okaleczone dzieci, skazane z góry na bolesne umieranie, bo jak mówił poseł Żalek „Każda matka wie, że jej dziecko umrze. Tak jest każdy z nas umiera”, więc w czym problem? To wszystko nieważne. Ważny jest przekaz, który łapią rodziny z wdzięcznością. Prezes im daje, prezes ich kocha, prezes o nich zadba. Nie ma co się nadmiernie aktywizować, nie ma co się przejmować, bo prezes dobry na każdą bolączkę i pomoże…Kolejna grupa, która zapewne chętnie poleci do urn i odda swój głos Zjednoczonej Prawicy to Młodzi, przed 26 rokiem życia. Dzięki prezesowi mają zerowy podatek, więc chyba wypada mu jakoś za to podziękować. A czy to ważne, że teraz samorządy będą miały mniej kasy na inwestycje? Może dzięki temu posunięciu padną jakieś szpitale, drogi lokalne staną się bardziej wyboiste, nie będzie pieniędzy na rozwój lokalny? Spoko, ich to przecież nie dotyczy. Ważne, że dostali swój kąsek, a reszta niech się wali.
Dalej mamy rolników. Prezes obiecuje im zwiększone dotacje do hektara, dopłatę do każdej krowy i świnki, więc czy to nie powód do euforii? Zapomniał dodać, że te pieniądze nie pójdą z kieszeni partii rządzącej, ale z UE, bo to nieistotny drobiażdżek. Nieważne, kto daje, ważne, że daje. Tak więc rolnicy zapomną o tym bałaganie, jaki opóźniał im kasę, gdy PiS przejęło władzę, bo liczy się to, co teraz. Zapomną o skali pomocy, uzyskanej z powodu suszy. Teraz PiS da coś, to i oni dadzą PiS-owi swoje poparcie. Górnicy, których prezes tak szanuje, również zagłosują na PiS. W końcu, jak obiecał Morawiecki, mamy węgla na 200 lat i nie zrezygnujemy z jego wydobycia i z jego wykorzystania. A co nas tam obchodzi klimat… Będziemy się truć CO2, będziemy chodzić w maskach, będziemy umierać przez to rosnące zanieczyszczenie środowiska. To wszystko jednak nieistotne. Ważne, by górnik był zadowolony, pewny pracy i postawił w odpowiednim miejscu krzyżyk na karcie do głosowania. O odwdzięczeniu się prezesowi już myślą pracownicy, zarabiający minimalną pensję. Prezes podniesie im pensje do 3 tys. zł, a później nawet do 4 tys. zł. Ależ im się życiowo polepszy, ale czy rzeczywiście? Wyższe pensje to większe wydatki przedsiębiorców. Trzeba się liczyć z tym, że małe, a nawet i średnie firmy tego nie udźwigną. Jedne padną, inne będą się ratować, zatrudniając na np. pół etatu, a resztę wypłacając pod stolikiem. Tak więc trzeba się liczyć z bankructwem, a co za tym idzie, wzrostem bezrobocia oraz umocnieniem tzw. umów śmieciowych. Ta radość pracowników szybko zamieni się w smutek i rozżalenie, ale co tam. Po co się martwić na zapas. Po co słuchać ekspertów, którzy zapewne tylko tak głupio gadają, bo prezesa nie lubią. Dla emerytów prezes też przygotował małą niespodziankę. Podwyższenie emerytury, wprowadzenie na stałe trzynastki, a z czasem nawet i czternastki. No po prostu żyć, nie umierać. Radość wielka i warto zapomnieć o nietrafionych listach darmowych leków dla seniora, o coraz większych trudnościach z leczeniem się u specjalistów, o umieraniu na SOR-ach, drożyźnie w sklepach i czekającego wzrostu opłat za prąd. Za PiS-em twardo będą stali ci sędziowie, prokuratorzy, naukowcy, intelektualiści, aktorzy, dziennikarze, którzy za poprzedniej władzy nie mogli się wybić, bo kompetencje niewielkie i dość słabe umiejętności. Teraz mają to swoje 5 minut i gdyby mogli, to głosowaliby za partią prezesa nawet na dziesięć rąk. Teraz to ich czas na wykarmienie niespełnionych dotąd aspiracji zawodowych, teraz to oni są „pany nad panami” i nie pozwolą sobie tego odebrać. Tam, gdzie prezes sobie nie poradzi, tam wspomoże go Polska Instytucja Kościelna, która w państwie PiS-u ma się jak pączek w maśle. PIK, urastający do rangi „pierwszej władzy w Polsce”, odwdzięczy się swej partii za płynącą wartkim strumieniem kasę, budowanie społeczeństwa chrześcijańskiego, uznanie prawa kościelnego za ważniejsze od tego stanowionego. Tak więc księża będą prowadzić agitację na rzecz prezesa z ambony, udostępniać swoje kościoły na spotkania z politykami PiS, mieszać wiernym w głowach, byle tylko nie odważyli się samodzielnie myśleć i zagłosowali tak, jak ksiądz im każe. Wszystkie te grupy, które prezes uważa za już kupione, łączy jedno. Mają one w nosie przyszłość i nie chcą lub nie potrafią myśleć perspektywicznie. Dzisiaj czują się docenione, hołubione. Dzisiaj jest im bardzo dobrze i co ich obchodzi to, co będzie kiedyś tam. Nie zastanawiają się nad tym, że gospodarka kieruje się pewnymi stałymi zasadami i złamanie choćby jednej z nich, zapowiada niezłą katastrofę. Katastrofę, którą i oni, dzisiejsi wielbiciele PiS, odczują bardzo boleśnie. Nie zastanawiają się, że budżet państwa to nie worek bez dna, że dając jednym, odbiera się innym, że sami zapłacą wysoką cenę za wszystko, za co w październiku podziękują prezesowi swoim wsparciem. Nie wiedzą tego, czy nie chcą wiedzieć? Nie rozumieją, czy nie chcą rozumieć? Nic nie trwa wiecznie. Za populizm, demolkę gospodarki w imię kupna głosów, przyjdzie nam wszystkim zapłacić, a wtedy płacz i zgrzytanie zębów nie pomoże. Sprzedanie się za lepsze dzisiaj, zbierze swoje gorzkie owoce jutro i tylko pytanie… do kogo wielbiciele PiS będą mieli wówczas pretensje? Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl
Mam nadzieję, że za te 20 mln ton sprowadzonego węgla, górnicy podziękują Morawieckiemu  13 października!?
Kaczyński mówi, że buduje Polskę dla wszystkich, to dlaczego ją ciągle dzieli!? Aha znaczy się że to będzie Polska tylko dla jego poddanych! Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić demokracji pod butem I sekretarz z Żoliborza Kaczyńskiego!?
Polacy przyzwolili na to by ich kraj zniszczyli ci co nimi rządzili! Papierkami po cukierkach nas mamili, a rządzący nie dość, że cukierki zżarli to jeszcze nas ograbili. Dziś kłócą się o to, kto z nich mniej ukradł !? Dlaczego zawsze musimy wybierać pomiędzy zimnym, a ciepłym gównem!?
Od ponad roku jestem emerytem i nie narzekam, na koniec miesiąca na bankowym koncie sporo dudków mi zostaje pomimo prowadzonych remontów w czterdziestoletnim jednorodzinnym domu!? Wkurza mnie jak żona ze sklepu za 100 złotych w malutkiej torebce zakupy przyniesie !?
Ja nie chcę trzynastek, podwyżek emerytury, chcę tylko stabilnych cen w sklepach, a nie co dostawa to wyższych!?
Z forum:Pani Tamaro, przykładów braku wyobraźni, mamy aż nadto. W latach 30-tych ubiegłego wieku do władzy dorwał się niejaki Adolf Hitler. Też obiecywał złote góry. Obiecywał powstanie z kolan. No fakt, zaczął budować mieszkania, fundował ludziom tanie wczasy, zbudował sieć autostrad i przede wszystkim dał Niemcom pracę. To nic, że głównie przy budowie autostrad i w przemyśle zbrojeniowym. Na koniec obiecał ludziom „volkswagena” (tak, tak, nazwa pochodzi z hitlerowskiej nowomowy – to miał być „samochód NARODOWY”) i ogłosił przedpłaty. Pieniądze z tych przedpłat poszły na zbrojenia. Nie powiedział tylko o jednym – TO WSZYSTKO BYŁO NA KREDYT. Ten kredyt spłacała po 1939 roku cała okupowana Europa, a potem straszliwą cenę zapłacili sami Niemcy. Oczywiście, Kaczyński wojny nie rozpęta, ale wiadomo, że w pierwszym rzędzie za pisowskie szaleństwa zapłacą ci, którzy tak się pisiorami zachwycają. Oj, czekają nas trudne czasy chyba………… 
12 09 2019 „Jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach to znaczy, że się do niej nie nadaje” Jeżeli ktoś rządzi 4 lata i nie potrafi niczego zrobić dobrze to może się do rządzenia po prostu nie nadaje. 
Jarosław Kaczyński kreuje się na polityka dbającego o przedsiębiorców i biznes. Czy rzeczywiście tak jest? Wielkie kontrowersje budzi PiS-owska propozycja liczenia składek ZUS od dochodu. Serwis Gazeta.pl przywołuje kontrowersyjne słowa J. Kaczyńskiego, które wypowiedział on dwa lata temu. W przyszłym roku składki przedsiębiorców na ZUS mogą wynosić ok. 1500 zł. Tak duża kwota sprawi, że wielu z nich nie będzie w stanie utrzymać swojej firmy i będzie zmuszona do jej zamknięcia. Propozycja PiS została mocno skrytykowana przez ekonomistów i reprezentantów przedsiębiorców. W tym tygodniu „dobra zmiana” wycofała się więc częściowo z tego postulatu; minister Jadwiga Emilewicz stwierdziła, że zmiana będzie dotyczyć wyłącznie firm, które dopiero rozpoczynają działalność. Wielu prawicowo-narodowych dygnitarzy mówiło w ostatnim czasie, że ich etatystyczna w gruncie rzeczy partia, jest ugrupowaniem… probiznesowym i wolnorynkowym. Sam prezes J. Kaczyński zachwalał wczoraj swobodę gospodarczą i utrzymywał, że rządy PiS dobrze wpływają na położenie polskich biznesmenów. „To, co robimy, jest w interesie milionów pracowników, jest w interesie przedsiębiorców, wszystkich dobrych przedsiębiorców i takich, którzy patrzą w przyszłość, i w interesie polskiej gospodarki” – mówił prezes. „Stawka, jaką przyjęliśmy, sposobem na uzupełnienie pracy w Polsce – i to chcę bardzo mocno podkreślić – jest powrót Polaków z emigracji. Uważamy, że polityka polskiego modelu państwa dobrobytu doprowadzi do tego, że znacząca część tych, którzy emigrowali, wróci do Polski”. Równie populistycznie wypowiedział się prof. Eryk Łoń z Rady Polityki Pieniężnej: „jeśli płace w Polsce będą się wyrównywały, to Polacy będą się czuli jak jedna wielka rodzina, większe będzie przywiązanie do kraju”.
Redaktorzy serwisu Gazeta.pl przypomnieli filmik z 2017 r. Kaczyński mówił na nim o przedsiębiorcach w trakcie spotkania w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (uczelnia o. Rydzyka).  „Jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach (w etatystycznym państwie PiS – przyp. red.), to znaczy, że się do niej po prostu nie nadaje”, „Jeżeli ktoś we współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie, to po prostu powinien zająć się czymś innym” – mówił wtedy „rekin biznesu” z Żoliborza. Czy to jest prawdziwe oblicze PiS-owskiej prorynkowości?
Karierę J. Kaczyńskiego trafnie podsumował jeden z internautów, który umieścił swój komentarz w serwisie Gazeta.pl. „Gość, któremu przez całe życie, zawsze, ktoś wszystko załatwiał, ustawiał, prowadził, etc. etc. Najpierw mama, potem pani Basia i tłum ochroniarzy. Gość, który całe życie żerował na państwowym. Gość, samotny stary kawaler bez zobowiązań, zarabiający w Sejmie „od zawsze” >20000 zł miesięcznie i nie mający przy tym „grama” oszczędności… I taki facet mówi mi jak prowadzić firmę…”.  Ten opis, nie tylko jest dobrym podsumowanie działalności J. Kaczyńskiego, ale również wielu innych dygnitarzy partii obecnie panującej. Źródło: gazeta.pl
Morawicki doprowadził do tego że prowadzący działalność gospodarczą tyrają tylko na ZUS i US, bardzo często muszą do tego interesu jeszcze dopłacać, licząc że w następnym miesiącu to odrobią. Niestety rzeczywistość jest brutalna, za kilka miesięcy mają komornika na karku, który pozbawi ich wszystkiego co ma jakakolwiek wartość.
Prawo podatkowe powinno być proste i zrozumiałe dla wszystkich. Wydaje się to logiczne i ze wszech miar słuszne. Zatem dlaczego takie nie jest w Polsce? Bo amia polityków, urzędników nie miałaby z czego żyć. "Konstytucja Biznesu" Morawickiego to pakiet ustaw regulacyjnych, zmieniających zasady prowadzenia działalności gospodarczej czy przepisy podatkowe dla firm. Jednoosobowa firma jak to śmiesznie brzmi a musi zatrudniać biuro rachunkowe, prawnika, i teraz dojedzie specjalista od ochrony danych, specjalista od komunikacji elektronicznej ze skarbówką. No a przy takiej ilości urzędników potrzeba będzie sekretarka, no i przydałby się też rada nadzorcza. A jak sobie pomyślę, że za komuny kiedy prowadziłem działalność gospodarczą, zatrudniając nawet 10 osób sam to wszystko robiłem, i nie było wtedy komputerów to nóż w kieszeni sam mi się otwiera.
Skarbówka znajdzie złotówkę, a na jej szukanie wyda 10 zł! Gdzie tu sens, a gdzie logika? Zbieranie, pisanie, wypełnianie, wysyłanie, no to kiedy macie pracować geniusze ekonomiczni? Za komuny otworzyłem firmę, jedną stronę zajmowało mi wypełnienie papierów do skarbówki. Pod koniec lat 80-tych musiałem korzystać z usług biura obrachunkowego, papierów był już segregator. A dziś musiałbym jeszcze zatrudnić dobrą kancelarię prawną, specjalistę od ochrony, programistę i kogoś ze znajomych kaczorków by jakoś wiązać koniec z końcem, no i najważniejsze specjalistę do kontaktów ze skarbówką. Jednoosobowa firma w tym dziesięciu urzędników!?
W Polsce mamy taki system podatkowy, że nawet gdyby na polu zamiast buraków zbierał brylanty to i tak splajtuje. No a buraków jest ci u nas pod dostatkiem nawet w mieście. No chyba że na zapleczu firmy będą siedzieli politycy, wtedy mamy zloty interes nic nie musimy robić tylko się dzielić. 
11 09 2019 Niektórym trudno uwierzyć, że po wolności słowa i wolności do działania przyszła wolność ekonomiczna.
Całe swoje dzieciństwo mieszkałem w domu oddalonym dwieście metrów od torów kolejowych prowadzących ze Śląska na wschód, w kierunku na Medykę i potem do ZSRR. Często w nocy budziły mnie spadające z półek na moją głowę drobne przedmioty . To szły ze wschodu pociągi z rudą żelaza. Potem wracały, równie wypełnione po brzegi, choć już nie rudą. Byliśmy przez 44 lata rosyjskim terenem służącym do eksploatacji. Po 1989 roku to się zmieniło. Przed moim przyjściem do pracy w firmie „Wedel” sprzedano trzy jego zakłady - główny na Zamojskiego i Syrenę w Warszawie, oraz potężny i nowoczesny zakład w Płońsku (produkujący m.in. „Delicje”), za kwotę porównywalną do tej, za jaką późniejszy właściciel zakładów sprzedał sam znak firmowy Wedla. Był to okres w naszych dziejach, kiedy staliśmy się terenem eksploatacji „Bandy liberałów”, która uwłaszczała Polskę.  Taki stan rzeczy trwał do 2015. Obydwa te okresy mają jedną cechę wspólną - wmawiano nam, że Polska to jest „bardzo biedny kraj” i musimy pogodzić się z tym, że jesteśmy po prostu ubodzy - zacisnąć pasa, kombinować i jakoś żyć. Pracowaliśmy najciężej w Europie, a mimo to kraj nasz bogacił się bardzo wolno. Nam samym wydaje się dziś czymś zabawnym i odjechanym, aby porównywać się do Niemców, choć to przecież oni przecież przegrali wojnę. Śmiejemy się z tego, uznając ten paradoks za naturalny - cóż „jesteśmy gorsi” - wzdychamy. Nie jesteśmy ani gorsi, ani głupsi, mimo, że to właśnie Niemcy na spółkę z Rosjanami wyrżnęli nasze elity, aby łatwiej było im nami rządzić.Tak, oni przegrali wojnę, ale my przegraliśmy powojnie. Byliśmy cały czas łupieni najpierw przez „Czerwoną burżuazję”, a później „Bandę liberałów”. Przez cały czas byliśmy jak flakon z koktajlem z którego najpierw przez czerwoną „rurkę przyjaźni” żłopano eliksir, a później tę rurkę zastąpiła setka mniejszych, kolorowych rurek, z których ciągnięto z nas soki na wszystkie świata strony. Po 2015 roku to się zmieniło. Zatkano część z tych rurek. Mimo to „mentalni niewolnicy” - jakimi jesteśmy - wciąż nie chcemy uwierzyć, że kiedy się pracuje to może bogacić się również kraj. Utwierdzają nas w tym „panowie”. Szczekaczki wciąż nadają o rozdawnictwie i „życiu na kredyt”. To gardłują ci „nieśmiertelni” , którym przestał płynąć z rurki do gęby eliksir. Są jak pisklęta sępa - siedzą na skalnej półce z wyciągniętymi szyjami, nabrzmiałymi od żył i drą się w niebogłosy za utraconą padliną. Tą padliną dla nich byliśmy my. Czy nie tak nas traktowali?  Najśmieszniejsze jest to, że o rozdawnictwie i nierealnych obietnicach, że nic nie ma za darmo, że zadłużamy się coraz bardziej, oraz że to się musi skończyć, gada się tym mocniej i głośniej, im bardzie rząd pokazuje, że da się rządzić tak, aby wszyscy z tego coś mieli, a nie tylko „kasta bogów”. Że można zrównoważyć budżet, wyzerować deficyt, a przy tym są jeszcze pieniądze dla ludzi. Dla ludzi, nie dla „panów”. „Niewolnicy” nie mogą w to uwierzyć. Są podejrzliwi i nieufni. Kiedy patrzę na nich jest mi smuto. Jest mi ich żal. 70 lat miksowania umysłów, po wcześniejszej wielkiej dekapitacji narodu, ( a potem kilku mniejszych), narobiło w głowach tego narodu więcej szkód niż 123 lata niewoli. Zaborcy ( to ci którzy chcą zabrać, a nie dać społeczeństwu) cały czas ciężko pracują, drążąc - swoimi kanałami - mózgi polskich obywateli. Jest rok 2019. Powoli odzyskujemy wolność ekonomiczną. To nie jest wolność jednostkowa. Tę odzyskaliśmy w 89. To wolność zbiorowa. Nas jako kraju i społeczeństwa. Dawniej mówiło się o niej Niepodległość. Czy odzyskamy ją w pełni? Źródło: niepoprawni.pl
„Jest rok 2019. Powoli odzyskujemy wolność ekonomiczną.” Jakoś tej wolności nie widać!?
Gdzie byli Kaczyńscy gdy tłum Wałęsę na ramionach niósł? Odpowiem stali murem koło Jaruzelskiego i Kiszczaka, by później w Magdalence ich bronić. Ja i wielu moich kolegów tak ten burzliwy okres pamiętamy, i historię tych wydarzeń przekazujemy innym. Wałęsa też nie był świętym, i o tym trzeba też pamiętać.
Polska stransformatowana stała się rynkiem zbytu a nie krajem, który w krótkim czasie stanie się dostawcą wyrobów wysokiej jakości na Zachód. I to jeszcze długo się nie zmieni, bo trwa wojna polsko – polska!
Lech Kaczyński, jako przewodniczący Komisji Krajowej SOLIDARNOSCI, przystał w Magdalence na ubecki plan zagłady świata pracy w Polsce. Jako Przewodniczący Najwyższej Izby Kontroli zdeprecjonował do ZERA znaczenie najwyższej instytucji kontrolnej państwa. Jako Prokurator Generalny RP umocnił bandycki układ z Magdalenki, który Polskę utrzymuje w rękach ubeckiej sitwy.
Okrągłostołowa mafia, która w 1989 r. przechwyciła podstępem władzę w Polsce, sprzedała kraj wraz z całym jej dobrodziejstwem i ludnością. Ściśle wykonuje plany euroatlantyckiej bandy, ludzi chorych na władzę i pieniądze, całkowicie zdegenerowanych. Niech nikogo nie zmylą utarczki lub nawet otwarte wojny wśród tych perfidnych, okrągłostołowych zdrajców. Fałszywi KOR-owcy po Magdalence 1989 roku najmniejszym palcem nie ruszyli w obronie wyrzucanych na bruk robotników polskich, bo tak byli zajęci, pochłonięci na całego załapywaniem się, jak mawiał Wałęsa, obrzydliwym uwłaszczaniem się na własności
państwowej (uznawanej przez nich za niczyją) i na prywatnej, której Naród Polski niestety nie był w stanie upilnować przed zorganizowaną sitwą.
08 09 2019 Hattrick Kaczyńskiego, czy kalka Protokołów Mędrców Syjonu?
Często propisowskie media tzw “niezależne” zaliczały tzw. Protokoły Mędrców Syjonu do tzw. “carskich fałszywek”. Nie będę dziś analizował kto wyprodukował owe Protokoły, choć sznyt mentalny tego słowa pisanego raczej typowy jest dla tzw. żydów, raczej skupiłbym się na podobieństwach niektórych zapisów Protokołów do działań obecnego rządu, a i także kampanii wyborczej. Tutaj zaznaczę, że nie biorę w żadnym wypadku pod uwagę skompromitowanej prusackiej kamaryli niejakiego Schetyny, która raczej powinna z automatu być rozlokowana po oddziałach Specjalistycznego Centrum w Tworkach…Dlaczego jeszcze nie jest, tego nie wiem. Co cwańsi członkowie PO pokroju kameleona Gowina już dawno rejterowali się, aby umościć sobie mięciutkie gniazdko na łonie żoliborskiego prezesa w ramach tzw “jednoczenia prawicy”. Trzeba dodać, że proces tzw “jednoczenia prawicy” spowodował także zresetowanie, albo raczej odpuszczenie grzechów dla grupy tzw “ziobrystów” pod dowództwem Zbigniewa Ziobry. Przypomnę, że “ziobryści” onegdaj w 2011 roku zbuntowali się i powiedzieli “non serviam” i opuścili żoliborskiego prezesa, zakładając własne, partyjne poletko pod nazwą Solidarna Polska. Abolicja odpuszczenia grzechów objęła nie tylko dawnych platfusów oraz buntowników, ale i także i ludzi dawnej wierchuszki partii PZPR, choćby pana Piotrowicza, który podczas stanu wojennego sporządził akt oskarżenia przeciwko działaczowi opozycyjnemu, a który w 2015 roku startował jako…uwaga (!) bezpartyjny kandydat z listy PiS-u. Niezła woltyżerka polityczna…tutaj to temat rzeka, a chciałbym jednak trzymać się tematyki Protokołów.
Od czterech lat to doborowe towarzystwo tzw “zjednoczonej prawicy” pod władzą prezesa wszech czasów Jarosława Kaczyńskiego rządzi samodzielnie, ale i od jakiegoś czasu w kampanii wyborczej duraczy obietnicami, które są miłą wonią dla ciemnego luda, a która to woń zupełnie jak zasłona dymna nie pozwala wyborcom PiS dostrzec tworzenia kolejnych prerogatyw dla żydów. Nie pozwala spostrzec także prymitywnego budowania narracji według której  mamy jakieś wspólne dziedzictwo “tysiącletniego współżycia żydów z Polakami”. Zobaczmy… tzw “hattrick” Kaczyńskiego, jak zwał tak zwał, czyli podniesienie płacy minimalnej do 4 tys złotych w 2023 roku, oraz zrównane z rolnikami UE dopłat dla rolników, oraz druga trzynastkę dla emerytów. Niby korzystne, ale w pierwszym wypadku powoduje chytre podniesienie składek zusowskich, czyli tak de facto większe okradanie pracownika na tzw składkę, zwiększenie kosztów pracy i pompowanie w zusowskiego trupa większych pieniędzy. Co do dopłat dla rolników, to niestety dopłaty działają tak, że jak ktoś dostaje pieniądze za darmo, to nie będzie nic uprawiał, wystarczy, ze skosi trawę…tym sposobem doprowadza się do niedosytu płodów rolnych na rynku, a co za tym idzie podniesienie cen. Dla zwykłego zjadacza chleba oznacza to zaciskanie pasa, dla państwa większe wpływy VAT z powodu drożejących produktów rolnych. Jeśli chodzi o drugą “trzynastą emeryturę”, to nie bądźmy naiwni, niech każdy emeryt przeliczy ile podatku od jego emerytury w ciągu roku zabiera rząd i zobaczy że pierwsza trzynastka jest z podatku ściąganego z tejże, a jeśli rząd rzuci drugą trzynastkę, to z nawiązką odbierze ją sobie w podatku VAT, a choćby z leków i drogiego jedzenia. Uważam, że jest to karygodne, aby z emerytur, czyli owocu całego życia pracy opodatkowanego praktycznie 50 procentowymi daninami jeszcze zabierać podatek…
Zerknijmy jednak do Protokołów i porównajmy z “hattrickiem Kaczyńskiego”…na dziś wystarczy jeden paragraf…
Protokół VI
§ 7. Podniesienie płacy zarobkowej i podrożenie artykułów pierwszej potrzeby. Podniesiemy płacę zarobkową, co jednak nie przyniesie żadnej korzyści robotnikom, bowiem jednocześnie wywołamy drożyznę artykułów pierwszej potrzeby, spowodowaną rzekomo upadkiem rolnictwa i hodowli. Oprócz tego podkopiemy zręcznie i głęboko źródła wytwórczości, przyzwyczaiwszy robotników do anarchii i nadużywania napojów wyskokowych, jednocześnie zaś zarządzimy wszelkie środki do wyzucia z ziemi wszystkich gojów inteligentnych. Więc prezes przeczytał Protokoły Mędrców Syjonu i albo miła jest mu retoryka “carskiej ochrany”, albo garbatonosy podrzucają mu kalki, magiczne zwoje oparte na talmudzie, aby duraczyć nadwiślańskich gojów swoim “hattrickiem”…dodam jeszcze, że obecnie Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa proponuje kasę dla tych, którzy zlikwidują gospodarstwo rolne.
Na dziś wystarczy ten jeden paragraf…dodam, że Protokoły Mędrców Syjonu ukazały się pierwszy raz w 1903 roku na łamach petersburskiego czasopisma Russkoje Znamia, oczywiście uznane za “antysemickie”…aha… Źródło: niepoprawni.pl
Jak na razie nie znaleziono „lekarstwa” na przegraną Kaczyńskiego!? Kuszenie ciemnego ludu przez szatana w Lublinie!? Płaca minimalna 4000 zł, podwójna "trzynastka" i równe dopłaty dla rolników, a ile będzie kosztował chleb, mleko....!? Pamiętam czasy kiedy zwykły robol zarabiał kilkadziesiąt tysięcy złotych na miesiąc, ba później już miliony! Tylko co za to można było kupić!?
Rolnicy w Zachodniej Europie dostają większe dopłaty bo tam nie ma ARiMR, i ministerstwo rolnictwa zajmuje kilka pokoi a nie wielki gmach!? Czyżby Kaczyński chciał zlikwidować PSL-owskie ARiMR!? 
29 08 2019 Odklejony od rzeczywistości Morawiecki w zachwytach o zdrowiu, sądownictwie, elektrycznych samochodach i mieszkaniach plus. Można było popaść w osłupienie słuchając wywiadu, jakiego we wtorek udzielił telewizji TVN24 PiSowski premier Mateusz Morawiecki. Odpowiadając na konkretne pytania Anity Werner „lewitował”gdzieś, w jakiejś bliżej nieznanej przestrzeni. „Mijał się z prawdą”, konkretne fakty naginał do swoich potrzeb i płyną, płynął, płynął… Z prawdziwą satysfakcją mówił o sytuacji w służbie zdrowia. „Wchodzimy w wielki program wymiany karetek. Zaczynamy kształcenie lekarzy. Zawód pielęgniarki znowu staje się zawodem pożądanym” – wyliczał. I brakowało mu słów zachwytu dla skracających się kolejek do lekarzy. Odklejony od zgrzebnej rzeczywistości pokazał, że nie zgłębił smutnego raportu NIK pokazującego, że idea „sieci szpitali” spaliła na panewce, a szpitale mają większe zadłużenie niż wcześniej.
Znalazł też „świetne” wyjaśnienie kompromitującej afery hejterskiej, a najlepsza w tym wszystkim jest gorliwość z jaką bronił swojego głównego rywala, szefa resortu sprawiedliwości i całej farmy trolli, którzy w porozumieniu z internautką Emilią Szmydt organizowali kampanię nienawiści przeciwko innym sędziom. Tu ziemia, tu ziemia panie premierze – wołają do Morawieckiego media, bo nie od dziś wiadomo, że już w marcu policja przeszukała mieszkanie Emilii, czyli sprawa musiała być znana organom ścigania. Dodatkowo jednym z głównych bohaterów afery jest Łukasz Piebiak, zastępca ministra. Trudno wyobrazić sobie, że Ziobro nie miał pojęcia, co dzieje się w resorcie.„Jeśli wiceminister Piebiak organizował jakieś działania, wcale nie musiał o nich mówić ministrowi Ziobrze” – przekonywał szef PiSowskiego rządu. Morawiecki z uznaniem mówił o PiSowskim Trybunale Konstytucyjnym: „jest bardziej obiektywny, niezawisły niż za czasów Andrzeja Rzeplińskiego” – ocenił. A na to, że kieruje nim Julia Przyłębska organizująca w swoim mieszkaniu sekretne spotkania prezesa PiS, premiera i szefowej Trybunału spuścił „zasłonę milczenia”. Wyparł jakby z pamięci takie zdarzenia, jak bezprecedensowe ułaskawienie Mariusza Kamińskiego czy wniosek Zbigniewa Ziobry ws. trybu wyborów członków KRS i utajnienie list poparcia dla członków KRS. „W sytuacjach, które są graniczne, odsyła się do Trybunału Konstytucyjnego. Jak będzie wyrok w tej sprawie, będzie podjęta decyzja” – tak ewentualne odtajnienie list poparcia skomentował. A co z samochodami elektrycznymi? „Do 2025 r. po polskich drogach będzie jeździć milion samochodów elektrycznych” – deklarował w 2016 roku. To też jakoś mu się zapomniało:„Moją obietnicą były autobusy elektryczne i jeździ ich coraz więcej po polskich miastach” – stwierdził w TVN 24. „To, czy polski samochód elektryczny będzie teraz, czy za dwa lata to są kwestie drugorzędne w stosunku do programu 500 plus, w porównaniu do emerytury plus” – dodał. Podobnie z mieszkaniami plus: osobiście Morawiecki deklarował 100 tys. mieszkań w ramach programu „Mieszkanie Plus„. Jak na razie powstało 867 lokali w Białej Podlaskiej, Wałbrzychu, Gdyni, Jarocinie oraz Kępnie. Kolejnych 663 jest w trakcie budowy. „Jeśli chodzi o Mieszkania plus, to już dzisiaj na desce kreślarskiej jest co najmniej 38 tysięcy mieszkań, na różnych etapach budowy. Mieszkania, każdy dobrze wie, nie buduje się w ciągu roku. Proces budowy mieszkania, osiedla to czasami cztery lata” – oświadczył nie zauważywszy chyba, że PiS rządzi w Polsce nie rok, a właśnie równe cztery lata. Źródło: naTemat
Czy wiecie, że naczelny bajarz PRLbis nijaki Morawiecki jako jedyny na świcie rozbił atom młotkiem!? Nie mamy co się martwić prądu do samochodów nie zabraknie, wystarczy kowadło, młotek i już mamy reaktor atomowy!?
Klapki na oczach. Ludzie, którzy odnoszą wielkie sukcesy, mają jedną rzecz wspólną - klapki na oczach. Głupcy też mają klapki na oczach, lecz sukcesów nie odnoszą. Dlaczego spytasz. Odpowiem. Ludzie noszą klapki na oczach. Dzięki temu nie rozpraszają ich tysiące pokus czających się na poboczu drogi, która wiedzie ich do celu. Mogą skupić się na przemierzaniu kolejnych metrów i kilometrów, na konsekwentnym realizowaniu swoich zamierzeń. Człowiek mądry co pewien czas zatrzymuje się, zdejmuje klapki z oczu i rozgląda się uważnie sprawdzając, czy porusza się w dobrą stronę, czy nie zbliża się do skrzyżowania lub niebezpiecznego zakrętu i czy nie należy odpocząć, żeby nabrać sił do dalszej drogi. Warto mieć zatem klapki na oczach, ale trzeba też potrafić zdejmować je w odpowiednich momentach.
26 08 2019 Ważniejsze od „Afery Piebiaka”.
Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane. No i się wyjaśniło. Kuchciński dlatego latał do domu w procedurze HEAD, bo nie łamał prawa. Beata Szydło latała do domu po to, żeby konsultować z sąsiadami swoje projekty, które Kaczyński kazał jej wdrożyć bez względu na opinie Polaków. Marszałek Karczewski jest w tej sprawie w porządku, bo nie pamięta, żeby gdzieś latał bezprawnie. Premiera Morawieckiego afera nie dotyczy, bo prywatne loty HEAD przepisał na żonę.  Czyli tej sprawy już nie ma. Ale jest następna, niesłusznie porównywana z aferą Watergate. W amerykańskiej Watergate, która zakończyła się klęską partii rządzącej i dymisją prezydenta, chodziło o nielegalne zabiegi w celu zdyskredytowania przeciwników politycznych. Natomiast polska Ziobrogate, gdzie jeszcze bardziej chodziło o dyskredytowanie przeciwników politycznych przez funkcjonariuszy państwa, zupełnie nie dotyczy prezydenta, a również dla premiera jest już sprawą zamkniętą, chociaż o tyle ciekawą, że poprosił ministra-prokuratora o wyjaśnienie mu w wolnej chwili, o co w tym wszystkim chodzi. Polska Ziobrogate kończy się dymisją wiceministra (który lada dzień otrzyma zapewne równie intratna posadę) i przesunięciem na inne stołki kilku funkcjonariuszy, uprzednio delegowanych do demolowania państwa prawa. Natomiast partia rządząca pozostała w Polsce u władzy i tylko ubyło jej kilka punktów, które postara się odzyskać do wyborów. Jak to zrobi? Finezyjnych pomysłów nie należy się spodziewać.  Myślę, że po prostu powtórzą manewr pozyskiwania dodatkowych głosów rzucając wyborcom kolejne kłamstwa i kolejne pieniądze. Walczący o mandaty prominenci PiS będą się chwalić na spotkaniach oszałamiającymi sukcesami polskiej gospodarki, która na tle innych krajów… itd. Pan premier częściej będzie bredzić o doganianiu rozwiniętych państw zachodnich i łgać o rewelacyjnych wskaźnikach ekonomicznych, licząc -poniekąd słusznie – że ludziom nie zechce się sprawdzać, jak jest naprawdę. A to jest równie groźne i równie godne zdecydowanych przeciwdziałań jak punktowanie rządzących za kolejne przejawy nielegalnego politycznego chamstwa. Bo budowanie fałszywego obrazu gospodarki i rozdawnictwo pieniędzy bez względu na możliwości budżetu realnie grozi scenariuszem greckim, a połączenie tych działań z samowolą i bezprawiem na kilometr pachnie Białorusią. Kampania wyborcza nie jest najlepszą porą, by uświadamiać Polakom, że rozmaite PiS-owskie „plusy” ściągają nad naszą gospodarkę burzowe chmury. Ale to dobry moment, by ogłosić, że projekt 500 plus, którego celem jest wyłącznie zwiększenie dzietności (i dlatego obejmuje także najbogatszych), przyniósł w efekcie ZMNIEJSZENIE liczby urodzin. Warto też pytać, czy jest przypadkiem, że od chwili uruchomienia projektu 500+ , który kosztuje więcej niż wszystkie budżetowe wydatki na szkolnictwo wyższe, spożycie alkoholu w Polsce wzrosło o jeden litr czystego spirytusu na statystyczną wątrobę? Wypada również zawiadomić rodaków, że – jak wynika z ostatniego „rachunku dla państwa”, sporządzanego przez Forum Odpowiedzialnego Rozwoju – każdy obywatel dopłaca do programu 500+ aż 619 zł, a statystyczna 4-osobowa rodzina na czysto otrzymuje tylko niecałe 300 zł.  Rozdający 500+ mogą za tę kwotę kupić nie tylko mandaty poselskie, ale również akceptację dla prawie już niekontrolowanej władzy licznych Misiewiczów, Piebiaków, Ziobrów i samego Prezesa nad prezesy. Obdarowani natomiast mogą za 500 zł kupić coraz mniej. W Polsce gwałtownie rośnie inflacja. GUS poinformował, że w lipcu wzrost cen w ujęciu rocznym sięgnął 2,9%. Według opinii analityków Instytutu Biznesu w kilku najbliższych kwartałach ten trend będzie się pogłębiał i niezbędne jest podjęcie działań przez władze NBP oraz Radę Polityki Pieniężnej – o ile te instytucje w ogóle zauważą bliskie zagrożenie. Od lipca 2018 roku ceny żywności wzrosły o 6,8% . W lipcu 2019 rekordowo urosły ceny warzyw – aż o 32,4%. O 28,4% podrożał cukier, o ponad 12% wieprzowina, o prawie 10% pieczywo. Rosną też ceny usług – choćby wywozu śmieci, który podrożał o jedną czwartą. GUS podał także dane o wzroście PKB za II kwartał 2019 r., które wskazują na widoczne spowolnienie w gospodarce.  Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane. Szczególny niepokój budzi galopujące zadłużenie kraju.  Na początku tego roku dług publiczny przekroczył bilion zł. Odtąd każdego dnia zadłużamy się o kolejne 200 milionów. Statystyczny Polak ma dzisiaj do spłacenia 28 tysięcy zł. A to tylko ten oficjalny dług. GUS po raz pierwszy przekazał oficjalne szacunki ukrytego zadłużenia Polski, które z tytułu zobowiązania państwa polskiego do wypłaty emerytur sięga astronomicznej kwoty 5 bilionów złotych. To mniej więcej wartość PKB, którą za bezdurno musielibyśmy wypracować od dzisiaj aż do marca 2022 roku. Rosnącemu długowi publicznemu towarzyszą coraz liczniejsze prywatne długi Polaków. Wartość kredytów na konsumpcję przekroczyła właśnie 200 mld zł. To jeszcze nie dramat, ale niepokojące jest, że rodacy zadłużają się szybciej, niż rośnie nasza gospodarka. Co będzie, gdy z okresu prosperity wejdziemy w recesję – a przecież wejdziemy na pewno?  Biegli w psychologii biznesu twierdzą, że apetyty na kredyt pobudzane są dochodami uzyskanymi bez większego wysiłku, na które nie ma się wpływu i które maja luźny związek z pracą. Gdy przychodzi kryzys i gospodarka się przegrzewa, wtedy rosną stopy procentowe, a wraz z nimi raty kredytu. Równocześnie pogarsza się sytuacja na rynku pracy, firmy zmniejszają zatrudnienie lub pozbywają się lepiej zarabiających, by w ich miejsce przyjąć nowych, którzy godzą się na niższe uposażenie. Zaczyna się życiowy dramat dłużnika i poręczających, często przepadek majątku stanowiącego zastaw kredytu, potem procesy sądowe, komornik, czasem upadłość konsumencka lub bankructwo firmy… Brakuje pieniędzy na reanimację służby zdrowia, na usuwanie szkód w zdemolowanym systemie oświaty, na walkę ze smogiem i na setki innych naprawdę ważnych przedsięwzięć. A równocześnie nad naszymi głowami fruwają bezpańskie miliardy topione w projektach z góry nierealnych lub tylko niemożliwych do realizacji przez obecną ekipę pełną wysoko opłacanych nieudaczników. Takich projektów, jak choćby tanie domy na wynajem. Do końca 2019 premier obiecał zbudowanie 100 tysięcy mieszkań. Po 8 miesiącach nie zbudowano nawet tysiąca. I nie ma się co dziwić, bo ten projekt, jak wiele innych, jest dla PiS po prostu zbyt skomplikowany. Mianowańcom Kaczyńskiego dobrze wychodzi jedynie proste rozdawanie pieniędzy – oczywiście po zainkasowaniu sowitej prowizji dla siebie i dla swoich.Trzeba o tym mówić co najmniej tak często, jak o odlotach PiS-owskiej elity i aberracjach mściwych zauszników ministra Ziobry, odgrywających się za ostracyzm środowiska. Trzeba mówić o zagrożeniach, które potrafią przewrócić państwo, albo skazać nas w Europie na wieloletni czyściec. Trzeba o tym głośno mówić. Albo wręcz krzyczeć. Andrzej Karmiński Źródło koduj24.pl
Kochamy Morawieckiego juniora, za to że Hendrixa uczył na gitarze grać, za jego przebój„Wyrwij murom zęby krat. Zerwij kajdany podnieś VAT”. Morawiecki to geniusz, który jako jedyny na świecie rozbił młotkiem atom!? I zaraz zrodził się w jego genialnej głowie pomysł na milion aut elektrycznych na polskich drogach. Nie mamy co się martwić prądu do samochodów nie zabraknie, wystarczy kowadło i młotek i już mamy reaktor atomowy!? 
23 08 2019 Trafiła kosa na kamień. Żona Daniela Olbrychskiego dosłownie zmasakrowała posłankę Pawłowicz.
Słynąca z wulgarności posłanka w niedyplomatycznych słowach wypowiedziała się na temat pary znanych celebrytów. „A kto to jest ten jakiś Baron i ta Wieniawa…? Czym się zasłużyli, czego i gdzie dokonali…?”  – zapytała na Twitterze K. Pawłowicz, która najwidoczniej uważa się za osobę „zasłużoną” i z wieloma osiągnięciami na koncie.  Do żenujących wpisów posłanki odniosło się już kilka gwiazd polskiego show-biznesu, wśród nich znalazła się Krystyna Demska- Olbrychska, która poruszyła temat w obszernym wpisie zamieszczonym na Facebooku.
„Szanowna Pani Poseł” – rozpoczęła swój wpis Demska- Olbrychska. „Postanowiłam napisać do Pani kilka zdań sprowokowana Pani bezczelnym komentarzem, jaki pojawił się w mediach społecznościowych w ostatnich dniach. Od razu wyjaśniam, że zwrot »Szanowna« odnosi się wyłącznie do funkcji, jaką pełni Pani niestety ciągle jeszcze w polskim parlamencie, bo Pani sama dawno utraciła wszelkie prawo do jakiegokolwiek szacunku”.
„Z właściwym sobie brakiem wdzięku, za to z dużą dozą chamstwa, pozwoliła Pani sobie na zwrot »ten jakiś Baron« pod adresem Aleksandra Milwiw – Barona.
Otóż proszę Pani, »ten jakiś Baron« to człowiek wywodzący się ze znakomitej polskiej rodziny z tradycjami w wielu ważnych dziedzinach. Pradziadek – znany lwowski adwokat. Dziadek – wybitny wrocławski ginekolog, świetny lekarz, człowiek renesansu bo również – kierownik literacki Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Babcia – wybitna aktorka Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Ojciec – jeden z najwybitniejszych jazzowych saksofonistów Europy. Brat Adam – świetny muzyk, kompozytor, wykładowca i twórca muzyki do spektakli teatralnych, wreszcie Aleksander – gitarzysta zespołu Afromental, kompozytor, producent muzyczny, trener w popularnym programie telewizyjnym »The Voice of Poland«, osoba ceniona i podziwiana w świecie polskiej muzyki ostatnich lat. Więc to nie »ten jakiś Baron«, ale raczej »TEN BARO«”. Mam prawo, mówiąc delikatnie, zwrócić Pani uwagę, bo »TEN BARON« i jego starszy brat Adam to ludzie bardzo mi bliscy, moi chrzestni synowie. Wara więc podła kobieto od obrażania ludzi wybitnych, zdolnych i ważnych dla naszej kultury” – kontynuowała swój wpis Demska - Olbrychska, która – jak się okazało – jest matką chrzestną Aleksandra i Adama Baronów.
„Często używa Pani mediów społecznościowych do obrażania, opluwania i deprecjonowania ludzi, którzy w życiu osiągnęli sukces, którzy są ważni w naszej rzeczywistości, którzy wiele znaczą. Nie przyjdzie Pani do głowy, żeby sprawdzić, choćby w niedoskonałej Wikipedii, kto jest kim, jeśli już zaczyna Pani opluwanie kolejnej osoby, którą zamierza Pani zmieszać z błotem. W swojej bezczelności ale i bezmyślności posunęła się Pani nawet do stwierdzenia pod adresem LGBT (w tekście pod adresem młodego utalentowanego aktora Macieja Musiała) to dla »Boga obrzydlistwo«. Co jest dla Boga obrzydlistwem? To, co sam stworzył? Bo przecież, jak chcemy wierzyć, stworzył świat i nas w nim mieszkających bardzo różnych. Panią też, choć nie jestem pewna, czy jest tym zachwycony, bo obserwując kompletny, zwariowany brak logiki w Pani wywodach, możemy się za chwilę doczekać informacji, że właśnie ekskomunikowała Pani Samego Pana Boga. Na Boga, kobieto! Język na agrafkę i odrobinę serdeczności dla ludzi, odrobinę tolerancji. Będzie Pani lepiej na świecie. Na pewno” – zakończyła swoją wpis żona cenionego aktora.
Wpis Demskiej-Olbchryskiej musiał mocno zaboleć prawicową posłankę. Kobieta wygarnęła jej większość ostatnich przewinień i zyskała przy tym poklask internautów, którzy mają dość medialnej aktywności Krystyny Pawłowicz. „Super tekst, tylko ktoś teraz będzie musiał wytłumaczyć pani Pawłowicz o co w nim chodzi”, „Wielki Szacunek p. Krystyno za cala prawdę, mam nadzieje ze do odbiorcy dotrze”, „Kultura, takt, erudycja…Brawo Krysiu, mocno pozdrawiam!” – to tylko niektóre wpisy, w których internauci podziękowali autorce posta. Źródło: netinfo24.pl, Facebook
Niechluj pozostanie zawsze niechlujem!? Czy doktorat uzyskany na komunistycznej uczelni przez panią Pawłowicz w 1986 roku nie powinien zostać zdekomunizowany i odebrany? To wstyd dla polskiej inteligencji! Krystyna Pawłowicz idealnie wręcz weszła w rolę „starej dewoty” z kółka różańcowego, słynnej już „starej ciotki na imieninach”, która w imię katolickiej nauki społecznej miesza się we wszystkie sprawy życiowe szczególnie młodych członków rodziny bo jej samej życie od dawna nie daje jej satysfakcji więc trzeba je też zatruć innym.

23 08 2019 Farma Ziobrzęca, czyli Orwell w ministerstwie.
W cywilizowanym świecie sędziowie, a już zwłaszcza do spółki z urzędującym ministrem, zazwyczaj nie inspirują ani – tym bardziej – nie organizują ataków personalnych na swoich kolegów po fachu. Każdy wie, że od czasu „dobrej zmiany” przegoniliśmy Zachód i wyznaczamy światowe trendy. Tak było i tym razem, kiedy portal onet.pl odkrył w Warszawie świetnie działającą farmę miejską. Okazało się, że funkcjonuje ona w ministerstwie sprawiedliwości. Z tym, że – inaczej niż na dachach Manhattanu – zamiast pomidorów i sałaty, uprawia się tam fałszywe „newsy”, służące kompromitacji sędziów przeciwnych reformom. Bo jest to „farma trolli”. To – skądinąd – dowód na wyjątkowo racjonalne podejście nowej klasy panującej do skutecznego zarządzania informacją, bowiem wszystko, co potrzebne „trollom” do produkcji tak zwanych kompromatów jest tu dosłownie na wyciągnięcie ręki. I archiwa osobowe, i koordynator w osobie wiceministra sprawiedliwości i jego „Szef”, bo jeszcze przed publikacją ktoś musiał przecież zatwierdzać te wszystkie kwity i strategie ich rozpowszechnienia. A wszystko po kosztach. Dzięki tej „farmie” przez jakiś czas sprawiedliwości działo się zadość, bo sędziowie sypiący piasek w tryby reformy dostawali za swoje, choć wcześniej nie było na nich dobrego sposobu. Nie pomagały szkalujące billboardy Polskiej Fundacji Narodowej ani osobiste działania pana ministra, który chętnie i przy każdej możliwej okazji opowiadał o złodziejstwie tej sprzedajnej kasty. Nie skutkowały czynione przez premiera porównania naszych czterdziestolatków w togach do kolaborantów z Vichy. Ba, nawet samemu panu prezydentowi nie udało się zepsuć sędziom opinii oskarżeniami o nierozliczonych wyrokach ze stalinowskiej przeszłości. „Banda kolesiów” wciąż mogła liczyć na niczym nieuzasadnione poparcie opinii publicznej. Tymczasem – by zacytować klasyka – „prawo prawem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. No przecież…W prokuraturze owszem, już jest względny porządek. Wszystkie sprawy, które powinny być umorzone – są umarzane. Niewygodni świadkowie w procesach niemiłych obozowi władzy okazują się na tyle uprzejmi, że dobrowolnie rezygnują ze składania zeznań, jeden po drugim odchodząc ze świata (teraz, zdaje się, kolej na Marka Falentę, choć wszak „czynił dobrze” obozowi władzy, a ponoć za to nie wsadzają). Niewygodne dowody same z siebie giną lub ulegają zniszczeniu. Śledztwa obiecane suwerenowi są w toku (no, przynajmniej niektóre), a podejrzani w areszcie. Ba, ale tylko ci, którzy trafili w sądach na (wciąż nielicznych) sympatyków „dobrej zmiany”. Bo innych, nie zważając na wszystkie winy Tuska, kasta sędziowska wypuściła na wolność „z braku dowodów”. A przecież wiadomo, że jak się ma człowieka, to dowód zawsze się znajdzie! Już Zbigniew Ziobro najlepiej wie, kto powinien iść siedzieć, a kto – jak bohaterowie „dętych afer” „Srebrnej”, KNF-u i tak dalej – jest absolutnie niewinny. Wszak jest sędzią, prokuratorem i adwokatem w jednym. Tymczasem kasta ciągle swoje… Nie tak miało wyglądać prawo i sprawiedliwość po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości! No więc powstała „farma”. Ale, niestety, po całych miesiącach wielce owocnej działalności została wypatrzona przez pismaków i pojawił się problem. Totalna opozycja zakwestionowała jej legalność oraz morale organizatorów. Elity w Polsce i na świecie ”zawyły” rytualnie, że skandal, że dyskredytacja zawodu prawniczego i plama na kiecce Temidy, bo w cywilizowanym świecie sędziowie, a już zwłaszcza do spółki z urzędującym ministrem, zazwyczaj nie inspirują ani – tym bardziej – nie organizują ataków personalnych na swoich kolegów po fachu. Że to upadek moralny, kompromitacja całego obozu władzy i takie tam inteligenckie dyrdymały. Kto by się tym przejmował, no ale jednak, dla zachowania pozorów, trzeba było zdymisjonować wiceministra i (jak na razie) jednego z jego little helpers, a być może trzeba będzie poświęcić jeszcze parę „trolli”, by ostatecznie wyciszyć całą aferę, choć zwyczajni wyborcy i tak w ogóle nie rozumieją, o co ta cała awantura. Nic ich to nie obchodzi, bo demokrację mamy teraz najlepszą na świecie – transakcyjną, mianowicie. Coś za coś. Kasa, za poparcie. Ten deal nie zawiedzie rządzących dopóty, dopóki stan konta się wyborcom będzie zgadzał. Natomiast różne tam „afery” i „skandale” władzy spływają po nich jak woda po – pardon my French – kaczce.
Natomiast co do wymiaru sprawiedliwości pod nowymi rządami, to sprawa „farmy” po raz kolejny dowiodła, że aby popierać obóz „dobrej zmiany”, a zwłaszcza pracować dla niego, trzeba być człowiekiem zdolnym. Do wszystkiego. Bożena Chlabicz-Polak Źródło koduj24.pl
Z forum: Gdy Ziobro z uporem maniaka twierdził jakoby nic nie wiedział o istnieniu farmy w swoim ministerstwie, przypomniała mi się fraszka „Na matematyka” Jana Kochanowskiego. Warto ją odnaleźć w necie bo trochę pasuje do Ziobry i jego farmy. Trzeba tylko przyjąć że dom to ministerstwo sprawiedliwości a niecne słowo użyć w liczbie mnogiej i w szerszym, bardziej ogólnym znaczeniu.
NA MATEMATYKA
Ziemię pomierzył i głębokie morze,
Wie, jako wstają i zachodzą zorze;
Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
A sam nie widzi, że ma kurwę w domu.
18 08 2019 Marszałek wysokich lotów (czyli o frajerach oraz standardach).
Dla mniej więcej połowy rodaków najbardziej liczy się zaradność i dbałość o własne (i znajomych) interesy. Pan Marszałek Kuchciński (Kochany) poleciał, a PiS-owi znowu urosło w sondażach o ładnych parę procent. To zjawisko daje się obserwować od początku rządów formacji pana prezesa, ale teraz, pod koniec kadencji, wyraźnie się nasiliło, przechodząc w regułę. Im bardziej jawnie państwo z PiS-u „lecą sobie” ze społeczeństwa, w tym zwłaszcza z własnego elektoratu, tym wyżej szybują im wyniki poparcia. Jak to działa, to zagadnienie dla socjologów (czy też raczej psychologów), ale w zasadzie nie ma w tym żadnej tajemnicy. Po prostu – w osobie Marszałka Kochanego Kuchcińskiego aktualna władza spełniła – i to nawet z naddatkiem – swoje wszystkie obietnice wyborcze. I to się ludziom podoba. Bo przecież miała być skuteczna, zaprowadzić ład i porządek, zadbać o potrzeby zwykłego człowieka i zadbać o poszanowanie „wartości” i tradycji. I ona, władza w osobie Kochanego Marszałka Kuchcińskiego, właśnie to robiła! Dlatego pan prezes z niekłamanym żalem mówił, w związku z marszałkową dymisją, że to kara „za niewinność”.
Weźmy skuteczność, bo w tej pan marszałek nie ma sobie równych. Dziewięćset ustaw uchwalonych za jego skróconej kadencji, to światowy rekord. Zwłaszcza przy czynnym (próba puczu) oporze opozycji. A przecież marszałek Kochany dał radę. Nie spał po nocach, a dał. A w przerwach głosowań w Sali Kolumnowej zdążył jeszcze pięknie umundurować (a wcześniej powołać) Straż Marszałkowską! Nikt, jak on, nie zdołał dotąd przywołać poselskiego żywiołu do porządku i nikt nie sprawił, żeby Sejm mówił – jak za jego rządów – jednym głosem (tak się składa, że był to akurat głos partii aktualnie rządzącej). Tak więc, w parlamencie panował przez niemal cztery lata niespotykany tam dotąd ład oraz porządek. Udało się nawet obronić panie i panów posłów przed nagabywaniem przez pismaków i spacyfikować bojówki niepełnosprawnych, które wdarły się przemocą na sejmowe korytarze! Takiej władzy ludziom trzeba. Skutecznej, zdecydowanej i stanowczej. No i takiej, która coś może. Bo co było wcześniej? Przyszedł człowiek do znajomego polityka w sprawie dowolnej, dajmy na to potrzebował dobrze płatnej posady dla syna, miejsca w szpitalu dla kuzynki, jakiegoś pozwolenia, koncesji czy dotacji, i co słyszał? No, że sorry, stary, ale wiesz, jak jest. No co ja mogę? Sam rozumiesz – konkursy, przetargi, przepisy, a wszystkie decyzje i tak zapadają gdzieś niżej. Nie mam – jak to mówią – przełożenia na szpital w X czy urząd miejski w Y. Teraz to są zupełnie inne standardy. Partia aktualnie rządząca jak obiecała zmianę tychże (standardów, znaczy) tak też uczyniła i teraz polityk zbliżony do prezesa może wszystko. Potrzeba nowa droga asfaltowa, przekop przez Mierzeję, stanowisko asystentki w banku dla sympatycznej rusycystki lub lotnisko międzynarodowe w Radomiu? Mówisz i masz! Trzeba tylko znać (i popierać) kogo trzeba. No a w „ustawianiu się” i układach to wciąż jesteśmy znacznie lepsi niż w konkursach i przetargach. Taka tradycja, którą partia rządząca przywraca, i której broni.
Z tym mieszkaniem w pałacu i lataniem na Podkarpacie pan Marszałek Kochany też utrafił w oczekiwania elektoratu. Jak się panuje, to się żyje po pańsku. Inaczej nikt władzy nie szanuje i ona nie budzi należnego respektu. Niby gdzie miał mieszkać, w bloku może? Albo latać Ryanem? A zresztą – była okazja, to skorzystał. Inaczej wyszedłby w oczach wyborców na ostatniego frajera. No a czy frajer może (i powinien) rządzić państwem? A poza tym – jakby miał zadbać o interes własny i narodu, gdyby nie umiał (lub nie chciał) korzystać z okazji? A że się nie przyznał i szedł w zaparte, to też słusznie, bo jak w końcu powiedział, jak było, to zaraz się musiał podać do dymisji, że niby naruszył jakieś standardy. Europejskie, znaczy. Ale nie od dziś wiadomo, że nam z Europą to nie za bardzo po drodze i u nas normy etyczne są zupełnie inne. Bo taka już nasza kulturowa specyfika. No i właśnie dlatego pan prezes żegnał Marszałka Kochanego tak serdecznie, odwołując „za niewinność”. Zwłaszcza, że był to marszałek naprawdę wysokich lotów. I na wysokim poziomie.
Natomiast co do standardów, to nie od dziś wiadomo, bo tak było również za komuny, że dla mniej więcej połowy rodaków najbardziej liczy się zaradność i dbałość o własne (i znajomych) interesy. Po co płacić, jak się nie musi. Dlaczego nie ominąć zasady, przepisu czy ustawy? Dlaczego nie ściągać na testach? Nie brać lewych zwolnień? Nie sięgać po świadczenia? Czemu nie donieść na kogoś (zwłaszcza fałszywie) gdy można się w ten sposób pozbyć konkurencji? Jak nie wykorzystać pijanej (to patent redaktora Ziemkiewicza)? I jak nie powtarzać w kółko „wina Tuska”, jeśli lud zawsze „to kupi”, co wcale nie znaczy, że jest „ciemny”, ale raczej, że ma w tym interes? Tylko głupi by nie poparł takiej sprytnej, zaradnej i rozumiejącej moralność i potrzeby zwykłego człowieka ekipy. Ona jest jak zwierciadło na gościńcu. Kto w nie spojrzy, to jakby oglądał samego siebie. Toteż z każdą „aferą” poparcie dla partii rządzącej tylko rośnie. Bożena Chlabicz-Polak Źródło koduj24.pl
Za demokracji wszystko niczyje.- Młynarz Kokeszko „Sami swoi”
Latał za państwowe, nie moje, to co mnie to obchodzi. Tak myśli zdecydowana większość społeczeństwa! Kiedy to się zmieni, i pojmą, że państwowe to moje, twoje, jego !?

Fałszywi KOR-owcy po Magdalence 1989 roku najmniejszym palcem nie ruszyli w obronie wyrzucanych na bruk robotników polskich, bo tak byli zajęci, pochłonięci na całego załapywaniem się, jak mawiał Wałęsa, obrzydliwym uwłaszczaniem się na własności państwowej (uznawanej przez nich za niczyją) i na prywatnej, której Naród Polski niestety nie był w stanie upilnować przed zorganizowaną sitwą.
Z forum: Prawdziwy Polak katolik jest pełen uznania dla złodzieja i współczuje, że takowego przyłapano. W tych chorych mózgach nie postoi myśl o tym, że złodziej kradnie nasze, a więc i ich, pieniądze. Czego jednak po nich oczekiwać. Wystarczy pójść na przystanek komunikacji miejskiej i zobaczyć ile tam na chodniku niedopałków chociaż stoją dwa kosze na śmieci z częścią wydzieloną na niedopałki. Teren wokół przystanka wspólny to dbać o niego nie należy. Polska to też twór mający dostarczać pieniędzy ale dbać o nią nie trzeba. 
17 08 2019 Polscy fanatycy szaleją. Fanatyzm jest gorszy od faszyzmu.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że naród polski podzielił się na „panów”, którym wolno wszystko i resztę, której nie wolno nic. Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego, „fanatyzm” to nieustępliwa, bezkrytyczna wiara w słuszność jakiejś sprawy, połączona z nietolerancją i ostrym zwalczaniem odmiennych poglądów. Przez całe lata problem fanatyzmu właściwie nas nie dotyczył. Z oburzeniem obserwowaliśmy jego przejawy na świecie, oddychając jednocześnie z ulgą, że to daleko, że nam to nie grozi. A tu proszę… wystarczyło stworzyć odpowiednie warunki i ciach…fanatyzm wyskoczył z polskiej szafy i od 4 lat nas katuje. Mało tego, walnął Polskę ten fanatyzm od razu z grubej rury, bo objawił nam się w trzech odsłonach i mamy więc z marszu fanatyków Polskiej Instytucji Kościelnej, fanatyków partii rządzącej i fanatyków nacjonalizmu z pięknie wyeksponowanymi elementami neofaszyzmu i neonazizmu. Trzeba przyznać, że trzy gatunki fanatyków jak na jedno państwo, takie jak Polska, to zdecydowanie za dużo.
Zacznijmy od fanatyków obecnej władzy. Jeszcze do niedawna usiłowałam zrozumieć, dlaczego są tak ślepo zapatrzeni w prezesa i jego ludzi. Analizowałam dokładnie przyczyny tego stanu rzeczy, współczułam, że tacy byli zaniedbani przez poprzednie rządy, tak im było pod górkę, marzyli o państwie opiekuńczym, które załatwi za nich wszystkie problemy, sporo da nie zmuszając ich do jakiejkolwiek aktywności życiowej. Chciałam też zrozumieć postawę przedstawicieli inteligencji, którzy borykali się z pewnym niezrozumieniem i niedocenieniem, a poczucie wartości własnej w sferze zawodowej leżało na obie łopatki. Oni mówią, że nie mogli się przebić, nie mieli szans zabłysnąć, nie mogli pokazać, jacy są genialni, jaki mają potencjał i ile mogą wnieść w polską naukę, gospodarkę i kulturę. Partia Kaczyńskiego bardzo umiejętnie zagospodarowała każdego, kto ma wielkie poczucie krzywdy, wielką postawę roszczeniową, chce wreszcie poczuć się ważnym, a jego możliwości nie nadążają za własnym ego. Nie ukrywam, przez minione lata usiłowałam rozmawiać z fanatykami PiS-u. Tłumaczyłam, że owszem, w trakcie przemiany ustrojowej, podczas kryzysu gospodarczego, gdzieś tam umknęli władzy, zostali pozostawieni sami sobie, ale powinno się połączyć dwa w jedno. Czyli lepszy byt, oparty przede wszystkim na własnej aktywności i odpowiednich programach rządowych, które tę aktywność wesprą z rozwojem własnej tożsamości obywatelskiej. Tożsamości, która pozwala na rzetelną ocenę partii, która właśnie Polską steruje. Która kształci umiejętność myślenia perspektywicznego i dostrzeżenia, na jakiej już mieliźnie się znajdujemy.Naprawdę próbowałam, ale skutki tego praktycznie zerowe. Fanatycy PiS-u są głusi i ślepi. Ich partia może wszystko. Może kraść, niszczyć gospodarkę, kłamać w żywe oczy, manipulować, ważne że dzieli się z nimi. Ich nie ruszą żadne afery. Loty Kuchcińskiego, SKOK-i, KNF, niebotyczne samonagradzanie się, rozwalona edukacja, oderwanie się od wspólnoty europejskiej, bo Trump im bliższy, demolka państwa. To ich nie obchodzi. Nie zastanawiają się, jak będzie przyszłość, bo teraz jest im po prostu cudownie. Bo w ich „polskości” jest miejsce dla Polski tylko takiej, w której im będzie dobrze, a całą reszta… na drzewo. Fanatycy PiS rosną w siłę. Są coraz bardziej roszczeniowi i będą walczyć o zachowanie pisowskich standardów do ostatniej kropli krwi, bo dla nich to walka o życie… ich życie.
Kolejni fanatycy zebrali się tłumnie wokół Polskiej Instytucji Kościelnej. To już jest autentyczna jazda bez trzymanki. Łażą po ulicach miast i miasteczek, grożąc każdemu, kto myśli inaczej, różańcem i krzyżem. Lżą, plują, są pełni agresji i… są coraz bardziej widoczni. Niosą ze sobą Słowo Boże, ale nie to, prawdziwe, ale głoszone przez hierarchów kościoła. Ludzi, żyjących w niesamowitym przepychu, w wypasionych rezydencjach, jeżdżących wypasionymi brykami, uważających, że Polska to ich prywatny folwark, więc naród ma żyć tak, jak oni mu nakazują. Fanatycy PIK wybaczą swojemu kościołowi wszystko. Pedofilię, bo zapewne księdzu wolno gwałcić dzieci, bogactwo, bo na to zapracował, upolitycznienie. Tylko oni mają prawo decydować, jak w Polsce żyć, jak się kochać i z kim, kogo mieć za sąsiada, komu się kłaniać, a kogo nienawidzić. Każdą bzdurę przyjmą z miłością i razem ze swoimi, zbrukanymi zdradą wartości religijnych, kapłanami ruszą w krucjatę, której celem Polska katolicka. Państwo teokratyczne.
No i czas, by przejść do „esencji” polskiego fanatyzmu. To nasi chłopcy narodowcy, duma dzisiejszej Polski, prawdziwi patrioci i jedyni, co to tyle gadają o przywileju śmierci za Ojczyznę. Wypasieni, rozwinięci fizycznie, obklejeni ze wszystkich stron symbolami, mającymi podkreślić ich umiłowanie polskiej historii (oczywiście tyko tej fragmentarycznej, dopasowanej do ich poglądów). Coraz bardziej agresywni, z misją Polski tylko dla Polaków i to najchętniej białych, heteroseksualnych i posłusznie poddających się ich zasadom, ich wizjom, ich poziomowi. Niosą na transparentach hasła, rodem z nazistowskich Niemiec, udają, że krzyż to tylko miłość do symbolu celtyckiego, mają twarze wykrzywione nienawiścią, a nadmiar adrenaliny wyładowują na każdym, kto nie z nimi.
Trzeba pamiętać o tym, że te trzy fanatyzmy łączą się ze sobą, splatają wspólnym interesem, harmonizują wręcz idealnie. Wzajemnie się wspierają, razem maszerują, walą na przemian, raz różańcem, raz kamieniem. Rzucają petardami, plują, są coraz bardziej zaciekli, chętni do stosowania przemocy fizycznej i na każdym kroku pokazują, że dzisiejsza Polska należy tylko do nich. No i, jak to z fanatykami bywa, nie ma szans na to, by zmusić ich do jakiejś refleksji, przemyśleń, zmiany stanowiska. Tylko ktoś bardzo naiwny może wierzyć, że jest w stanie przemówić im do rozumu, wyjaśnić, skutecznie uderzyć merytorycznymi argumentami. Niestety, ci nasi fanatycy są tak zindoktrynowani, tak oddani swoim prawdom (a właściwie nie swoim, ale tym, podanym na tacy), że nikt i nic do nich nie trafi. Lata grzebania w umysłach przez PiS, PIK i ideologów nacjonalizmu zrobiły już swoje. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że naród polski podzielił się na „panów”, którym wolno wszystko i resztę, której nie wolno nic. Ci „panowie” ubrani w ostry fanatyzm, dzisiaj właśnie są górą. To oni mają patent na polskie życie, na polskość w rozumieniu obyczajowości i obowiązujących zasad. To oni mają dyktować narodowi, co jest dobre, a co złe. Oni mają prawo, by zepchnąć całą „niewygodną” resztę poza margines społeczny. Tak im przyzwoliło PIK i PiS.
Wiem też jedno. Raz wypuszczone demony tak łatwo nie dadzą się wepchnąć do szafy. Tak rozhuśtani fanatycy nie zgodzą się na normalność Polski, jej demokratyczny charakter. Państwo, którego prawo chroni fanatyków, to państwo, gdzie nie da się żyć. Taka właśnie jest dzisiejsza Polska i zapewne od października te trzy fanatyzmy będą się umacniać i coraz boleśniej nas podgryzać. Dlaczego? Bo ich broni prawo, bo fanatycy gwarantują władzy ciągłość rządów, a my… my jesteśmy zbędni i nasz polski „trójfanatyzm” stanie na uszach, by nas zniszczyć, zgnębić i całkowicie podporządkować. Obawiam się, że ciężkie czasy przed nami… jeszcze bardziej mroczne niż teraz. Tamara Olszewska Źródło koduj24.pl
Tym którzy są na tej władzy szczycie i wszystkim kierują nic rozumu nie odebrało. Oni dokładnie wiedzą co robią i jaki mają plan. Planem tym jest po prostu mieszanka faszyzmu z katolickim fanatyzmem z centralną postacią wodza-zbawiciela Jarosława K. Brakuje im honoru, moralności, empatii, może trochę instynktu zachowawczego, ale na pewno nie rozumu. Oczywiście mowa o tych na szczycie. Wykonawcy rozumu nie potrzebują, mają tylko składać dowody wierności i uwielbienia. 
15 08 2019 Źle się dzieje w Akademii Wojsk Lądowych. „Zgliszcza i kompletna degrengolada, które pozostawił po sobie Macierewicz” Portal onet.pl zamieścił ciekawy artykuł pt. „Bunt podchorążych wojskowej uczelni. W ruch poszły petardy i słoiki z moczem”. Przyjrzyjmy się zatem bliżej, co dzieje się w szkole, która zawsze cieszyła się ogromną renomą. Akademia Wojsk Lądowych im. Tadeusza Kościuszki, do 2017 roku znana jako Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Lądowych to największa i najważniejsza uczelnia w Polsce, kształcąca przyszłych dowódców wojskowych. Dzisiaj po rządami Dariusza Skorupki, który w błyskawicznym czasie przeskoczył ze stopnia pułkownika na generała, stała się ofiarą niekompetencji i braku umiejętności zarządzania. To za Skorupki zamieniono doświadczonych wykładowców na teoretyków, nie mających pojęcia o służbie liniowej i w tym kontekście często słychać opinie, że uczelnia „schodzi na psy”. Uczelnia ta, która w zamyśle nowego kierownictwa miała być „największą szkołą liderów” w Europie, jak opisuje onet, boryka się z próbą fałszowania wyników naukowych, które jednoznacznie pokazują spadek zaufania do przełożonego wśród podchorążych Akademii o 41 proc., szacunku do symboli narodowych o 35 proc., a lojalności wobec przełożonego o 25 proc i blokuje obronę prac doktorskich przez młodą kadrę naukową. Spora część wykładowców już odeszła z uczelni, a wielu zastanawia się nad podjęciem tego kroku. Również sporo podchorążych rezygnuje z nauki już po pierwszym roku. Podobno powodem ich decyzji są koszmarne warunki bytowe (wszy w akademikach, fatalne wyżywienie, rozsypujące się sanitariaty), bardzo niski poziom nauczania, brak zajęć praktycznych. W mailu do redakcji Onetu jeden ze studentów pisze, że „ta uczelnia, to jeden wielki cyrk. Panuje kolesiostwo, a ludzie z wiedzą oraz chęcią jej przekazania, szybko z uczelni wylatują lub są odstawiani na bok. Schedę przejmują ludzie bez pomysłu i kompetencji. Większość ćwiczeń polega na bezsensownych zadaniach byle tylko »odbębnić« swoje. Jak tak beznadziejni wykładowcy mogą kształcić najlepszych liderów w Europie (…) Duża część wojskowych wykładowców to osoby, które obrywały na studiach, a teraz wyżywają się na podopiecznych. Sam trafiłem na prowadzącego, który na starcie zwrócił nam uwagę że jesteśmy przy nim »niczym«, a jak nam się nie podoba, to mamy wyp…”. Trudno się więc dziwić, że podchorążowie mają już dosyć. Iskrą zapalną miał być bałagan, związany z organizacją uroczystości zakończenia roku akademickiego i wręczenia patentów oficerskich podchorążym. Patent to najważniejszy dokument oficerski, podpisany przez prezydenta i z kontrasygnatą premiera, jest przepustką do wstąpienia do korpusu oficerskiego. Kiedy przed uczelnią pojawili się bliscy i rodziny absolwentów, okazało się, że nie mogą wejść na teren szkoły, donosi onet, bo…promocja oficerska może się nie odbyć. Ponoć prezydent Duda nie podpisał aktów oficerskich i stąd ten bałagan. Absolwentom nerwy puściły. W kampusie doszło do zamieszek. Z okien leciały słoiki z moczem, rzucano petardami i palono ogniska. Na jednym z wrocławskich mostów pojawił się transparent, z nie przebierającą w słowach, oceną dwóch wykładowców. Zamieszanie trwało do późnych godzin nocnych i jak mówi jeden z oficerów, który obejrzał filmik z tymi wydarzeniami, bardziej to przypominało bunt w więzieniu niż zakończenie roku. Instytucje, odpowiedzialne za przekazanie patentów w odpowiednim czasie, uważają, że wszystko jest w porządku. Według Centrum Informacyjnego Rządu, „dokumenty związane z kontrasygnatą przez Prezesa Rady Ministrów postanowienia Prezydenta RP o mianowaniu 260 absolwentów Akademii Wojsk Lądowych na pierwszy stopień oficerski były procedowane zgodnie z przyjętą praktyką, a uroczystość promocji na pierwszy stopień oficerski odbyła się w zaplanowanym wcześniej terminie”. Co innego mówi informator Onetu z Pałacu Prezydenckiego. „Afera była na cztery fajerki. Na początku myślałem, że patenty utknęły w Departamencie Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON, ale później okazało się, że przetrzymała je Kancelaria Premiera, której wysłano je do kontrasygnaty. Na cito do pałacu był wzywany minister obrony Mariusz Błaszczak. W końcu z opóźnieniem, ale dotarły do Wrocławia”.
Udało się więc przeprowadzić uroczystości w terminie, jednak czy to kończy całą sprawę? „Destrukcja, która zaczęła się cztery lata temu, doszła już do kompletnej dewastacji tej uczelni. Historie z doktoratami blakną przy tym, co działo się na uczelni przed promocją. Zakładam, że w historii szkolnictwa wojskowego jeszcze coś takiego się nie zdarzyło. Komendant mógł reagować wcześniej. To nie są sytuacje, które dzieją się za dziesięć dwunasta. Po czymś takim nie powinien pełnić swojej funkcji dłużej niż dwa dni. Naprawdę nie mam skali na ten bałagan”, to słowa jednego z oficerów i trudno się z nim nie zgodzić. Ciekawa jestem jak władze uczelni odniosą się do tego artykułu na Onecie. Przemilczą czy też będą usiłowały udowodnić, że dziennikarzy poniosła fantazja i te newsy są wyssane z palca? Tamara Olszewska Źródło: onet.pl
A wszystko przez to, że prezydent Duda nie dostał rozkazu podpisania patentów oficerskich. Prezes był strasznie zajęty, jeździł na przypadkowe festyny rodzinne z przypadkowymi obywatelami, no i nie miał czasu przeprowadzić selekcji, ten może być oficerem, a ten nie, bo nie nasz.
Z forum: Jeśli to prawda, komendant Akademii winien wylecieć na bruk. Pytam, gdzie były wszystkie szczeble dowodzenia od dowódcy plutonu do komendy włącznie?, gdzie były służby odpowiedzialne za zbieranie informacji? Papierowy komendant,, czytaj kanapowy nie podołął obowiązkom. Oficerowie w pionie dowodzenia, szkolenia to jak mniemam większość teoretyków co to ze strachu przed jednostką, przed obowiązkami , dzięki koneksjom z posłami, przełożonymi, politykami zadekowała się w szkole. Należało podjąć szybkie i zdecydowane działania personalne najpierw na najniższym poziomie potem sukcesywnie w górę. Ustępstwa w tej mierze tylko ośmielą innych do bardziej zdecydowanych działań. Kompromitacja MON, upadek. Za komuny byłoby to nie do przyjęcia. Jestem wstrząśnięty poziomem dowodzenia, prawie jak 1939 r.. Co do reszty, to wymaga to analiz na właściwym poziomie. 
13 08 2019 Prawica sięga po dzieci? 15 latek z krzyżem przeciw Marszowi Równości.
Prawicowe media zachłystują się patriotyczną i katolicką postawą 15 latka. Niejaki Jakub Baryła próbował krzyżem zatrzymać sobotni Marsz Równości w Płocku. Młodzieniec wystąpił podczas marszu w roli rozmodlonego, niewinnego i całkiem przypadkowego dziecka, które broni chrześcijańskich wartości. Sam, w niebieskiej bluzie, z dość dużym drewnianym krzyżem i różańcem w ręku, ruszył przeciw uzbrojonej policji i tłumowi z tęczowymi flagami. Nieugięty, zastygły w swej wzniosłej pozie chłopiec, szybko okazał się nie być anonimem, ale 15-letnim radnym z tzw. Młodzieżowej Rady Miasta Płock, ciała powołanego przy Radzie Miasta Płocka. Jestem tutaj, aby bronić mojej katolickiej wiary. Mogą mnie panowie stąd wynieść. — mówił Jakub do policjantów, ochraniających marsz LGBT w Płocku. Jakub Baryła, na swoim Facebooku, przedstawia się jako „katolik, tradycjonalista, konserwatysta, Polak, patriota i nacjonalista”.  W Internecie można znaleźć jego fotografie z takimi postaciami jak Wojciech Cejrowski, Kaja Godek czy Janusz Korwin-Mikke. Na prawicy szał. Piszą o nim portal braci Karnowskich wPolityce i Fronda. Wypowiedział się też narodowiec Krzysztof Bosak: „Jakub Baryła z krzyżem w ręku próbował zatrzymać marsz LGBT w Płocku. Poruszył internautów z całego świata. ‚Boże błogosław Polskę'”.  Jakub Baryła: Ojcze Kramer: Pan Jezus z Krzyżem stanął na przeciw złu i grzechom. Nasza Wiara Święta nakazuje nam przeciwdziałać złym czynom. Ja także usiłowałem to zrobić. Mówienie, że szedłem przeciw ludziom jest krzywdzące, szedłem przeciw złym czynom, którymi jest promocja homoseksualizmu.  Nagrania z akcji Jakuba Baryły udostępniają już nie tylko polscy internauci. Sam nastolatek komentuje sobotnie wydarzenie: – „Chciałem przypomnieć gest księdza Skorupki z bitwy z bolszewikami” i podkreśla, że bliskie są mu wartości katolickie, a do blokady płockiego marszu przygotowywał się od dawna." Na swoim Facebooku napisał też: „Udało mi się zdobyć Krzyż Święty i z nim blokowałem trzykroć marsz, zostałem usunięty siłą i spisany. Po marszu niestety rozpocząć się miały przepychanki (…) – komentował Baryła.
Komentowali też internauci: „Chłopak nie miał od początku krzyża, wcześniej, przez dłuższy czas wykrzykiwał różne teksty razem z kolegą, szedł z Marszem. Dostał go od któregoś z dorosłych (1 z panów tych, bardziej „aktywnych” cały czas był gdzieś obok niego). Zrobili dziecku sieczkę z mózgu. Sąd rodzinny…” - Jakubek: "Usiadłem na bruku i modliłem się po łacinie słowami modlitwy „Salve Regina” (..) Byłem skupiony na krzyżu, który trzymałem w ręku (...) Mam wrażenie, że kierował mną Bóg"  - „A ja mam wrażenie, że Jakubkowi potrzebny jest dobry psychiatra”  - „To jest całe przedsięwzięcie medialne. Ustawka przed policją, sesja foto jak marzenie. Dzisiaj powstał też profil tt, rzekomo prowadzony przez 15 latka, na którym wypowiada się jak 40 latek. Profil ma pomad 1500 obserwatorów w jeden dzień. Nie widzę w tym przypadku”.  - I inne wpisy: „Podobnie „przypadkowy” chłopak w 2015 zagadnął prezydenta Komorowskiego o pracę dla siostry. Znaleźli metodę szybkiego przekazu medialnego. Ciemny lud to chwyta jak pelikan g..no”. – „Czyli perfidne wykorzystanie małolata! Mam nadzieję, że odpowiednia organizacja broniąca praw dzieci już wystąpiła do sądu o odebranie rodzicom/opiekunom praw rodzicielskich i ewentualne ukaranie innych dorosłych biorących udział w tym!” Są też wpisy popierające młodego nacjonalistę i homofoba: „Protest Jakuba Baryły, 15-letniego radnego Młodzieżowej Rady Miasta Płock przeciw tzw. marszowi równości w jego mieście. Są jeszcze, jak widać, młodzi – zdroworozsądkowi”. - Ehhh...LGBT nie chce ani równości, ani tym bardziej tolerancji. Oni chcą dokładnie tego samego, co chciał bolszewizm i niemiecki narodowy socjalizm - "Macie myśleć i robić, jak wam każemy. Bo inaczej was zmieciemy." Tak to właśnie wygląda.  No cóż… „Alleluja i do przodu” jak mawia o Rydzyk. Źródło: naTemat koduj24.pl
Kaczyński rozkręcając wojenkę o LGBT, mobilizuje elektorat do głosowania na PiS!? Dziwi mnie to, że lewica dała się wciągnąć w wojnę, i nawet nie zauważa, że walczy po stronie Kaczyńskiego. SLD i jej koalicjanci to taki Koń Trojański Kaczyńskiego.
Zaczyna się wielka krucjata nowego przedmurza chrześcijaństwa. Może nawet Antoni Kettling z Małym Rycerzem w końcu się wysadzą w twierdzy własnego obłędu.
Ci fanatycy z sekty smoleńskiej w jednej ręce trzymają różaniec, w drugiej miecz, krzyż mają na piersi, nienawiść w sercu, a na ustach Jezus Maryja.
Polska na krawędzi wojny domowej! Dzieci już brutalnie atakują marsze LGBT, komu to taką przyjemność sprawuje i ciągle te marsze organizuje!? Ten co wydaje zezwolenie na marsze przez pomyłkę nazywane równości, bo faktycznie to są marsze nienawiści i skumulowanej agresji, powinien z własnej kieszeni pokryć koszy ochrony!?

Z forum: - Ach ta poza wystudiowana, tę oczęta natchnione ku niebu wzniesione, taka nasza „Wolska Wolność wiodąca ludzi na barykady”, tylko w nieco bardziej przaśnej, bogoojczyźnianej wersji! Co ta dziecina wie o świecie?? Już sam panteon jego idoli (Cejrowski, Godek, Mikke) świadczy o tym, że z krytycznym myśleniem u niego cienko. No ale co wymagać od dzieciaka co to jeszcze ma mleko pod nosem… Pewna część mnie serdecznie mu współczuje.
- Myślę, że ta „dziecina” już dużo wie o świecie. Zdolny, cwany, wyrachowany, bez skrupułów. Przed nim kariera. Ja w jego „natchnionych oczętach” widzę cynizm. 
11 08 2019 Prezes planuje zemstę po wyborach.
Jarosław Kaczyński odwołał Marka Kuchcińskiego, ale najwyraźniej jest zdania, że to wielka niesprawiedliwość, bo te loty się nam po prostu należały. Wściekłość wyraźnie wyczuwalna w głosie Jarosława Kaczyńskiego na krótkiej konferencji prasowej, w czasie której zapowiedziano dymisję Marka Kuchcińskiego, każe się domyślać, co będzie dalej, jeśli nie daj Boże PiS wygra wybory i będzie rządzić przez kolejne cztery lata. Marszałek Sejmu nie złamał prawa ani dobrego obyczaju, ale jeśli państwo są innego zdania, to niestety musimy się ugiąć i go odwołać; to wielka niesprawiedliwość – taki mniej więcej był sens komunikatu, który Prezes Tysiąclecia wycedził przez zaciśnięte zęby. I zaapelował do mediów, zwłaszcza krytycznych wobec PiS, by wzięły na warsztat loty Donalda Tuska z czasów, gdy był premierem. Kaczyński chyba naprawdę jest przekonany, że „Polacy, nic się nie stało”. Że „te przeloty się nam po prostu należały”. I że musi ustąpić w obliczu propagandowej przemocy stosowanej przez politycznych przeciwników.
Sam wódz Prawa i Sprawiedliwości, choć ma wizerunek abnegata niezbyt zainteresowanego dobrami doczesnymi, przyzwyczajony jest do wielkopańskiego stylu. Od wielu już lat wożony jest samochodem, ma świtę złożoną z własnego kierowcy, sekretarki i ludzi zajmujących obsługiwaniem go, robieniem zakupów itp. Z publicznego transportu od dawna nie korzysta, samochodu nie prowadzi, w sklepie raczej nie da się go spotkać (choć kiedyś opowiadał w wywiadzie, że lubi oglądać wystawione tam puszki piwa, ot, taki kaprys: inni oglądają zegarki i spinki do mankietów za 10 tysięcy, a ja, skromny prezes – piwo).Nie dziwi go więc, że i jego wasale są wożeni wraz z krewnymi i przyjaciółmi. Ten przywilej po prostu przysługuje najwyższym osobistościom z kręgu pisowskiej Rodziny. Możemy się jedynie domyślać, jakie procesy myślowe dojrzewają teraz w głowie prezesa i jakie emocje buzują w jego sercu. Poczucie krzywdy, złość, rozżalenie, żądza zemsty – ta wybuchowa mieszanka czeka na sprzyjający moment, żeby zapłonąć ogniem zniszczenia . A wówczas biada tym wszystkim, których Kaczyński uznaje za sprawców swego nieszczęścia. Czyli redakcjom, które ośmieliły się rozdmuchać sprawę lotów Kuchcińskiego. Mamy nawet przykład pokazujący, jaki może być dalszy bieg wydarzeń. W październiku 2016 roku węgierskie media ujawniły, że Antal Rogán, minister bez teki i szef gabinetu premiera Węgier Viktora Orbána, poleciał na ślub córki helikopterem. Choć śmigłowiec należał do prywatnej firmy z którą interesy robiła żona ministra, ten wielkopański styl zbulwersował opinię publiczną. Rogán najpierw się wypierał i groził dziennikarzom wytoczeniem procesów, ale „Népszabadság” , największy dziennik Węgier, rangą odpowiadający „Gazecie Wyborczej”, opublikował zdjęcie ministra, który na lotnisku przesiada się z helikoptera do limuzyny. Biedujący Węgrzy (światowy kryzys finansowy spowodował tu znacznie większe spustoszenia niż w Polsce) byli oburzeni stylem życia elit. „Népszabadság” przestał się ukazywać. Po zamknięciu sobotniego wydania dziennikarze spokojnie poszli do domów, myśląc, że w poniedziałek rozpoczną pracę w nowej siedzibie, bo akurat planowano przeprowadzkę redakcji. Tymczasem w czasie weekendu do ich drzwi zapukali kurierzy z listami poleconymi informującymi, że mają już nie przychodzić, bo wydawanie gazety jest zawieszone. Prywatny wydawca motywował tę decyzję względami ekonomicznymi, ale akurat w ostatnim okresie gazeta wyszła na prostą i przestała przynosić straty. Na Węgrzech krążyła pogłoska, że bezpośrednio przed zamknięciem dziennika premier Orbán miał rozmawiać z jego właścicielem. Niespełna trzy tygodnie później całe wydawnictwo zostało wykupione przez firmę związaną z ludźmi władzy. W ten oto sposób w 2016 roku z węgierskiego rynku prasowego zniknął „Népszabadság” – ostatnia duża gazeta krytyczna wobec władzy, która ośmieliła się wytknąć rządzącym wielkopański styl życia i latanie helikopterem na imprezy rodzinne. Przypomniało mi się to, gdy słuchałem wściekłego Jarosława Kaczyńskiego, cedzącego przez zaciśnięte zęby komunikat o dymisji marszałka Sejmu. Wojciech Maziarski Źródło koduj24.pl
Kaczyński jak zwykle wyjdzie z tych afer bez najmniejszej skazy, wszyscy będą winni tylko nie on. Wszak Kaczyński jest tak uczciwy jak Stalin, aż do bólu!? Zobaczcie jaki dobroczynny i troskliwy jest Kaczyński z nosa wydłubie i z innym się podzieli. Boję się tylko jednego, że kiedy cała władza spocznie w rękach Kaczyńskiego to on w swej dobroci zagłaszcze naród na śmierć. Bo to strasznie mściwy i zarozumiały osobnik.
Czy Polska jest rządzona zgodnie z wolą ludu? Kto stanowi prawo? W Polsce do sądu nie idzie się po sprawiedliwość tylko po korzystny wyrok. Tak mi powiedziała jedna pani adwokat. Polska nie jest państwem prawa tylko państwem prawników. Dziś boimy się jeszcze bardziej jak za komuny. I to jest mistrzostwo świata. Jak na razie nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tym co robiła Platforma a co robi PiS. Tusk był w epoce Gierka a Kaczyński cofnął się do Gomułki. PZPR jak mi Bóg jest miły znowu przy władzy. Z ta różnicą że w PZPR była jednomyślności a w PiSie jest dyktatura i powszechne mściwosierdzie panuje.
09 08 2019 Debilizm pijarowców totalnych.
"Eksperci", którzy nauczyli się (i to ledwo) grać w warcaby, nie powinni siadać do partii szachów. To ich zdecydowanie przerasta. W ramach czarnego pijaru niebotycznie nakręcili autentyczne słabości marszałka Kuchcińskiego. Właśnie obejrzałem krótkie wystąpienie prezesa Kaczyńskiego i się roześmiałem. Co za durnie. Żeby to było pierwszy raz, to bym sobie pomyślał - ot, niezbyt profesjonalni, nie wyszło im. Ale tylko w tym roku to kolejny głupi atak, który przeradza się w cyrk, a w końcu w sromotną klęskę. Czy nie było tak ze strajkiem nauczycieli? Rany boskie! Rozwalą szkolnictwo, nie będzie egzaminów do liceum, gorzej, nie będzie matur. Polska stanie, bo jeden rocznik dzieci i młodzieży, więcej - całe pokolenie wyląduje na śmietniku. Stracony rok życia. Psychozy i frustracje. A w końcu okazało się, że ci nauczyciele, mądrzy ludzie, którym powierzamy nasze dzieci, nagle połapali się, że nie dostaną pensji za czas strajku, że komuszy relikt ZNP nie ma żadnego funduszu strajkowego, bo całe pieniądze idą na potężne wynagrodzenie prezesa Broniarza i ... sprawa zdechła. A nauczyciele poprzebierani za krowy i barany podkulili ogony i poszli lizać rany. Potem kolejna obsuwa ataków totalniaków była z przyjmowaniem do szkół średnich, że pozostaniemy przy edukacji. Miejsc okazało się więcej niż aspirujących uczniów. A wrzask trwał ponad tydzień. No i teraz kolejny wymierzony i przy pomocy wszystkich totalnych szczekaczek przeprowadzony zmasowany atak na marszałka Sejmu Kuchcińskiego. Tylko dlatego, że chłopisko lubiło sobie latać. Pewien jestem, że jak on tak latał, to nawet przez moment nie zadrżało mu serce, że robi coś nagannego. Jako marszałek miał do tego prawo, a najważniejsze - on sobie tego nie wymyślił. To była od dziesięcioleci uświęcona tradycja polskich polityków najwyższego szczebla. I podejrzewam, że tak jest we wielu krajach, tylko oni u siebie nie mają idiotów totalniaków. Tydzień trwał nakręcany na 130 decybeli wrzask i atak, jak zwykle tych najgłupszych i najbardziej napalonych. I faktycznie tym słabszym w narodzie namącili w głowach. Więc Kaczyński sobie policzył, zrobił bilans i dziś w południe stanął przed kamerami, by zadać morderczy cios. Marszałek Kuchciński już przeprosił, już zapłacił to co trzeba, pokajał się publicznie, lecz prezes skalkulował, że najlepiej marszałka zdjąć ze stanowiska. I Kuchciński abdykował. Bardzo honorowe wyjście. Tylko jest pułapka, której idioci - pijarowcy totalnych nie zauważyli. Prezes potwierdził dymisje marszałka, powiedział okej, ale teraz moi mili, wszystkich należy traktować tak samo, więc zabierzemy sie za szczegółowe rozliczanie tych poprzednich leni i hedonistów - Komorowskiego, Tuska, Kopaczową, Borusewicza i jeszcze paru leszczy. I trzeba będzie potraktować ich adekwatnie do rozwiązania problemu przez byłego od jutra marszałka Kuchcińskiego. Miller omalże sam nie zginął, jak rozbił helikopter. Komorowski TYLKO popsuł helikopter jak latał sobie na polowania na grubego zwierza. Tusk, wiadomo. Na dłuuuugie weekendy (według znajomych to niesamowity leń) od czwartku do poniedziałku łups do Sopotu. No i jeszcze ta wycieczka marzeń za 1.5 miliona do krainy kokainy. Że ten hippis nie chciał do Goa. A ten mały zgredzik, najbardziej arogancki spośród nich, opiekun Bolka zanim przejął go Wachowski, Marszałek Borusewicz latał sobie regularnie do Gdańska, bo jak twierdzi, musiał wyprowadzić psa na spacer. Dobry człowiek... Ciekaw jestem , jakiej marki był ten pies i jaki miał kolor włosów.
No i jeszce diva naszej polityki (kiedy byłam młodą lekarką...) Kopaczowa pojechała sobie pociągiem dyrygując wagonem restauracyjnym w celach propagandowych (dobry ten kotlecik, co?), a służbowy, rządowy samolot latał sobie nad pociągiem, gdyby nagle pani premier miała dosyć szyn, wagonów i ordynarnych ludzi. Teraz rachmistrze wezmą się do pracy i policzą, jak z VATem ile ci polityczni globtrotterzy wydali publicznej kasy. Ile z tego skręcili. I ile trzeba będzie zabulić zurick, albo Strzelce Opolskie. Mamy więc już zgraną paczkę, jak to się ostatnio publika śmieje - Gang Olsena. Gawłowski niezmiernie ważna persona w PO, na razie nie siedzi, ale już siedział i pewnie znów posiedzi. Gigolo Nowak, obiekt westchnień wszystkich klubów gejowskich, serdeczny przyjaciel Tuska, teraz ma już przerąbane nie tylko w Polsce, ale też na Ukrainie, zaczął nosić pieluchy, bo już bezwiednie popuszcza ze stresu. A Tusk nie odbiera telefonów, bo jemu z kolei telefonów nie odbiera Makrela. Neumann, jak ten przysłowiowy szczur w labiryncie jeszcze kąsa, zanim mu założą kajdanki na ręce. Dopadli bo, chamy jedne. A ja się ciągle pytam i pańskiego kolesia z karetki pogotowia Arłukowicza - kto zrobił ustawę/ustawkę by gangserzy mogli sobie na polskich lekach, dla chorych Polaków zarabiać 2 000 000 000 zł rocznie? Dużo tych kandydatów do wymiaru sprawiedliwości.
A teraz jeszcze trzeba będzie podliczyć tych oblatywaczy. No nieszczęście. Gdybyście tumany uważali na lekcjach i uczciwie przeczytali Pana Tadeusza, to byście pamiętali:
Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział,
Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział;
Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,
Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność. 
Źródło: niepoprawni.pl
07 08 2019 Kuchciński w opałach, być może Centrum Informacyjne Sejmu, również.
Kuchciński dwoi się i troi, żeby zatrzeć złe wrażenie w związku z przewożeniem rodziny rządowymi samolotami na koszt podatników. Wprawdzie udaje, że nic się nie stało i podkreśla, że nie złamał prawa, ale doskonale wie, że dla wizerunku to słabe tłumaczenie. Tak więc stara się do tego stopnia, że dwukrotnie (jak na niego to liczba szokująca) w poniedziałek, przed kamerami, jak mantrę powtarzał, że mimo iż loty z rodziną były zgodne z prawem i że „takie są uprawnienia najważniejszych osób w państwie”, to wpłaci 15 tys. na Caritas i na klinikę Budzik oraz 28 tys. na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych.
I chociaż pieniądze te nie trafiłyby do budżetu państwa, to jednak liczy się gest.
I już byłby w ogródku, by witać się z gąską, gdyby nie drobny szkopuł. Z oświadczenia majątkowego Kuchcińskiego wynika, że nie dysponuje takimi pieniędzmi! Jego zasoby pieniężne to zaledwie 15 tysięcy złotych oraz 200 euro! Skąd weźmie brakującą kwotę? Czy pomogą mu koledzy z partii? Wątpliwe, bo prawdopodobnie marszałek w sprawie lotów oszukał własną partię! Kolegom z PiS miał mówić, że latał z rodziną ledwie parę razy. Gdy prawda wyszła na jaw, politycy PiS stracili do niego zaufanie. Czy jednak utracone zaufanie przełoży się na jakieś decyzje względem marszałka? Zobaczymy. Na razie PiS ma dziś problem z utratą zaufania do jeszcze jednej osoby, a może nawet do całego biura. Chodzi o Centrum Informacyjne Sejmu i jego szefa Andrzeja Grzegrzółkę, który przed poniedziałkowym wystąpieniem marszałka Kuchcińskiego zapewnił, że na stronie internetowej zostaną opublikowane „kompletne szczegółowe informacje” o wszystkich lotach od 12 listopada 2015 r.
I co? Jak to się mówi pic na wodę. Zamiast obiecanych dokumentów o lotach, co prześledzili dziennikarze Rzeczpospolitej, zobaczyliśmy dość naciągane, w wielu miejscach nieprawdziwe, informacje. Choćby to, że publikacja zawiera zaledwie 85 służbowych lotów, choć posłowie PO wykazali, że w ciągu zaledwie ostatnich 16 miesięcy było ich ponad sto i to tylko na trasie do Rzeszowa lub Huwnik, gdzie Kuchciński ma ziemię.  Ale żeby oddać sprawiedliwość urzędnikom są tu też ciekawe i twórczo opracowane doniesienia, z których suweren może się np. dowiedzieć, że celem wyjazdu 13 sierpnia 2018 roku do Huwnik na Podkarpaciu, gdzie Kuchciński ma ziemię miał być „Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej z udziałem Przewodniczącego KEP Abp. Stanisława Gądeckiego, spotkania w sprawie poparcia wniosków o uzyskanie środków na renowację kompleksu w Kalwarii”. Jednak najsmaczniejszy kąsek to wylot 15 czerwca 2018 r. kiedy to marszałek wziął udział w rodzinnym ślubie na Podkarpaciu. Zamiast uroczystości weselnych Centrum Informacyjne Sejmu napisało: „spotkanie z prezydentem Przemyśla oraz narada robocza z samorządowcami na temat rozpoczęcia starań o ustanowienie Przemyśla oraz Twierdzy Przemyśl pomnikami historii, rozmowy o podjęciu starań o włączenie szefów parlamentów Europy Środkowej do tej inicjatywy oraz objęcie przedsięwzięcia patronatem, propozycja utworzenia trasy turystycznej fortami I wojny światowej”.  Jeszcze zabawniej brzmi informacja, że 15 czerwca doszło do „spotkania w Przemyślu” i „rozmów o trudnej sytuacji Szpitala Wojewódzkiego”. Nie podano jednak kto z kim i gdzie rozmawiał. Trzeba jednak pamiętać, że niektóre sprawy skuteczniej załatwia się podczas imprezy. Może weselnej?  Wisienką na torcie niech będzie lot z 22 grudnia 2018, który został wyszczególniony w wykazie dokumentów jakie z Bazy Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO-KO. Marszałek tego dnia odbył lot z Warszawy do Rzeszowa odrzutowcem G550 z trzema osobami na pokładzie. Niestety na liście ujawnionej przez CIS nie ma w ogóle takiego kursu. Źródło: Fakt24/RP.pl
27 11 2012 r. Donald Tusk w ciągu 5 lat średnio co 6 dni latał różnymi maszynami na trasie Gdańsk - Warszawa lub Warszawa - Gdańsk. Premier, który mieszka w Sopocie, właśnie tam spędza większość weekendów. Jak wyliczyliśmy, za te przeloty Tuska zapłaciliśmy 5,1 mln zł!
https://www.se.pl/wiadomosci/polska/donald-tusk-wylatal-5-100-000-zl-w-ciagu-5-lat-to-jest-tanie-panstwo-aa-NwvW-XT2A-JpvE.html
Jak Tusk latał do Gdańska, to jakoś nikt tego nie zauważył. W PRL jak dyrektor, I sekretarz PZPR ...kupił na talon Poloneza czy Fiata i za miastem postawił altankę szumnie nazwaną daczą... To wszyscy mówili ale on nakradł. No a